wtorek, 29 marca 2011

Patrzę z bulem i bez nadzieji

W pierwszej chwili byłem zażenowany. Przecież nawet Andrzej Lepper, choć przyłapano go na wielu sprawkach, to na takiej nie dał się przyłapać. A przecież żaden z niego arystokrata nie był, do miana człowieka wykształconego nie pretendował i wszyscy pamiętali go jeszcze z widłami i w berecie z antenką. Mieliśmy już kiedyś wprawdzie prezydenta, któremu językowe wpadki się zdarzały, ale on też się z niczym nie krył ani nie udawał, że jest kimś innym, niż jest. A tu, dziś, nagle taka historia.
Później pomyślałem – a może to po prostu prezydent na miarę czasów?
Bo kogo dziś obchodzą rzeczy tak mało ważne, jak kreski nad ‘o’, ogonki pod ‘a’ i ‘e’, kropki nad ‘z’? Przecież już nawet poważny tygodnik może nazywać się Uważam rze i z tego byka jak wół na okładce malowanego robić swój jakiś tam atut, chwyt reklamowy. Slogan, przyznać trzeba, wpadający w ucho: Uważam rze – pisane inaczej. No inaczej – tu przynajmniej reklama nie kłamie. Ale żeby zasady języka łamać i naginać, by je dopasować do reklamowego hasła, to już przesada. Przesada, ale i znak czasów. I może właśnie na takich czasów miarę mamy prezydenta.
Staram się o polityce nie pisać, bo zdanie mam o niej takie, że nie koniecznie warto o niej pisać. Wnioski szybko się wyczerpują (a zawsze są podobne – że brudno i śmierdzi, oraz że ktoś tam kogoś próbuje naciągnąć) i później trudno już o kolejne, odkrywcze. Można tylko multiplikować te już wyciągnięte. Tym razem jednak politycy dostarczyli takich tematów, że grzech nie skorzystać. Bo prezydent prezydentem – co tu jeszcze więcej powiedzieć? Jak skomentować? Najlepiej zapomnieć i mieć nadzieję, że i inni zapomną. Ale koledzy prezydenta – oni wpadli ostatnio na pomysł. Brzmi on tak: rozdać wszystkim pierwszoklasistom laptopy! Hura!
Były takie czasy, wiem to z opowieści, że dzieciom pozwalano w szkole pisać długopisem, gdy opanowały sztukę kaligrafowania przy pomocy pióra. Takiego ze stalówką maczaną w kałamarzu. Głowę daję, że mniej było wtedy dysgrafików, dyslektyków i innych grafomotorycznie upośledzonych uczniów. Ćwiczenie rączek i móżdżków dawało efekty. Dziś – sami analfabeci. Pisać nie potrafią. Wypowiedź pisemna dzisiejszego gimnazjalisty może wyglądać na przykład tak:

W nowej szkole podoba mi się sklepik W nowej szkole niepodoba mi się za długie lekcje i zakrutkie przerwy.
Praca (autentyczna) na temat: Pierwszy miesiąc w nowej szkole

Czytać też nie potrafią, że o czytaniu ze zrozumieniem nie wspomnę. Mówić – tylko slangiem. Takie czasy. Ale jeżeli dzieci uczą się pisać, pisząc sms-y i posty na forach, emocje wyrażać za pomocą emotikonów – to czemu się dziwić?
A teraz jeszcze komputery dla pierwszaków z podstawówek. I już nie będą potrzebne książki. Już nie będzie potrzeby pisania w zeszytach. Jedyny plus tego może być taki, że znikną dysleksje i dysgrafie – kiedy nikt nie będzie musiał pisać i czytać, to nikt nie będzie wiedział, że nie potrafi.
Galaktyka Gutenberga odchodzi w zapomnienie. Książki niedługo zaczną trafiać do muzeów, a tacy jak ja zamienią się w prawdziwe mole, a może i ramole. Będziemy ślęczeć nad takimi posklejanymi z jednej strony kartkami papieru, czasem coś trzymać w rękach – takie długie, cienkie pałeczki, co to jak się nimi po czymś przejedzie, to zostawiają ślad. A nasze dzieci nie będą wiedziały, o co chodzi. Chociaż nie – do tego mam nadzieję nie dojdzie. Moje dzieci będą wiedziały. Ale może nie będą potrafiły wytłumaczyć kolegom.
Bo kiedyś to, o czym teraz piszę, będzie pewnie wyglądać jakoś tak (o ile już nie wygląda!):

Siedziałem ostatnio na necie i patrzę, ktoś na demoty wrzucił fotę, jak prezydent napisał w jakiejś tam księdze ‘bul’. To podobno źle i teraz jest zwała. A potem patrzę – gość na youtube mówi, że mają w szkołach rozdawać lapki. Zajebioza!

Powiem wtedy: o tempora, o mores!, a jeśli przez przypadek usłyszy mnie jakiś młody człowiek i w ogóle zwróci na mnie uwagę, zapyta zapewne: WTF?


19 komentarzy:

  1. Ja tylko zobaczyłam tytuł posta to wiedziałam, że będzie "o tym", czyli wpadce Komorowskiego:) Żenująca sprawa. Szkoda słów i nerwów :) pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam syna w pierwszej klasie i muszę przyznać, że pisze piórem i to dużo. Ze słuchu i z tablicy. Robi błędy ortograficzne, czym doprowadza mnie do szału, ale wychowawczyni im nie odpuszcza. Tłumaczy zasady ortograficzne, wprowadza powoli gramatykę. Pokładam w moim dziecku duże nadzieje, ponieważ dużo czyta i ma mamę, która na dźwięk słowa "przyszłem" dostaje konwulsji.
    Ostatnio J. Żakowski chwalił się, że jest dyslektykiem. Też mi powód do dumy...
    Na ten temat mogłabym długo, ale nie będę Ci tu smęcić;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Są oczywiście wyjątki, ale one nie przeczą niestety ogólnej tendencji. A ogólna tendencja optymistycznie nie nastraja...

    OdpowiedzUsuń
  4. Toż przyzwolenie na wprowadzenie dysów jest takie, że w klasie mojego młodszego brata więcej dzieciaków ma na to papiery, niż papierów nie ma...

    Desperate - a co sądzisz o ujednoliceniu pisowni, bo ja siwieję na myśl, że będzie jedno "ż" (lub "rz"?)?

    OdpowiedzUsuń
  5. Granato - ja tam byłem za - we wczesnej podstawówce. Później nabrałem szacunku do tradycji. I do języka. Ale myślę, że na taką reformę nikt się nie zdobędzie (choć się już na różne głupie zdobywano), więc siwieję z innych powodów :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla mnie dysleksja jest jedynie wymówką na co mam doskonały dowód. Mój osobisty brat również ma ją stwierdzoną, od podstawówki miał problemy z ortografią więc poszedł do poradni i faktycznie dostał ten kwitek, który skutkował jakimś tam dodatkowym czasem na sprawdzianach, lub nie braniem pod uwagę przez nauczyciela błędów. Dla niego jednak nie był to doskonały argument do zlekceważenia problemu, a wręcz przeciwnie. Postanowił wziąć się do roboty podwójnie. W tej chwili nie odróżnisz tekstu pisanego przez niego, od osoby z brakiem jakichkolwiek 'dys'. :-) Ma 18 lat. Da się? Da. :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja nie twierdzę, że dysleksja nie istnieje. Ale też na co dzień oglądam kwity wystawione w poradni - wszystkie takie same, sztampowe, jak od kalki, tyle, że dane zmienione. I widzę, jak zdają egzaminy te wszystkie indywidua z tymi kwitkami - byle szybciej, byle mieć z głowy, byle sklecić te parę zdań, bo skoro praca ma mieć minimum pół strony, to znaczy, że wystarczy napisać pół, i po sprawie. I obawiam się Patko, że Twój brat, to niestety przedstawiciel mniejszości, wręcz marginalnej. Większości papier z diagnozą potrzebny jest po to, żeby nic nie robić.
    A jeszcze częściej jest tak, że jest on potrzebny rodzicom, żeby mogli usprawiedliwić fakt, że ich dziecko nic nie robi a oni nie są w stanie nic na to poradzić. No normalnie bul.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie dość, RZE bul, to nadzieji na poprawę nie widać. :-)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dość już chyba tych żartów, bo nam jeszcze w krew wejdzie :-) A lepiej, żebyśmy zostali po jasnej stronie Mocy...

    OdpowiedzUsuń
  10. Sie czepiacie, złośliwce ;)) Kto nigdy będąc prezydentem nie użył słownika ortofraficznego online, niech pierwszy rzuci kamień ;DDDD

    OdpowiedzUsuń
  11. Masz rację! Mój syn też był diagnozowany, taki trend w szkole nastał, że wychowawca umawia dzieci na wizytę. Byłam, ale nie pozwoliłam na wykorzystywanie jakiś zaświadczeń. W czasie rozmów na gg, kiedy pisał coś z błędem od razu poprawiałam z uśmiechem dołączonym na końcu. Zawsze sprawdzałam wypracowania i poprawialiśmy błędy gramatyczne oraz stylistyczne. Czytał zdanie na głos i często przyznawał, ze nie ma ono sensu, wspólnie wymyślaliśmy kolejną wersję, z naciskiem na "bardziej on to robił". Z czasem błędy zaczęły znikać, a nagroda była taka, że pokazał mi wypowiedź prawie dorosłego kolegi, napisaną do niego przez komunikator i powiedział: Widziałaś, jak można robić takie błędy? Czyli...da się, nie trzeba się za bardzo rozczulać i tworzyć "chorych" na dysfunkcje pisania, czytania, zrozumienia.

    OdpowiedzUsuń
  12. To ja Wam powiem lepszy numer (witaj, Zdesperowany!)

    od przyszłego września do szkół wchodzi rozporządzenie pani minister Hall (of Shame) o pomocy psychologiczno-pedagogicznej.

    I na jej mocy KAŻDY dys z orzeczeniem ma być objęty opieką zespołu składającego się z WSZYSTKICH nauczycieli uczących tego ucznia.

    Czujecie???

    W szkole kiepskiej pojawia się na przykład 50 takich i trzeba utworzyć 50 zespołów. 50 róznych zespołów!!!

    A przykładowe formy "pomocy" dyslektykom?

    Mogą nie czytać całej lektury lub nie uczyć się całego wiersza na pamięć.

    "Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś..."

    "Dziękuję, Kowalski, piątka, siadaj."

    OdpowiedzUsuń
  13. Antku - a Ty zamiast się cieszyć, marudzisz. Przecież my zdobywamy z nastaniem września NOWE KOMPETENCJE! (tak nam sprawę przedstawiła nasza dyrektor) - sami będziemy mogli diagnozować, czyli zakwalifikować do objęcia pomocą. I podejrzewam, że będziemy to robić, z obawy, że nam ktoś wytknie, że się uczniom nie przyglądamy i nie pochylamy nad ich problemami. czyli, Antku - 50 zespołów, plus te, które stworzysz mocą własnych diagnoz, jako BARDZIEJ KOMPETENTNY :-))

    Hall (of Shame) - nic dodać, nic ująć (no - chyba, że ująć tekę ministra).

    A na marginesie - to dziś się jeszcze czyta całe lektury? :-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak dobrze, że ja nikogo nie diagnozuję, ino odsyłam z tróją na wieki wieków ;D

    OdpowiedzUsuń
  15. Ale ci zdiagnozowani do Ciebie, Doro, trafiają. I wyrastają z nich magistry. Poziom ogólny studentów też ostatnio podobno nie zwyżkuje...

    OdpowiedzUsuń
  16. Mój kolega pracujący w podstawówce mówi mi, że już tam się zaczyna czytanie streszczeń zamiast całych lektur.

    Wyobrażacie sobie? Streszczenie "Akademii Pana Kleksa"! Załamka.

    OdpowiedzUsuń
  17. Antku, a GREG już wydał 'Akademię'? Albo 'Plastusiowy pamiętnik"? :-)

    OdpowiedzUsuń