Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakupy z filozofami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakupy z filozofami. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 października 2012

Z cyklu ‘Zakupy z filozofami’ – trzy niezdecydowania, czyli zakupy z Quinem





Zakupy przebiegną nam dziś pod znakiem filozofii analitycznej, a dokładnie teorii, którą na jej polu ukuł Willard Van Orman Quine. Przyznam szczerze, że jego prace, a właściwie praca – Trzy niezdeterminowania – zainspirowały mnie, gdy pisałem ten tekst tylko pośrednio. Najbardziej inspirujący był zaś tytuł.

Quine, analizując pojęcia związane z epistemologią, czyli tym, jak poznajemy świat, doszedł do wniosku, że mamy tu poważny problem na poziomie języka. Ujmując rzecz najprościej – nie potrafimy się dogadać i często, choć myślimy, że my i nasz rozmówca mówimy o tym samym, w rzeczywistości mamy na myśli zupełnie inne rzeczy. Nasz analityk podaje przykład, który zyskał wielką sławę: wyobraźmy sobie sytuację, że trafiamy na jakąś egzotyczną wyspę zamieszkałą przez tubylców mówiących w dziwnym języku. Nie bardzo wiemy, jak się z nimi porozumieć, ale staramy się. Wybieramy się z takim tubylcem na spacer i nagle widzimy królika wyskakującego zza krzaczka. Nasz towarzysz krzyczy w tym momencie: gavagai! Automatycznie zakładamy, że słowo gavagai oznacza królika, cieszymy się, że jesteśmy o jeden mały kroczek bliżej osiągnięcia porozumienia. Czy jednak słusznie? Być może słowo gavagai wcale nie oznacza królika. Może przecież być oznaką zaskoczenia albo odnosić się do czegoś, co biegnie. Może też znaczyć tyle, co „kolacja”, albo, dajmy na to „potrawka” – kto wie, o czym pomyślał nasz tubylec. Ten przykład obrazuje coś, co Quine określa jako niezdeterminowanie przekładu i niezdeterminowanie odniesienia (bo nie możemy mieć pewności, do czego odnosi się tajemnicze słowo).

Tyle na razie, jeśli chodzi o zawiłości filozofii analitycznej. Przejdźmy do zakupów.

W przypadku zakupów, kluczową kategorią jest niezdecydowanie, przynajmniej w przypadku obiektu moich obserwacji, czyli mojej żony. Załóżmy taką sytuację: kupujemy sweterek (może to być też sukienka, bluzka, spodnie lub cokolwiek innego). Po określeniu typów (w liczbie co najmniej kilku) kroju, następuje faza przymiarek. Mamy tu pierwsze niezdecydowanie: fason i kolor. Ten sweterek, czy tamten? A jeśli ten, to czarny, czy szary? A może jednak żaden z dwóch, tylko ten trzeci lub czwarty? Może to trwać bardzo długo. Gdy w końcu odpowiedni fason zostanie wybrany, trzeba zdecydować się na konkretny egzemplarz. Dochodzimy do drugiego niezdecydowania. Wybrać rozmiar S, czy M? Jeden i drugi pasuje, z tym, że jeden jest luźniejszy, co w sumie fajnie wygląda, drugi ściślej przylega do ciała, co też daje ciekawy efekt… Drugie niezdecydowanie pogłębia się, bo nawet, gdy rozmiar zostanie już ustalony, należy sprawdzić różne egzemplarze w tym samym rozmiarze – bo może któryś trochę inaczej uszyty? Może one wszystkie nie leżą identycznie? Trzecie niezdecydowanie rozkłada mnie zwykle na łopatki, bo dotyczy samego aktu zakupu. Nie jest on taki prosty i oczywisty, bo mimo dokonanego – pozornie, jak się okazuje – wyboru, można się jeszcze pozastanawiać: kupić, czy jednak rozejrzeć się jeszcze, zajrzeć do innych sklepów… Cały czas spędzony w przymierzalni idzie w tym momencie na marne.

W całym tym uniwersum fatałaszków i zamieszaniu jestem ja. I tu wracamy do poważnej filozofii i do Quinea. Cały szkopuł w tym, że w czasie zakupowych bojów przychodzi mi często pełnić rolę doradcy. Co z kolei wymaga ode mnie, żebym ogarniał całe spektrum rzeczy – oglądanych, przymierzanych, wybieranych. Żebym potrafił porównać, wypowiedzieć się, ocenić. A ja czasami czuję się jak ten podróżnik rozmawiający z mieszkańcem egzotycznej wyspy. Bo kiedy żona pyta mnie o sukienkę, którą przymierzała wcześniej, albo oglądała w internetowym sklepie i prosi o porównanie z tą, którą właśnie przymierza, to z całą siłą dotyka nas niezdeterminowanie przekładu i niedookreślenie odniesienia. Bo ja się wypowiadam, poszukawszy wcześniej w pamięci, ale czy wypowiadam się aby na pewno na temat tego, o co mnie zapytano? Pamiętam, była jakaś sukienka… Niebieska, nie, zielona… no, taka bardziej morska – dochodzimy do jakiegoś porozumienia, ale ja nadal nie mam pewności, czy mówię o tej samej rzeczy, o którą chodzi żonie. Tyle ich przecież było, a jedna do drugiej podobna. Spora jest więc szansa, że nasza rozmowa przebiega na zasadzie: ja o niebie, ty o chlebie.
A słowo 'sukienka' staje się tym, czym miał być gavagai Quinea – żona zakłada, że kiedy mówi 'sukienka', ja wiem, o co chodzi; ja zakładam, że odpowiadając, mówię o tym, czego dotyczy rozmowa. Ale pewności nie ma. Jest tylko założenie, że używane przez nas słowa odnoszą się do jednego obiektu. Założenie.
Gavagai!

piątek, 10 lutego 2012

Zakupowe gry językowe, czyli na zakupach z żoną i Wittgensteinem

Grą językową” nazywać też będę całość złożoną z języka i z czynności, w które jest on wpleciony – tak definiuje (na jeden ze sposobów) grę językową Ludwig Wittgenstein w pierwszej części swoich Dociekań filozoficznych. Co to znaczy? Czym, dokładniej, miałaby być owa gra? Najprościej rzecz ujmując: Wittgenstein twierdził, że języka – słów, zdań, zwrotów na niego się składających – używamy w różny sposób, w zależności od sytuacji, w której się aktualnie znajdujemy. Od „gry”, w której akurat bierzemy udział.
Termin „gra językowa” ma tu podkreślić, że mówienie jest częścią pewnej działalności – pisze dalej Wittgenstein. I kontynuuje: uprzytomnij sobie mnogość gier językowych na takich oto, i innych, przykładach: rozkazywać i działać wedle rozkazu – opisywać przedmiot z wyglądu albo według pomiarów – (…) odgrywać coś jak w teatrze – I tak dalej. Każda z tych „gier” jest przykładem sytuacji, w której używamy języka w specyficzny sposób. Ja dodałbym kilka własnych przykładów gier: pomagać wybrać odpowiedni przedmiot niezdecydowanemu – pomóc ocenić wygląd przedmiotu – opisać zależności między przedmiotem a jego użytkownikiem – pomóc podjąć decyzję. Są to małe gierki, które wchodzą w skład jednej, dużej. Tej zaś na imię: być na zakupach z żoną.
Wybierając się z żoną na zakupy („żonę” potraktujmy tu umownie, zakupy z każdą kobietą wyglądają prawdopodobnie tak samo lub podobnie) decyduję się automatycznie na przystąpienie do gry. I to właśnie gry ściśle językowej, bo na język będę teraz musiał uważać szczególnie. Również na tak zwany język ciała, wszelkie ewentualnie mogące mi się przydarzyć formy niewerbalnego komunikowania (broń boże nie okazać zniecierpliwienia! – to po prostu game over).
W zakupową grę, jak w każdą inną, można grać z zaangażowaniem lub bez niego. Nie angażując się, można przyjąć strategię wycofania. Pomoże nam w tym jeden z odpowiednio użytych komunikatów: wiesz, zajrzę na chwilę do Empiku (dobrze jest dodać: zaraz do ciebie przyjdę), może ja zrobię zakupy, a ty sobie pooglądaj i tym podobne. Gdy jednak postanowimy się zaangażować, przystępujemy do gry na wyższym poziomie.
Mówienie jest częścią pewnej działalności, czyli nie jest tylko gadaniem – ma prowadzić do konkretnych rezultatów. Wyobraźmy więc sobie następującą sytuację: żona z naręczem ciuchów zmierza do przymierzalni (nie, ja zmierzam do przymierzalni z naręczem, drepcząc tuż za żoną). Zaczyna przymierzać kolejne rzeczy – rozpoczyna się proces decyzyjny. Dla mnie – kluczowa faza gry. Od tego, jak ją poprowadzę zależy, czy we przymierzalni spędzę dużo czasu, bardzo dużo czasu czy wieczność. Oraz – czy wyjdę z niej zadowolony czy nie (oczywiście ja zawsze wychodzę zadowolony, zadowolenie wzbudza w mnie fakt, że wychodzę, chodzi jednak o to, żebym wyszedł zadowolony w towarzystwie zadowolonej kobiety). - Jak ci się podoba? – żona wykonuje ruch. - Fajne – można odpowiedzieć, ale nie jest to najlepsze wyjście. Mówiąc działajmy! Fajne, ładny kolor – ograniczam jeden z potencjalnych dylematów). - Ale jak JA w tym wyglądam? Właśnie mój błąd. Trzeba było odpowiedzieć: - Fajnie, ładny kolor, PASUJE CI. No i w ogóle dobrze leży. - Ale lepszy kolor, niż ten poprzedni? Oczywiście, nie chcąc przegrać z kretesem, nie mogę dać po sobie poznać, że nie widzę różnicy między jednym a drugim odcieniem (to czarne i tamto czarne, no, może to takie bardziej jasno-czarne). - A wiesz, że chyba lepszy? Ciekawsze takie… wyblakłe. Ryzykowne zagranie: jasno-czarny można pewnie określić ładniej i dokładniej, niż słowem „wyblakły”, „wyblakły” się może źle kojarzyć… znaczy takie… bardziej szare. Tak czy inaczej, mówiąc coś, warto podawać jak najwięcej informacji – może to (jedynie może, gwarancji żadnej nie ma) przyspieszyć podjęcie decyzji. A przynajmniej zakończenie pierwszego etapu procesu decyzyjnego.- Ale myślisz, żeby kupić? Tu już żartów (rozpoczyna się etap drugi podejmowania decyzji) nie ma. Żeby to, co powiem, odniosło pożądany przeze mnie rezultat, muszę powiedzieć to, co należy. Dokładnie to i nic innego. – Ładne, jeśli ci się podoba, to weź. To nie jest to, co należało powiedzieć. Nie należy poddawać kolejnego problemu do rozpatrzenia (czy, mianowicie, podoba się? I czy aż tak, żeby kupić?). – Ładne. I całkiem niedrogie. Fajnie leży, kolor ciekawy. Stanę do kasy, bo jest kolejka, rozejrzyj się jeszcze, jeśli chcesz.
You win!

P.S. A co robi ten rogal? Słysząc takie pytanie, można odpowiedzieć, że… leży, że czeka, aż ktoś go posmaruje masłem i zje… Gdy jednak uczestniczymy w grze językowej, którą można nazwać „oglądanie filmów z dziećmi”, odpowiedź nie jest już oczywista. Patrzę na „Rogala”, który potrząsa toporem i ryczy bojowo. Rogal się zdenerwował, zaraz będzie walczył – mówię. Nagle się okazuje, że rogal, to nie drożdżowy wypiek, tylko (rogaty, nomen omen) Minotaur walczący u boku Białej Czarownicy. Neologizm stworzony przez dwulatka zagłębiającego się w Kroniki Narni. Trzeba, jednym słowem, wiedzieć, w co się gra, i z kim, żeby nie palnąć głupstwa.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Beznadziejny los klienta, czyli na zakupach z Jean-Paulem Sartrem


Idealny konsument posiada sprzeczne motywy, pragnienia i fantazje. Kapitalną metaforę stanowi dla niego slogan ‘Kaczor Donald idzie na zakupy!!!’. Jak wiemy, nigdy nie wiadomo, jaki szalony pomysł wpadnie Kaczorowi Donaldowi do głowy. I o to właśnie chodzi! Może kupi jeden ogromny tort, albo trzy małe torciki, może kupi jednocześnie bibelot z XVIII wieku i grę komputerową, może pojedzie na wakacje na wieś, a może do Tajlandii. Rynek jest na wszystko przygotowany.
Zbyszko Melosik, Młodzież i styl życia: paradoksy pop-tożsamości

Jean-Paul Sartre obciążył swoją filozofię znamieniem swoistej beznadziei. Jak to zrobił? Ogłosił, że jesteśmy wolni. Wolni zupełnie, bezgranicznie, totalnie. Możemy zrobić, co tylko chcemy, nikt nie może nas do niczego zmusić – chyba, że mu na to pozwolimy. Brzmi nieźle, można by powiedzieć. Niestety, Sartre zastawia na nas pułapkę. Bo nasze wybory, choć nieskrępowane żadnym determinizmem, są obarczone odpowiedzialnością; odpowiedzialność za nasze wybory jest równie totalna, jak wolność przy ich dokonywaniu. Człowiek skazany jest na wolność. Skazany, ponieważ nie stworzony przez siebie samego, a pomimo to wolny, ponieważ raz wrzucony w świat, jest odpowiedzialny za wszystko, co robi – tak pisze Jean-Paul w eseju Egzystencjalizm jest humanizmem.
Skrócony opis koncepcji Sartre’a do jednych może trafić, innym – wydać się wydumanym, niepotrzebnie komplikującym rzeczywistość. Żeby teoretycznym konceptom przyjrzeć się bliżej, wykonajmy mały eksperyment myślowy. Nasze życie zamieńmy na sklep. Na nas samych spójrzmy jak na klientów wrzuconych – zamiast w świat – do centrum handlowego. I zmuszonych tylko do tego, by dokonywać konsumenckich wyborów.
Mamy dwie możliwości. Możemy być klientem, który zachłyśnie się możliwościami, wielością sklepów i towarów, da się ponieść, wpadnie w niekontrolowany szał zakupów. To byłby nudny przykład. Spójrzmy lepiej na klienta naznaczonego egzystencjalną świadomością, wiedzą o wadze podejmowanych decyzji, więc i dotkniętego niepewnością, targanego dylematami. Ktoś taki doświadczy w pełni dławiącej beznadziei zakupów.
Kupić spodnie. Niby proste zadanie. Kiedy jednak stanąłem przed zadaniem towarzyszenia żonie podczas wyprawy po nowe spodnie wiedziałem, że łatwo nie będzie. Moja żona jest klientką na wskroś przesiąkniętą dylematami opisanymi przez Sartre’a.
W ulubionym sklepie żony trafiamy do przymierzalni z kilkoma parami jeansów. Obserwuję kolejne próby, widzę minimalne różnice, czasem nie dostrzegam żadnych, czasem widzę je dopiero, gdy zostanę odpowiednio nakierowany. Jedna para spodni leży dobrze, wręcz świetnie. Nie ma jednak idealnego odcienia. Druga – kolor ma już lepszy, leży równie dobrze, co poprzednia. Nogawki są jednak za długie. To znaczy – żona twierdzi, że są, bo ja nie zwróciłbym na to uwagi. Model, któremu nie można zarzucić niczego, ani jeśli o kolor chodzi, ani o rozmiar, ma dziwny krój. I moja żona, choć wygląda świetnie, świetnie się nie czuje. Zdecydować się na coś? Jak? Każdy wybór oznacza kompromis. Kolejne przymierzane spodnie dobrze leżą, nie wywołują dyskomfortu, odcień mają również bez zarzutu. Niestety – cena jest w stosunku do wcześniejszych podwójna. To przecież zwykłe spodnie z sieciówki. Warto za nie tyle płacić? To chyba przesada. Świadomość powagi ekonomicznych wyborów dostarcza kolejnych dylematów.
Kolejny sklep przynosi analogiczne problemy – barwy i fasony, materiały i długości, ceny zestawiane z jakością… W trzecim sklepie zatrzymujemy się przy wieszaku z płaszczykami. Informacje o sezonowej przecenie kłują w oczy. Żona przymierza, bo przecież od dawna poluje na fajny płaszczyk. Jasny, czy ciemny? Ten troszkę większy, żeby można było swobodnie założyć pod niego sweter, czy ten bardziej dopasowany? A może nie ten w klasycznym kroju, tylko ten bardziej awangardowy, z dziwnego materiału o żywych barwach… Choć taką rzecz, to dobrze mieć dodatkowo, a jak się w ogóle nie ma płaszczyka, to chyba najpierw lepiej kupić taki normalny, klasyczna elegancja to jednak to, o co przede wszystkim chodzi… Ja już nie wiem, o co nam chodzi. Wiem za to, że jesteśmy dopiero na etapie ustalania, który płaszczyk jest ciekawy, o rozmyślaniach na temat, czy w ogóle kupować płaszczyk, nie ma jeszcze mowy. Na to przyjdzie jeszcze czas. Ze sklepu wychodzimy po tym, jak sprzedawca odłożył dwa płaszcze z karteczką opatrzoną nazwiskiem. Zyskaliśmy czas do namysłu. Wróciliśmy do tematu spodni. Może lepiej zapłacić więcej i mieć porządne spodnie, zapłacić za markę, ale mieć gwarancję jakości? No i Wranglery zawsze dobrze leżą… Dylematy się mnożą, rośnie liczba zmiennych, które należy uwzględnić przed podjęciem decyzji. Po jakimś czasie (potocznie zwanym wiecznością) wybór ogranicza się do dwóch par odłożonych w dwóch różnych sklepach. Kolejne przymiarki, rozmowy o szczegółach i w końcu kupujemy. Powoli szykuję się, by odetchnąć z ulgą i wtedy pada pytanie: A co z płaszczykiem? No i czy kupić i płaszczyk i spodnie? Spory wydatek. A  może… spodnie można przecież oddać, a takie fajne płaszcze rzadko się trafiają. Spodnie z kolei wcale nie takie idealne…
W tym momencie wiem dokładnie, co to znaczy ból egzystencjalny.

czwartek, 22 grudnia 2011

Krytyka kupującego rozumu, czyli zakupy z Kantem

Immanuel Kant wielkim myślicielem był. Nie pałam do niego jednak wielką sympatią. Zawiłość stylu profesora z Królewca jakoś mnie zawsze odstręczała. Nie wyobrażam sobie raczej, żeby usiąść z Kantem przy kominku i zrelaksować się przy Krytyce czystego rozumu i kieliszku wina. Chyba, że cierpiałbym się na bezsenność – w takiej sytuacji z lektury Kanta przy kominku mogłyby wyniknąć pewne korzyści. O tym akurat przekonałem się osobiście i mogę potwierdzić skuteczność metody. Na zajęciach dotyczących Kanta spałem regularnie – około piętnastej piętnaście, co środę, przez cały semestr, zaczynały mi ciążyć powieki; koleżanki i koledzy mieli ubaw, prowadzący zajęcia litościwie udawał, że nie widzi moich zawsze przegrywanych zmagań, polegających na próbie utrzymania głowy w pionie –  jestem mu za to wdzięczny.
Rozum ludzki spotyka się w pewnym rodzaju swych poznań ze szczególnym losem: dręczą go pytania, których nie może uchylić, albowiem zadaje mu je własna jego natura, ale na które nie może również odpowiedzieć, albowiem przewyższają one wszelką jego możliwość napisał Kant. Nie byłem nigdy, jak już wspomniałem, wielkim miłośnikiem Kanta i nie zakładałem, że będę do jego dzieł ze szczególnym upodobaniem wracał, ostatnio jednak myśl o Kancie mi zaświtała – podczas, o dziwo, zakupów. W trakcie jednej z przedświątecznych wizyt w wielkim sklepie zadałem sobie mianowicie pytanie: po co? W tamtej chwili odpowiedź przewyższyła możliwości mojego rozumu, pytanie o sens zakupowego szaleństwa dręczyło mnie nadal, nie dawało się nijak uchylić. Postanowiłem się z nim zmierzyć z pomocą Immanuela.
Wyszło mi, co następuje:
Konieczność kupowania musi być niczym innym, jak swego rodzaju ideą regulatywną. Idea regulatywna to coś, co pomaga nam wyjaśnić zjawiska, których nie można by wyjaśnić nie odwołując się do tej idei. Mimo, że nie odnosi się ona do niczego, czego moglibyśmy empirycznie doświadczyć, to coś, do czego się odnosi, musi jednak istnieć. Inaczej pewne rzeczy nie miałyby sensu. I tak – wracając do zakupów – musi istnieć coś takiego, jak konieczność kupowania, jakaś kosmiczna determinanta (która zresztą nasila się w okresie przedświątecznym). Gdyby taka konieczność nie istniała, to czy biegałbym jak oszalały od sklepu do sklepu, oglądał, odhaczał kolejne punkty na liście, myślał o tych wszystkich rzeczach wiszących na wieszakach i leżących na półkach, podobnie zresztą, jak rzesze ludzi wokół mnie? Przecież to jakiś koszmar – w sklepach tłok, gdzieś tam przebija się świadomość, że coraz mniej czasu, nie mówiąc już o świadomości dotyczącej sum wydawanych pieniędzy. Co chwilę ktoś na mnie wpada, w kolejkach spędza się wieczność – mimo wszystko ciągnie nas na zakupy. Nie można tego fenomenu wytłumaczyć inaczej, jak tylko uznając, że istnieje jakaś konieczność. Konieczność kupowania. Paskudna, podstępna idea.
W całym tym sklepowym zabieganiu zaczęły mnie zawodzić moje aprioryczne czyste formy naoczności – poczucie czasu i przestrzeni. Już nie spełniały one swojej roli, takiej, jaką opisał Kant: nie pomagały mi porządkować danych zmysłowych. Wręcz przeciwnie, wprowadzały chaos. Wydawało mi się, że sklepowe alejki nie mają końca i że nigdy, ale to nigdy nie wylezę z ich labiryntu. Nie wiedziałem, co oglądam, czego szukam i gdzie jestem, oraz czy już tu byłem wcześniej.
Byłem bliski popadnięcia w lekkie szaleństwo, na szczęście do głosu doszedł imperatyw kategoryczny. Postępuj zawsze tak, żeby reguła twojego postępowania mogła stać się prawem powszechnym – tak mniej więcej brzmi jedna z jego reguł. Dobrze, pomyślałem. Należy dołożyć wszelkich starań, żeby się uspokoić. Co by było, gdyby wszyscy wariowali na zakupach? Nastał by chaos i anarchia. Uspokój się więc, chciałbyś przecież, żeby otaczali cię mili, spokojni, opanowani ludzie, bez obłędu w oczach.
W końcu się udało. Wyszedłem ze sklepu, uniosłem głowę – niebo gwiaździste było na swoim miejscu, czyli nade mną. Odetchnąłem z ulgą.

wtorek, 8 listopada 2011

Z cyklu ‘Zakupy z filozofami’ – Sokrates, akuszer mądrości kontra fałszywa technologia

Któremu z panów, wybierających się od czasu do czasu na zakupy ze swoimi paniami nie zdarzyło się odpowiedzieć pochopnie na zadane pytanie, zbyt pośpiesznie, bez zastanowienia wyrazić swój szczery pogląd na sprawę – i później żałować?
Trafiłem ostatnio na ciekawą reklamę (piszę ‘ciekawa reklama’, zamiast ‘reklama ciekawego urządzenia’, bo okazało się niestety, że rzeczona była żartem i zachwalała produkt nieistniejący). Krótki filmie prezentował działanie „Manslatora”, czyli elektronicznego tłumacza języka kobiet. O co chodzi? Otóż niewielkie urządzenie zaopatrzone w ekranik pozwoli przetłumaczyć język kobiet, na proste zdania, którymi posługują się faceci. Działający w oparciu o procesor FemLogic i wykorzystujący technologię EmoD tłumacz potrafi też odczytywać emocje kobiety, z którą rozmawiamy. Dodatkowym smaczkiem jest to, że przetłumaczoną wypowiedź może nam odczytać lektor, mówiący głosem na przykład Mistrza Yody lub Mr. T.
Film reklamowy demonstruje nam działanie urządzenia. Oto krótka scenka: kobieta siedzi na kanapie, mężczyzna wychodzi, z torbą wypełnioną kijami do golfa na ramieniu. - Idziesz grać w golfa? - Tak. - To już drugi raz w tym tygodniu. - Powiedziałaś, że nie ma sprawy… - Taa, nie ma sprawy, jest po prostu świetnie! – tu następuje ewidentny foch. Słyszymy następujący komentarz: Jesteś zaskoczony? Nie wiesz, o co jej chodzi? I oglądamy scenkę alternatywną (nasz bohater rozmawia przez telefon, zwraca się w pewnej chwili do kobiety): - Kochanie, Bob pyta, czy nie wyskoczę z nim na golfa… - Ok., jeśli chcesz… Mężczyzna uśmiecha się, już chce przekazać dobrą nowinę koledze, zerka jednak na translator, a ten krzyczy:  - Nie idź! Zostań w domu! Mężczyzna mówi do kobiety, że chyba jednak woli zostać i obejrzeć z nią film. The (happy) End.
Wracając do wątku zakupów: czy na zakupach, na które wybraliśmy się z kobietą, Manslator niejednokrotnie by się nam nie przydał? Ile razy na proste pytanie: Jak ci się podoba ten sweterek? odpowiadamy nie tak, jak należy. Odpowiadamy, najczęściej zgodnie z prawdą, że się nam podoba lub nie. Popełniamy w tym miejscu kardynalny błąd, bo przecież nie o to w pytaniu chodziło. W sytuacji, kiedy Manslator nie istnieje, z pomocą przychodzi nam na szczęście filozofia, a konkretnie Sokrates.
Ten ateński myśliciel, duchowy ojciec Platona, wróg wszelkiej obłudy i poszukiwacz mądrości miał pewną teorię: prawdziwa wiedza o świecie, czyli mądrość, drzemie w każdym z nas, trzeba ją tylko umiejętnie wydobyć. Tym „wydobywaniem” Sokrates się trudnił, porównując swoją misję do pracy położnej. Tak mówi o sobie młodemu Teajtetowi w Platońskim dialogu: …nie słyszałeś, że ja jestem syn akuszerki, dzielnej i wspaniałej baby Fajnarety? Już to przecież słyszałem – odpowiada na to Teajtet. A czy i to, że się trudnię tą samą sztuką, słyszałeś? Sokrates rozmawiając z Ateńczykami, stosował specyficzną metodę, zwaną maieutike techne, czyli sztuką położniczą właśnie: zadawał im pytania dotyczące kwestii, którą chciał wyjaśnić, obalał fałszywe odpowiedzi i drążył tak długo i tak długo naprowadzał rozmówcę kolejnymi pytaniami, aż ten sam doszedł do poprawnego wniosku. Odkrywała się w ten sposób wiedza ukryta dotąd w jego duszy: podczas rozmowy rodziła się prawda, tak jak podczas połogu, z pomocą akuszerki, rodzi się dziecko.
Co to wszystko ma wspólnego z zakupami, można zapytać. Ano, całkiem sporo. Wróćmy do naszej hipotetycznej sytuacji i pytania o sweterek: Jak ci się podoba ten sweterek? – pyta nasza towarzyszka. Już chcemy odpowiedzieć, że podoba się lub nie, ale nagle szepcze nam do ucha Sokratejski daimonion*: Chwileczkę! Przecież ona nie o to pyta! Nie o to? – zaczynamy się zastanawiać. No, może faktycznie nie o to. To o co w takim razie i po co w ogóle? Jak to o co? Czy to ma znaczenie, czy ci się sweterek podoba, skoro ty ani na modzie się nie znasz, ani nie odróżniasz śliwki od zwykłego fioletu a fiolet mylisz najczęściej z ciemnym różem czy innym jakimś kolorem? No, chyba niewielkie… Czyli o co ona ciebie pyta, bo przecie nie o to, czy sweterek podoba się jej?  I ja myślę, że nie o to… Więc czy może pyta cię o to, czy sweterek po prostu jest fajny? Tak, to być może… Ale czy ona musiałaby cię o to pytać? Czy by może w ogóle nie zwróciła uwagi na niego, gdyby nie był fajny? No, raczej by nie zwróciła… kurde, to ja już nie wiem! Więc może ona pyta, czy to jej jest fajnie w tym sweterku, myślisz, że tak być może? O, to ma sens… Ale po co ona by miała o to pytać, skoro już doszliśmy do tego, że ty i tak się nie znasz? Racja, znowu mnie zwodzisz i na manowce prowadzisz… To może inaczej, bo widzę, że przyciężki jesteś na umyśle… Czy ona cię pyta o sweterek, bo nie zna odpowiedzi, czy może z innego powodu? Bo ja wiem, już ustaliliśmy, że sama wie, że sweterek jest fajny… W końcu zaczynasz łapać. Czyli zna odpowiedzi na pytania, a jednak pyta? Nijak inaczej wyjść nie chce, cholera… Ale jakąś odpowiedź jednak usłyszeć by chciała? Skoro pyta… A może taką, jakiej sama zwykle udziela? To znaczy… długą? Proszę, jak to prawda objawia się w duszy twojej. Jasne, że długą. Czy ona kiedyś odpowiada proste: tak lub nie? A gdzieżby… Więc odpowiedz jej długo mówiąc i mówiąc to wszystko, co już sama, jak to ustaliliśmy, wie. I dodaj coś od siebie na koniec – na dobre ci to wyjdzie, powiedzmy.
Po takiej cichej rozmowie z duchem Sokratesa wiemy już, co należy odpowiedzieć. O, fajny, faktycznie. Ładny kolor. I te guziczki takie… ciekawe. I wiesz co? Świetnie leży. Może chcesz kupić? I już jesteśmy w domu, jesteśmy wygrani, powiedzieliśmy, co należało. I co się okazało? Że żaden translator mówiący głosem mistrza Yody potrzebny nie był, tylko chwila refleksji i znajomość metody mistrza Sokratesa**.




* Sokrates twierdził, że w postępowaniu, które uważał za właściwe, pomaga mu tajemniczy głos, duch, bóstwo – daimonion. Głos jakiś się odzywa, a ilekroć się zjawia, zawsze mi coś odradza… mówi Sokrates w Obronie… Innymi słowy: tajemniczy sufler bronił filozofa przed popełnianiem głupstw.
** Plotka głosi, że ani interwencje daimoniona, ani wrodzona przenikliwość nie uchroniły Sokratesa przed domowymi problemami. W starciu z żoną, niejaką Ksantypą, filozof zwykle przegrywał. Pozostaje nam wierzyć, że nie dowodzi to zawodności jego metod, a było spowodowane usposobieniem Sokratesowej małżonki, która, jak twierdził Antystenes, była kobietą „najbardziej nieznośną ze wszystkich, jakie tylko były, są i będą”.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Z cyklu ‘Zakupy z filozofami’ – Arthur Schopenhauer, czyli świat jako Wola i… kupowanie

Życie nasze, to według Schopenhauera, nic wesołego. Przede wszystkim, niewielki mamy wpływ na to, co się z nami dzieje – przynajmniej w najistotniejszych kwestiach. Bo nie my kierujemy swoim życiem, robi to za nas bezmyślna Wola, która pcha nas naprzód. Każe podejmować co chwila kolejne wysiłki, nie pozwala jednak nigdy na osiągnięcie satysfakcji: ledwie osiągamy podsunięty przez Wolę cel, ta już wyznacza nam kolejny. Znowu zaczynamy gonić za czymś, nie mamy czasu na to, by cieszyć się z chwilowego sukcesu.
Teoria Schopenhauera opisuje być może całość naszej egzystencji. Trzeba by się w nią zagłębić, żeby sprawdzić, na ile przystaje do naszego życia jako całości. Może przystaje, może nie. Bez wątpienia jednak jak najtrafniej opisuje nas, jako konsumentów, klientów, łowców wszelkich oferowanych przez rynek towarów.
Patrząc na to, jak staramy się nadążyć za „ofertą”, ogarnąć nowości, być na czasie, Wola mogłaby mieć wielki ubaw, gdyby nie była taka bezmyślna (więc i pozbawiona poczucia humoru). A tak, być może nie ma ubawu, za to po tym, jak dobrała sobie partnera do działania w postaci Niewidzialnej Ręki Rynku, ma nieograniczone pole do działania.
Podjęliśmy jakiś czas temu decyzję: kupimy sobie aparat fotograficzny. Nie, żebyśmy wcześniej nie mieli. Nie, żeby ten wcześniejszy nie działał, zepsuł się, zdjęć nie robił. Wszystko z nim było w porządku. Chcieliśmy jednak mieć aparat lepszy, bo przecież zbyt długo utrzymujący się stan usatysfakcjonowania posiadanym aparatem byłby sprzeczny z zasadami działania Woli. Pojawił się problem wyboru konkretnego modelu. Najpierw, po licznych konsultacjach ze znającymi się na rzeczy wybraliśmy producenta. Powiedzmy (żeby nie uciekać się do reklamy), że nasz wybór padł na firmę C. Należało wybrać model. Tu pojawiły się trudności. Braliśmy pod uwagę aparat, powiedzmy, Cn lub Cn+1. Oba spełniały nasze wymagania, jednak w ogólnych opisach model Cn+1 górował nad konkurentem, jeśli chodzi o wybrane parametry. Nie do końca wiedziałem, na czym polegają różnice (i czego w ogóle te parametry dotyczą), ale Wola podszepnęła: lepiej wybrać to, co lepsze! Szala powoli przechyliła się na stronę Cn+1, choć był on trochę droższy, co stanowiło mimo wszystko istotną zmienną. Całą sprawę skomplikował sprzedawca. Proszę państwa – powiedział – to są dobre aparaty, jednak wychodzą już ze sprzedaży, firma C już ich nie produkuje. Tu za to mamy następcę Cn, model Cnn. A tu – Cnn+10. Półka wyżej… I tak dalej. Wola podpowiadała oczywiście: nie ma co inwestować w przestarzały sprzęt. Zdrowy rozsądek mówił, że przecież zarówno Cnn jak i Cnn+10 też za chwilę będą przestarzałe, zyskają następców. Do tego różnice między Cn a Cnn były praktycznie żadne. Mimo wszystko uległem. Stałem się posiadaczem nowiutkiego aparatu Cnn (wygrałem z Wolą i odpuściłem Cnn+10).
Gdy wybieramy dziś nowy telefon, wiemy, że za rok czy dwa, kiedy skończy się nam umowa i dostaniemy nowy aparat, ten nowy dziś będzie już obiektem muzealnym. Gdy kupujemy komputer, nowiutki i całkiem na czasie, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że za kilka miesięcy pojawi się na rynku gra, w którą nie zagramy na naszym sprzęcie, bo będzie ona miała co do sprzętu zbyt wysokie wymagania. I tak dalej. Ciągle więc musimy coś uaktualniać. Wola podsyła coraz to nowe obiekty pragnień, czasem perfidnie przebierając je w stroje potrzeb.
I nie jest tak tylko ze sprzętem i innymi gadżetami. Dowiedziałem się, kilka dni temu, że właśnie ukazał się trzeci tom powieści Haruki Murakamiego 1Q84. Wola od razu obudziła we mnie potrzebę posiadania. Dokonałem zakupu i czekam na dostarczenie przesyłki. Być może otrzymam ją dzisiaj. Czy będę mógł oddać się beztrosko lekturze, w spokoju, z poczuciem zaspokojenia? Mogłoby się wydawać, że tak. Tu jednak uśmiecha się złośliwie Schopenhauer: A Wola? – pyta. No właśnie. Bo zaraz po tym, jak zamówiłem Murakamiego, przeczytałem, że jest już polski przekład najnowszej powieści Umberto Eco. Na Cmentarz w Pradze czkam od wiosny, kiedy to przeczytałem artykuł o ukazaniu się książki na zachodzie. I gdy zerkam w stronę regału, kłuje mnie w oczy luka (choć fizycznie jej tam nie ma) obok Imienia róży, Baudolina, esejów i innych dzieł Eco. I wiem, że kiedy usiądę w fotelu z książką Murakamiego, to z tej nieistniejącej luki będzie się dobywać tchnienie Woli, które nie da mi spokoju.
Jakby tego było mało, wysłuchałem ostatnio wywiadu z Mario Vargasem Llosą i wiem, że jego Marzenie Celta też muszę mieć. I miejsce na regale już dla niego wybrałem. No i do tego wszystkiego pan prokurator Szacki prowadzi nowe śledztwo, z przebiegu którego Zygmunt Miłoszewski zdaje sprawę w kontynuacji swojego Uwikłania. Obok Uwikłania Wola uczyniła mi więc kolejną niewidzialną, ale odczuwalną i irytującą lukę na półce z książkami.
Z myśli Schopenhauera zaczerpnął co nieco Nietzsche, który jak wiadomo pisał też o filozofowaniu młotem. Nie mam jeszcze sprecyzowanego obrazu robienia zakupów przy pomocy młota, choć czasem miałbym ochotę go użyć, gdy płacę za kolejne skutki poddania się bezmyślnej, konsumenckiej Woli. Jak użyć? Ot, tak choćby:
Ja chcę naciskać! – mówi Tytus na widok klawiatury terminala obsługującego karty płatnicze w sklepie. Zaraz wbijesz numer, tylko pani musi nam skasować… – tłumaczy Tytusowi mama. Wbiję! – Tyci na to, kierując się językową logiką dwulatka. Ale ja chcę młotkiem!

piątek, 10 czerwca 2011

Z cyklu 'Zakupy z filozofami' - Epikur, czyli hedonista umiarkowany

Sam mówił w swych listach, że woda i zwykły chleb wystarczą mu w zupełności. Dodaje też: „Przyślij mi mały garniec sera, bym mógł się uraczyć, gdy mi na to przyjdzie ochota”.
Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów

Ogród Epikura, siedzibę jego szkoły, otaczała aura tajemniczości, rozmaicie o nim plotkowano. Wszak jego właściciel i twórca szkoły głosił, że celem życia jest przyjemność. Pogłoski o wystawnych uczniach i szalonych orgiach podsycały dodatkowo doniesienia takie, jak spisane przez byłego ucznia Epikura, Timokratesa, w dziele O uciechach relacje. Timokrates – jak przekazuje Diogenes Laertios – pisał, że Epikur wymiotował dwa razy dziennie z przejedzenia i że jeżeli chodzi o niego (Timokratesa), to z wielkim trudem udawało mu się uchylać od uczestnictwa w nocnych zebraniach filozoficznych i w tajemniczych obrzędach epikurejskich. Wszystko były to jednak pomówienia, plotki nie znajdujące pokrycia w rzeczywistości. Epikur bowiem głosił poglądy, które się nam absolutnie z hedonizmem nie kojarzą, bo są, w gruncie rzeczy, dość minimalistyczne: przyjemność, to nic więcej, jak tylko brak nieprzyjemności. Tylko tyle. Nie nadmiar, a jedynie brak niedoborów.
Lubimy sobie sprawiać przyjemności – tu wszyscy jesteśmy epikurejczykami. Tyle tylko, że przyjemność nie zawsze po epikurejsku rozumiemy. To miejsce, w którym się z naukami filozofa z Samos rozmijamy, ujawnia się często na zakupach.
Zakupy – wiadomo, potrafią cieszyć. Mogą być źródłem przyjemności. Często jednak sprzyjają mniejszemu lub większemu zatraceniu się, porzuceniu hamulców (no bo – kto sobie nie kupił czegoś, co w sumie nie było mu potrzebne, co się po prostu nagle spodobało i jakoś tak… skusiło – niech pierwszy rzuci kamieniem). A rzecz jest prosta: trzeba sobie zdać sprawę z tego, że wśród naszych pragnień jedne są naturalne, a inne urojone. Tak nas poucza Epikur. Pragnienia naturalne zawierają w sobie ponadto takie, które są konieczne i takie, które wcale niekoniecznie trzeba realizować. Cały szkopuł w tym, żeby sobie pogląd na te sprawy dobrze poukładać.
Na zakupach czasem trudno to osiągnąć.
Takie na przykład buty. Trafiliśmy z żoną czas temu jakiś na buty, które nawet mi się spodobały. Fajny fason, wygodne, do tego w promocyjnej cenie. Już mnie ręka zaświerzbiała i już biegła w stronę portfela. Do tego małżonka mnie namawia: że ładne te buty, że kiedyś takich właśnie szukałem (i nie znalazłem, a teraz – o, proszę, są!), że do tego ta cena taka przyjemna. No i firma dobra. I w ogóle, to żebym się nie zastanawiał, tylko kupował. I ja już, już, prawie się zdecydowałem. Wtedy jednak naszła mnie refleksja: przecież ja mam buty! To było jak olśnienie: mam buty przecież, więc po co mi kolejne? Po co dwie pary butów, które są, jeśli o zastosowanie chodzi, takie same, bo obydwie wiosenno-letnie? No przecież w dwóch naraz chodził nie będę. Poza tym i tak całe lato przechodzę w trampkach.
Dotarła do mnie mądrość Epikura. Przecież całkiem przyjemnie mi się żyje z jedną parą butów. Czy z dwiema byłoby przyjemniej? Nie. Oczywiście – sam fakt zakupu nowych butów pewnie byłby przyjemny. Tyle tylko, że w szafie pojawiłby mi się nadmiar. Które buty założyć? Zawsze by się pojawiało to pytanie przy okazji wychodzenia z domu. Po co wprowadzać taki chaos? Nie mieć butów – to by był dyskomfort. Gdybym nie miał butów, naturalne było by pojawienie się potrzeby ich nabycia. Ale skoro buty mam – dyskomfort wywołany brakiem nie występuje. A więc jest wystarczająco przyjemnie. Jest w sam raz.
Żona się ze mną, o dziwo, nie zgodziła.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Z cyklu ‘Zakupy z filozofami’ – Zenon z Elei

Zenon był znakomity także i w innych dziedzinach
Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów

Największą sławę zdobyły sobie zwłaszcza argumenty przeciwko ruchowi, których zbijaniem męczył się nawet Arystoteles
Giovanni Reale, Historia filozofii starożytnej, Tom I


Jest taka scena w Ojcu chrzestnym, jedna z moich ulubionych, kiedy Don Corleone ogląda warzywa i owoce na małym straganiku. Spokojnie podnosi kolejne sztuki, wybiera te najładniejsze. Nie wie, że w tym samym czasie w jego kierunku zbliża się dwóch zamachowców. Scena jest pełna napięcia, budowanego muzyką i wspaniałym montażem (widzimy na przemian starego Dona i nogi biegnących zabójców, i ich dłonie, w których pojawiają się pistolety, wiemy, co się zaraz wydarzy), ale i pełna spokoju. Kiedy Don Corleone ogląda owoce, rozmawia ze sprzedawcą, uśmiecha się… Dla mnie to kwintesencja udanych zakupów. Bardzo lubię, kiedy przychodzi lato, targowisko zapełnia się stołami pełnymi świeżych warzyw i owoców. Kiedy w słoneczny dzień można sobie spokojnie pochodzić, poprzebierać, planując jednocześnie, co się zrobi na obiad z tych pyszności.
Jest jednak różnica między spokojnym, niespiesznym robieniem zakupów w słoneczny dzień, a… no właśnie. Tu wracamy do Zenona z Elei.
Zenon twierdził, że w świecie nie istnieje ruch. Nie będziemy tu wyjaśniać dlaczego tak twierdził, skupimy się na tym, jak swoich racji dowodził. Otóż stworzył cztery słynne argumenty (czasem zwane paradoksami), z których najlepiej sprawę oddają dwa: argument zwany ‘dychotomią’ i argument nazwany imieniem Achillesa. Są one w gruncie rzeczy podobne i mówią tyle: ruch jest niemożliwy, bo ciało, żeby się poruszać, czyli dotrzeć z jednego punktu do drugiego, musiałoby najpierw pokonać połowę drogi, zanim jednak by do tego doszło – musiałoby osiągnąć połowę tej połowy, a wcześniej połowę połowy połowy i tak w nieskończoność. Jednym słowem, musiałoby przebyć nieskończoną liczbę odcinków w skończonym czasie, a to, według Zenona, jest niemożliwe. Drugi argument tworzy ilustrację: gdyby szybkonogi Achilles chciał dogonić żółwia – nie dałby rady, do tego stopnia absurdalny jest ruch. Dlaczego? Otóż Achilles prowadząc pościg za żółwiem, musiałby dotrzeć najpierw do miejsca, z którego żółw wyruszył. Następnie do miejsca, w którym był żółw, gdy Achilles osiągnął miejsce jego startu, następnie do miejsca, gdzie żółw się znalazł, gdy Achilles był w tym drugim miejscu – i tak w nieskończoność.
Można się zgodzić, można się nie zgodzić. Arystoteles się nie zgadzał, ale logiczne udowodnienie błędu w argumentach Zenona przychodziło mu z trudem, co daje do myślenia. Ja się zgadzam, zwłaszcza czasami, a szczególnie, gdy na własne oczy obserwuję paradoks piąty (a więc i piąty dowód!), mianowicie ‘żonę na targowisku’.
Jest słoneczny dzień, wybieramy się z żoną na targ. Świeżych owoców jeszcze nie ma, pomijając te hiszpańskie i greckie, za to zawsze są stoły zawalone najrozmaitszymi starociami. Lubimy je bardzo, ale inaczej się to przejawia w przypadku moim, a inaczej w przypadku mojej żony. Ja odwiedzam ulubione stoiska: ze starymi książkami, z przeróżnymi gratami. Oglądam i albo coś znajduję, albo nie. W pierwszym przypadku to coś kupuję, albo nie, w drugim po prostu idę dalej. W pierwszym też idę dalej, po obejrzeniu albo po zapłaceniu sprzedawcy. Natomiast moje Kochanie – ona targ zwiedza w duchu eleackim. Zanim przejdzie od jednego stołu do drugiego, musi pokonać najpierw połowę odległości. A po drodze wiadomo – tyle rzeczy do obejrzenia, głównie przeróżnych ciuchów, torebek i innych fatałaszków, wśród których owszem, zdarzają się perełki, ale ich przejrzenie zajmuje wieczność. Tak więc niby się poruszamy, ale tylko ‘niby’. Bo zanim się przerzuci to, co leży na połowie stołu, trzeba najpierw obejrzeć to, co zajmuje połowę tej połowy, a wcześniej – połowę połowy połowy. I tak w nieskończoność.
Gdy mija druga godzina oglądania, a my jesteśmy mniej więcej na etapie połowy połowy połowy pierwszego stoiska, zaczynam czuć pewne znużenie, lekkie zniecierpliwienie. I dociera do mnie, jak wielką mądrością jest mądrość starożytnych. A Zenon zaiste był znakomity w tym co robił.

sobota, 29 stycznia 2011

Zakupy z Platonem

Platon wielkim filozofem był, to nie ulega kwestii. Są tacy, którzy twierdzą, że cała zachodnia filozofia jest jedynie dopiskami do teorii Platona. Coś w tym może i jest. Jednym z największych dokonań Platona było stworzenie Teorii Idei. Najogólniej rzecz ujmując, zakłada ona, że poza tym wszystkim, co oglądamy i czego doświadczamy na co dzień za pomocą naszych zmysłów, istnieje świat Rzeczy Samych W Sobie, prawdziwych przedmiotów – Idei. Wszystko, co istnieje w świecie materialnym, jest niedoskonałe, bo stanowi jedynie ich odbicie.
Dla przybliżenia swojej teorii, Platon opowiada nam historię, mit. Ukazuje obraz ludzi więzionych w jaskini. Są oni od najmłodszych lat zakuci w kajdany tak, że widzą jedynie ścianę, którą mają przed sobą. Na ścianie obserwują cienie, które rzucają przedmioty przenoszone za ich plecami, oświetlone blaskiem ognia. Mają ci kajdaniarze osobliwi oczywiście przekonanie, że to, co oglądają, to prawdziwe, rzeczywiste rzeczy – nie zaś cienie, złuda, jak to jest w istocie. Więźniowie ci są podobni do nas, czy może – to my ich przypominamy. Bo dla nas, prawdziwy świat również jest gdzie indziej, prawdziwe są jedynie Idee, które są wieczne, poznawalne umysłem, a ponadto nie podlegają zmianom. Dlatego Platon mówi, że idee istnieją w naturze jako wzory, rzeczy jednostkowe zaś, będące do nich podobne, są podobiznami[1]. My zaś oglądamy jedynie cienie, marne reprodukcje – zamknięci w jaskini własnej niewiedzy.
Filozof uznający nauki Platona dąży do poznania Prawdy, czyli stara się ujrzeć Idee. Kopie go nie interesują, bo nie leży w nich żadna realna wartość. Od dłuższego czasu, właściwie od zawsze obserwuję takie platońskie podejście u mojej żony – w czasie zakupów. Osiągnięcie celu, czyli dotarcie do prawdy lub dokonanie właściwego zakupu, to splecenie się pięciu elementów: najpierw idzie nazwa przedmiotu, potem jego definicja, obraz, dyskusja intelektualna, wreszcie przedmiot sam w sobie – prawdziwy cel poznania[2] lub zakupów. Dajmy na to: płaszczyk. Płaszczyk, to nazwa. Jego definicja (powiedzmy, że stworzę tu roboczą, zapewne niedoskonałą): okrycie wierzchnie, rozpinane, długością sięgające co najmniej połowy uda, często zaopatrzone w pasek. Mam jako takie wyobrażenie (obraz) o płaszczykach – zasadniczo umiem je rozpoznać i odróżnić, na przykład od kurtek. Dyskusję intelektualną żona prowadzi ze mną w przymierzalni: Co myślisz? Właściwie fajny, ale ten kołnierz (kiwam głową)… mógłby być taki bardziej, wiesz (znowu kiwam)…tu tak szerzej… nie wiem, czy ten dobrze wygląda. Kolor fajny… taki niby klasyczny trencz, ale to chyba nie to, o co mi chodzi… (ja kiwam, i tak dalej). Tak dochodzimy do wyobrażenia o tym, jaki powinien być płaszczyk, który zachwyciłby moje kochanie. Na tej podstawie możemy prowadzić poszukiwania tego idealnego płaszczyka. Nie są one łatwe, bo po drodze spotykamy wiele przeszkód. Musimy poznać Długość Idealną, Proporcje, Krój Sam W Sobie, dojść do Idei Koloru trencza… To dość mozolna droga.
Kiedy już znajdę Idealny Płaszczyk, kupię go od razu – tak kończy się nasz wypad do sklepu. Nie wiem, czy to optymistyczna myśl. Może tak – w końcu wytrwałość w dążeniu do Prawdy jest piękną cechą, świadczącą o szlachetności duszy, jak rzekłby pewnie Platon. Ale na zbliżenie się do Idei życia niejednemu nie starcza, a nawet wielu żyć (Platon wierzył w swoistą reinkarnację). To wizja już mniej krzepiąca dla poszukiwaczy płaszczyków, tym bardziej, że wiosna się zbliża. No cóż – czas pokaże…


[1] Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów. Książka przybliża teorie  i przedstawia życiorysy mędrców, ale podaje też wiele plotek i ploteczek o iście tabloidowym charakterze. Bardzo ciekawa.
[2] Tak swoje poglądy tłumaczy sam Platon, w fikcyjnej niestety rozmowie – w kryminale z wielką filozofią w tle: Jose Carlos Somoza, Jaskinia filozofów.