Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dylematy taty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dylematy taty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Die soft czyli plastikowa pułapka i inne atrakcje




Czytałem niedawno artykuł o współczesnym ojcostwie. O tym, że dzisiejsi ojcowie są zdecydowanie różni od własnych ojców. Dlaczego? Bo angażują się w opiekę nad dziećmi i w ich wychowanie. Potrafią przewinąć bobasa, wstają w nocy, gdy zaczyna płakać, kąpanie niemowlaka to już typowo ojcowskie zajęcie. Tatusiowie chodzą też z dziećmi na spacery, przesiadują z nimi w parkach i na placach zabaw, pchają wózki, dźwigają nosidełka i w ogóle nie postrzegają spędzania czasu z dziećmi jak zadania na kursie survivalu.
Kiedyś ojcowie wracali z roboty, jedli obiad przygotowany przez żonę po czym zajmowali się typowo męskimi sprawami, takimi jak siedzenie na kanapie, ewentualnie majsterkowanie albo naprawianie małych fiatów i polonezów, jeśli akurat byli ich szczęśliwymi posiadaczami. To trochę dziwne, bo kiedyś ojcowie nie pracowali w korporacjach, kończyli zmianę o piętnastej czy szesnastej i nie mieli nic więcej do roboty, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie zawodowe. Dziś trzeba siedzieć po godzinach, dbać o wyniki, wyrabiać normy albo przynajmniej sprawiać wrażenie niesamowicie zaangażowanych w pracę, jakby poza nią życia nie było. A mimo to tatusiowie w końcu statusieli i chodzą na wywiadówki oraz odrabiają ze swoimi dziećmi lekcje, grają z nimi w piłkę i wożą na dodatkowe zajęcia. To ciekawe, ale nie będę się tu starał wyjaśniać tego fenomenu.
Chcę powiedzieć tyle, że tekst, o którym wspomniałem zaskoczył mnie, podobnie jak inne wypowiedzi na ten temat, utrzymane w podobnym tonie. Ja swoje dzieci przewijałem już na sali poporodowej, operacja ta zakończyła się sukcesem, choć nie miałem żadnego doświadczenia. Po prostu dotarło do mnie, że skoro dzieci przewijać trzeba, to trzeba i już, nie ma rady. Przewinąłem. Wstawałem w nocy, kąpałem, pchałem wózek, gotowałem zupki i było to całkiem naturalne, nie przyszło mi do głowy, że mogłoby być inaczej. Nie przyszło mi też do głowy, że robię coś na tyle niezwykłego, że ktoś mógłby chcieć o tym napisać w gazecie albo przeprowadzić ze mną wywiad jako z ojcem prezentującym jakąś niezwykłą postawę.
Inna sprawa, że z bycia nowoczesnym ojcem, można wyciągnąć pewne korzyści. Nagle okazuje się, że tyle fajnych rzeczy można robić, takich, których na pewno by się nie robiło, gdyby nie dzieci. Takie na przykład oglądanie filmów. W życiu bym nie poznał nowego wcielenia Supermana czy Spidermana, gdyby Chłopaki nie dostali płyt z filmami na urodziny. A że dostali, to obejrzałem i ja i całkiem nieźle się bawiłem. Albo książki – przeczytałem ponownie Hobbita, przebrnąłem przez dwie trzecie Władcy pierścieni, aktualnie połykam kolejny tom przygód Harrego Pottera. Świetnie się przy tej lekturze bawię i z niecierpliwością czekam żeby się dowiedzieć, co będzie dalej. Ćwiczę też przy okazji emisje głosu oraz rozwijam zdolności aktorskie, bo czytam oczywiście głośno. Jeśli chodzi o Harrego Pottera, to oglądam też ekranizacje kolejnych części i też mam z tego frajdę. A gdyby nie dzieci, to ani bym książek pani Rowling nie przeczytał ani filmów nie obejrzał, bo teraz jestem już przecież „starszy i poważniejszy i lektury mam trochę mądrzejsze”.
Ale książki i filmy to nie wszystko!  Niedawno odwiedziła mnie siostra ze swoim niespełna dwuletnim synkiem. Pogoda była marna a dzieciaki rozpierała energia, zapakowaliśmy je więc do samochodu i pojechaliśmy do wielkiej sali zabaw. Za moich czasów na placach zabaw stały huśtawki i blaszane zjeżdżalnie, z których strach było zjeżdżać (bo były strasznie zardzewiałe), chyba że rowerem. Wciągnąć rower po drabince a później zjechać nim w dół – to był wyczyn! Dziś „plac zabaw” to zupełnie co innego. Wielkie konstrukcje, rusztowania sięgające dwóch pięter, drabinki linowe, tunele z plastiku, zjeżdżalnie w formie spiralnych rur. Chłopaki ruszyli do zabawy a ja za nimi, bo najmłodszego trzeba było mieć na oku. Tak się przynajmniej wydawało. Plastikowe tunele mają to do siebie, że ich średnica pozwala dwulatkowi pokonać je w pozycji prawie wyprostowanej. Ja musiałem się czołgać. W środku jest strasznie gorąco i czuć skarpetkami. Pokonywanie tuneli jest więc męczące i po kilkunastu minutach uganiania się za dzieciakami czułem się jak John McClean w tunelach wentylacyjnych szklanego biurowca. Dodatkowo okazało się, że chłopaki, z najmłodszym włącznie, nie potrzebowali żadnego nadzoru – świetnie radzili sobie sami, sprawnie orientując się z kolorowym labiryncie. Ale i tak bawiłem się przednio.
Może więc cały sekret polega na tym, że my, tatusiowie dwudziestego pierwszego wieku, jesteśmy po prostu bardziej dziecinni, niż nasi ojcowie, którzy w pewnym momencie musieli definitywnie dorosnąć, bo chybotliwe huśtawki i zardzewiałe zjeżdżalnie nie wytrzymały by już ich ciężaru? Przygody misia Kolargola, Uszatka i Bolka i Lolka też w pewnym wieku już nie bawią a ojcowie sprzed trzydziestu lat nie mieli alternatywy w postaci uniwersum Marvela. Siadali więc na kanapie, oglądali Dziennik Telewizyjny, później 07 zgłoś się, a trudno to było robić z dziećmi. Dziś można wydorośleć, ale zostawić sobie jednocześnie margines na cieszenie się z dziecinnych rozrywek. Ot i cała tajemnica. Miło jest po prostu wpaść od czasu do czasu w plastikową pułapkę i uwolnić się z niej, zjeżdżając wielką, zakręconą plastikową rurą.

czwartek, 25 września 2014

Miało być o czymś innym, a będzie (znowu) o Chłopakach, czyli zmiana koncepcji




Dawno mnie nie było. Byłem zajęty. Dużo spraw na głowie i absolutny brak głowy do pisania. Sporo się pozmieniało. Jedno na lepsze, drugie na gorsze a jeszcze inne na po prostu inne. Przemy do przodu.
Znowu będzie o Chłopakach – cóż poradzić. W kwestii Chłopaków pozmieniało się dużo. Nauczyli się jeździć na rowerze, więcej nawet – nauczyli się na rowerze nie tylko jeździć, czyli poruszać się do przodu ruchem mniej lub bardziej jednostajnym, ale opanowali też umiejętność samodzielnego ruszania z miejsca oraz zatrzymywania się z użyciem hamulców. To ostanie szczególnie mnie cieszy, bo wcześniej jazda kończyła się często na płocie albo parkującym pod płotem samochodzie. Trochę mnie to stresowało.
Gucio poszedł do szkoły a Tytus do zerówki. To kolejna zmiana, poważniejsza nawet, niż ten rower. Guciowi w szkole na szczęście się podoba. Pani jest fajna, na lekcjach jest fajnie, w świetlicy jest również fajnie a na basenie to nawet bardzo fajnie. Czyli wszystko fajnie… by było, gdyby nie te zadania domowe. Już w pierwszym tygodniu września, korzystając ze swojej wiedzy, zawodowego doświadczenia i innych kompetencji potwierdzonych dyplomami i zaświadczeniami, zdiagnozowałem u Gutka dyslekcję. Wystarczy, że Gucio usiądzie do biurka, żeby zabrać się za odrabianie lekcji i od razu zachciewa mu się spać. Napady ziewania są nie do zwalczenia. Głowa zaczyna mu się kiwać – musi ją podpierać ręką. Oczy same się zamykają. Albo wręcz odwrotnie: nie może usiedzieć na krześle. Ma do opowiedzenia milion rzeczy, do zrobienia – drugi milion. Kręci się na wszystkie strony i zajmuje czym popadnie, tylko, oczywiście, nie odrabianiem lekcji. Dyslekcja dwubiegunowa, jak nic.
Tytus też miewa czasami coś zadane. Radzi sobie z wrodzoną sobie fantazją. Ostatnio musiał pokolorować obrazek. Na obrazku była pani, która trzymała w ręku bukiet kwiatów a jeden kwiatek miała wpięty we włosy. Tytus zaczął od włosów – pani szybko stała się blondynką. Niestety – kwiatek we włosach również uzyskał barwę blond. Starałem się wytłumaczyć, że trzeba starannie, że kwiatek powinien być inny, niż włosy. Jak będziesz kolorował bukiet, to się postaraj – mówię – pokoloruj kwiatki na jakiś ładny kolor. Tytus się zamyślił. Może sobie przeliczył te kwiatki w bukiecie i wyszło mu, że za dużo. Wiesz co? – mówi. Te kwiatki to są stokrotki, one muszą być białe. Nie oparłem się sile argumentu.  Ciekawe, czy nauczyciele docenią kiedyś taką inwencję.
Może docenią, szczególnie panie nauczycielki. Bo Tytus ma w sobie to coś. Kilka dni temu, gdy odprowadzałem go do przedszkola… przepraszam, do zerówki, pani powitała nas słowami: O, mój podrywacz! Od razu wiedziałem, że nie chodzi o mnie, popatrzyłem więc na syna. Bo jak on się tak uśmiechnie, jak spojrzy w oczy… - pani rozpływała się w opowieściach. Nie zdziwiłem się, bo nie ona pierwsza. Tytus podoba się po prostu paniom, w różnym wieku, panie zaś podobają się jemu. Zmiana wychowawczyni w przedszkolu doskwierała mojemu Tytusowi szczególnie z jednego powodu: Wolałem panią Anię. Bo była ładniejsza… no i więcej nam pomagała. To o pomaganiu dodał po chwili, chyba tylko pro forma.
Tak się złożyło, że synów mam dwóch – dwóch zupełnie różnych. Gucio jest chudy, taki szczypior, jak ja. Tytus ma zadatki na wielkiego chłopa. Ja bym tak chciał, lecz już chyba próżne nadzieje. Gutek jest w ogóle do mnie podobny (ile razy słyszałem ten komentarz, że Gucia to bym się nie wyparł – jakbym miał taki zamiar…), tyle, że rudy (chociaż dziadek, mój tata twierdzi, że nie rudy, tylko taki „złocisty” i że on też taki był jak był mały – czyli, tak czy inaczej, dziedziczy po mieczu). Gucio jest typem marudy, co to wszędzie znajdzie jakiś problem. Denerwuje mnie to czasem niemiłosiernie, chociaż sam miewam podobne tendencje. Tytus do wszystkiego podchodzi z większym luzem i jeśli koniecznie nie musi, to się nie przejmuje. Miło, to ułatwia życie. Gucio marudzi też przy jedzeniu. To również mnie denerwuje, chociaż powinienem zrozumieć – sam uznaję, że jeśli ktoś zabiera się za gotowanie, powinien to robić porządnie, dokładnie i z dbałością o szczegóły – albo sobie odpuścić. Ryb nie jadam, bo są w nich ości. Nie lubię zbędnych rzeczy w jedzeniu, podobnie jak Guć, który nie je kiełbasy, odkąd znalazł kiedyś w jednej chrząstkę, czy coś innego, co nie dało się normalnie pogryźć. Tytus największy problem z jedzeniem ma taki, że często nie wie, co chciałby zjeść. Kiedy się już dowie – je z apetytem. No i ma podejście do kobiet, o którym ja mogłem tylko marzyć. Kiedyś, bo teraz wystarczy mi odpowiednie podejście do jednej kobiety, nad którym ciągle staram się pracować i które próbuję udoskonalać, mam nadzieję, że z dobrym skutkiem.
Przydała by się na koniec jakaś puenta. Ale żadna nie przychodzi mi do głowy. Coś mi się niby w głowie kołacze, teorie o ja realnym i ja idealnym, które pamiętam z zajęć z psychologii – i że Chłopaki to takie odbicie tych moich ja. Ale może to zbyt śmiało byłaby wysnuta teoria?

sobota, 14 czerwca 2014

O Dniu Chłopaków, czyli żeby nie zapomnieć, jak się pisze




Mówię czasami różne rzeczy. Trzeba ćwiczyć aparat mowy na wypadek, gdyby się miało coś naprawdę ważnego do powiedzenia – nie wiem, gdzie przeczytałem te słowa, nie pamiętam, kto je napisał. Ale zapadły mi w pamięć. Ja też mówię czasami różne rzeczy, uczestniczę w rozmowach bez znaczenia, plotkuję czasem w pracy. Jednym uchem wpuszczam, drugim wypuszczam. Wtrącam coś od siebie. Shit-talk – tak to kiedyś, jakże trafnie, określił jeden mój znajomy. Z nim lubiłem rozmawiać, nie prowadziliśmy shit-talków, ale znajomość się urwała.
Nagle uderzyła mnie myśl, że podobnie jest z pisaniem. Trzeba czasem coś napisać, żeby nie zapomnieć, jak się kleci zdania, prowadzi wywód – wszak to cenna umiejętność, którą szkoda by było zatracić. Tyle, że rozmowę prowadzić łatwiej, tam zawsze jest ta druga strona, wystarczy się ograniczyć do reagowania na to, co ona mówi. A pisać trzeba samemu. Od początku do końca wymyślić tekst. I zadbać, by była w nim jakaś treść, bo inaczej, wiadomo: jak gdzieś nie ma treści, to można tam podkładać różne treści. I wtedy nie wiadomo, co może wyniknąć.
O czym tu jednak pisać, gdy dookoła nic szczególnego się nie dzieje? To znaczy dzieje się, ale to są takie moje zwykłe codzienności, zakładam, że niekoniecznie interesujące dla innych.
Ostatnio na przykład obchodziłem z Chłopakami Dzień Chłopaków. To takie nasze małe, cykliczne święto. Żona wyjeżdża na sobotę i niedzielę w celach edukacyjnych a my zostajemy sami. Niby nic, a jednak coś. Zwykle Dni chłopaków nie są jakieś szczególnie ekscytujące. Robimy zakupy, sprzątamy (to znaczy ja sprzątam a Chłopaki przemieszczają sterty bałaganu w swoim pokoju z jednego miejsca na inne), gotujemy obiad. Brzmi to raczej jak zaprzeczenie Dnia Chłopaków – właśnie to sobie uświadomiłem. Cóż. Ostatnio jednak świętowaliśmy huczniej. Wybraliśmy się do miasta. Obiecałem Chłopcom kilka dni wcześniej specjalną atrakcję, jeśli się będą starać i będą grzeczni. Byli, trzeba im przyznać. Dowód na to, ze jak chcą, to potrafią. Wystarczy odpowiednia motywacja. Wybraliśmy się więc do miasta. Chłopaki wypluskali się w fontannie, która tryska u nas od dwóch czy trzech lat na jednym z placów i przyciąga wszystkie dzieciaki spragnione pluskania. Czyli wszystkie dzieciaki. Później przyszła kolej na gwóźdź programu – obiad w McDonaldzie. Gucio i Tytus nigdy jeszcze w tej świątyni tłuszczu i cukru nie byli, ale od jakiegoś czasu mieli straszną ochotę, bo przedszkole obiegła wieść, że w McDonaldzie można dostać głowę Spidermana. Zamówiliśmy zestawy Happy Meal i faktycznie, dostaliśmy głowy. Plastikowe wisiorki, wyglądające jak najgorsza tandeta z odpustowego straganu. Ale co zrobić, z modą, zwłaszcza tą przedszkolną, trudno dyskutować.
Po obiedzie przyszedł czas na deser. Kupiłem więc Chłopakom lody, po czym znaleźliśmy miejsce w ogródku jednej z knajp. Zamówiłem sobie piwo. Jak Dzień chłopaków, to Dzień Chłopaków, tacie też się należy!
Gdy wracaliśmy, Chłopcy nagle odśpiewali mi piosenkę, której nauczył ich Pan Kuba od rytmiki. Ten nasz tata to okropnie fajny facet! Nie chciał draki, więc dzieciaki wziął na spacer. Dobrze z tatą iść, dobrze z tatą iść… Strasznie miło mi się zrobiło. Na koniec, gdy Tytus oznajmił, że to był fajny dzień, ogarnęło mnie więc poczucie radości z dobrze wykonanego zadania.
Żeby nie było za różowo, wspomnę o pewnym wątku, który się przy okazji Dni Chłopaków pojawił. Tata, znaczy ja, pozwalam podobno na więcej. Taka refleksję miała moja żona, czyli mama. Zastanowiłem się: no tak, pozwalam włazić na drzewa, wspinać się na płoty, walić młotkiem, ciąć gałązki sekatorem. Ale czy to źle? Mamy są chyba z natury swej bardziej ostrożne. A tata, to tata. Tym bardziej tata chłopaków. Chłopaki, jak świat światem, lubili łazić po drzewach (i niech mi żadna feministka wojująca nie próbuje tu wmawiać, że to z powodu mniejszego zaawansowania w naszym przypadku procesu ewolucji!). Dlaczego miałbym zabraniać moim Chłopakom czegoś, co mi sprawiało straszną frajdę (i na co ciągle mam czasem ochotę). Na zbite i podrapane kolana się nie umiera, co też wiem z własnego doświadczenia. A sekatorem wcale nie tak łatwo odciąć sobie palec.
Zostanie pewnie tak, jak jest. Tata będzie mniej ostrożny (co nie znaczy, że lekkomyślny). I będzie tym fajnym facetem, który za jakiś czas kupi Chłopakom scyzoryki. Przecież facet powinien mieć scyzoryk, prawda?

środa, 26 marca 2014

Czytanie w doborowym towarzystwie, czyli kiedy nie jest za wcześnie na dekapitację



Wczoraj, 25 marca, obchodziliśmy Światowy Dzień Czytania Tolkiena. Odkryłem to zupełnie przypadkiem.
Gdyby się dobrze rozeznać, każdego dnia można by świętować z takiego czy innego powodu. Tylko – ile z tym zachodu! Pozapisywać w kalendarzu wszystkie te daty i okazje albo, co gorsza, próbować je spamiętać, to raczej nie na moją głowę. Za to, jeśli przypadkiem odkryję, że oto mamy jakiś ciekawy „międzynarodowy dzień”, czasami traktuję to jako pretekst.
Tak się złożyło, że wczoraj czytałem Tolkiena. Podobnie jak przedwczoraj i jak co wieczór, od kilku dni. Głośno czytałem pierwszy tom Władcy Pierścieni, leżąc sobie w łóżku z Guciem.
Gutek mnie w końcu przekonał, że warto przeczytać te następne książki o „hotbitach”. Słucha dzielnie dzieła pana J.R.R. i – o dziwo – kojarzy i łączy fakty. O dziwo, bo książka łatwa nie jest. Teraz, gdy czytam ją ze świadomością, że słucha mnie niespełna sześciolatek, widzę, jak wiele w niej dziwnych imion i nazwisk, nazw miejscowości (a ciągle jesteśmy w małym kraiku zamieszkałym przez hobbitów, góry, równiny Rohanu i mroczny Mordor ciągle daleko przed mami), skomplikowanych opowieści, jak choćby historia magicznych pierścieni, niedopowiedzianych wątków.
Czy Gucio ogarnie złożoność świata Śródziemna? Miałem wątpliwości, później jednak sięgnąłem pamięcią wstecz. Gdy ja byłem mniej więcej w wieku Gucia, może odrobinę starszy, ale niekoniecznie, rodzice przeczytali mi Winnetou i Old Surehand’a (do dziś pamiętam, że Surehand mylił mi się z przyjacielem wodza Apaczów Old Shatterhand’em, nie pamiętam za to, czy to sprawiało, ze gubiłem się w fabule) a także Upiora z Llano Estakado, który spośród książek Maya podobał mi się chyba najbardziej. Później poznałem przygody Tomka Wilmowskiego. Książki Szklarskiego czytał mi tata a ja słuchałem z zapartym tchem. Moim ulubieńcem był bosman Nowicki. Imponował mi ten wielki, silny facet, który jednym ciosem był w stanie położyć każdego prawie przeciwnika. No i Smuga – taki milczący i tajemniczy. A babcia przeczytała mi Przygody Tomka Sawyera.
Książek o Indianach i kowbojach i tych o podróżnikach, łowcach dzikich zwierząt słuchałem z przyjemnością. Pamiętam, że rodzice wyłuskiwali z nich konkretny przekaz: ważne są pewne wartości. Można być odważnym, ba, nawet wojowniczym, ale nie wolno robić nikomu krzywdy. Ktoś szlachetny jak Winnetou – to ktoś wart podziwiania. Należy mieć szacunek do innych, trzeba pomagać, gdy ktoś pomocy potrzebuje. Te lektury to były moje lekcje etyki, które – o to jestem w stanie się założyć – ukształtowały mnie, przynajmniej jako (bardzo) młodego człowieka.
Wracam jednak do Gucia. To, czy zrozumie książkę, którą mu czytam, to jedno. Chce słuchać, zadaje sensowne pytania, pamięta, o czym czytaliśmy poprzedniego wieczoru, więc swoje chyba rozumie. Inna sprawa, że przecież Władca Pierścieni bywa momentami straszny. Ci, co w Śródziemiu dzierżyli miecze, nie władali nimi jak animowane żółwie ninja, ale wymachiwali konkretnie: krew się lała i głowy odpadały. O tym też myślałem, decydując, czy nie odłożyć czytania Chłopakom Tolkiena na trochę później. Ale – pomyślałem – ja się w wieku lat sześciu dowiedziałem, czym jest skalpowanie. I co to znaczy, że Indianie przywiązali kogoś do pala i jakie to przywiązanie miało dla przywiązanego konsekwencje. Mój ukochany  Bloody Fox, tytułowy (uwaga, spoiler!) upiór z pustyni Llano Estakado, strzelał przeciwnikom ze swego colta w sam środek czoła, co było jego znakiem rozpoznawczym. A Jan Smuga potrafił zawiesić faceta na konarze drzewa, rosnącego na brzegu Amazonki i opuszczać go powoli – prosto ku stadu kłębiących się pod powierzchnią wody piranii. Słuchałem o tym wszystkim i jakoś mnie to nie wykoślawiło. Myślę, że Gucia też nie wykoślawi, kiedy usłyszy opis dekapitacji orka.
Póki co Gucia najbardziej interesuje, kiedy Frodo wyruszy w podróż i czy będzie wędrował razem z krasnoludami. I czy pokonają tego najbardziej złego czarodzieja. Ja się też w sumie nie mogę doczekać dalszego ciągu. Świat Tolkiena jest teraz barwniejszy, ciekawszy i bardziej magiczny, niż gdy o nim czytałem za pierwszym razem – sam i po cichu.

wtorek, 18 marca 2014

Dlaczego nie czytam poradników, czyli dylematów taty ciąg dalszy





Zdarzyło mi się nieraz ze zgrozą czytać artykuły o wychowaniu dzieci. Pełne dobrych rad i pięknych przykładów na to, jak stosowanie się do tych rad owocuje. Dzieci rosną zdrowe, mądre i szczęśliwe a rodzice mogą być dumni z dobrze wykonanego zadania. Czytałem taki artykuł, patrzyłem na zdjęcie pięknych, kwitnących mam i uśmiechniętych, przystojnych i równie kwitnących tatusiów, przytulających swoje roześmiane dzieci w kreacjach jak z żurnala i myślałem: czy ze mną jest coś nie tak? Bo nasze dzieci są często naburmuszone, marudne i zwykle brudne, z plamami po jedzeniu na koszulkach i plamami od pisaków na rękach a ja jestem zmęczony i nerwowy.
Całe szczęście, że nie zaopatrzyliśmy się w książki i poradniki dla rodziców, których tyle nam oferuje wydawniczy rynek. Gdybym oddawał się dodatkowo lekturze podobnych wydawnictw, jak nic popadłbym w depresję. Mamy jedną książkę, napisaną dawno temu przez niejakiego Benjamina Spocka. Żona do niej czasem zagląda, ja prawie wcale. Bo i po co? Spock pisze co prawda mądre rzeczy, ale co z tego? Nasi Chłopacy, najpierw jeden, później drugi, zaczęli w pewnym momencie dawać się nam we znaki w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Stali się przekorni, mieli swoje humory i zmienne nastroje, zrobili się uparci. Bunt dwulatka – ogłosiła Żona kilka chwil po otwarciu woluminu. No tak, pomyślałem. Też mi mądra książka. Kiedy moje dziecko ma dwa lata i zaczyna się buntować, nie potrzebuję zagłębiać się w lekturę mądrych ksiąg, żeby skonstatować, z czym mam do czynienia. Wystarczy prosta dedukcja. Oczywiście doktor Spock daje rady, jak sobie radzić z kryzysem, ale nijak się one miały do rzeczywistości, zagarniętej i przeorganizowanej przez naszych zbuntowanych dwulatków.
Utwierdziłem się w przekonaniu, że czytanie książek o wychowaniu dzieci nie ma większego sensu.
Kiedy dziecko zaczyna płakać, bez wyraźnego powodu, gdy się je odkłada do łóżeczka, należy je przetrzymać. Tak na przykład radził Spock. Jeśli raz pozwolimy się sterroryzować ryczącemu maluchowi, problemy z jego opanowaniem będą z czasem coraz większe. Postanowiliśmy przetrzymać raz małego Gucia. Po pięciu minutach nieustannego krzyku, przetrzymywaliśmy dalej, bo książka nie określała, jak długo krzyki i płacze mogą trwać. Po dziesięciu minutach zaczęliśmy się niepokoić, po piętnastu – pojawiła się u nas  nerwowość, po kilku kolejnych sami mieliśmy ochotę zacząć krzyczeć. Spazmy Gucia trwały w najlepsze, niewiarygodne, ile małe dziecko ma w sobie energii i do jakiego stopnia opanowuje technikę krzyku, bo gardło mu przez ten czas nie wysiadło. W końcu okazało się, że to Gucio przetrzymał a właściwie przekrzyczał nas. Tyle, jeśli chodzi o książkowe dobre rady.
Jeśli według autorów poradników i artykułów to wszystko jest takie proste, a mnie z jakiegoś powodu nie wychodzi, to czy coś nie tak jest z poradnikami, czy ze mną?
Są też inne kwestie. Kiedy znajomym urodził się synek, zaczęli inwestować. Jednym z zakupów była tak zwana „mata edukacyjna”. Niewtajemniczonym wyjaśnię: mata  edukacyjna, to kawał materiału, taki dywanik, and którym rozkłada się dwa pałąki, służące do zawieszania zabawek - małych maskotek, grzechotek i tak dalej. Dostaliśmy coś takiego, kiedy Gucio był mały. Nie przepadał specjalnie za matą edukacyjną (nie wiem, czy to świadczy o wrodzonej niechęci do edukacji, chyba nie). Kiedy znajomi planowali zakup maty, przypomniało mi się, że mamy swoją, prawie nową. Zaproponowałem, że chętnie oddamy w dobre ręce. W odpowiedzi dostałem link do aukcji z matą, którą oni planują kupić. Na oko podobna – dywanik i dwa pałąki. Tylko cena mnie zaskoczyła, bo była pięciokrotnie wyższa niż ta, za jaką można kupić matę taką jak nasza. Zagłębiłem się więc w opis. Okazało się, że nie patrzę na zwykłą matę, tylko na wyjątkową. Matę stymulującą osiemnaście funkcji rozwojowych dziecka. Trochę zawstydzony wcześniejszą propozycją, już do niej nie wróciłem. Nasza mata niczego w jakiś szczególny sposób nie stymulowała. Kiedy zakup został dokonany, obejrzałem tego Mercedesa wśród mat dla niemowlaków. Od tej, na której edukowali się nasi Chłopcy różniła się tym, że naciśnięta w jednym miejscu, piszczała w irytujący sposób. Nie wiedziałem, co myśleć. Wnioski nasuwały się dwa: że, po pierwsze, rodzicom w szale kupowania można wcisnąć wszystko i że są tacy, którzy skutecznie to wykorzystują zbijając kokosy. Albo – wniosek alternatywny – że w haniebny sposób zaniedbaliśmy rozwój naszych dzieci, absolutnie lekceważąc potrzebę stymulowania ich do rozwoju. Jeśli wyrosną na nieuków o nieskoordynowanych ruchach i rozbieganym spojrzeniu, trzeba będzie uderzyć się w piersi i posypać głowę popiołem.
Piszę o tym wszystkim, bo przeczytałem właśnie wywiad z Leszkiem Talko, który sam napisał dwie lub trzy książki o wychowaniu dzieci, więc uchodzi za takiego, co się zna. Nie czytałem tych książek, jednak po lekturze wywiadu dochodzę do wniosku, że być może twórczość pana Talko, to jedyne pozycje o wychowaniu, które mógłbym czytać bez dyskomfortu i wyrzutów sumienia. Bo facet ma zdrowe podejście. I podobne do moich doświadczenie: jego również lektura podręczników dla rodziców wpędzała w rozterki i skłaniała ku wnioskowi, że jest kiepskim ojcem.
Po prawie sześciu latach bycia tatą wnioski mam takie, jak Leszek Talko: pewne rzeczy trzeba zostawić ich naturalnemu biegowi. Jeśli dzieci chcą się żywić jedynie chlebem z kremem czekoladowym (lub – jak w przypadku małych Talków – parówkami), to będą się nim żywić, aż im się odmieni. Brudzić też się będą, dopóki nie dojrzeją na tyle, że zauważą, że czasami a nawet zwykle lepiej jest być czystym. A kiedy dzieci nie śpią w nocy, to żadne mądre rady z książek nie pomogą. Kiedyś przyjdzie moment, że to one będą chciały się wyspać, ale nie będą mogły i wtedy sprawiedliwość zatryumfuje. Wcześniej rodzice muszą pogodzić się z sytuacją. Nikt im nie obiecywał, że będzie łatwo.