wtorek, 27 marca 2012

Tyrania chwili


Dopóki nie zrozumiemy, jak szybkość funkcjonuje, co nam daje i co odbiera, nie będziemy mogli zachować powolności tam, gdzie jest ona konieczna.
Thomas Hylland Eriksen, Tyrania chwili

Kilka lat temu (kilka lat! jak ten czas leci!) wpadła mi w ręce książka, której fragment przytoczyłem powyżej. Tyrania chwili. Szybko i wolno płynący czas w erze informacji. Pisałem akurat pracę magisterską i ta pozycja bardzo mi się przydała, była inspirująca. Miałem też w tym czasie okazję wysłuchać wykładu autora, odwiedzającego akurat Polskę. Słuchając jego słów, byłem tak samo zafascynowany, jak podczas lektury. Z jednej strony była to lektura po prostu przyjemna. Książka, choć jest pozycją naukową, napisana jest lekko, nawet z humorem; podobnego, miłego w odbiorze języka Eriksen używał podczas wystąpienia. Drugim powodem mojego zachwytu było odkrycie, że w tak pasjonujący, ale i mądry i odkrywczy sposób można mówić o rzeczach na pozór oczywistych, dotyczących na co dzień nas wszystkich.
Żyjemy coraz szybciej, albo, by ująć to inaczej, nasze życie coraz bardziej przyspiesza, w związku z czym brakuje nam czasu na to czy owo. To dość oczywiste stwierdzenie, można rzec, że banalne. Co to jednak dla nas oznacza? Skąd się bierze to zjawisko i co z niego wynika? Eriksen stawia tezę, że przyspieszanie świata, by użyć ogólnego stwierdzenia, ma związek z zalewem informacji. Wynika z niego, ale też wpływa na sposób, w jaki informacje odbieramy. Ostatnio znowu wspomniałem Tyranię chwili i pomyślałem, że coś tu faktycznie jest na rzeczy.
Kiedy chodziłem do liceum, dużo czasu spędzałem na czytaniu. O jakości moich ówczesnych lektur można by pewnie dyskutować, ale ich ilość była co najmniej znaczna. Kiedy przychodziły wakacje, układałem się z książką na łóżku albo na leżaku w ogrodzie i spędzałem tak długie godziny. Czasami wstawałem, żeby przynieść sobie coś do picia albo do jedzenia, na przykład wyrwać kilka marchewek z ogródka (jak ja wtedy zdrowo żyłem!). Podobnie spędzałem czas na pierwszym roku studiów (no, może z pominięciem marchewek). Czytałem wtedy oczywiście również rzeczy związane ze studiami, czasami się też uczyłem, oraz udzielałem towarzysko, wszystko to jednak była takie spokojne i niespieszne. Ja zaś byłem skupiony, nie rozpraszałem się niepotrzebnie.
Później sytuacja zaczęła się zmieniać. Dlaczego? Otóż dorobiłem się komputera i niedługo później podłączyłem go do Sieci. Wzrok znad czytanej w fotelu książki, coraz częściej uciekał mi w stronę ekranu, który był niby uruchomiony tylko po to, żebym mógł włączyć sobie jakąś muzykę. Muzyka grała, nawet nie musiałem przekładać kasety, jak jeszcze niedługo przedtem, gdy bazowałem na magnetofonie. Często jednak, choć nie było żadnej wyraźnej potrzeby, żadnej racjonalnej konieczności, ręka mnie świerzbiała, by złapać myszkę i coś tam kliknąć. Coś sprawdzić, gdzieś zajrzeć…
Niedawno odkryłem, że jest związek między nagraną dwadzieścia lat temu płytą Metalliki, a rosyjskim nastolatkiem, który potrafi wypalić na raz całego papierosa (na raz, to znaczy bez wyjmowania go z ust, bez wydmuchiwania dymu między pierwszym a ostatnim zaciągnięciem się). Jaki to związek? – zapytacie. Prawy pasek na stronie Youtube’a.
Zaglądam na Youtube’a, głównie w poszukiwaniach muzyki. Wersje live, nowe klipy – wszystko można tam znaleźć. Niedawno, przeglądając portal, trafiłem na ciekawy komentarz pod jakimś (przypadkowym i dziwnym) filmikiem. Zawsze szukam czegoś konkretnego – pisał internauta – a później zaczynam przeglądać pasek po prawej stronie i w końcu trafiam na takie głupoty. Co za trafna konstatacja, pomyślałem. Ja mam przecież dokładnie tak samo. Słucham niby jakiejś piosenki, ale już widzę, że można wysłuchać też innej wersji, zapisu z koncertu, albo covera. A jak pojawia się cover, to i inny wykonawca. Inny wykonawca, jakieś kapele mu gatunkowo czy stylistycznie pokrewne, których nie znam, kolejna ciekawostka z prawej strony ekranu… W końcu trafiam na młodego nikotynistę albo gości wrzucających mentosy do butelek z Coca-Colą, czy próbujących biegać po wodzie. Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi nas prawy pasek, wiadomo za to, że zabierze nam sporo czasu, jeśli z odpowiednią stanowczością i konsekwencją nie będziemy się opierać.
A to przecież tylko jeden z przykładów tego, jak może wciągnąć serwowanie w Sieci. A serwowanie tak łatwo zacząć, kiedy mamy tylko chwilkę, skrawek wolnego czasu między jedną a drugą ważną czynnością. Nie warto otwierać książki, bo co to za czytanie, taka dwuminutowa lektura. Czasu na czytanie jest ewidentnie za mało, ale coś kliknąć i gdzieś zajrzeć – to już można zrobić. Nawet, jeśli nie doczytamy, albo nie obejrzymy do końca i dokładnie, nic się przecież nie stanie, w końcu nie robimy niczego istotnego.
Niepowstrzymany i masowy zalew informacji w naszych czasach zaczyna wypełniać wszelkie luki i wolne przestrzenie, co w konsekwencji doprowadzić może do tego, że wszystko stanie się histeryczną serią przesyconych aktualnością chwil… - pisze Eriksen. Tak to chyba niestety czasami wygląda, że brakuje nam czasu, bo pozwalamy się z niego okradać.

poniedziałek, 19 marca 2012

Trening czyni mistrza, a okazja podsłuchiwacza


Człowiek musi coś mówić, żeby nie wyjść z wprawy. Trzeba mieć sprawnie funkcjonujące narządy głosowe, na wypadek, gdyby się miało coś naprawdę ważnego do powiedzenia – napisał Kurt Vonnegut w Kociej kołysce. Prześmieszne zdanie. Bawi mnie tym bardziej, że nie należę do osób nadmiernie gadatliwych. „Nie należę do osób nadmiernie gadatliwych” można uznać za wyrażenie eufemistyczne. W gruncie rzeczy jestem, a przynajmniej bywam mrukiem. Do tego stopnia, że ludzie się czasami dziwnie czują w moim towarzystwie, kiedy tak siedzę i nic nie mówię. Bo ludzie są przyzwyczajeni do rozmawiania, nawet, jeśli nie za bardzo jest o czym. Na szczęście moja żona ma zdolność mówienia silnie rozwiniętą, co nas, jako parę, ratuje w sytuacjach towarzyskich. Ja się ładnie uśmiecham i potakuję, oraz kiwam głową marszcząc brew, którą to umiejętność nabyłem na jakimś kursie, na którym mowa była o aktywnym słuchaniu. Potrafię aktywnie słuchać, mam na to papier.
Czasem zdarza mi się nie tyle słuchać, co podsłuchiwać. Nie, żebym wdzierał się w czyjąś prywatność, wykradał tajemnice czy robił inne tego typu, karygodne rzeczy. Ale w takiej, dajmy na to, kolejce w sklepie. Trudno nie posłyszeć, gdy ktoś obok głośno rozmawia. I tak na przykład, jakieś trzy dni temu, stałem w kolejce, a za mną stało dwóch panów. I rozmawiali, a właściwie jeden z nich opowiadał drugiemu o swojej koleżance z pracy. No, może „koleżanka” to za dużo powiedziane. Pani przyszła do firmy mojego kolejkowego sąsiada na staż i została po nim, bo tego wymagał urząd pracy, który ją wcześniej na staż kierował. Choć to akurat nieistotny szczegół. Pani stażystka, a właściwie była stażystka, jest osobą dość specyficzną, a to za sprawą sposobu, w jaki się wysławia. Siedzimy, słuchamy jej – opowiada pan w kolejce swojemu koledze, gdy tymczasem ja podsłuchuję – i czasami musimy się bardzo starać, żeby nie parsknąć głośno, jak coś palnie. „Jak się pan na to  zaopatruje”, pyta na przykład ostatnio szefa. Albo mówi: suma sumarów... Tu już nie wytrzymałem i zrobiłem to, czego unikał opowiadający i jego koledzy z pracy, czyli głośno parsknąłem. Wydało się oczywiście, że podsłuchiwałem, więc żeby wybrnąć jakoś z sytuacji – suma sumarów, ciekawa postać – powiedziałem.
Podsłuchiwanie może byś ciekawe. Co więcej, może być inspirujące. Jakiś czas po tym, jak podsłuchałem rozmowę w sklepie, przeczytałem wywiad z Arturem Andrusem. Pan Andrus mówi o tym, że też lubi podsłuchiwać (choć używa słowa „słuchać”) ludzi. Na przykład do empiku – opowiada – przyszedł pan i zapytał: „Dzień dobry, czy jest przewodnik po Górnym Śląsku?”. A sprzedawczyni: „Nie, ale jest po Dolnym”. Już się można zachwycić takim dialogiem. A puenta była taka, że ten pan chwilę postał i mówi: „mmm… to  poproszę”. Świetna historia, prawda? A żeby było jeszcze świetniej, Andrus kontynuuje: Kiedy opowiedziałem o tym w radiu, słuchaczka przysłała rozmowę zasłyszaną w wypożyczalni DVD. „Czy jest Szósty zmysł? – Nie, ale mamy Piąty element”.
Co to ma jednak wspólnego z aktywnym słuchaniem i mówieniem, w celu nie wyjścia z wprawy? Na pierwszy rzut oka może niewiele, teraz jednak zepnę mój tekst zgrabną klamrą i raz jeszcze wrócę do wspomnianego wywiadu, nawiązując jednocześnie do cytatu z Vonneguta. Wracając do wywiadu: Na przykład piszę co tydzień teksty na blog – mówi Artur Andrus – nie po to, by przejść do historii literatury, tylko by mieć coś gotowego, jak poproszą, żebym się wypowiedział w programie telewizyjnym. Czyli – choć to już moja interpretacja – trochę na zapas i trochę, by nie wyjść z wprawy.
A że ja na moim tym oto blogu nie zamieściłem niczego od jakiegoś czasu, to – żeby nie wyjść z wprawy, nie zaniedbać się, nie rozleniwić – gdy pojawiła się okazja, złapałem kilka wątków i proszę, 3888 znaków ze spacjami.
Mam nadzieję, ze taki trening sprawi, że gdy będę miał coś naprawdę ważnego do napisania, będę wiedział, jak to zrobić.

środa, 14 marca 2012

Rozkoszna pochwała łotrostwa, czyli filozofia z żółtą twarzą


Zawsze chciałem zostać świętym, jak Aleksy lub Hieronim/ Zdobić świątyń firmamenty,/ Nosić aureolę;/ Lecz charakter mój przeklęty drogi do wyrzeczeń bronił,/ W pokus topił mnie odmęty,/ Wyprowadzał w pole… Tak śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski, rozprawiając o ludzkiej skłonności do życia niekoniecznie kryształowo pięknym życiem. Słowa piosenki Kaczmarskiego przypominają mi się, kiedy śledzę (a robię to ostatnio namiętnie) losy rodziny Simpsonów. Nie śmiejcie się! Ten animowany serial jest wspaniałym, choć nieco krzywym zwierciadłem, w którym odbijają się nasze wady i słabości. Dostarcza nam ciekawych obserwacji na temat tego, co niektórzy chcą nazywać „naturą ludzką”. Portretuje – ze zgryźliwą przenikliwością – człowieka w sytuacji, kiedy (tu słowa piosenki Kuby Sienkiewicza i Elektrycznych gitar) tyle jest różnych pokus strasznie dużo/ jak się im wszystkim nie dać bardzo trudno.
Pomówmy więc o - było nie było - filozoficznym przesłaniu serialu The Simpsons.
Twórcy serialu są przewrotni. Z jednej strony prezentują, bez wątpienia, pesymizm antropologiczny, posunięty czasem do skrajności. Żaden z licznych bohaterów serialu nie jest idealny. Co więcej – każdy jest przede wszystkim zlepkiem wad, niż konglomeratem zalet, wadami jedynie skażonym. Z drugiej strony, u prawie każdej z tych dalekich od ideału postaci, w krytycznych sytuacjach do głosu dochodzą zakorzenione gdzieś głęboko wartości. Przywiązanie do rodziny, przyjaźń, solidarność i oddanie wspólnocie (choć pojmowane i przedstawiane często dość niezwykle), odpowiedzialność, w końcu lojalność. Życie codzienne tłumi te wartości i cechy, to one jednak najczęściej ratują bohaterów serialu z opresji. Pesymizm, dotyczący ludzkiego gatunku, nie jest więc ostateczny – na końcu tunelu zawsze tli się światełko.
Powiedzieć, że nikt w świecie Simpsonów nie jest idealny, to mało. Wady przyjmują tu skrajną postać. Weźmy na przykład szefa Homera Simpsona, C. Montgomerego Burnsa. Ten najstarszy (urodzony w 1889 roku i mentalnie ciągle tkwiący w epoce sprzed Wielkiego Kryzysu) i najbogatszy mieszkaniec Springfield, to mizantrop, jego mizantropia zaś jest, w sensie platońskim, idealna. Burns jest w stanie posunąć się do największego łotrostwa, bo po prostu gardzi wszystkimi, którzy go otaczają. Zabrać dziecku lizaka, poszczuć gościa wygłodniałymi psami, spowodować katastrofę ekologiczną, ukraść Boże Narodzenie czy… zasłonić słońce, by czerpać większe zyski z tytułu posiadania elektrowni – to wszystko dla niego pestka. Podobną, choć zakrojoną na mniejszą skalę nieżyczliwość dla wszystkich wokół prezentuje barman Moe Szyslak. Sknera, oszust nie oszczędzający nawet przyjaciół, wiecznie zamieszany w ciemne interesy, gotów wystrzelać renifery Świętego Mikołaja, gdy w lesie, podczas polowania, zabraknie jeleni. Podobnie rzecz ma się z burmistrzem Quimby’m, skorumpowanym politykiem skupionym głównie na unikaniu obowiązków i odpowiedzialności, popalającym hodowaną przez siebie marihuanę. Pogarda do wyborców aż bije z każdego słowa, które burmistrz wypowiada teatralnym szeptem do towarzyszących mu zawsze ochroniarzy.
Burmistrz ewidentnie nie jest właściwą osobą na właściwym miejscu, ale wśród mieszkańców Springfield mało kto jest. Rażąca niekompetencja i lekki stosunek do obowiązków jest tam powszechny. W szkole, w której uczą się Lisa i Bart Simpsonowie, pracują nauczyciele w ostatnim stadium wypalenia zawodowego. Bez specjalnych podręczników dla nauczycieli, nie są w stanie przeprowadzić lekcji, wypalają za to nieprzebrane ilości papierosów, co pomaga im odreagować stresy płynące z uprawianego zawodu. Adwokat Lionel Hutz nie ma pojęcia o prawie, jedyne, co potrafi, to pogrążyć swoich klientów przed sądem. Trafić w ręce lekarza, to również ryzyko. Doktor Nick Riviera jest łapiduchem z bożej łaski, który najprawdopodobniej kupił swój dyplom. Psychiatra, doktor Marvin Monroe to hochsztapler choć uważający za wielki autorytet. Nie ma jednak pojęcia o ludzkiej psychice (chętnie jednak zastosuje terapię elektrowstrząsową). Trochę lepiej rzecz ma się w przypadku doktora Hibberta, ten jednak zajmuje się tylko wypłacalnymi (i płacącymi z góry) pacjentami.
O policji lepiej nie wspominać – jedyne, co potrafią wytropić szeryf Wiggum i jego podwładni, to kolejna jadłodajnia. Gwiazdy kina i telewizji, to albo zgasłe gwiazdy, które lata świetności mają za sobą i żyją z chałtury (jak aktor Troy McClure), labo karierowicze, jak prezenter telewizyjny Kent Brockman, czy ćwierćinteligenci, jak bohater filmów akcji Rainier Luftwaffe Wolfcastle (jest on, nota bene, wielkim mięśniakiem i pochodzi z Austrii).
Pastor, wielebny Lovejoy, usypia wiernych kazaniami, kierowca szkolnego autobusu (i zagorzały fan hevy metalu), Otto Mann nie ma prawa jazdy… A to tylko początek.
Bo oto patrzymy na Homera Simpsona. Niekompetencja? Lenistwo? Inteligencja na poziomie pozostawiającym wiele do życzenia?  (Jeśli odwrócisz kamerę /monitoringu/ do ściany, będziesz mógł spać w pracy – radzi Homer nowemu koledze. Nie płacą nam za spanie – słyszy odpowiedź. Właśnie! Rolują nas na każdym kroku!) Tak, to wszystko dotyczy Homera. Jest on jednak człowiekiem pełnym sprzeczności. Mało inteligentny? Owszem, jednak gdy w Springfield wprowadzono prohibicję, to właśnie Homer został Królem Piwa; opracował skomplikowany system produkcji i dystrybucji, stworzył infrastrukturę, o jakiej gangsterom z Chicago się nie śniło. Gdy na konsolecie, przed którą Homer siedzi codziennie w pracy (a odpowiada za bezpieczeństwo w elektrowni jądrowej) zaczynają mrugać lampki ostrzegające o zagrożeniu, Homer polewa aparaturę wodą – lampki już nie mrugają. Gdy jednak nastąpił prawdziwy kryzys i miastu groziła katastrofa, to właśnie Homer uratował sytuację. Homer zwykle nie interesuje się dziećmi, zapomina imienia najmłodszej córki, nie zna przyjaciół Barta, unika kontaktów ze szkołą. Gdy jednak zachodzi potrzeba, jest w stanie poświęcić wszystko dla rodziny. Dla syna wskoczy (a właściwie wjedzie na deskorolce) w przepaść, córce kupi kucyka, czy odmówi sobie zakupu klimatyzacji, by ta mogła rozwijać muzyczną pasję – klimatyzator kosztuje dokładnie tyle, co saksofon. Choć na co dzień nie dostrzega wysiłków żony wkładanych w prowadzenie domu i ogólne organizowanie rodzinnego życia, jest w stanie zdobyć się na największy romantyzm, gdy czuje, że nadchodzi kryzys (rozwieść się, na przykład, potajemnie, by zaraz później ponownie się oświadczyć – tym razem jak należy, z pełną oprawą – i zorganizować ślubną uroczystość, na którą nie było go stać kilkanaście lat wcześniej).
Wiele można by pisać o mieszkańcach Springfield. Dla mnie wniosek podstawowy, który wyciągam, śledząc ich przygody, jest taki: trudno ich nie polubić. Dlaczego? To wynika właśnie z idei, która, jak mniemam, przyświeca twórcom serialu: w każdym jest coś dobrego. Jesteśmy pełni słabości. Lubimy i często wybieramy proste rozwiązania. Przystosowaliśmy się do życia w społeczeństwie zorganizowanym w ramach zawodnego, często niedomagającego, pełnego wad systemu. Wymaga to od nas patrzenia przez palce na rzeczy, które nie do końca nam się podobają. Gdy jednak nasze działania wyrastają z określonej aksjologicznej podstawy, nie jest tak źle. Jeśli się postaramy, znajdziemy wyjście z sytuacji, które będzie tym najwłaściwszym, pozwalającym zachować porządek w naszym świecie.

piątek, 2 marca 2012

Niezależny ekspert, czyli zajęcie idealne


- …co dokładnie pan robi?
- Czytam.
- Słucham?
- Czytam książki, a właściwie przeczytałem ich całą masę – to jest chyba dokładniejsze określenie…
Wracam do czytanego właśnie i już wspominanego przeze mnie Sherlockisty. Przytoczyłem fragment, w którym główny bohater wyjaśnia, na czym polega jego praca. Ujęło mnie to, bo byłaby to praca, dla mnie, wręcz wymarzona. Zajęcie idealne. Zobaczcie sami:
Harold White mieszkał w Los Angeles i pracował jako niezależny ekspert od literatury. Jego głównymi zleceniodawcami były studia filmowe, których działy prawne zatrudniały go do obrony przeciwko oskarżeniom o pogwałcenie praw autorskich. Jeżeli jakiś wściekły powieściopisarz skarżył producentów największego kasowego przeboju kina akcji lata, twierdząc, że pomysł na film zaczerpnęli z jego mało znanego kryminału politycznego sprzed dwudziestu lat, do Harolda należało wyjaśnienie, że nie, że w istocie oba te dzieła zaczerpnęły podstawowe elementy fabuły z jednej z mniej znanych sztuk Bena Jonsona bądź którejś z trudnych nowel Dostojewskiego czy z innego tekstu równie mało znanego i będącego już własnością ogólną (…).
Interesujące, prawda? Może nie do końca kryształowo uczciwe zajęcie, ale jakże pasjonujące! Ciekawe, swoją drogą, czy na podobnych specjalistów istotnie jest zapotrzebowanie. I ciekawe, czy istnieją ludzie, o których można powiedzieć to, co o Haroldzie: Główną kwalifikacją Harolda na to stanowisko było to, że przeczytał wszystko. Po prostu przeczytał więcej książek, niż ktokolwiek, kogo znał on sam czy jego pracodawcy.
Przeczytać wszystko – to jest wyzwanie. Zadanie chyba trudne do wykonania, chociaż, skoro Chuckowi Norrisowi udało się podobno przeczytać Internet (a później zgrać go na dyskietkę), być może jednak możliwe. Tak czy inaczej – dobrze jest przeczytać dużo. Takie jest moje zdanie. Próbowałem do tego ostatnio przekonać Młodzież. Im więcej przeczytacie, obejrzycie, poznacie, tym więcej zrozumiecie, gdy będziecie czytać, oglądać i poznawać kolejne rzeczy – tłumaczyłem, przedstawiając zasadę koła hermeneutycznego. Słuchające mnie oczy, że zacytuję Adasia Miauczyńskiego, patrzyły na mnie jakoś tak bez zrozumienia. Po co czytać, skoro mamy Google i Wikipedię? – gdybym miał zgadywać, o czym myśleli moi słuchacze, powiedziałbym, że myśleli mniej więcej w tym kierunku.
Na szczęście, nie jest to takie proste. Andrzej Mleczko kazał kiedyś małoletniemu bohaterowi jednego ze swoich rysunków zadać pytanie: Tato, czy jeśli czegoś nie ma w mojej wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje? Otóż istnieje. Stanąłem niedawno przed ciekawym zadaniem: znajomy, piszący pracę dyplomową szukał informacji o tym, co filozofowie, mają do powiedzenia na temat przeżywania przez człowieka traumy, zachowania się w silnie stresujących sytuacjach. Bo psychologowie mówią o tym bardzo dużo, socjologowie również, za to na poletku filozofów jakiś nieurodzaj myśli na ten ważki temat. Pomyślałem, pomyślałem, nic w pierwszej chwili nie wymyśliłem. Nie podpowiedziały mi ani Google, ani Wikipedia (mimo wszystko nie omieszkałem sprawdzić – a nuż złapię tu jakiś trop). Aż nagle przyszło olśnienie. Sięgnąłem po Outsidera Colina Wilson i nagle potrzebne wątki się znalazły. Wycofane ze społecznego życia jednostki opisane przez – było nie było – filozofa, wycofywały się często pod wpływem silnych przeżyć, które odkryły przed nimi jakąś prawdę. Tak było z bohaterem opowiadania Hemingwaya, weteranem wojennym i z Williamem Jamesem, który przeżył załamanie nerwowe i nabawił się permanentnego egzystencjalnego lęku na tle kruchości własnego istnienia. I proszę: zadanie, przynajmniej w jakiejś części, wykonane. Wilson przedstawia przecież bardzo ciekawą koncepcję, jak najbardziej wpisującą się w nakreślony mi kontekst.
Dlaczego w ogóle o tym piszę? Tak się złożyło, że lektura przytaczanych wyżej fragmentów Sherlockisty zbiegła się w czasie ze wspomnianą prośbą kolegi. I przez chwilę poczułem się jak niezależny ekspert, co było bardzo przyjemne. Powinna się tu znaleźć jakaś ciekawa pointa. Nie będzie jej. Po prostu postanowiłem się tym przyjemnym uczuciem podzielić. I spostrzeżeniem, że wyszukiwarka, to jednak nie wszystko.

wtorek, 28 lutego 2012

W świecie zapożyczeń, czyli: czy wszystko już było?


- Muszę wiedzieć, kto zrobiłby coś takiego… Kto mógłby zabić w tak makabryczny sposób, a potem zostawić garść wskazówek odwołujących się do opowiadań o Sherlocku Holmesie (…).
- Ktoś, kto przeczytał za wiele kryminałów…
Zaczynam właśnie lekturę nowej książki. Sherlockista Grahama Moore’a jest opowieścią o poszukiwaniu zaginionego dziennika sir Artura Conan Doyla. Jest też historią śledztwa, które prowadzi Conan Doyle w końcu roku tysiąc dziewięćsetnego, z pomocą swego przyjaciela, Brama Stokera. Mamy tu dwie kryminalne zagadki: współczesną i tą sprzed ponad wieku. Mamy też zabawę formą i oczywiście – literackie nawiązania. I właśnie o nawiązaniach słów kilka, bo lektura nasunęła mi pewne refleksje.
Wielu z nas chłonie namiętnie najróżniejsze teksty kultury. Czytamy książki, oglądamy filmy, śledzimy seriale, gramy w gry komputerowe. Świadomie lub nie, robiąc to wszystko, pławimy się w morzu cytatów.
Twórcy hermeneutyki stworzyli teorię, w myśl której teksty korespondują ze sobą, prowadzą ciągły dialog, odnoszą się do siebie wzajemnie. Widocznie było tak już w czasach, gdy hermeneutyczna metoda się rodziła. Dziś jednak, myślę, skala tego zjawiska zdecydowanie wzrosła, cytaty – ta korespondencja, dialog tekstów – jest wszechobecna.
Przytoczony wyżej fragment powieściowego dialogu przypomina mi inny, pochodzący z filmu Krzyk, kinowego hitu z moich licealnych czasów, skierowanego do miłośników horrorów. Zamaskowany zabójca morduje amerykańskich nastolatków, prowadząc z nimi jednocześnie grę, w której kluczową rolę odgrywa znajomość kanonu kina grozy. Twórca filmu, Wes Craven, chwalony był za ciekawe podejście do tematu, zabawę formą, nawiązania, autoironię. W gruncie rzeczy Craven cytował, nawet samego siebie. Jednocześnie dokonał dekonstrukcji gatunku (modne słowo w czasach, kiedy postmodernizm trzymał się mocno). Jakiś czas temu oglądałem czwartą część Krzyku. W dalszym ciągu była to zabawa w żonglerkę schematami. Całkiem udana zabawa.
Kilka dni temu oglądałem inny film: Hanna. Historia dziewczynki, którą ojciec (jak się w końcu okazuje – przybrany) wyszkolił na perfekcyjną zabójczynię. W filmie była świeżość, odważne podejście do tematu, bardzo przecież dwuznacznego moralnie. Ale czy pomysł jest faktycznie całkiem świeży i oryginalny? Nieskażony nawiązaniami? Nie. Historia Hanny, to wypisz wymaluj historia monstrum stworzonego przez doktora Frankensteina. Dziewczynka odkrywa, że jest inna niż wszyscy, wyrusza, by wyjaśnić tajemnicę swojej przeszłości. W końcu konfrontuje się z „ojcem”, jak – na kartach powieści – monstrum z doktorem pośród śniegów Arktyki. Mamy też cytaty bardziej bezpośrednie, jak choćby w scenach, kiedy Hanna ukrywa się w wozie kempingowym i przez niewielki otwór w skrzyni, w której się kuli, obserwuje podróżującą rodzinę; podgląda rodzinne życie, jakiego nigdy nie zaznała. Przecież potwór z utworu Mary Shelley też ukrywał się: w komórce, w leśnej chatce, podglądał życie normalnej, ludzkiej rodziny, uczył się.
Paradoksalnie, nawet najbardziej „oryginalne” historie i bohaterowie, to zlepek cytatów i zapożyczeń. Przywołajmy choćby doktora House’a, który jest przecież postacią niezwykłą, wyróżniającą się spośród bohaterów telewizyjnych produkcji. A przecież cały geniusz House’a, jego zamiłowanie do zagadek, skłonności do depresji, aspołeczność, pociąg do używek, nawet muzyczny talent a w końcu nawet… numer mieszkania – wszystko to już znamy, z kart opowieści o wspominanym już Sherlocku Holmesie. Albo rewolucyjny hit kinowy, sprzed kilkunastu lat, Matrix. Wniósł powiew świeżości do kina, był nowatorski i odkrywczy, nie tylko w sferze wizualno-technicznej. A jest przecież jednym wielkim zlepkiem cytatów. Czego tam nie ma? Wątki biblijne, mitologiczne, nawiązania literackie, filmowe, w końcu filozofia: od Platona do Putnama. Twórcy bardzo wyraźne czerpią z pomysłu Hilarego Putnama, który pisał o mózgach w słoiku (gdybyś był tylko mózgiem, który szalony naukowiec zamknął w słoju i podłączył do urządzeń generujących bodźce, nie mógłbyś udowodnić, że jesteś tylko mózgiem, że nie żyjesz na prawdę; podobnie jak teraz nie jesteś w stanie dowieść, że takim mózgiem nie jesteś – być może czytasz ten teksty tylko dlatego, że zwariowany doktor połączył któryś z twoich zwojów z bloggerem? Czysty matrix.)
Czasem mam mieszane uczucia, czytając czy oglądając kolejne dzieło, stworzone metodą recyklingu. Od czasu do czasu zabawa w pożyczanie daje mimo wszystko świetne rezultaty. Pojawia się tu jednak, siłą rzeczy, pytanie: czy jest dziś jeszcze możliwe stworzenie czegoś w stu procentach oryginalnego, rewolucyjnego? Znajdując kolejny znany trop w „świeżej” książce czy filmie myślę, że to coraz mniej proste. Twórcy, podobnie jak tajemniczy ktoś, sprawca zbrodni z przytoczonego na początku fragmentu, przeczytali za dużo, obejrzeli równie wiele i bardzo tym wszystkim przesiąkli.
A może po prostu wszystko już było?

wtorek, 21 lutego 2012

Filozofia Wschodu vs filozofia Zachodu, czyli dlaczego nie mogę zostać buddystą


Dziewiąte (z dziesięciu) wskazanie buddyzmu mahajany brzmi: nie wpadać w gniew. Trudno mi czasami przychodzi podążanie za tym wskazaniem. Przyznaję, jestem słaby.
Z buddyzmem mam co prawda tyle wspólnego, co z samochodami drogimi, jak śpiewał artysta, jednak zacząłem się ostatnio zastanawiać: filozofia wschodu niesie pewne mądrości. No i mówi, że należy je praktykować, że praktyka jest bardzo ważna. Jaka ważna, taka, niestety trudna. Miło by pewnie było osiągnąć Doskonałe Oświecenie, ale jak tu praktykować transcendentalne cnoty (a bez praktykowania, z Oświecenia nici)? Cierpliwość, radosny wysiłek, medytacyjne skupienie, to pięknie brzmi.
Ale…
U dzieci w wieku od 2 do 3 lat manifestują się dość wyraźnie oznaki uporu i innych napięć wewnętrznych. Upór i „negatywistyczne” nastawienie pojawiają się już około roku życia, nie jest to zatem nic nowego. Powyżej 2 lat osiągają jednak większe nasilenie i przybierają nowe formy – pisze Benjamin Spock w swojej – zwanej przez niektórych podobno „biblią wychowania dzieci” – książce Dziecko pielęgnowanie i wychowanie. Tak się złożyło, że na własnej skórze odczuwam „manifestujące się dość wyraźnie oznaki uporu” u dwulatka. Dodatkowo brat tegoż za chwilę skończy czwarty rok życia. Z prostej matematyki i czystej empirii wyszło mi, że cztery, to ni mniej ni więcej, tylko dwa razy dwa: oznaki „uporu i innych napięć” manifestują się tu więc dość wyraźnie i… podwójnie.
Są takie chwile w ciągu dnia, że deficyt mojej cierpliwości osiąga rozmiary, o którym nie śniło się filozofom ani wschodu, ani zachodu. W tej sytuacji  podejmowanie radosnego wysiłku wymaga tyle wysiłku, że o radość bardzo trudno – to jakby kazać egipskim niewolnikom stawiać piramidy z radością. Mógłbym oczywiście próbować wykrzesać trochę medytacyjnego skupienia, ale nie potrafię skupić się na tyle, żeby przywołać w myśli to trudne słowo: medytacyjne. Jedyne, co mi na myśl przychodzi, to słowa Andrzeja Kmicica: Jezu, natchnij mnie, abym zaś nie oszalał. Niestety, albo stety – mam świadomość, że te akurat niechybnie trafiają w pustkę.
I tu wracam jednak do sprawdzonej filozofii Zachodu. Emocje nie powinny być motorem działań – w krytycznych momentach dnia nikomu nie wyszło by na dobre, gdybym myślał inaczej i dał się ponieść emocjom. Trzeba działać racjonalnie, mieć plan – dobry plan działania, nawet, jeśli miało by to prowadzić do popadnięcia w schematy czy wręcz rytualizm. Rytuały mogą przecież wprowadzić bezpieczny, spokojny porządek w miejsce chaosu spędzanego z dziećmi dnia codziennego.
Trochę tu oczywiście przesadzam, mój wysiłek wiąże się przecież z radością. Ale cierpliwości mi czasami brakuje, i to jak. Zauważyła to nawet moja dwuletnia, manifestująca dość wyraźnie upór przekora: ty jesteś niedoskonały – usłyszałem dziś od synka (w tym wieku można się jeszcze mylić, nawet w sprawach kluczowych, więc nie mam mu za złe) – nie pozwalasz mi biegać. Pozwoliłbym, słowo daję, cierpliwie i z radością. Ale nie na golasa, na bosaka po zimnej podłodze, podczas gdy ja stoję z naręczem ubranek w jednej i pieluchą w drugiej ręce. Myśląc, co w tym czasie kombinuje uparty, „negatywistyczny” i manifestujący napięcia w dwójnasób  starszy brat dwulatka – bo akurat jest podejrzanie cicho.

piątek, 10 lutego 2012

Zakupowe gry językowe, czyli na zakupach z żoną i Wittgensteinem

Grą językową” nazywać też będę całość złożoną z języka i z czynności, w które jest on wpleciony – tak definiuje (na jeden ze sposobów) grę językową Ludwig Wittgenstein w pierwszej części swoich Dociekań filozoficznych. Co to znaczy? Czym, dokładniej, miałaby być owa gra? Najprościej rzecz ujmując: Wittgenstein twierdził, że języka – słów, zdań, zwrotów na niego się składających – używamy w różny sposób, w zależności od sytuacji, w której się aktualnie znajdujemy. Od „gry”, w której akurat bierzemy udział.
Termin „gra językowa” ma tu podkreślić, że mówienie jest częścią pewnej działalności – pisze dalej Wittgenstein. I kontynuuje: uprzytomnij sobie mnogość gier językowych na takich oto, i innych, przykładach: rozkazywać i działać wedle rozkazu – opisywać przedmiot z wyglądu albo według pomiarów – (…) odgrywać coś jak w teatrze – I tak dalej. Każda z tych „gier” jest przykładem sytuacji, w której używamy języka w specyficzny sposób. Ja dodałbym kilka własnych przykładów gier: pomagać wybrać odpowiedni przedmiot niezdecydowanemu – pomóc ocenić wygląd przedmiotu – opisać zależności między przedmiotem a jego użytkownikiem – pomóc podjąć decyzję. Są to małe gierki, które wchodzą w skład jednej, dużej. Tej zaś na imię: być na zakupach z żoną.
Wybierając się z żoną na zakupy („żonę” potraktujmy tu umownie, zakupy z każdą kobietą wyglądają prawdopodobnie tak samo lub podobnie) decyduję się automatycznie na przystąpienie do gry. I to właśnie gry ściśle językowej, bo na język będę teraz musiał uważać szczególnie. Również na tak zwany język ciała, wszelkie ewentualnie mogące mi się przydarzyć formy niewerbalnego komunikowania (broń boże nie okazać zniecierpliwienia! – to po prostu game over).
W zakupową grę, jak w każdą inną, można grać z zaangażowaniem lub bez niego. Nie angażując się, można przyjąć strategię wycofania. Pomoże nam w tym jeden z odpowiednio użytych komunikatów: wiesz, zajrzę na chwilę do Empiku (dobrze jest dodać: zaraz do ciebie przyjdę), może ja zrobię zakupy, a ty sobie pooglądaj i tym podobne. Gdy jednak postanowimy się zaangażować, przystępujemy do gry na wyższym poziomie.
Mówienie jest częścią pewnej działalności, czyli nie jest tylko gadaniem – ma prowadzić do konkretnych rezultatów. Wyobraźmy więc sobie następującą sytuację: żona z naręczem ciuchów zmierza do przymierzalni (nie, ja zmierzam do przymierzalni z naręczem, drepcząc tuż za żoną). Zaczyna przymierzać kolejne rzeczy – rozpoczyna się proces decyzyjny. Dla mnie – kluczowa faza gry. Od tego, jak ją poprowadzę zależy, czy we przymierzalni spędzę dużo czasu, bardzo dużo czasu czy wieczność. Oraz – czy wyjdę z niej zadowolony czy nie (oczywiście ja zawsze wychodzę zadowolony, zadowolenie wzbudza w mnie fakt, że wychodzę, chodzi jednak o to, żebym wyszedł zadowolony w towarzystwie zadowolonej kobiety). - Jak ci się podoba? – żona wykonuje ruch. - Fajne – można odpowiedzieć, ale nie jest to najlepsze wyjście. Mówiąc działajmy! Fajne, ładny kolor – ograniczam jeden z potencjalnych dylematów). - Ale jak JA w tym wyglądam? Właśnie mój błąd. Trzeba było odpowiedzieć: - Fajnie, ładny kolor, PASUJE CI. No i w ogóle dobrze leży. - Ale lepszy kolor, niż ten poprzedni? Oczywiście, nie chcąc przegrać z kretesem, nie mogę dać po sobie poznać, że nie widzę różnicy między jednym a drugim odcieniem (to czarne i tamto czarne, no, może to takie bardziej jasno-czarne). - A wiesz, że chyba lepszy? Ciekawsze takie… wyblakłe. Ryzykowne zagranie: jasno-czarny można pewnie określić ładniej i dokładniej, niż słowem „wyblakły”, „wyblakły” się może źle kojarzyć… znaczy takie… bardziej szare. Tak czy inaczej, mówiąc coś, warto podawać jak najwięcej informacji – może to (jedynie może, gwarancji żadnej nie ma) przyspieszyć podjęcie decyzji. A przynajmniej zakończenie pierwszego etapu procesu decyzyjnego.- Ale myślisz, żeby kupić? Tu już żartów (rozpoczyna się etap drugi podejmowania decyzji) nie ma. Żeby to, co powiem, odniosło pożądany przeze mnie rezultat, muszę powiedzieć to, co należy. Dokładnie to i nic innego. – Ładne, jeśli ci się podoba, to weź. To nie jest to, co należało powiedzieć. Nie należy poddawać kolejnego problemu do rozpatrzenia (czy, mianowicie, podoba się? I czy aż tak, żeby kupić?). – Ładne. I całkiem niedrogie. Fajnie leży, kolor ciekawy. Stanę do kasy, bo jest kolejka, rozejrzyj się jeszcze, jeśli chcesz.
You win!

P.S. A co robi ten rogal? Słysząc takie pytanie, można odpowiedzieć, że… leży, że czeka, aż ktoś go posmaruje masłem i zje… Gdy jednak uczestniczymy w grze językowej, którą można nazwać „oglądanie filmów z dziećmi”, odpowiedź nie jest już oczywista. Patrzę na „Rogala”, który potrząsa toporem i ryczy bojowo. Rogal się zdenerwował, zaraz będzie walczył – mówię. Nagle się okazuje, że rogal, to nie drożdżowy wypiek, tylko (rogaty, nomen omen) Minotaur walczący u boku Białej Czarownicy. Neologizm stworzony przez dwulatka zagłębiającego się w Kroniki Narni. Trzeba, jednym słowem, wiedzieć, w co się gra, i z kim, żeby nie palnąć głupstwa.