środa, 14 marca 2012

Rozkoszna pochwała łotrostwa, czyli filozofia z żółtą twarzą


Zawsze chciałem zostać świętym, jak Aleksy lub Hieronim/ Zdobić świątyń firmamenty,/ Nosić aureolę;/ Lecz charakter mój przeklęty drogi do wyrzeczeń bronił,/ W pokus topił mnie odmęty,/ Wyprowadzał w pole… Tak śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski, rozprawiając o ludzkiej skłonności do życia niekoniecznie kryształowo pięknym życiem. Słowa piosenki Kaczmarskiego przypominają mi się, kiedy śledzę (a robię to ostatnio namiętnie) losy rodziny Simpsonów. Nie śmiejcie się! Ten animowany serial jest wspaniałym, choć nieco krzywym zwierciadłem, w którym odbijają się nasze wady i słabości. Dostarcza nam ciekawych obserwacji na temat tego, co niektórzy chcą nazywać „naturą ludzką”. Portretuje – ze zgryźliwą przenikliwością – człowieka w sytuacji, kiedy (tu słowa piosenki Kuby Sienkiewicza i Elektrycznych gitar) tyle jest różnych pokus strasznie dużo/ jak się im wszystkim nie dać bardzo trudno.
Pomówmy więc o - było nie było - filozoficznym przesłaniu serialu The Simpsons.
Twórcy serialu są przewrotni. Z jednej strony prezentują, bez wątpienia, pesymizm antropologiczny, posunięty czasem do skrajności. Żaden z licznych bohaterów serialu nie jest idealny. Co więcej – każdy jest przede wszystkim zlepkiem wad, niż konglomeratem zalet, wadami jedynie skażonym. Z drugiej strony, u prawie każdej z tych dalekich od ideału postaci, w krytycznych sytuacjach do głosu dochodzą zakorzenione gdzieś głęboko wartości. Przywiązanie do rodziny, przyjaźń, solidarność i oddanie wspólnocie (choć pojmowane i przedstawiane często dość niezwykle), odpowiedzialność, w końcu lojalność. Życie codzienne tłumi te wartości i cechy, to one jednak najczęściej ratują bohaterów serialu z opresji. Pesymizm, dotyczący ludzkiego gatunku, nie jest więc ostateczny – na końcu tunelu zawsze tli się światełko.
Powiedzieć, że nikt w świecie Simpsonów nie jest idealny, to mało. Wady przyjmują tu skrajną postać. Weźmy na przykład szefa Homera Simpsona, C. Montgomerego Burnsa. Ten najstarszy (urodzony w 1889 roku i mentalnie ciągle tkwiący w epoce sprzed Wielkiego Kryzysu) i najbogatszy mieszkaniec Springfield, to mizantrop, jego mizantropia zaś jest, w sensie platońskim, idealna. Burns jest w stanie posunąć się do największego łotrostwa, bo po prostu gardzi wszystkimi, którzy go otaczają. Zabrać dziecku lizaka, poszczuć gościa wygłodniałymi psami, spowodować katastrofę ekologiczną, ukraść Boże Narodzenie czy… zasłonić słońce, by czerpać większe zyski z tytułu posiadania elektrowni – to wszystko dla niego pestka. Podobną, choć zakrojoną na mniejszą skalę nieżyczliwość dla wszystkich wokół prezentuje barman Moe Szyslak. Sknera, oszust nie oszczędzający nawet przyjaciół, wiecznie zamieszany w ciemne interesy, gotów wystrzelać renifery Świętego Mikołaja, gdy w lesie, podczas polowania, zabraknie jeleni. Podobnie rzecz ma się z burmistrzem Quimby’m, skorumpowanym politykiem skupionym głównie na unikaniu obowiązków i odpowiedzialności, popalającym hodowaną przez siebie marihuanę. Pogarda do wyborców aż bije z każdego słowa, które burmistrz wypowiada teatralnym szeptem do towarzyszących mu zawsze ochroniarzy.
Burmistrz ewidentnie nie jest właściwą osobą na właściwym miejscu, ale wśród mieszkańców Springfield mało kto jest. Rażąca niekompetencja i lekki stosunek do obowiązków jest tam powszechny. W szkole, w której uczą się Lisa i Bart Simpsonowie, pracują nauczyciele w ostatnim stadium wypalenia zawodowego. Bez specjalnych podręczników dla nauczycieli, nie są w stanie przeprowadzić lekcji, wypalają za to nieprzebrane ilości papierosów, co pomaga im odreagować stresy płynące z uprawianego zawodu. Adwokat Lionel Hutz nie ma pojęcia o prawie, jedyne, co potrafi, to pogrążyć swoich klientów przed sądem. Trafić w ręce lekarza, to również ryzyko. Doktor Nick Riviera jest łapiduchem z bożej łaski, który najprawdopodobniej kupił swój dyplom. Psychiatra, doktor Marvin Monroe to hochsztapler choć uważający za wielki autorytet. Nie ma jednak pojęcia o ludzkiej psychice (chętnie jednak zastosuje terapię elektrowstrząsową). Trochę lepiej rzecz ma się w przypadku doktora Hibberta, ten jednak zajmuje się tylko wypłacalnymi (i płacącymi z góry) pacjentami.
O policji lepiej nie wspominać – jedyne, co potrafią wytropić szeryf Wiggum i jego podwładni, to kolejna jadłodajnia. Gwiazdy kina i telewizji, to albo zgasłe gwiazdy, które lata świetności mają za sobą i żyją z chałtury (jak aktor Troy McClure), labo karierowicze, jak prezenter telewizyjny Kent Brockman, czy ćwierćinteligenci, jak bohater filmów akcji Rainier Luftwaffe Wolfcastle (jest on, nota bene, wielkim mięśniakiem i pochodzi z Austrii).
Pastor, wielebny Lovejoy, usypia wiernych kazaniami, kierowca szkolnego autobusu (i zagorzały fan hevy metalu), Otto Mann nie ma prawa jazdy… A to tylko początek.
Bo oto patrzymy na Homera Simpsona. Niekompetencja? Lenistwo? Inteligencja na poziomie pozostawiającym wiele do życzenia?  (Jeśli odwrócisz kamerę /monitoringu/ do ściany, będziesz mógł spać w pracy – radzi Homer nowemu koledze. Nie płacą nam za spanie – słyszy odpowiedź. Właśnie! Rolują nas na każdym kroku!) Tak, to wszystko dotyczy Homera. Jest on jednak człowiekiem pełnym sprzeczności. Mało inteligentny? Owszem, jednak gdy w Springfield wprowadzono prohibicję, to właśnie Homer został Królem Piwa; opracował skomplikowany system produkcji i dystrybucji, stworzył infrastrukturę, o jakiej gangsterom z Chicago się nie śniło. Gdy na konsolecie, przed którą Homer siedzi codziennie w pracy (a odpowiada za bezpieczeństwo w elektrowni jądrowej) zaczynają mrugać lampki ostrzegające o zagrożeniu, Homer polewa aparaturę wodą – lampki już nie mrugają. Gdy jednak nastąpił prawdziwy kryzys i miastu groziła katastrofa, to właśnie Homer uratował sytuację. Homer zwykle nie interesuje się dziećmi, zapomina imienia najmłodszej córki, nie zna przyjaciół Barta, unika kontaktów ze szkołą. Gdy jednak zachodzi potrzeba, jest w stanie poświęcić wszystko dla rodziny. Dla syna wskoczy (a właściwie wjedzie na deskorolce) w przepaść, córce kupi kucyka, czy odmówi sobie zakupu klimatyzacji, by ta mogła rozwijać muzyczną pasję – klimatyzator kosztuje dokładnie tyle, co saksofon. Choć na co dzień nie dostrzega wysiłków żony wkładanych w prowadzenie domu i ogólne organizowanie rodzinnego życia, jest w stanie zdobyć się na największy romantyzm, gdy czuje, że nadchodzi kryzys (rozwieść się, na przykład, potajemnie, by zaraz później ponownie się oświadczyć – tym razem jak należy, z pełną oprawą – i zorganizować ślubną uroczystość, na którą nie było go stać kilkanaście lat wcześniej).
Wiele można by pisać o mieszkańcach Springfield. Dla mnie wniosek podstawowy, który wyciągam, śledząc ich przygody, jest taki: trudno ich nie polubić. Dlaczego? To wynika właśnie z idei, która, jak mniemam, przyświeca twórcom serialu: w każdym jest coś dobrego. Jesteśmy pełni słabości. Lubimy i często wybieramy proste rozwiązania. Przystosowaliśmy się do życia w społeczeństwie zorganizowanym w ramach zawodnego, często niedomagającego, pełnego wad systemu. Wymaga to od nas patrzenia przez palce na rzeczy, które nie do końca nam się podobają. Gdy jednak nasze działania wyrastają z określonej aksjologicznej podstawy, nie jest tak źle. Jeśli się postaramy, znajdziemy wyjście z sytuacji, które będzie tym najwłaściwszym, pozwalającym zachować porządek w naszym świecie.

5 komentarzy:

  1. Fajny tekst:) Ależ ja dawno nie widziałam Simpsonów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam. Miła rozrywka i do tego niegłupia :-)

      Usuń
  2. Lech Wałęsa jest dla mnie takim Homerem. "Nie chcesz pan mieć gorączki? Zbij pan termometr!"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najprostsze rozwiązania są czasem najlepsze ;-)

      Usuń