piątek, 2 marca 2012

Niezależny ekspert, czyli zajęcie idealne


- …co dokładnie pan robi?
- Czytam.
- Słucham?
- Czytam książki, a właściwie przeczytałem ich całą masę – to jest chyba dokładniejsze określenie…
Wracam do czytanego właśnie i już wspominanego przeze mnie Sherlockisty. Przytoczyłem fragment, w którym główny bohater wyjaśnia, na czym polega jego praca. Ujęło mnie to, bo byłaby to praca, dla mnie, wręcz wymarzona. Zajęcie idealne. Zobaczcie sami:
Harold White mieszkał w Los Angeles i pracował jako niezależny ekspert od literatury. Jego głównymi zleceniodawcami były studia filmowe, których działy prawne zatrudniały go do obrony przeciwko oskarżeniom o pogwałcenie praw autorskich. Jeżeli jakiś wściekły powieściopisarz skarżył producentów największego kasowego przeboju kina akcji lata, twierdząc, że pomysł na film zaczerpnęli z jego mało znanego kryminału politycznego sprzed dwudziestu lat, do Harolda należało wyjaśnienie, że nie, że w istocie oba te dzieła zaczerpnęły podstawowe elementy fabuły z jednej z mniej znanych sztuk Bena Jonsona bądź którejś z trudnych nowel Dostojewskiego czy z innego tekstu równie mało znanego i będącego już własnością ogólną (…).
Interesujące, prawda? Może nie do końca kryształowo uczciwe zajęcie, ale jakże pasjonujące! Ciekawe, swoją drogą, czy na podobnych specjalistów istotnie jest zapotrzebowanie. I ciekawe, czy istnieją ludzie, o których można powiedzieć to, co o Haroldzie: Główną kwalifikacją Harolda na to stanowisko było to, że przeczytał wszystko. Po prostu przeczytał więcej książek, niż ktokolwiek, kogo znał on sam czy jego pracodawcy.
Przeczytać wszystko – to jest wyzwanie. Zadanie chyba trudne do wykonania, chociaż, skoro Chuckowi Norrisowi udało się podobno przeczytać Internet (a później zgrać go na dyskietkę), być może jednak możliwe. Tak czy inaczej – dobrze jest przeczytać dużo. Takie jest moje zdanie. Próbowałem do tego ostatnio przekonać Młodzież. Im więcej przeczytacie, obejrzycie, poznacie, tym więcej zrozumiecie, gdy będziecie czytać, oglądać i poznawać kolejne rzeczy – tłumaczyłem, przedstawiając zasadę koła hermeneutycznego. Słuchające mnie oczy, że zacytuję Adasia Miauczyńskiego, patrzyły na mnie jakoś tak bez zrozumienia. Po co czytać, skoro mamy Google i Wikipedię? – gdybym miał zgadywać, o czym myśleli moi słuchacze, powiedziałbym, że myśleli mniej więcej w tym kierunku.
Na szczęście, nie jest to takie proste. Andrzej Mleczko kazał kiedyś małoletniemu bohaterowi jednego ze swoich rysunków zadać pytanie: Tato, czy jeśli czegoś nie ma w mojej wyszukiwarce, to znaczy, że nie istnieje? Otóż istnieje. Stanąłem niedawno przed ciekawym zadaniem: znajomy, piszący pracę dyplomową szukał informacji o tym, co filozofowie, mają do powiedzenia na temat przeżywania przez człowieka traumy, zachowania się w silnie stresujących sytuacjach. Bo psychologowie mówią o tym bardzo dużo, socjologowie również, za to na poletku filozofów jakiś nieurodzaj myśli na ten ważki temat. Pomyślałem, pomyślałem, nic w pierwszej chwili nie wymyśliłem. Nie podpowiedziały mi ani Google, ani Wikipedia (mimo wszystko nie omieszkałem sprawdzić – a nuż złapię tu jakiś trop). Aż nagle przyszło olśnienie. Sięgnąłem po Outsidera Colina Wilson i nagle potrzebne wątki się znalazły. Wycofane ze społecznego życia jednostki opisane przez – było nie było – filozofa, wycofywały się często pod wpływem silnych przeżyć, które odkryły przed nimi jakąś prawdę. Tak było z bohaterem opowiadania Hemingwaya, weteranem wojennym i z Williamem Jamesem, który przeżył załamanie nerwowe i nabawił się permanentnego egzystencjalnego lęku na tle kruchości własnego istnienia. I proszę: zadanie, przynajmniej w jakiejś części, wykonane. Wilson przedstawia przecież bardzo ciekawą koncepcję, jak najbardziej wpisującą się w nakreślony mi kontekst.
Dlaczego w ogóle o tym piszę? Tak się złożyło, że lektura przytaczanych wyżej fragmentów Sherlockisty zbiegła się w czasie ze wspomnianą prośbą kolegi. I przez chwilę poczułem się jak niezależny ekspert, co było bardzo przyjemne. Powinna się tu znaleźć jakaś ciekawa pointa. Nie będzie jej. Po prostu postanowiłem się tym przyjemnym uczuciem podzielić. I spostrzeżeniem, że wyszukiwarka, to jednak nie wszystko.

12 komentarzy:

  1. Przeczytać wszystko? To jak obejrzeć wszystkie filmiki na youtubie ;) Okazuje sie jednak, że z każdą minutą na youtubie przybywa kilkadziesiąt godzin materiału video, więc nie da się obejrzeć wszystkiego ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak się nie da?!!!! - Chuck Norris.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chuck Norris przeczytał cały internet. Dwa razy.

      Usuń
    2. I nagrał na dyskietkę;)

      Usuń
  3. Chwała Bogu, że 'za moich czasów' (kiedy studiowałam) nawet dostęp do kompa (przynajmniej na moim wydziale) to był rarytas. Zaczęłam z sali komputerowej korzystać dopiero na trzecim roku. Wcześniej internet to było źródło... tekstów the Cure i zdjęć aktorów;)
    I chyba jestem staroświecka i wolę szukać informacji w książkach. No, może nie o nowinkach technicznych, bo świat pędzi z zawrotną prędkością:D

    OdpowiedzUsuń
  4. ;) ale to trzeba ze zrozumieniem czytać ;D to już nie lada wyczyn ;D
    Ja mam taką frustrującą przypadłość, że czytam dużo... ale wiele zapominam... i potem mi żal, że przeczytałam, mogłabym wiedzieć, a zapomniałam i i tak muszę do Sieci po tropy sięgać...
    Jakaś rada?? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi się zwykle przypomina, gdzie, co, o czym czytałem - przynajmniej mniej-więcej. No i smaruję po książkach: podkreślam, notuję na marginesach... wsadzam zakładki - mam zwykle przeczucie, że jakiś fragment może się kiedyś przydać.
      Wszystkiego, wiadomo, zapamiętać się nie da. Ale ważne rzeczy w głowie zostają...

      Usuń
    2. Szczęściarz... to mnie właśnie zniechęca od czytania książek historycznych. Chciałabym, ale po co tracić czas, skoro i tak nie zapamiętam?! Straszne... może ja nie czytam ważnych rzeczy, skoro one w głowie nie zostają? :P


      P.S. ;) czyli taki Złoty Środek? Przyjaciele / kumple, ale pozostawiając sobie osobny świat małżeński? Brzmi mądrze :) teraz tylko trzeba uważać, bo póki chłopcy są mali łatwo chyba im się nie żalić na Żonę / Mamę, bo chyba nie zrozumieją... co będzie kiedy podrosną?
      I zgadzam się... na szacunek trzeba zapracować... już jakiś czas temu przestałam wierzyć iż szacunek NALEŻY się ludziom z racji wieku... a tak mnie uczono... dalej tak się uczy dzieci?

      Usuń
    3. Oby Ci się to wyłamywanie udało :) bo ja też mam ten uraz... tyle, że z osobami starszymi... wiek = szacunek... grr... ale wiesz... oni jakoś musieli nas tego nauczyć... w tej chwili nie mam pomysłu na to, jak ja uczyłabym swoje dziecko... może dlatego nie mam Dzieci? :D

      Usuń
  5. Zapraszam do zabawy - szczegóły u mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Osz, qurde, chciałabym przeczytać WSZYSTKO!!!!!
    Choć pewnie rozumu od tego by mi nie przybyło... ;)

    I często żałuję, że zapominam zrobić notatki, spisać cytaty, przebiegam przez książkę, a potem... szukaj wiatru w polu... Więc teraz po prostu robię zdjęcie, telefonem. Noo, trzeba umieć sobie radzić :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja już tylko podkreślam, jakiś czas temu zarzuciłem wypisywanie cytatów. A telefon... Innowacyjne podejście :-)

    OdpowiedzUsuń