czwartek, 18 lipca 2013

Część trzecia i ostatnia




Jednym z plusów pobytu nad morzem było to, że na tydzień odcięliśmy się od komputera i Internetu. Wiedziony nie wiadomo jakimi pobudkami, zabrałem nawet ze sobą tablet, ani razu nie przyszło mi jednak do głowy, by go włączyć. Całe szczęście. Ile czasu zabieramy sobie każdego dnia siadając przed monitorem, widać właśnie w takich chwilach – gdy przed monitorem zasiąść nie można. Czas zaczyna wtedy płynąć zupełnie inaczej.
Ale to jeszcze nie wszystko. Bo i z telefonami był problem. Zasięgu nie było, albo, gdy już na chwilę się pojawił, to słabiutki – rozmówcy prawie nie było słychać a rozmowę przerywało w pół zdania. Była to niezwykle sprzyjająca okoliczność. Ani rodzice, Anie teściowa nie dzwonili, by wysłuchać codziennego raportu. Anie ciotki, chcąc się dowiedzieć, czy Chłopakom się podoba i co robili na plaży. Nikt, ale to nikt nie zawracał głowy, nikomu nie trzeba było opowiadać jak jest, jaka pogoda, co porabiamy. Błogi spokój, żadnego zawracania głowy. Piękna sprawa! I znowu – cała prawda o tym, jak upierdliwym urządzeniem jest telefon objawiła się, gdy telefonu na chwilę zabrakło. Każdemu polecam takie doświadczenia, od czasu do czasu, tak dla zdrowotności.
Prawdę mówiąc, większość plusów i niuansów nadmorskiego wczasowania odkrywałem po raz pierwszy (czy raczej po prostu odkrywałem, bo po raz drugi trudno chyba coś odkryć). Leżenie na plaży w tłumie podobnie leżących ludzi i płacenie horrendalnych pieniędzy za rybę typu ‘świeża panga’ nigdy mnie zanadto nie pociągało. Tym razem po prostu tak wyszło. Samo plażowanie na przykład, ten specyficzny fenomen, to działanie, do którego nie do końca byłem przygotowany. W drodze na plażę mijali nas ludzie niosący zgrabne torby albo plecaczki, do których przytroczyć można parawan, by nie zawadzał. Ja niosłem torbę, torebkę, wiaderko wypełnione foremkami, łopatkami i grabkami, parawan (do niczego nie przytroczony) oraz śpiwór mający robić za kocyk. Wyglądałem jak juczny osioł i takoż się czułem. W życiu bym nie pomyślał, że żeby wyłożyć się na piasku, trzeba się tak wyekwipować i przytachać nad wodę taki majdan. To rozstawienia parawanu przydaje się młotek. Odkryłem to już na plaży, parząc na profesjonalistów stukających młoteczkami gumowymi lub drewnianymi. Musiałem ustawić nasz wiatrochron przy pomocy, jedynie, siły własnych mięśni, że pozwolę sobie użyć tego sformułowani. Udało się, ale z młotkiem byłoby szybciej.
Idąc na plażę warto też zabrać coś do jedzenia. Na tym słońcu wszystko się z człowieka wytapia w tempie dużo większym, niż zazwyczaj i ledwo ostatni palik parawanu osiągnie niewzruszony pion, już jest się głodnym. Można coś niby kupić na miejscu. nie jest to jednak tak proste, jak by się mogło wydawać. Wiem, bo sprawdziłem. Wybrałem się po frytki do plażowej knajpy. Zamówiłem miła pani powiedziała, żebym czekał aż wywoła mój numerek. Miałem numer sześćdziesiąt. Ledwie odszedłem od kontuaru usłyszałem jak wołają: Pięćdziesiąt sześć! Dobra nasza, pomyślałem, zaraz moja kolej. Niestety. Po pięćdziesięciu sześciu przyszła kolej na dwadzieścia jeden, później trzydzieści cztery, siedemdziesiąt… Żadnej chronologii, żadnego systemu, ładu ani porządku. Chaos. Czekałem i czekałem. Dwanaście, pięćdziesiąt osiem, czterdzieści trzy… Czekałem, czekałem i czekałem. Miałem wrażenie, że pani za ladą za chwile doliczy, niby Chuck Norris, do nieskończoności, tylko moje nieszczęsne sześćdziesiąt nie zostanie wykrzyczane. Może dopiero sadzą ziemniaki na te moje frytki – zastanawiałem się. Tyle to trwało! Czekałem coś około godziny i gdybym się nie upomniał i nie zaczął zielenieć ze złości niczym Hulk, pewnie czekał bym drugie tyle. Zdecydowanie na plażę należy zabierać własny prowiant. No, ale człowiek uczy się całe życie, następnego dnia już wiedziałem.
A później nagle się okazało, że tydzień minął i trzeba wracać. Niestety, nie tylko my mieliśmy taką potrzebę. Lasy otaczające Wejherowo obejrzeliśmy dokładnie, jadąc 20 na godzinę w sznurze samochodów wiozących innych wysmażonych plażowiczów.
W skrzynce na listy czekał na mnie pliczek rachunków.
Koniec.

środa, 10 lipca 2013

Nadmorskich opowieści ciąg dalszy




Dzieci atrakcje widzą wszędzie. Stragany, na których sprzedaje się towary konkurujące ze sobą o tytuł tandety stulecia, automaty, w których kupić można kauczukową piłeczkę, breloczek ze smerfem albo wisiorek z czachą. Stoliki, przy których zrobić sobie można tatuaż z henny. Wypożyczalnie trójkołowych rowerków – bolidów. Place zabaw zastawione dmuchanymi zjeżdżalniami. W końcu lodziarnie, budy z goframi, sklepiki, w których zwykły napój kosztuje tyle, co francuski szampan. Wszystko to jest magnesem na dzieciaki i pompą wysysająca gotówkę z kieszeni rodziców. Co więcej, choćby się wzbijać na wyżyny sztuki negocjacji, nie uda się wszystkiego tego ominąć, nie ulec w końcu przy którymś stoisku.
Nasza droga na plażę wiodła przez główną uliczkę miejscowości, która była niczym innym, jak  jednym wielkim pasażem handlowym. Wchodząc do lasu ciągnącego się między wioską a plażą, cieszyłem się bardziej chyba, niż jakiś jeleń czy inny łoś, który nierozważnie zapędził się na ruchliwą szosę i o mało nie zginął pod kołami rozpędzonych samochodów, a teraz wraca ukryć się w spokojnej leśnej gęstwinie. W końcu czułem się bezpieczny, nie osaczony przez wszędobylską ofertę handlową kurortu.
Tu pozwolę sobie na małą dygresję. Miejscowość turystyczna, nawet nadmorska, jest jednak przede wszystkim miejscowością, także po sezonie. Pozostaje nią, gdy opuszczą ją już wszyscy turyści i wtedy musi oferować coś dla swoich stałych mieszkańców. Ci zaś mają swoje miejsca – sklepy, gdzie jedzenie dostać można w normalnej cenie. Albo bary. Gdy jest się turystą, nie posiadając jednocześnie turystycznego zapału i parcia na turystyczne atrakcje, dobrze jest znaleźć takie miejsca, miejsca dla miejscowych, oazy spokoju i normalności w całym tym wakacyjnym szaleństwie.
Remus – Czësto Kaszëbé Piwò. Warto wyskoczyć od czasu do czasu po zakupy. Przynieść coś na obiad albo kupić wędzoną rybkę dla żony a samemu zaliczyć Remuska w lokalu o trafnej i prostej nazwie „Bar”. Czynny każdego dnia tygodnia i przez cały rok od 7:30 przybytek jest strefą wolną od turystów. Ma ten niepowtarzalny klimat taniej knajpy, który sprawia, że lokale oddalone od siebie o setki kilometrów są do siebie podobne, swojskie. Kontuar, przy nim kilka stołków, zajętych od rana przez panów o smętnych obliczach, dwa stoliki, automaty do gier hazardowych, wiszący na ścianie telewizor, który przyciąga klientów przy okazji każdej większej imprezy sportowej. Ściany pokryte tynkiem strukturalnym w kolorze modnym przed dekadą i barmanka w słusznym wieku, która przy trzeciej wizycie nie pytała mnie już co podać, tylko od razu wyciągała Remusa z lodówki. Całkiem niezły Remus kosztował, co watro nadmienić, połowę tego, co podły Lech w lokalach odwiedzanych tłumnie przez przyjezdnych.
Chwile w barze „Bar” były miłym, choć niespodziewanym akcentem wyjazdu.  Wizyta w nadmorskiej dziurze miała też inne nieoczekiwane plusy, poza tymi oczywistymi, jak choćby obecność słonecznej plaży w pobliżu. Słów kilka o nich następnym razem.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Jak spędzałem wakacje, czyli nadmorskich opowieści część pierwsza



Wakacje są od tego, żeby być na wakacjach – ta mądrość wygłoszona przez nastukanego jak szpak współpasażera w pociągu, zasłyszana ładnych kilka lat temu utkwiła mi w pamięci. Nastukany czy nie, jakąś rację miał, być może nawet świętą rację. Mając to na uwadze, nie widziałem nic niewłaściwego w tym, że stojąc pod prysznicem, pod którym chłodziłem przypieczone w promieniach nadmorskiego słońca plecy, otworzyłem sobie (niczym bohater teledysku Red Fang) piwo.
Ale od początku.
Gazu, gazu! – krzyczeli Chłopacy – Wyprzedź go!  Żadnego wyprzedzania, jedziemy ostrożnie – gderała żona, jak to żony mają w zwyczaju. Osobiście skłonny byłem posłuchać Chłopaków. W końcu nie na darmo płaciłem za przejazd autostradą, która – o dziwo – nie była ani w remoncie, ani dziurawa tylko prosta i gładka. Po jakimś czasie więc (gdy moja lepsza, piękniejsza ale wolniejsza połowa przestała kontrolować licznik) doszedłem do stu dwudziestu i tak sobie jechałem, ku wybrzeżu.
Jechał bym tak sobie spokojnie, bez zakłóceń, gdyby Chłopacy nie opróżnili przeznaczonych na drogę (całą) butelek z wodą, zanim na dobre zaczęliśmy podróż. Pierwszy przystanek na sikanie zaliczyliśmy po jakichś pięćdziesięciu kilometrach. Później odwiedzaliśmy każdy mijany parking z toaletami. Na jeden dojechaliśmy spóźnieni, domyślcie się sami, z czym to się wiązało i w jaki wpędziło mnie nastrój.
A prosiłem: nie wypić wszystkiego od razu. Tłumaczyłem, że na autostradzie nie można stawać gdzie bądź. Nie pomogło. Z jednej strony szlag mnie trafiał jasny. Z drugiej myślałem sobie, że powinienem odnaleźć w sobie pokłady cierpliwości i zrozumienia. W końcu nieumiarkowanie w piciu Chłopacy po kimś odziedziczyli. Jeszcze ich sprawiedliwość dziejowa szturchnie paluchem, upomni się o swoje i odpokutują – również za moją podróż nad morze, przerywaną nieplanowanymi postojami – syndromem dnia następnego i napadami choroby filipińskiej. Chyba, że się jednak nauczą.
Ale nie wybiegajmy zanadto naprzód i nie odchodźmy od tematu. Póki co jedziemy.
Jechaliśmy i jechaliśmy, aż znaleźliśmy się na miejscu. Białogóra, miejscowość turystyczna do cna (poza sezonem trzystu mieszkańców, w sezonie z sześć razy tyle), choć jeszcze nie z gatunku modnych kurortów, w których bawią celebryci, polując na fotografów mogących ich sfotografować w kostiumach kąpielowych. (Choć podobno bywa tu Cezary Pazura, właśnie po to, by odpocząć od niepokojów związanych z własną popularnością, lub dlatego, że nie prezentuje się już w slipkach tak dobrze jak kiedyś). Znaleźliśmy naszą kwaterę, rozpakowaliśmy manele i ruszyliśmy na obchód. No i się zaczęło.
Kto był kiedyś turystą z prawdziwego zdarzenia ten wie, z czym się żywot turysty poczciwego wiąże. Turysta jest z założenia i z zasady łownym zwierzem, świnką skarbonką, którą należy rozwalić młotkiem i jak najwięcej wygrzebać spośród skorup, jest po prostu frajerem do oskubania. Jeśli miał ktoś okazję przyjechać akurat na wybrzeże i zostać turystą nadmorsko – kurortowym, zyskał tym samym plus pięćdziesiąt do frajerstwa. A jeśli – tak jak my – jest ktoś w podobnym miejscu turystą z dziećmi, to już w ogóle odrębna historia.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Plan na życie




Grunt, to dobry planmawiał Egon Olsen, po czym realizował plan, z którego zwykle nic nie wychodziło. Praktycznie więc Egon zawodził, teoretycznie jednak mógł mieć sporo racji.
Plan jest ważny. Weźmy pierwszy z brzegu przykład: Wystarczył dobry plan opracowany przez grupę ludzi, sprawnie wprowadzony w życie. Dziś ta grupa ludzi może sobie pozwolić na to, by żyć sobie spokojnie, nie przepracowywać się, jedyne, co jej członkowie musza robić, to sprawiać pozory, że coś robią. Jednocześnie prawie czterdzieści milionów ludzi finansuje im kolacje w drogich restauracjach, kreacje warte grube tysiące, zrzuca się na alkohol i fajki (zwane winem i cygarami), nawet stawia drinki w dyskotekach i daje kieszonkowe, które można na przykład spożytkować podziwiając występy tancerek go-go. Wystarczył dobry plan, wystarczyło jego realizację odpowiednio określić, na przykład rządzeniem państwem.
To oczywiście tylko przykład, przykład pierwszy z brzegu. Dowodzi on jednak, że dobry plan jest istotny. Jest taka sytuacja, która według niektórych wymaga szczególnie dobrze opracowanego planu. Jest to sytuacja złożona i rozciągnięta w czasie a nazywa się życie. Są tacy, którzy plan na życie opracowują drobiazgowo i pieczołowicie. Musi to być plan wieloaspektowy, bo życie ze swej natury jest dość złożone. Są tacy, którzy posiadają ogólny plan na życie, wyznaczony przez kilka prostych zasad i dopuszczający modyfikacje w trakcie realizacji, plan rzec można, elastyczny. Inni żyją zgodnie z zasadą carpe diem – nie mają planu i starają się cieszyć tym, co im życie niespodziewanie przynosi. Życie ma akurat to do siebie, że lubi zaskakiwać, może więc liczenie się z przynoszonymi przez nie niespodziankami jest mądrą strategią. Jak pisał filozof Odo Marquardt, nasze życie jest w większej mierze dziełem przypadków, niż naszym własnym dziełem. Coś w tym jest.
Lubimy jednak, mimo wszystko, planować. A nawet, jeśli nie układamy precyzyjnych planów, to jakoś sobie wyobrażamy własną przyszłość. I to od najmłodszych lat. Prowadziliśmy niedawno rozmowę z synkiem, starszym. Co chciałby w życiu robić? Zaciekawiło nas, jaki ma w tej materii pomysły, drążyliśmy więc temat. Nic – padła pierwsza odpowiedź. Nie usatysfakcjonowała nas, drążyliśmy więc temat. Ja to nic? Nic, zupełnie? Jak będziesz taki duży jak tata, to nie będziesz pracował, nic nie będziesz robił? W końcu uzyskaliśmy odpowiedź. Odpowiedź będącą zarysem planu na życie. Będę siedział w domu i rysował – poinformował nas Gucio. Ciekawe, pomyślałem. Niby nic, ale może to i niegłupia koncepcja. Taki dajmy na to Raczkowski – siedzi w domu i rysuje. I żyje, a nawet żyje z tego rysowania. Gdy mu zbraknie środków na realizację ważnych potrzeb – pisze książkę. I już ma na dziwki i narkotyki, może nawet na nowe ołówki, kto wie. Czyli można. To jest plan!
Gucio układając swój plan, postanowił widać zrealizować zasadę, którą sformułował bohater polskiej komedii zatytułowanej Chłopaki nie płaczą, niejaki Laska. Mówi on tak: W ogóle bracie, jeśli nie masz na utrzymaniu rodziny, nie grozi ci głód, nie jesteś Tutsi ani Hutu i te sprawy, to wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co lubię w życiu robić. A później zacznij to robić. Mam cichą nadzieję, że można w życiu robić to, co się lubi, nawet jeśli ma się na utrzymaniu rodzinę i te sprawy.
Tak czy inaczej Guć ma plan dość odważny, ale nie najbardziej brawurowy z możliwych. Prawdziwą brawurą popisał się jakiś czas temu Tytus, czyli nasza młodsza pociecha. Co on będzie robił, jak już dorośnie? Będę się bawił! Nic dodać, nic ująć.

środa, 5 czerwca 2013

Prośbą i groźbą, czyli jak Skrzyczuski zmagał się ze Zrzędzianem


Około czwartego roku życia u wielu dzieci silnie dochodzi do głosu potrzeba niezależności, zadzierzystość, chęć przegadania innych i skłonność do prowokacyjnych zachowań, co wymaga sporej stanowczości ze strony rodziców. Tyle guru w dziedzinie pielęgnowania i wychowania, Beniamin Spock. Od siebie dodam jeszcze, że od rodziców wymaga to wszystko przede wszystkim sporej, anielskiej wręcz cierpliwości oraz nerwów ze stali. Wiem to, bo mój młodszy synek osiąga właśnie wiek około czwartego roku życia. Wyspecjalizował się w związku z tym w przejawianiu przeróżnych prowokacyjnych zachowań.
Prowokacyjne zachowania mają bezpośredni związek z potrzebą niezależności. Potrzebę niezależności mój syn realizuje zaś przez to, że wszystko chce robić po swojemu, a to znaczy ni mniej ni więcej tylko tyle, że chce to robić inaczej, niż my byśmy chcieli, żeby robił. Wojny toczone są tu dla zasady oraz do upadłego. Gdy tylko żona lub ja chcemy coś osiągnąć, rozpoczyna się zrzędzenie. Załóż koszulkę – nie założę; ubierz butki – chcę sandałki; wychodzimy – ja nie idę; tata cię odwiezie do przedszkola – nie, mama. I tak w nieskończoność. Zrzędzenie o wszystko, przy każdej okazji, co gorsza, zrzędzenie szybko przechodzące w płacz, następnie w ryk a później często w dzikie spazmy połączone z – i tu najnowsze odkrycie naszego Zrzędziana – rzucaniem się na podłogę.
Obiady na przykład mają to do siebie, że zawsze należy z nich coś wygrzebać. Niepożądane elementy znaleźć można nawet w rosole, o innych daniach nie wspominając. Nie lubię pomidorków, nie chcę cukini… Właściwie nic, co zielone, nie nadaje się do jedzenia, chyba że mowa o zielonych żelkach. Początkowo staram się zachować stanowczość. Później staram się już tylko, żeby mi nerwy nie puściły, czasem w końcu puszczają, ale krzyczenie na Zrzędziana w niczym nie pomaga. Nawet mi nie przynosi ulgi, bo prędzej czy później nadchodzi refleksja, że krzyczenie i tak jest nieskuteczne, więc po co krzyczeć? Zrzędzian robi swoje a Skrzyczuski ma tylko wyrzuty sumienia, że dał się ponieść emocjom i go skrzyczał bez sensu.
Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze huśtawki nastrojów. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy dobry humor i świetna zabawa przerodzą się w karczemną awanturę. A powiem Wam tyle, że karczemna awantura bez dobrze zaopatrzonej karczmy i dobrze wyposażonej karczmarki w tle nie ma żadnego uroku.
Staję się od tego wszystkiego kłębkiem nerwów, żona staje się drugim i tak się razem kłębimy, najczęściej bez pozytywnych rezultatów. Boimy się, że wkrótce dołączy do nas trzeci kłębek, bo starszy brat Zrzędziana patrzy na to jego zrzędzenie, nasze krzyki, krzyki i wrzaski Zrzędziana i chyba nie wie, co się dzieje. Zatyka uszy i stara się nie zwracać uwagi, no ale ile można?
Jedno jest tylko w tym wszystkim dobre i daje promyk nadziei, ku pokrzepieniu serc: około czwartego roku życia nie jest się przez całe życie. Do czwartych urodzin zostało Zrzędzianowi jeszcze kilka miesięcy. Przez ten czas będzie oczywiście około. I w najgorszym razie jeszcze kilka miesięcy po urodzinach… Jezu, natchnij mnie, abym zaś nie oszalał przez ten czas i żeby mi reagowanie krzykiem nie weszło w nawyk. I abym zaś nie osiwiał do reszty, choć to akurat pal licho, wiąż utrzymuję, że siwizna jest szlachetna a na pewno lepsza, niż łysina. Abym zaś więc nie zaczął łysieć, bo to się podobno czasami zdarza w wyniku stresu. 

środa, 29 maja 2013

Permanentna inwigilacja



Pisze do mnie Rossmann, Pizza Hut… - wylicza Adaś Miauczyński przeglądając zawartość swojej skrzynki na listy. Czy jest ktoś niżej ode mnie na tym bożym świecie? – pyta smutno, gdy stwierdza, że poza ulotkami reklamowymi żadnej korespondencji nie otrzymał. Do mnie też ostatnio piszą ludzie, których nie znam. Oferują mi ubezpieczenia, przedstawiają ciekawe oferty sklepów, przygotowane specjalnie dla mnie, niejaka Wiola radziła mi nawet niedawno, że powinienem przejąć kontrolę nad swoim życiem seksualnym. Na jakiej podstawie wywnioskowała, że tą kontrolę sprawuje teraz ktoś inny, nie udało mi się ustalić. Nawet życzenia urodzinowe jako pierwsza złożyła mi pani, której w życiu na oczy nie widziałem. Ledwo wybiła północ i nastał tym samym dzień moich urodzin, w mojej skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość przesłana przez Klub Absolwenta uniwersytetu, na którym miałem przyjemność pobierać nauki. Jako pierwsi składamy Ci życzenia! – pisali i mieli rację.
Dziś dla odmiany dowiedziałem się, że ktoś się za mną strasznie stęsknił. Wyobrażam sobie właśnie, jak pracownicy serwisu empikfoto siedzą sobie ze smutno zwieszonymi głowami i smętnie wzdychają, wspominając czasy, kiedy odwiedzałem ich stronę. Później robią burzę mózgów i układają specjalną ofertę – specjalnie dla mnie. W końcu piszą wiadomość: dawno Cię nie było na stronie empikfoto.pl. Stęskniliśmy się za Tobą! – prosto i szczerze. Pełni nadziei pracownicy serwisu wracają do pracy, choć od czasu do czasu któryś z nich nieśmiało zerka na ekran monitora, sprawdza, czy odpisałem, a może nawet zajrzałem na stronę, żeby sprawdzić specjalną ofertę.
Jest taka scena w filmie Raport mniejszości: facet wchodzi do sklepu, gdy tylko przekroczy próg, specjalne urządzenia identyfikują go na podstawie skanu siatkówki oka. Gdy Sklep wie już, kto do niego właśnie zajrzał, uruchamia pasmo reklamowe skierowane do potencjalnego klienta, konkretnej osoby. Film należy go gatunku science fiction, akcja rozgrywa się w bliższej lub dalszej przyszłości. Ta przyszłość, mam jednak wrażenie, zaczęła się już realizować. Gdy na przykład zaglądam na Youtube’a, dzieje się dokładnie to, co w opisanej wyżej scenie filmu: zostaję zidentyfikowany a na głównej stronie serwisu pojawiają się odnośniki do filmików, które mogą mnie zainteresować.
Okazuje się, że monitor mojego komputera jest nie tylko moim oknem na świat. Jest też orwellowskim teleekranem. Różnica jest tylko taka, że po drugiej stronie, infiltrując moje życie, nie siedzi żaden Wielki Brat, tylko Wielkie Google.
Aż strach pomyśleć, co Google o mnie wie. Wie, jakiej słucham muzyki i moje muzyczne fascynacje zna lepiej, niż ktokolwiek inny. Dowodzą tego propozycje Youtube’a. Wie, jakie oglądam filmy i jakie śledzę seriale, co lubię czytać. Podejrzewam, że lepiej niż ktokolwiek inny wie też, co chciałbym dostać na urodziny – wystarczy przecież skojarzyć datę z faktem, że w okresie ją poprzedzającym intensywnie śledziłem oferty sklepów oferujących wkrętarko-wiertarki. Niestety, Google nie uruchomiło jeszcze usługi kupowania prezentów.
Google wie też pewnie, ile czasu marnuję, wyszukując w sieci przeróżne głupoty i w ogóle ma na mnie pewnie niejednego haka.  
Permanentna inwigilacja!

poniedziałek, 20 maja 2013

Jak pech, to pech




Nieszczęśliwy zbieg okoliczności, niefortunny przypadek, po prostu pech. Nigdy nie wiadomo, kiedy nam się przytrafi.
Wieczór zaczął się miło, takoż się toczył oraz zakończył w przyjemnej atmosferze. Spotkanie z dawno niewidzianym kumplem przebiegało nad wyraz spokojnie, byliśmy, jak słowo daję, grzeczni jak nigdy. Po odwiedzeniu czterech lokali, z których w każdym wypiliśmy po piwku, jednym jedynym, rozstaliśmy się poklepując po plecach i obiecując sobie, jak zwykle, że spotykać się będziemy częściej.
Do domu wróciłem również grzecznie, nie szlajając się po nocy, żeby nie stresować małżonki – podjechałem autobusem. Odbyłem jeszcze z żoną rozmowę, podczas której wypowiadałem się składnie i sensownie. Byłem, jednym słowem, wyjątkowo grzecznym chłopcem. Tym większe mam poczucie krzywdy, bo tego akurat wieczoru nie zasłużyłem na to, co mnie spotkało, a co odkryłem następnego ranka.
A spotkało mnie nieszczęście, bo rano zorientowałem się, że do domu wróciłem bez kluczy. Cały komplet, klucze do domu, klucze do pracy – wszystko przepadło. W życiu mi się to jeszcze nie zdarzyło, nigdy, choćbym nie wiem gdzie łaził i co wyprawiał. Aż tu nagle taki pech!
Pech. Cóż to za paskudne zjawisko. Taki na przykład długi weekend. Czekaliśmy na niego, zorganizowaliśmy się, wywożąc dzieciaki do dziadków, mieliśmy plany na nocne hulanki i swawole oraz na szlajanie się. Planowaliśmy siedząc sobie wieczorem na ławce przed domem i patrząc w gwiazdy. Tyle ich błyszczało na bezchmurnym niebie! W końcu przyszedł weekend. I co? Bezchmurne niebo przestało być bezchmurne, siedzieć wieczorem przed domem nie dało się, bo zimno. A i nocne eskapady w deszczu nie są już takie przyjemne. Weekend się skończył, zostaliśmy z uczuciem lekkiego niedosytu, ciągle spragnieni słońca. Co się okazało? Kiedy wybierając się po raz pierwszy, po zakończonym okresie wolności do pracy, odziałem się w marynarkę odkryłem szybko, że chyba się w niej rozpuszczę. Chmury gdzieś znikły, słońce zaczęło przygrzewać – wszystko to mogłem podziwiać z okna gabinetu. Piękna aura utrzymała się do piątku, jakże by inaczej. Taki pech.
Czasami pech wiąże się z tym, że się człowiek znajdzie w złym miejscu, w nieodpowiednim czasie. To mi się właśnie ostatnio przytrafiło. Postanowiłem przejść się do pokoju nauczycielskiego, bo akurat nie miałem nic bardzo pilnego do zrobienia, a w pokoju i tak musiałem coś sprawdzić. Mogłem niby posiedzieć chwilę w spokoju i skończyć kawkę, która już dawno wystygła, ale nie, ja postanowiłem się ruszyć. A był to, jak się okazało, zupełnie nieodpowiedni czas. W pokoju bowiem natknąłem się na koleżankę, która głowiła się nad tym, co ma zrobić w związku z faktem, że nie bardzo może się pojawić na planowanym zebraniu z rodzicami. Uniemożliwiły jej to jakieś ważne sprawy o osobistym charakterze, więc siedziała i się głowiła, aż tu nagle napatoczyłem się ja, znajdując się, niestety, w złym miejscu. Twarz koleżanki rozjaśnił uśmiech, po czym padła propozycja nie do odrzucenia: a może bym tak ją zastąpił? Propozycja była nie do odrzucenia dla mnie, bo jestem w takich sytuacjach wybitnie nieasertywną osobą. Zgodziłem się więc. Tym samym w piątkowe popołudnie, zamiast skorzystać ze słonecznej pogody, otworzyć piwko i skosić trawnik, musiałem produkować się przed trzydziestką rodziców. Taki pech, a wystarczyło się nie pchać w nieodpowiednie miejsce o zupełnie nieodpowiedniej porze.
Albo weźmy taką wolną niedzielę, albo inny świąteczny dzień, kiedy to sklepy są zamknięte i człowiek musi sobie radzić sobie z tym, co ma w domu. Nawet, jeśli dzień wcześniej udzielił nam się choć trochę zakupowy szał, który ogarnia naród przed każdym świętem i długim weekendem, to i tak nagle okaże się, że czegoś nam brakuje. W najmniej, ale to najmniej odpowiednim momencie, odkryjemy nagle, że skończył się papier toaletowy. Albo że nie mamy podstawowego składnika, niezbędnego do przygotowania obiadu. A kupić oczywiście nie ma gdzie.
Przydało by się podsumować, ale żadna puenta nie przychodzi mi do głowy.
Taki pech.