poniedziałek, 18 czerwca 2012

Gdyby babcia..., czyli coś się jednak stało


Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem. Znacie to powiedzenie? Jest ono dość nielogiczne. Właściwie jest zupełnie bez sensu. Gdyby babcia miała wąsy, to nadal była by babcią, tyle, że z wąsami. I nie była by – spójrzmy prawdzie w oczy –  przypadkiem jednym, jedynym i wyjątkowym. Do bycia dziadkiem, naszej babci nadal byłoby daleko, bo wąsy wąsami, ale brak pozostałych trzeciorzędowych cech płciowych, o drugo i pierwszorzędowych nie wspominając, w dalszym ciągu definiował by ją jako babcię. Tyle, że z wąsami.
Zdarza się.
Powiedzenie jest więc bardzo naiwne, ale wszyscy znają jego znaczenie. Nie ma co gdybać, liczą się fakty – tyle chce powiedzieć ktoś, kto mówi, że gdyby babcia… i tak dalej. Wszyscy znają znaczenie, poza sprawozdawcami sportowymi. Ci z uporem powtarzają, jak mantrę, że gdyby, gdyby oojjjjj! gdyby tylko!
Jednym uchem słuchałem radiowej relacji z meczu Polska – Rosja. Po przerwie na piosenkę (dzięki bogu relację w Trójce przerywają piosenkami; niestety puszczają U2) dowiaduję się, że mieliśmy piłkę w rosyjskiej siatce… Gdyby tylko nie było spalonego! Do tego te dwie świetne okazje! Gdyby tylko Błaszczykowski, gdyby tylko Obraniak*…! Mogliśmy po ósmej minucie prowadzić jedną bramką (mi nadal wychodzi z rachunków, że jeśli mieliśmy dwie świetne okazje, to mogliśmy prowadzić, po ósmej minucie, dwiema bramkami, ale ja się na piłce nie znam, więc może się mylę, może stadionowa arytmetyka inaczej działa).
Na minioną sobotę, nieopatrznie zaplanowałem małą imprezę. Grill, piwko i dawno niewidziani koledzy. Nie przemyślałem, nie przewidziałem, umawiając się z nimi dwa tygodnie wcześniej, że kręcę właśnie na siebie bat, bo oni meczu – Tego Meczu – nie odpuszczą. Skończyło się tym, że w sobotnie popołudnie podłączałem antenę do telewizora, którego nigdy dotąd nie skalałem hitami z ramówek naszych publicznych i komercyjnych stacji. No i przyszło mi oglądać mecz, w towarzystwie znających wszystkie odpowiednie na tę okoliczność przyśpiewki i wymachujących szalikami kolegów oraz szwagierki, która nagle okazała się zagorzałym kibicem.
Oglądałem dość nieuważnie, ratowała mnie konieczność pilnowania piekących się żeberek i jeden z kumpli, który do piłki ma stosunek taki mniej więcej, jak ja – unika, jak tylko może. Odchodziłem więc od telewizora i rozkrzyczanego towarzystwa co chwilę, ale i tak wiedziałem co się dzieje na boisku. No i widziałem, jak to się kończy.
Skończyło się nie najgorzej – przynajmniej po fazie rozgrywek grupowych nie musieliśmy wracać do domu. No i zachowaliśmy się jak na dobrych gospodarzy przystało, bo wiadomo przecież, że jak się chce być dobrym gospodarzem, to nie można wychodzić, kiedy się ma gości. Nie wyszliśmy więc. To oczywiście żarty, od których zaroiło się w Sieci. Teraz pozostaje się nam tylko śmiać. Albo płakać.
Całą sytuację podsumować można kolejnym żartem: Grecja ma fetę, my mamy bryndzę. To oddaje istotę rzeczy.
Po sobotnim meczu z wielu gardeł popłynęła pewnie pieśń: Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało. To kolejny fenomen związany z piłką – równie dziwny, co fenomen gdybania. Ja, podkreślam, nie znam się, ale myślę, że się jednak stało. Chłopaki się nie popisali, trener nie podołał i to po raz kolejny. Bryndza, jak zwykle. Może gdyby tak raz wszyscy oni usłyszeli, że właśnie stało się, że się zawiedli ci wszyscy wymalowani, ubrani w biało-czerwone stroje, wymachujący flagami i wywieszający je na balkonach i samochodach kibice. Ci wszyscy, którzy jak zwykle mieli nadzieję i którym jak zwykle musiało być smutno. Ale nie, nic się nie stało. Trener dostanie premię, prezes znajdzie sposób, żeby nie rezygnować ze stanowiska, dlaczego zresztą miałby rezygnować, skoro się nic złego nie stało?
Pogląd wyrażę pewnie teraz niepopularny, politycznie niepoprawny, może nawet, dla niektórych moralnie naganny, bo taki przecież nieżyczliwy i nie patriotyczny, ale dla mnie to wszystko jest żałosne. Śpiewanie, że „biało-czerwone, to barwy niezwyciężone”, kiedy do końcowego gwizdka zostały dwie minuty, a nasi przegrywają jedną bramką; całe to „nic się nie stało”; szukanie usprawiedliwień i doszukiwanie się pozytywnych stron tam, gdzie ich ewidentnie nie ma – a to pewnie teraz nastąpi.
A najsmutniejsze w całej sytuacji jest to, że tak, jak zgadzamy się na bylejakość naszej piłki, tak samo przyzwalamy na nią w innych kwestiach. Mamy miernych rządzących, jeździmy po kiepskich drogach, tolerujemy nieżyczliwych urzędników; cieszymy się z kolejnych głupich kinowych hitów, które urągają inteligencji widza.
A może trzeba po prostu przestać udawać, że się nic nie stało?
Nie myśleć, co by było gdyby, tylko spojrzeć na to, co się faktycznie dzieje, a jeśli dzieje się źle, to nie przyklaskiwać?


* Nie znam składu reprezentacji, te dwa nazwiska utknęły mi jakoś w pamięci. Nie wiem, czy Błaszczykowski i Obraniak mieli coś wspólnego z niewykorzystanymi okazjami w okolicach ósmej minuty meczy Polska – Rosja, nie jestem nawet pewny, czy w tym meczu grali; proszę wymienione nazwiska traktować umownie. Powiedzmy, że dla mnie drużyna narodowa składa się z Błaszczykowskich, Obraniaków i tych, no… Lewandowskich. Coś czuję, że przydał by się nam jeszcze przynajmniej jeden dobry Atakowiak, ale co ja tam wiem.

środa, 13 czerwca 2012

Jak taoizm pomógł mi przetrwać zebranie, czyli posiedzenie z Kapuścińskim


Kto lubi nudne zebrania w pracy? Podejrzewam, że niewielu. Kiedyś myślałem, że nikt, ale w pewnym momencie zacząłem mieć wątpliwości. Ja znam szczególnie dobrze jeden rodzaj nudnych zebrań w pracy – imię ich Rada Pedagogiczna. Czasami na radach omawiane są rzeczy istotne, nie mogę zaprzeczyć. Zwykle jednak przeżywam katusze, słuchając nieciekawych wywodów, usypiających sprawozdań, dyskusji, którym daleko do rzeczowości.
Podczas tych ciągnących się w nieskończoność zgromadzeń, myśli moje zwykle krążą gdzieś daleko. Dziś na przykład – bo dziś znowu miałem nieszczęście uczestniczyć w posiedzeniu Rady – myślałem sobie o filozofii Wschodu.
Filozofia Wschodu jest mi raczej obca. Jest dla mnie dziwna, niezrozumiała i pokrętna. A przede wszystkim podejrzana, a to dlatego, że jest dziwna, niezrozumiała i pokrętna z założenia, dlatego, że tak ją zaplanowano. Weźmy taki na przykład taoizm. Czym jest tao? Tego właśnie nie da się powiedzieć, bo istotą tao jest jego nieokreśloność i niewyrażalność: „jeżeli tao da się zdefiniować jako tao, nie jest prawdziwym tao” – mówi Mistrz – tak o taoizmie pisze Ryszard Kapuściński w jednym z fragmentów Podróży z Herodotem. I bądź tu mądry.
Dziś jednak zacząłem się zastanawiać – nudna Rada sprzyjała intensywnemu myśleniu o czymś innym – że może coś w tym jednak jest. Nic nie jest trwałe – mówi Mistrz (…). Działaj przez niedziałanie (…), stań się wewnętrznym eremitą, zadowól się miseczką ryżu i łykiem wody – pisze dalej Kapuściński, starając się jednak taoizm jakoś określić i przybliżyć.
Podczas nudnego zebrania wszyscy mają znudzone miny. Od czasu ten i ów robi grymas świadczący o tym, że chciałby już, w końcu, być gdzieś indziej. Ale niech tylko pojawi się okazja do podjęcia bezsensownej paplaniny, rozwinięcia niczego nie wnoszącej dyskusji – od razu znajdują się chętni. Pospierać się o to, czy jedno słowo, które ma być wpisane do statutu zamienić na inne? Oczywiście, czemu nie! Sens zapisu pozostanie ten sam, wydźwięk się nie zmieni, znaczenie nie ulegnie zmianie ani odrobinę, jednak poroztrząsać, czy jednak nie byłoby warto napisać tak, zamiast siak, zawsze warto. A czas płynie. Zastanawiam się, czy ludzie, którzy siedzą ze mną na sali nie mają nic lepszego do roboty. Zaczynam się denerwować, wtedy nachodzi mnie myśl: nic nie jest trwałe, nic nie trwa wiecznie, ten koszmar też się kiedyś skończy. Działam przez niedziałanie – nie odzywam się, nie będę brał udziału w tym szaleństwie; zadziałam przez to, bo przecież nie przedłużę posiedzenia nie przyłączając się do tego bezsensownego generowania artykułowanych dźwięków. Fakt, że jestem głodny jak wilk, albo i cała wataha – zadowalam się jednak łykiem kawy. Wycofuję się w głąb siebie, staram się nie słuchać. Tao jest drogą i przestrzegać tao to trzymać się tej drogi i iść przed siebie mówi Mistrz Kapuściński – idę swoją wewnętrzną drogą i nie rozglądam na boki, niech się dzieje co chce, przecież nie mam na to wpływu.
Uświadamiam sobie nagle, że oto jestem świadkiem nie tylko własnego odkrywania tao – tu się dzieje coś więcej. Na szkolnej sali ścierają się dwie wielkie wschodnie myśli: mój rodzący się i zapewne prymitywny jeszcze taoizm i zupełnie nieuświadomiony konfucjanizm reprezentowany przez moje koleżanki i kolegów.
Konfucjusz mówi, że człowiek rodzi się w społeczeństwie, a zatem ma pewne powinności. Najważniejszymi są – wykonywanie poleceń władzy i uległość rodzicom (…). Ścisłe przestrzeganie etykiety (…). Człowiek Konfucjusza to istota lojalna i pokorna wobec władzy. Jeżeli będziesz posłusznie i sumiennie wykonywał jej nakazy – mówi Mistrz – przetrwasz. Myślę o tej charakterystyce i rozglądam się wokół. Nudna rada? Głupie tematy do dyskusji? Nie ważne! Władza – w osobie dyrekcji – jest i patrzy, przewodzi posiedzeniu. Trzeba robić to, co należy. Obowiązuje przecież jakaś etykieta. Brać czynny udział. Włączać się. Dyskutować, choć to bezcelowe. Pytać, choć się zna odpowiedź, choć się nawet bardzo nie chce jej po raz kolejny słyszeć.
Konfucjanizm jest filozofią władzy, urzędników, struktury, porządku i stania na baczność, filozofia taoizmu jest mądrością tych, którzy odmówili uczestnictwa w grze i chcą być tylko cząstką obojętnej na wszystko natury.
Odmawiam uczestnictwa i z obojętnością czekam na koniec.
Idę drogą tao.

wtorek, 5 czerwca 2012

Dlaczego warto ukraść ogień


Kiedy byłem młodym, beztroskim, przynajmniej z perspektywy czasu oceniając tę kwestię, uczniem liceum, miało miejsce ważne wydarzenie, nazwijmy to medialne (żeby nie nadużywać słowa „kulturalne”). Na ekranach telewizorów w wielu, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że w większości polskich domów zagościła pierwsza edycja programu typu realisty show pod złowieszczo brzmiącym, zważywszy na literackie konotacje, tytule Big Brother. I wszyscy, jak kraj długi i szeroki oglądali Big Brothera i komentowali kolejne odcinki i czekali na nocne edycje w nadziei na to, że zobaczą coś pikantnego. Chyba nawet coś kiedyś zobaczyli. Emocje były ogromne, dużo większe, niż kiedy jakiś czas później to samo można było zobaczyć w którymś numerze Playboya – ładnie sfotografowane, w jakości dużo lepszej, niż gwarantowała kamera zamontowana pod prysznicem. Ale tu już popadam w niepotrzebne dygresje.
Chodzi mi o to, że wszyscy oglądali Big Brothera, kibicowali jednym mieszkańcom domu, na innych narzekali, śledzili intrygi, głosowali nawet być może na to, kto ma w programie zostać a kto odpaść. Na szkolnych korytarzach losy mieszkańców domu Wielkiego Brata były ważnym tematem. A ja się tym rozmowom przysłuchiwałem, bo nie za bardzo miałem inne wyjście, ale aktywnie w nich nie uczestniczyłem, gdyż nie oglądałem programu. W ogóle mnie nie interesował, nudził wręcz. Wiem, bo sprawdziłem – obejrzałem jeden czy dwa odcinki i miałem dość. Byłem – na własne życzenie – wykluczony z ważnej części życia uczniowskiej społeczności, a i życia w ogóle. Bo przecież Big Brothera komentowało się wszędzie, nie tylko pod salą od biologii.
Przypomniało mi się to wszystko ostatnio. Dlaczego? Bo oto znowu zdarzyło się, że nie uczestniczę w czymś, czym wszyscy w koło zdają się mniej lub bardziej pasjonować. Bo w najmniejszym stopniu nie czuję napięcia, radosnego oczekiwania i ogólnego podniecenia, gdy widzę na stronie głównej Wirtualnej Polski licznik, który mnie informuje, że za 3 dni 5 godzin 40 minut i 29…28…27..26 sekund rozpocznie się Euro 2012.
Mam jeszcze jedno wspomnienie z licealnych czasów. Do szkoły zwykle chadzałem z kolegą mieszkającym po sąsiedzku. Chodziliśmy do jednej klasy, mieliśmy jakieś tam wspólne zainteresowania, więc miło się tak szło i gadało. I nawet nie bardzo mi przeszkadzała cecha kolegi, którą trudno określić, przy całej życzliwości, inaczej, niż gadulstwo. Nie bez przyczyny kolega nosi od czasu studiów ksywkę Fidel. Gdyby miał możliwość nieograniczonego przemawiania i co więcej – zagwarantowanych słuchaczy, dorównał by kubańskiemu politykowi bez trudności. Ale to kolejna dygresja.
Zmierzam do tego, że kolega był fanem piłki nożnej. Kupował regularnie Przegląd kibica i jakieś inne pisemka na temat, oglądał wszystkie mecze w telewizji i co gorsza, miał potrzebę rozmawiania o nich. Czwartkowe poranki, które następowały po telewizyjnych „piłkarskich środach” były dla mnie ciężkim przeżyciem. Czasem zdarzało mi się nawet z rozmysłem spóźnić na miejsce codziennego spotkania, żeby przespacerować się do szkoły samemu i nie musieć słuchać relacji o pięknych bramkach, zwodach, wynikach i innych doniosłych osiągnięciach piłkarzy.
Bo niewiele rzeczy nudzi mnie bardziej, niż piłka nożna. W ogóle nie lubię oglądać sportowych relacji. Nazwisko narodowego bohatera, Orła z Wisły, kojarzy mi się z koszmarnymi niedzielnymi popołudniami, kiedy w całym domu rozlegał się głos Szaranowicza i innej gwiazdy sportowego komentatorstwa, wykrzykujący kto jak daleko poszybował i czy zakończył lądowanie telemarkiem.
Homer Simpson w jednym z odcinków serialu ukradł znicz z ogniem olimpijskim. Chciał zapobiec otwarciu igrzysk, bo w czasie ich trwania w telewizji nie nadawano jego ulubionych programów. Spełnił tym samym plany, które snułem przez długie lata swojej wczesnej młodości.
Nie rozumiem idei kibicowania, absolutnie do mnie nie przemawia fakt, że można pasjonować się oglądaniem, jak inni robią coś, co w gruncie rzeczy nie ma sensu. Uprawianie sportu, to coś innego. Choć sportowcem jestem raczej marnym, lubię sobie pograć w siatkówkę, pojeździć na rowerze albo zagrać w szachy od czasu do czasu. Ale oglądać, jak robią to inni? I przeżywać, emocjonować się? Nie, zupełnie to nie dla mnie.
A tu zbliża się Euro, wielkie święto, do którego celebrowania zobowiązani są wszyscy Polacy. Tak przynajmniej głoszą billboardy porozwieszane po mieście. A ja jakoś nie czuję potrzeby. Nie mam chorągiewki na samochodzie, nie kupiłem farbek do malowania twarzy na biało-czerwono, nie posiadam szalika w narodowych barwach.
W całej sytuacji największym plusem jest to, że nie jestem również odbiorcą oferty Telewizji Polskiej, ani żadnej innej. Nic mi tym samym, nawet Euro, nie pokrzyżuje planów związanych z oglądaniem filmów, ani żadnych innych. Żaden rozwrzeszczany komentator nie wedrze się w moje życie, ze swoim entuzjazmem i błędami językowymi.
Z rozkoszą wyłączę się z uczestnictwa w piłkarskim szaleństwie, będę radośnie bojkotował mistrzostwa i pielęgnował własną nieświadomość. Nic nie będę wiedział o tym, kto z kim wygrał, kto przegrał, kto wyszedł z grupy i dlaczego Polakom się nie udało. I co? I nic, spoko… ko ko ko ko…

poniedziałek, 21 maja 2012

Kochanie, to przecież dla Ciebie, czyli o niedocenianych korzyściach z picia piwa


Każdy mężczyzna – tak przypuszczam – znalazł się kiedyś w sytuacji, w której nie mógł zrozumieć kobiety. Coś jest być może w tym, że my jesteśmy z Marsa, kobiety zaś z Wenus, w każdym razie czasem występują szumy na linii, na której przebiega nasza wzajemna komunikacja. W różnych sytuacjach do różnych zgrzytów z różnych powodów czasem dochodzi.
Takie na przykład picie piwa. Dla nas, to proste: lubimy, gdy złocisty płyn pieni się, zwieńczając spotniały kufel gęstą, śmietankową koroną. Lubimy ten pyszny pierwszy łyk, gorzki smak, który ma tyle niuansów, ukrytych nutek, niedostrzegalnych dla profanów, pijących piwo z sokiem, do tego przez słomkę oddzielającą wargi od puszystego kożuszka zdobiącego kufelek. Nasze Panie boczą się jednak często, gdy sięgamy do lodówki po (kolejną) butelkę.
A jakże sprawa się komplikuje, gdy mowa o wychodzeniu na piwo z kolegami! Ten wspaniały, męski rytuał, ma pewnie swoje korzenie gdzieś w jaskiniach, w których mieszkali nasi owłosieni przodkowie. Kobiety zostawały w obozowiskach, by zajmować się swoimi kobiecymi sprawami, mężczyźni zaś wyruszali… Polowali, ale też zacieśniali więzi, rozmawiali pewnie o najlepszych sposobach rozniecania ognia: suche patyczki, czy może kamienie, którymi można skrzesać iskrę?; o technikach zdobienia ścian jaskiń, o najnowszych wzorach (mojej kobiecie podobają się odciśnięte dłonie, ja bym wolał jakąś scenkę łowiecką, na przykład jak gonimy mamuta…) i tak dalej. Dziś sytuacja trochę się zmieniła, bo i czasy inne, ale w gruncie rzeczy chodzi o to samo: żeby się spotkać, pogadać, pośmiać z niewybrednych żartów. I zacieśnić więzi, piwo pijąc zupełnie przy okazji.
A nie robimy tego przecież dla siebie! Siedzimy nad tym piwem i rozmawiamy, radzimy się siebie wzajemnie, dzielimy doświadczeniami,  a wszystko to, by dowiedzieć się czegoś, zdobyć więcej mądrości, która pozwoli nam być lepszymi dla naszych Pań.
I jakie podejmujemy przy tym ryzyko! Przecież kwestia picia piwa nie jest taka prosta, jak by się mogło wydawać, nie jest to czysta, niewinna przyjemność. Od piwa rośnie brzuch, a przynajmniej może urosnąć; skutki wypicia zbyt dużej ilości piwa mogą być nieprzyjemne; do tego jeszcze hormony…
Tak, tak, jest też kwestia hormonów. Chmiel, który jest jednym ze składników piwa zawiera tak zwane fitoestrogeny, które działają podobnie do estrogenów, żeńskich hormonów. Czyli pijąc piwo, z lekka to wszystko upraszczając, trochę zbliżamy się do kobiet. To z kolei pozwala nam lepiej je rozumieć, taki wniosek sam się nasuwa.
Wszyscy, z paniami na czele, powinni być z tego zadowoleni, z uwagi na płynące z sytuacji korzyści. Z jakiegoś powodu tak jednak nie jest.
Na temat piwa i hormonów pojawiają się – tu ciekawostka – złośliwe żarty. Niedawno czytałem o przeprowadzonych przez naukowców badaniach, które miały dowieść, że pijąc piwo podnosimy w swoich organizmach poziom „kobiecości”. Stu badanym mężczyznom zaserwowano po osiem standardowych porcji piwa. Spory zastrzyk fito-hormonalny. Co się okazało? Otóż u 75% badanych stwierdzono zaburzenia logicznego myślenia i mowy, 100% z nich miało problem z  prowadzeniem samochodu, 70% popadło w melancholię i wybuchało płaczem z błahych powodów, 80% szukało pretekstu do kłótni z jakiegokolwiek powodu, 80% chciało wydać pieniądze na byle co, 90% badanych trudno było zrozumieć. Byli też tacy, którzy musieli usiąść, żeby się wysikać. Wynik ten został zinterpretowany jednoznacznie: badania dowiodły, czego miały dowieść.
Pozostawiam to bez komentarza. Może tylko przypomnę, że ciągle mówimy o niewinnym żarcie. W rzeczywistości podobnych badań chyba nie przeprowadzono (pomijam oczywiście liczne przypadki podejmowania podobnych przez miliony mężczyzn na całym świecie – na własną rękę, z czystej pasji badawczej i głodu wiedzy oraz chęci dążenia ku Prawdzie). Powiem tylko, że moja żona, kiedy opowiedziałem jej o „badaniach”, nie mogąc przy tym powstrzymać łez rozbawienia, zapowiedziała, że będę spał na kanapie. Do odwołania.
Trudno. Z kanapy – tym się pocieszam – mam bliżej do lodówki. Może, gdy tak sobie w nocy, na tą kanapę przyniosę butelkę koźlaka zrozumiem, co powiedziałem nie tak i dlaczego znalazłem się tam, gdzie się znalazłem.

piątek, 18 maja 2012

Heurystyczne znaczenie miejskiej przestrzeni, czyli o korzyściach ze spacerowania


Dla ludzi wykonujących mój zawód jest czymś normalnym myśleć w czasie chodzenia o czymś innym, o artykule do napisania, o wykładzie, który trzeba wygłosić, o relacjach między Jednostką a Wspólnotą, o rządzie Andreottiego, o tym, jak rozwiązać problem Zbawienia, czy istnieje życie na Marsie, o ostatniej piosence Celentana, o paradoksie Epimenidesa…
Umberto Eco, Filozofia lędźwi



Mieszkam w mieście idealnym. To jest oczywiście mój punkt widzenia, ale prezentuję go od zawsze, a przynajmniej odkąd jako dziecko spędzałem w Toruniu wakacje u wujka. Miasto, ze swoimi czerwonymi, gotyckimi budynkami, Wisłą płynącą za obronnym murem, Krzywa Wieżą i wieżą ratuszową wznoszącą się nad rynkiem mnie urzekło. Studiować chciałem właśnie tu, podczas studiów postanowiłem, że stąd nie wyjadę. I nie wyjechałem.
Podczas studiów odkryłem też kolejną zaletę mojego (tak, teraz już z całą pewnością mojego) miasta: przestrzenny rozkład wszelkich ważnych jego punktów. Odkąd zamieszkałem w Toruniu, poruszam się po nim głównie pieszo. Kilka razy zmieniałem miejsce zamieszkania, ale zawsze mogłem dotrzeć tam, gdzie chciałem, na piechotę w ciągu góra pół godziny. Jakieś trzydzieści zajmował mi spacer z akademika na starówkę. Na wydział miałem żabi skok. Po przeprowadzce, z nowego mieszkania około pół godziny szedłem na zajęcia, po nich, po niespełna półgodzinnym spacerze mogłem znaleźć się na Starym Mieście. Stamtąd pół godziny szedłem do wynajmowanego lokum. Rzadko jeździłem autobusami czy tramwajami – musiało mi się bardzo spieszyć. Teraz jeżdżę samochodem, ale tylko wtedy, gdy muszę. Czasem nie da się tego uniknąć. Nadal lubię przejść się po prostu. Codziennie chodzę sobie bo pracy – jedną trasą i wracam z niej – inną. Bardzo jest to przyjemne. Rano pozwala się rozbudzić, po południu – odprężyć.
Takie chodzenie ma też inne plusy. Pomijam kwestie zdrowotne, że spacer na świeżym powietrzu dobrym jest dla zdrowia, rozumie się samo przez się. Chodząc mogę sobie posłuchać muzyki, mogę się na niej skupić, nikt mi jej nie zakrzyczy, nie każe ściszyć, nie przerwie ani nie zakłóci słuchania w żaden inny sposób.
Ale chodzenie sprzyja też myśleniu. I takiemu, które się podejmuje, gdy ma się konkretny problem do rozwiązania i takiemu, kiedy się pozwala myślom płynąć swobodnie: a nuż podryfują w jakieś ciekawe rejony.
Gdybym mniej chodził, zdecydowanie rzadziej bym pisał, to pewne. Podczas przechadzki tu coś wpadnie w oko, tam coś zainteresuje, coś się podejrzy, z czymś to skojarzy i tak rodzi się pomysł. Nawet gotowe zdania pojawiają się, jakby same, podczas tych przechadzek – wystarczy je zapamiętać.
Skąd w ogóle taki temat? Tym razem przyszedł mi do głowy nie podczas spaceru, a w czasie lektury. Bohaterka Rzek Hadesu, nowej powieści Marka Krajewskiego chwali zalety topografii innego miasta, Lwowa, ale jej słowa bardzo pasują do miejsca, w którym mieszkam.
Lwów to metropolia europejska, – tłumaczy Leokadia Tchorznicka swemu kuzynowi, Edwardowi Popielskiemu – a jednocześnie swojska i przytulna. To miasto pełne życia a jednocześnie skłaniające do refleksji i do namysłu. A wiesz dlaczego? Otóż dlatego, mój drogi, że tutaj mimo wielkomiejskości odległości między ważnymi punktami są tak niewielkie, że wszędzie możesz poruszać się na piechotę! A co może, by się nie nudzić podczas miejskich wędrówek, robić tak refleksyjny człowiek jak ty? Uprawiać właśnie refleksję! Myśleć, myśleć, nieustannie zastanawiać się nad ważnymi i intrygującymi kwestiami! W małym Stanisławowie nie zdążysz dobrze rozwinąć swych myśli, a już będziesz u celu wędrówki. A Lwów ma takie odległości, jak należy. Na tyle długie, by nie przerwać toku myśli, na tyle krótkie, by się nie zmęczyć. To miasto racjonalne, wprost wymarzone dla ciebie.
Prawda,  że to ciekawe spojrzenie na miejską przestrzeń? Ja się z nim w pełni zgadzam. A zalety chodzenia doceniam ze zwielokrotnioną siłą, gdy mi się czasami przytrafi konieczność przedostania się w odleglejszy rejon miasta i gdy w tym celu korzystam z auta. Szczególnie, jeśli dzieje się to w czasie, kiedy – mam wrażenie – wszyscy mieszkańcy miasta poczuli nagle, w tym samym momencie, potrzebę przemieszczania się. Stanie w korku czy lawirowanie w ulicznym ruchu absolutnie rozmyślaniom nie sprzyjają. Nie to, co spacery po moim racjonalnym i przytulnym mieście.

poniedziałek, 14 maja 2012

Czytanie to czynność fizjologiczna


Zaproszony do zabawy przez Bosego Antka, dałem się skusić, choć raczej nie ulegam tego typu zaproszeniom. Wywnętrzać wolę się w granicach, które sam sobie wyznaczam – czas na odpowiadanie na osobiste pytania zadawane seriami przyjdzie, gdy już będę sławny i bogaty, póki co mogę sobie odpuścić wywiady, co zwykle właśnie czynię. Tym razem jednak dałem się skusić, bo temat ciekawy i bardzo mi bliski: książki i czytanie książek, oraz różne książkowe nawyki, wspomnienia i sympatie.
Choć na pytania będę odpowiadał, szczerze i wyczerpująco, postanowiłem mieć jednak ostatnie słowo i trzymać się formy, którą sam wybrałem. Zamiast więc wyliczanki, zapraszam do przeczytania tekstu. Jakoś łatwiej mi klecić okrągłe zdania – zainteresowani będą musieli przebrnąć przez tych kilka akapitów. Zapraszam.
O jakiej porze dnia czytam najchętniej? – tego dotyczy pierwsze pytanie. O każdej. W moim przypadku sprawa rozbija się nie o kwestię chęci, lecz możliwości. Nauczyłem się czytać i skupiać na tym, co czytam w różnych okolicznościach i teraz z tej umiejętności korzystam. Czytam więc, kiedy moi Chłopcy przez chwilę zajmą się sobą i mam na lekturę kilka minut – zawsze trochę się w lekturze przez tą chwilę posunę. Czytam wieczorem, w łóżku, dopóki nie zdam sobie sprawy, że już nie bardzo rejestruję, o co chodzi, albo póki sobie nie uświadomię, że moje ostatnie mrugnięcie powiekami trwało kilka minut. Czasem – tu nadchodzi moment szczerości – zdarza mi się zajrzeć do książki w pracy, szczególnie gdy dyżur mam popołudniowy, gdy nic się nie dzieje a ja nie mam akurat niczego sensownego do zrobienia.
Na pytanie o to, gdzie czytam, już częściowo odpowiedziałem. W domu – chyba jednak najwięcej. A najbardziej lubię przed domem, gdy grzeje wiosenne czy letnie słońce, gdy mogę się rozsiąść z książką wygodnie i gdy mnie nic nie rozprasza.
Jaki rodzaj książek najchętniej czytam? – ostatnio są to zdecydowanie książki tak zwane „łatwe, lekkie i przyjemne”, bo jednak zwykle lekturze oddaję się w międzyczasie. Gdy Chłopaki biegają gdzieś i robią nie wiadomo co, gdy się obiad akurat gotuje albo gdy się już po prostu chce spać, trudno się skupić na czymś śmiertelnie poważnym. Nie czytam więc ostatnio rzeczy poważnych, za to „śmiertelne” i owszem – jakoś mnie ostatnimi czasy ciągnie do kryminałów.
I właśnie kryminał ostatnio kupiłem – tu odpowiadam na kolejne pytanie. Najnowszą powieść Marka Krajewskiego, Rzeki Hadesu. Kupiłem, nawet w przedsprzedaży, bo nie mogłem się doczekać i chyba w tym miejscu przekombinowałem. Zamiast długo wyczekiwane przygody komisarza Popielskiego poznać szybciej, ciągle ich nie poznałem, bo przesyłka nie dotarła. Przed chwilą dosłownie się o nią upomniałem. Mam nadzieję, że będzie jakiś skutek, najlepiej w postaci listonosza z paczką pukającego do drzwi.
A ostatnio, to czytałem też kryminał, w mistrzowskim wykonaniu Borysa Akunina – Lekturę nadobowiązkową, drugą część serii o przygodach magistra. Polecam, Akunin naprawdę świetnie pisze.
Za to obecnie, dla odmiany, książka, która kryminałem klasycznym nie jest, choć śledztwo się w niej toczy. Jest to jednak śledztwo w wyjątkowych okolicznościach, bo w czasie przeprowadzonej przez Niemców w 1944 roku ofensywy w Ardenach. Wątki historyczne mieszają się tu z fikcyjnymi, całość jest pasjonująca, bo opowiada o tajnej operacji zaplanowanej przez Hitlera. Około 150 komandosów, specjalnie przeszkolonych, mówiących po angielsku i przebranych w amerykańskie mundury przenika na terytorium zajmowane przez aliantów, by wprowadzić wśród nich jak największy zamęt przed planowanym atakiem głównych sił. Część z nich ma do wykonanie dodatkowe zadanie – osiągnięcie tytułowego Drugiego celu. Ciekawostką jest to, że autorem książki jest Mark Frost, partner Davida Lyncha przy tworzeniu Miasteczka Twin Peaks.
Używam zakładek, nie zaginam rogów – odpowiadam na kolejne pytanie. Za to namiętnie podkreślam, zakreślam i smaruję po marginesach. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie wrócić do jakiegoś fragmentu.
Z określeniem ulubionej książki z dzieciństwa mam problem. Kiedy nie byłem jeszcze dostatecznie biegły w czytaniu, rodzice czytali mi głośno opowieści o Winnetou i Tomku Wilkowskim. Sam zaczytywałem się później w przygodowej serii, której autora nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Rzecz nosiła tytuł Ucieczka z Wyspy Przeklętej. Polubiłem też Piotrusia Pana i ciągle ma do niego sentyment.
A wskazanie najbardziej cenionej postaci literackiej, to już w ogóle karkołomne zadanie. Piotruś, który nie chciał dorosnąć, Yossarian z Paragrafu 22, który był najnormalniejszym szaleńcem wśród ogólnego szaleństwa wojny, Kilgore Trout, który zgryźliwie obserwował i opisywał nasz dalece niedoskonały świat, genialny Sherlock Holmes, niczym mu nie ustępujący Erast Fandorin – wielu książkowych bohaterów polubiłem i dawniej i ostatnio, trudno wskazać tego najważniejszego.
Tyle, jeśli chodzi o moją fizjologiczną czynność, jaką chyba faktycznie jest czytania. A że powinienem zaprosić do zabawy kolejną osobę, z premedytacją zwracam się do Patki, może coś znowu dla nas napisze…

czwartek, 10 maja 2012

Przemyślenia poweekendowe, czyli dlaczego nie jestem stoikiem


Długi weekend skończył się już jakiś czas temu, prawie dał o sobie zapomnieć. Prawie, ale nie tak do końca.
Niby nic, kilka dni wolnych. Mimo, że poprzerywanych, bo między tymi świątecznymi znalazły się jednak i zwykłe, robocze, to i tak dających miły oddech. Dających miłą możliwość nicnierobienia.
Kiedy okoliczności wymuszają na nas konieczność ciągłego pędzenia, ciągłego robienia czegoś, zajmowania się tysiącem różnych spraw i myślenia o kolejnym tysiącu, osiągnięcie momentu, kiedy można nic nie robić i nie myśleć o tym, co będzie trzeba zrobić później, jest prawdziwym luksusem.
Na trawniku zaległ kocyk a na nim zaległem ja. Z książką. Wokoło biegali Chłopaki uzbrojeni w pistolety na wodę. Uczyli się wspinać na drzewa, jedyne co musiałem, to zdjąć ich od czasu do czasu z gałęzi, bo widocznie naukę schodzenia postanowili odłożyć na później.
Jakoś tak w okolicach weekendu majowego przeczytałem tekst o tym, jak to za dużo pracujemy i właściwie po co. Że System wymusza na nas pogoń za pracą, pieniędzmi, wspinaczkę po szczeblach kariery, którą uprawia się tylko po to, by jeszcze szybciej gonić i starać się jeszcze wyżej wspiąć. A gdyby tak nie pracować? Pracować mniej przynajmniej, nie gonić tak ślepo i szaleńczo? Gdyby dać sobie prawo do lenistwa i gdyby, co więcej – zrobiła tak większość? – takie pytania stawiał autor. Malował jakiś utopijny obraz, który mimo swej naturalnej utopijności bardzo mi przypadł do gustu. Zaczęła działać wyobraźnia, pojawiły się obrazy trawki, kocyka na trawce i dzieciaków, które mogą włazić na drzewa dowoli, bo mi nic nie przeszkadza zdejmować ich z gałęzi, gdy zajdzie taka potrzeba.
Obraz piękny i kuszący, ale jednak odległy, nie wiadomo, czy w ogóle możliwy do urzeczywistnienia. Dlaczego piękny? Czym tak kusi? Spokojem.
Coś jednak ten spokój burzy. Bo jest niby miło na kocyku leżeć i nic nie robić, tylko czytać i unikać strumieni wody z plastikowych pistoletów, ale mam świadomość, że nie tylko ja tak leżę, ale gdzieś tam leży też robota, która prędzej czy później wezwie, by ją nadrobić.
Wracam więc znowu do tekstu o miłym ograniczaniu zawodowej aktywności. Możliwe to? Coś mi się wydaje, że nie bardzo. Spokój ma dziś niestety to do siebie, że za coś go trzeba kupić.
Nie lubię mieć zbyt wielu spraw na głowie, a zwykle, niestety, mam. Od poważnych po najbłahsze, przy czym te błahe zyskują dziwnie na ważności, gdy się znajdą w towarzystwie tych ważnych – rosną w siłę, którą im daje ilość. A z ilością, wiadomo jak jest. Już Starożytni zauważyli, że nec Hercules contra plures. I tak głupia świadomość, że przecież jeszcze muszę posprzątać, zrobić zakupy czy coś jeszcze innego, małego i przyziemnego, wprawia mnie codziennie w nerwowość. Bo gdy te przyziemne sprawy muszę załatwiać, wciskając je w plan dnia między obowiązki ważne i angażujące, to zaczynają ciążyć nie mniej, niż te drugie. Stoicki spokój, który taką jest miłą w teorii postawą, i który z chęcią bym przyjął jako postawę własną, nie ma szans przebicia.
Koło się zamyka. Mógłbym zostać stoikiem, gdybym mógł sobie na to pozwolić. Mógłbym sobie na to pozwolić, gdybym miał więcej środków, było nie było, finansowych. Ale żeby je mieć, muszę, niestety, więcej czasu poświęcać nie przyjemnościom bynajmniej, a przeróżnym obowiązkom. Natłok zaś obowiązków spokój mi odbiera.
A tak przyjemnie byłoby zostać stoikiem. Czuję, że mam w sobie wielki potencjał,  całe pokłady stoicyzmu. Niestety – mój (potencjalny) stoicyzm jest zdecydowanie niedofinansowany.