środa, 25 listopada 2015

Jak postanowiłem zostać idiotą


W starożytnych Atenach, w czasach, gdy panowała tam świeżo wymyślona demokracja narodziło się pojęcie idioty. Słowo, które dziś kojarzy nam się z intelektualnym niedomaganiem, pierwotnie miało inne znaczenie i określało tych obywateli demokratycznego polis, którzy choć mogli, nie zajmowali się sprawami państwa, nie interesowali ustalaniem praw, nie uczestniczyli w zgromadzeniach ludowych i w ogóle woleli skupiać się na własnych, prywatnych sprawach. Mając na uwadze ten źródłosłów zastanawiam się poważnie, czy nie podjąć czasem postanowienia, by od dziś na dobre zidiocieć.
Demokracja narodziła się w dawnych Atenach i tam, od razu, znalazła sobie zagorzałych krytyków. Jednym z nich był Sokrates, który choć twierdził inaczej, to swoje jednak wiedział. A wiedział między innymi to, że ustrój, w którym o dobru państwa decydują a przynajmniej współdecydują ignoranci, by nie rzec po prostu: głupcy, nie może być najlepszym z możliwych ustrojów a prawdopodobnie dobry nie jest ani trochę. Sokrates tak się przejął swoimi obserwacjami, że postanowił na współobywateli wpłynąć choćby tym, że im uświadomi ignorancję i da przez to, być może, do myślenia. Niestety okazało się, że ta świadomość nie była Ateńczykom do niczego potrzebna a budzona na siłę przez Sokratesa zaczęła kłuć i uwierać. Zamiast pozbyć się niewygodnej świadomości przez wyeliminowanie stanu rzeczy, który jej odpowiadał, Grecy postanowili pójść na skróty i pozbyć się Sokratesa, co też skutecznie uczynili.
Zapędziłem się jednak w dygresję, niepotrzebnie, bo podejrzewam, że historia Sokratesa jest większości z grubsza znana. Rzec chciałem tyle, że niedostatki demokracji dostrzegano od początku jej istnienia. Platon, którego Sokrates zdążył natchnąć, zanim go poczęstowano kielichem z cykutą, napisał opasłe tomiszcze zatytułowane Państwo, w którym kreśli wizję ustroju politycznego zgoła różnego od demokracji i sporo od niej lepszego. Czy lepszego faktycznie – tu można dyskutować i dyskutuje się, wyciągając czasem dość ciężkie argumenty łącznie z takim, że Platon zarysował w swym dziele wizję pierwszego totalitaryzmu, który się urzeczywistnił w pełni w postaci dwudziestowiecznego niemieckiego nazizmu i radzieckiego komunizmu. W to nie będziemy tu wnikać.
Piszę to całe wprowadzenie by dojść do takiego oto punktu w którym stwierdzam: dziś też mamy demokrację. Co gorsza, przez wieki eksperymentów ludzkości nie udało się wpaść na lepszy pomysł zorganizowania państwa tak, by żyło się w nim przyjemnie, bezpiecznie i w poczuciu, że w koło panuje ogólna sprawiedliwość i nikomu się niepotrzebna krzywda nie dzieje. Mamy demokrację, większość więc wybiera i decyduje na podstawie tego, co się rzeczonej większości wydaje lub co jej wmówiono lub zaprezentowano jako ładniejsze. Sokrates, gdyby żył, wciąż łapałby się za głowę i dziwił, że przez wieki nic, ale to nic się nie zmieniło. Jeśli wielu ludzi wierzy w to samo, wtedy łatwo dojść do wniosku: jedzmy gówna, przecież miliony much nie mogą się mylić! – napisał kiedyś Waldemar Łysiak. U nas wielu uwierzyło, że zmienić trzeba cokolwiek, a że imię tych wielu było Większość, przeto wybrali i zmienili.
Jak wybrali, tak mamy. Ministra obrony, który jest historykiem, histerykiem i w wymyślaniu spisków bije na głowę Dana Browna; pomaga mu i doradza dwudziestoletni emo-boy, świeżo po maturze. Ministrem sprawiedliwości jest co prawda prawnik, ale bez żadnego doświadczenia w zawodzie, bo prawnikiem jest z wykształcenia, za to z zawodu, od zawsze, politykiem. Ministrem też zresztą już był, ale go odwołano. Minister transportu stracił prawo jazdy za notoryczne łamanie przepisów drogowych. Czyli ma jakieś doświadczenie, nawet praktyczne. Minister kultury jest za to wykształconym ekonomistą. I socjologiem. Pewnie więc sobie wykalkulował, że cenzura na dłuższą metę się opłaci, przynajmniej w kwestiach społecznych. Ministrem środowiska jest myśliwy, czyli człowiek obcujący z naturalnym środowiskiem, przynajmniej weekendowo i w sezonie. Pewnie nie raz i nie dwa przemarzł do szpiku kości, gdy dzieci z czworaków zamarudziły z nagonką, nic więc dziwnego, że nie wierzy w globalne ocieplenie.
Tak oto mamy, bo lud wybrał i… teraz narzeka. Lud niestety zapomniał, że kiedyś już tak mieliśmy i że może lepiej by było do minionego stanu rzeczy nie wracać. Zapomniał, albo chciał przekornie pokazać, że ci wszyscy starożytni filozofowie duby smalone bredzili i że do tej samej rzeki wejść dwa razy, owszem, można. No to żeśmy weszli.
W całym tym zamieszaniu, galimatiasie i żenującym chaosie coraz trudniej się połapać, coraz trudniej doszukać się śladowych chociaż ilości sensu a mi osobiście coraz trudniej wykrzesać choć odrobinę zapału, żeby się angażować, choćby śledząc, słuchając, czytając i starając się być na bieżąco. Coraz łatwiej mi za to puszczać mimo uszu, przechodzić do porządku dziennego i twierdzić, że mnie nie dotyczy. Coraz łatwiej mi, jednym słowem, popadać w zidiocenie. W klasycznym oczywiście, jak najbardziej greckim i w pełni ateńskim znaczeniu tego słowa.

10 komentarzy:

  1. No i widzisz? Można - napisałeś! :)
    Bardzo dobrze zresztą.
    Nie ze wszystkim się zgadzam. Lud wybrał, ale wcale nie narzeka. Na razie to dziennikarze i przegrani politycy narzekają. Lud nie narzeka, bo nie dzieje się mu nic złego, a tego, co będzie się działo w przyszłości jeszcze sobie nie wyobraża. Lud, jak sądzę, może być nawet zadowolony z nałożenia 70% podatku na odprawy dla prezesów spółek. Nawet mnie się to podoba, bo uważam, że obdarowywanie milionami złotych ludzi, którzy i tak pobierali gigantyczne pensje, to plucie w twarz zwykłym pracownikom. Lud więc nie narzeka.
    Co do demokracji, to już jej nie mamy, tylko nie wszyscy jeszcze się zorientowali, że demokracja to Polsce przeszłość. Sejm jest maszynką do przegłosowywania pomysłów Prezesa. Ruchy są bardzo czytelne. Najpierw uchwycenie Trybunału Konstytucyjnego, żeby potem można było uchwalać co się chce, i żeby Trybunał tego nie uznawał za niekonstytucyjne. Po zabezpieczeniu tyłów i boków nastąpią właściwe zmiany i jestem pewien, że będą spektakularne.
    Nie bądź idiotą w znaczeniu antycznym. Być może za cztery lata będą wybory i wtedy trzeba mieć rozeznanie, na kogo się głosuje, albo przeciw komu. To ma wpływ na nasze życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kreślisz czarną wizję. Można tylko mieć nadzieję, że faktycznie nie wszystkie pomysły Prezesa będą takie straszne. I może ludowi nadal krzywda dziać się nie będzie a o to chyba powinno chodzić.
      A demokracja zostanie o tyle, że jak zauważyłeś, za cztery lata będą wybory (mam nadzieję, że z tym 'być może' to jednak przesadzasz). Gorzej, że wybierać będziemy zapewne znowu spośród tych samych ludzi a jak już się trafi ktoś nowy, to Liroy.
      Tak całkiem zidiocieć, to bym jednak nie chciał, co nie zmienia faktu, że sytuacja jest zniechęcająca. Z tego właśnie powodu: najlepszy wybór to ten przeciw największym oszołomom a nie wybór najlepszego kandydata, bo tych najlepszych zwyczajnie nie ma. I tym sposobem wnikanie w kwestie polityczne skutkuje jedynie frustracją.

      Usuń
    2. Co do przyczyn frustracji - zgoda. Nie ma dobrych kandydatów. A co do czarnych wizji, wydają się one całkiem realne. PiS pokazuje otwarcie, że ma w dupie wszelkie zasady. Dobre jest to, co Prezes uzna za dobre. Teraz uznał, że dobrzy są "jego" sędziowie w Trybunale Konstytucyjnym. Niebawem zmieni jego przewodniczącego i orzekać będą tylko jedynie słuszni członkowie Trybunału. Jeśli uzna, że wybory nie są mu na rękę, to nie popełni "błędu" sprzed 8 lat i nie pozwoli na ich przeprowadzenie. Oczywiście dla dobra państwa.

      Usuń
    3. Oj, nie pozwoli na przeprowadzenie wyborów? To nawet Łukaszenka sobie nie pozwala na takie historie (jemu wystarczy, że ma w wyborach 100% poparcia, czasami z małym hakiem), nawet Putin zlazł ze stołka, kiedy mu się limit kadencji wyczerpał.

      O pozory jednak dbać trzeba.

      Inna rzecz, że czy Prezes chce, czy nie chce, nie może odwołać sędziów TK, bo sejm nie ma takiej władzy. Chyba, że coś mi umyka. Może wprowadzić chaos, pokazać, że jest w stanie posunąć się do wszystkiego, ale w praktyce jego działania w tym konkretnym przypadku spełzną chyba na niczym.

      Usuń
  2. Nie doceniasz Prezesa :) On już nie ma nic do stracenia. Za stary jest, żeby przeczekiwać kolejne osiem lat. Pójdzie po bandzie, tak myślę. Na Białorusi można osiągnąć 100% poparcia w wyborach, u nas by to nie wyszło. W Polsce nic się nie da zrobić dokładnie i do końca, zawsze coś ktoś spieprzy, dlatego u nas bezpieczniej jest wyborów nie przeprowadzać, jeśli nie chce się oddać władzy. To się tylko wydaje niemożliwe.

    Ciekawe, co będzie dalej z Trybunałem. Stawiam na to, że PiS będzie robił swoje, nie ważne, czy prawnie, czy nieprawnie. Będzie zawierucha. Ale czy to okiełzna Prezesa? Jak mówił klasyk, jeśli fakty są przeciwko mnie, tym gorzej dla faktów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze, że u nas, gdyby taki zamach stanu się wydarzył, to pół Polski by może i poszło na barykady (obawiam się, że takie pół, że barykady by wyglądały trochę jak platformy na paradzie równości albo innym 'marszu szmat') ale drugie pół by wyciągnęło krzyże i różańce i zaczęło te barykady rozbierać.
      Tak czy inaczej - chociaż miło mi się z Tobą konwersuje - może lepiej zarzucić temat albo chociaż zmienić, bo może w głowie Prezesa jeszcze się taki pomysł nie narodził i właśnie mu go podpowiadamy. A że nowy rząd ma takich doradców, co to na oko sporo czasu spędzają na internetach... Jakieś ryzyko istnieje ;-)
      A tak serio - jeśli o Trybunał chodzi, to może zawierucha i będzie, ale Trybunałowi zaszkodzić nie powinna. Już się pojawiła teoria, że to faktycznie tylko zawierucha, która ma odwrócić uwagę od fakty, że się Prezesowi ludzie wycofują ze składanych w czasie kampanii obietnic.

      Usuń
  3. A mnie najbardziej w tekście bądź co bądź nauczyciela, w dodatku humanisty, zainteresował ten zarzut :
    " pomaga mu i doradza dwudziestoletni emo-boy, świeżo po maturze. ".
    Z miejsca mi się przypomniała mina i ton głosu mojej kuzynki, też nauczycielki, gdy dowiedziała się że mojemu synowi trzy dni po jego maturze zaproponowano pracę programisty ze stawką 40zł/h netto plus bonusy.
    W tym kontekście zupełnie nie dziwi fakt "niepamięci", że ów "histeryk" jest twórcą KORu, i co za tym idzie trochę innymi miarkami należy go mierzyć niż takich jego poprzedników jak minister-katechetkę czy ministra-psychiatrę.

    ali

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może moje sformułowanie dotyczące doradcy jest trochę niefortunne, ale tylko sformułowanie. Bo co do reszty, będę obstawał przy swoim.
      Jaką wiedzę i jakie doświadczenie może mieć ktoś w tym wieku? Chodzi mi o doświadczenie polityczne i wiedzę życiową, bo nie chcę odbierać Młodemu inteligencji, może ma ją i to wybitną.
      Do pracy programisty potrzebne jest doświadczenie w siedzeniu przed komputerem i wiedza z zakresu informatyki. Dzieci się dziś rodzą niemalże z myszką w dłoni, więc Twój syn mógł się świetnie nadawać, niezależnie od wieku. Ale polityka, do tego międzynarodowa, to co innego. Gość nie wie nawet tego, że do pewnych stanowisk, które się piastuje, należy dopasować wygląd (choćby z szacunku do ludzi, z którymi się w pracy styka). Jak politycy mogą traktować poważnie kogoś, kto wygląda jak Harry Potter?

      A co do przeszłości Macierewicza - może i tworzył KOR, ale to było dość dawno. Później na przykład pozbawił nas praktycznie wywiadu a teraz za podstawowe swoje zadanie uznaje wyjaśnianie sprawy katastrofy i to wyjaśnianie stawia jako podstawowy obowiązek polskiego żołnierza.
      Nie cierpię na zaniki pamięci, ale uważam, że polityka (zresztą nie tylko polityka) powinno się oceniać po bieżących działaniach i postawach, nie na podstawie tych, które prezentował 40 lat wcześniej.

      Usuń
  4. A gdzie jest napisane, że Jenninger ma doradzać w sprawach polityki międzynarodowej ? Jak się nadinterpretuje to się i nie rozumie.

    A co wystawiania do ocen na podstawie bieżączki, to polecam parokrotne przesłuchanie https://youtu.be/FYtHMyDylik

    ali

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie ma doradzać w sprawach polityki międzynarodowej, tylko w kwestiach medialnych. Czyli - mam nadzieję, że to nie kolejna poważna nadinterpretacja - będzie w mediach obecny. Macierewicz od poważnej polityki, w tym międzynarodowej, nie ucieknie. A Jenningerem się chwali - patrzą na nich jak na zespół. Sam już od dawna nie jest traktowany poważnie, teraz na dokładkę ma niepoważnego asystenta. Jak by na to nie patrzeć, dobrze nie wygląda.
      A piosenkę przesłuchałem póki co raz. Rozumiem sugestię, że być może jestem na tym etapie jeszcze daleki od zrozumienia, o co chodzi, więc wstrzymam się z komentarzem.

      Usuń