Dwadzieścia
lat temu w Polsce zaczęła działać pierwsza sieć telefonii komórkowej. Nieliczni
wybrańcy mogli zacząć korzystać z warzących ponad kilogram aparatów,
zapłaciwszy za nie wcześniej czterdzieści milionów (starych) złotych z
kawałkiem.
Dwadzieścia
lat temu nie miałem jeszcze pojęcia, co to jest telefon komórkowy. Pierwszy raz
miałem z nim kontakt w 1998 czy 1999 roku, kiedy pierwsze (dwa, może trzy)
aparaty pojawiły się w moim liceum. Do kogo ze szkolnych korytarzy dzwonili w
tamtych czasach, tak namiętnie i intensywnie, ich posiadacze, do dziś pozostaje dla mnie
zagadką.
Ja pierwszy
telefon nabyłem chyba w 2004 roku. Długo się przed tym krokiem wstrzymywałem.
Wszyscy moi znajomi komunikowali się już wtedy przy pomocy swoich komórek, a mi
dobrze się żyło bez tej zdobyczy techniki. W końcu jednak uległem – nie
pamiętam już, jaki był ostatecznym, decydujący argument, który mnie przekonał.
Śmieszny i prymitywny, z dzisiejszej perspektywy patrząc, duży, obły telefon
marki Trium zagościł w moim życiu.
Nie wiem, ile
czasu trwało, zanim zdałem sobie sprawę, że życie bez telefonu, który można
mieć zawsze przy sobie, byłoby trudniejsze, bardziej skomplikowane; że
posiadanie komórki jednak wiele spraw w znaczący sposób ułatwia. Myślę, że nie
był to długi czas. Mój sposób myślenia o telefonie szybko ewoluował. Pierwszy
aparat, który nabyłem, był prostym urządzeniem. Gdy go kupowałem, istniały już
polifoniczne dzwonki i kolorowe wyświetlacze, ale – myślałem sobie – mój
telefon ma służyć do dzwonienia, ewentualnie do wysyłania sms-ów. Nie musi być
gadżetem świadczącym o statusie, o moim zaangażowaniu w technologiczną
rewolucję, która się dookoła mnie rozgrywała. Drugi aparat – LG – miał już
kolorowy wyświetlacz i dzwonki polifoniczne, standardem zaczęły być już wtedy
jednak telefony z aparatem fotograficznym, możliwością odtwarzania plików MP3 i
innymi funkcjami. Czasami żałowałem, że posługuję się czymś, co stanowi już,
albo niedługo zacznie stanowić relikt.
Kiedy
podpisywałem umowę przechodząc z systemu „na kartę” na system abonamentowy,
wybrałem już sobie telefon na czasie. Miał wszystko, co mieć powinien. Kolejne
modele, które dostawałem co dwa lata z okazji przedłużania umowy, były nowszymi
wersjami tego właśnie – byłem wierny marce. Przy ostatniej wymianie markę
zmieniłem, ale nadal stawiałem na funkcjonalność i brak przesady, jeżeli chodzi
o tak zwane bajery. Niedawno zacząłem się jednak zastanawiać, czy nie
popełniłem błędu. Kiedy patrzyłem na las smartfonów, wyrastających z tłumu
podczas koncertu i kiedy oglądałem w sieci filmy podobnymi aparatami nagrane,
pomyślałem, że trzeba było być może iść z duchem czasu. Pożałowałem, jednym
słowem, że nie posiadam modnego gadżetu – w tylu sytuacjach mógłby się przydać.
Pożałowałem takiej rzeczy pierwszy chyba raz w życiu.
Kolejny krok
na drodze ewolucji mojego podejścia do telefonii komórkowej.
Ten techniczny
aspekt jest jednak tylko jednym, z dotyczących roli telefonu komórkowego w
naszym życiu. Drugim, równie ważnym, a może nawet istotniejszym, jest aspekt
społeczny, komunikacyjny – związany z pierwotną funkcją telefonu, z
porozumiewaniem się z innymi ludźmi.
Co możliwość
nawiązania rozmowy z każdym, w każdej chwili zmieniła w naszym życiu? Na pewno
to, że mamy świadomość, że możemy w
każdej chwili skomunikować się z każdym,
przyzwyczailiśmy się do tego. Co za tym idzie – kiedy nagle taką możliwość
tracimy, czujemy dyskomfort. Jest to silniejsze od nas. Obserwowałem niedawno –
wspominam o tym, bo to przykład znamienny – reakcję mojej żony, której przydarzyła
się awaria telefonu. Wyjechaliśmy akurat na kilka dni i przez ten czas nie
mieliśmy możliwości rozwiązania problemu. Pierwszą reakcją żony był stres,
który i mnie, przyznać muszę, się udzielił. Była to reakcja irracjonalna, bo
przecież planowaliśmy przez kilka dni być razem, ja telefon zaś miałem sprawny
a w nim zapisane wszystkie ważne numery, pod które ewentualnie chciałaby
zadzwonić żona; każdy, kto chciałby dodzwonić się do niej, mógł dzwonić na mój
numer, teoretycznie nie było więc problemu. Żona jednak nagle została
pozbawiona telefonu i w pierwszym odruchu bardzo to przeżyła.
Dlaczego posiadanie
telefonu i co za tym idzie – możliwość pozostawania w kontakcie z bliskimi (i
dalszymi) jest dla nas tak ważne? Czy chodzi o wygodę? Poczucie bezpieczeństwa?
Poczucie, że się ma kontrolę? A jeśli tak, to nad czym – nad sytuacją, z którą
łatwiej sobie radzić, gdy zawsze pod ręką jest ktoś, kto doradzi, czy nad
osobami, które, gdy też posiadają telefon, są zawsze dostępne i w zasięgu, więc i pod nadzorem?
Temat to
szeroki i ciekawy.
Może więc
będziemy kontynuować?
Nie wiem, czy to co powiem będzie pasować do Twojej notki, ale powiem. Mam komórkę, bo otoczenie tego ode mnie wymaga. Ludzie nie tolerują innych ludzi bezkomórkowych, przeto tacy już wymarli. Gdyby to tylko ode mnie zależało, wyrzuciłbym komórkę na śmietnik i nie tylko bym się nie denerwował, że jej nie mam, ale na mojej twarzy zagościłby pogodny uśmiech wolnego człowieka.
OdpowiedzUsuńNa tym chyba to polega: nie da się już żyć bez telefonu. Gdybyś się chciał go pozbyć - droga wolna, przecież nikt Cię nie zmusza, nie terroryzuje. Ale codzienne funkcjonowanie po takim kroku stało by się uciążliwe. Warunki się zmieniły i każdy mógłby się pozbyć telefonu t y l k o pod warunkiem, że wszyscy inni zrobili by to samo.
UsuńWłaśnie nie mogę. Otoczenie wymusza. Oczywiście, teoretycznie bym mógł, ale to tak jak odmówić zachowywania się w sposób przyjęty za obowiązujący.
UsuńMnie do przejścia na telefon komórkowy skłoniła Tepsa-sepsa. Kwestią honory było pozbycie się tego badziewie z domu i kiedy się udało, byłam z siebie bardzo dumna. Podstawowa zaleta to mobilność. Liczy się również umiejętność NIEodbierania, kiedy się nie chce. To, że dzwoni nie oznacza obowiązku odbierania. Jeśli coś było ważne - osoba dzwoniąca odezwie się jeszcze raz. Jeśli nie było ważna sprawę, nie warto było biec do słuchawki.
OdpowiedzUsuńWłaśnie w tym problem, że TRZEBA odbierać, a jak się nie odbierze to oddzwonić. Inaczej się obrażają. Stacjonarnego można nie ruszać, najwyżej pomyślą "nie ma go w domu", a z komórką jest inaczej - mówią "nie odbiera" (w domyśle: a to sukinsyn). Komórka wisi człowiekowi u gardła. Udogodnienia są przekleństwem. Bo wszędzie dzwoni, albo nagrywa wiadomości do skrzynki. Nie ma ucieczki. Wyłączenie tylko odwleka czas, kiedy trzeba będzie odpowiedzieć i jeszcze nierzadko tłumaczyć się, dlaczego się nie odebrało. ja wiem, że innym to nie przeszkadza, mnie tak, gdyż jestem dziwakiem :0
UsuńNiech myślą. Albo się nauczą. Do domu też się nie wpuszcza każdego, kto akurat zapukał.
UsuńJa lubię móc mieć kontakt z bliskimi mi ludźmi. Jestem dość opiekuńcza, podobano czasem zbyt martwiąca się o innych... i dlatego lubię wiedzieć czy wszystko dobrze, albo może jakoś pomóc rozmową... :) nie chodzi tu o kontrolę... to może bardziej rodzice nad dziećmi... ;P stresuje mnie czasem kiedy ktoś nie odbiera... ale ja mam straszne doświadczenia i troszkę mnie skrzywiły...
OdpowiedzUsuńP.S. :) zmiany fryzury czy innych zewnętrznych części naszego życia to nie te zmiany, które miałam na myśli :) to rzeczywiście bardziej płytkie aspekty, jednak ludzie mogą się zmienić jeśli tylko chcą :) z nałogowego palacza w osobę dbającą o zdrowie, z nerwusa w oazę spokoju :) to jest możliwe! A rozwój to już kolejna możliwość zmiany... ;)