poniedziałek, 25 marca 2013

Bla, bla, bla, czyli dylematy taty



Właśnie ukazała się reedycja debiutanckiej płyty Perfectu – pierwszy raz na kompakcie. Trwało to trochę, bo album ma już przecież swoje lata, wydany został w 1981 roku. Tak się złożyło, że wróciłem jakiś czas temu do nagrań wczesnego Perfectu. Trzeba przyznać, że piosenki ciągle robią wrażenie.
Pamiętam, kiedy słuchałem ich po raz pierwszy. Było lato, wakacje, przyjechali do nas moi kuzyni, trochę ode mnie starsi i muzycznie trochę bardziej wyedukowani. Ja miałem wtedy jakieś siedem, może osiem lat i byłem kompletnym muzycznym ignorantem. Kuzyni wygrzebali Perfect w stercie winylowych płyt. Było tam trochę słuchowisk dla dzieci, jakieś płyty rodziców, choć tych bardzo niewiele i raczej mało interesujące, no i ten Perfect, debiutancki, biały album i drugi - UNU, które zostawił u nas inny mój kuzyn, kiedyś z nami pomieszkujący.
Moje główne wspomnienie z tych wakacji jest takie: leżymy sobie w pokoju, na gąbkowych materacach, na których spali goście. Na podłodze stoi adapter Unitra a na nim wirują płyty – dwie na zmianę. I płynie muzyka: Autobiografia, Idź precz, Pocztówka do państwa Jareckich, Co za hałas – co za szum, Nie płacz Ewka, Lokomotywa z ogłoszenia, Chcemy być sobą, Druga czytanka dla Janka… Pewnie robiliśmy też wtedy inne rzeczy, ale tego nie pamiętam. Pamiętam tylko gąbkę, adapter i muzykę. Nauczyłem się wtedy tych piosenek na pamięć. Do dziś, kiedy je słyszę, śpiewam razem z Markowskim. Do dziś czuję miły dreszcz, kiedy słyszę na przykład pierwszy riff Idź precz – ciężki, hardrockowy, potężny.
Dziś jednak inaczej tą muzykę odbieram. Inaczej rozumiem słowa, czy może – w końcu je rozumiem. Przynajmniej niektóre, dziś nie dość, że do mnie trafiają, to czasami wręcz porażają. Jest jedna piosenka, wśród tych starych już nagrań, która stała się nagle szczególnie ważna. Kiedyś była fajnym kawałkiem, którego przyjemnie się słuchało. Dziś jest ostrzeżeniem, czasami… wyrzutem sumienia. Jest taka piosenka, nazywa się Bla, bla, bla.
Przydarzy pewnie się noc co drugiemu z was. Będziecie dzieci mieć za osiemnaście lat… kiedyś to była dla mnie abstrakcja. Kiedy słyszałem ten utwór po raz pierwszy, leżąc na gąbkowym materacu, pewnie nawet nie zwróciłem uwagi na te słowa. Minęło jednak prawie dokładnie osiemnaście lat i proszę – stało się. Dziś słucham tego, o czym śpiewa Grzegorz Markowski i zastanawiam się: może on śpiewa o mnie? …Będziecie dzieci mieć za osiemnaście lat, znajdujcie dla nich czas i próbujcie je zawsze zrozumieć… Słucham i myślę: czy ja znajduję czas? Zawsze? Nie. I czasem nie staram się zrozumieć, tylko tracę cierpliwość, denerwuję się… Słucham i czasami każde słowo brzmi jak nokaut. Staram się być dobrym tatą, ale są pewnie taki momenty, w których mógłbym się starać bardziej. Daj swemu dziecku to, czego dziś tobie brakuje. Nie tylko bla, bla, bla… Bla, bla, bla… Oj, znów po celnym ciosie leżę na deskach. Łatwo mi czasem takie bla, bla, bla przychodzi. A tak kiedyś nie znosiłem gderania rodziców, którzy zawsze znajdowali pretekst, żeby się doczegoś przyczepić.
Jakoś – myślę sobie – mając dwóch charakternych chłopaków,  trzeba trzymać dyscyplinę i wprowadzać zasady. Kto ma dzieci, ten wie, jak potrafią one nadszarpnąć cierpliwość. Czasami świętego by z równowagi wyprowadziły, a ja do świętych nie należę i do mnicha tybetańskiego też mi daleko. I kiedy przychodzi mi prosić o coś po raz piąty, dziesiąty albo dwunasty, kiedy po raz ósmy zwracam uwagę – bez odzewu – to mi czasem nerwy puszczają. No i, niestety: bla, bla, bla… bla, bla, bla… bla, bla bla… blaaa - a w tym sensu brak. Brak, bo przecież to, kurde, kiepska metoda.
Słucham, o czym śpiewa kudłaty rockman z nagim torsem i w ciemnych okularach – więcej w tej jednej piosence mądrości, niż przyjąłem podczas rocznego kursu pedagogiki ogólnej, jaki przeszedłem na studiach. Bez zbędnego teoretyzowania, komplikowania, ale prosto z mostu, mocno, szczerze, trafnie, nokautująco. Mądrze.
Muszę chyba częściej słuchać Perfectu. Przypomnieć sobie, czego mi kiedyś brakowało. I wyłączyć to beznadziejne bla, bla, bla.

środa, 20 marca 2013

Wiosna, wiosna, wiosna gdzieżeś ty?



Spadł kiedyś w maju śnieżek niebieski… Niechby i spadł, nawet i fioletowy, żeby tylko przy tym, jak w wierszyku świeciło z nieba słonko, a łąki były modre, a nie białe, albo gorzej, szaro-brunatne.
Breja pod nogami, breja oblepia mi samochód, idąc ulicą boję się, żeby mi ta breja nie spadał z dachu na głowę. Póki co na głowę kapie mi tylko woda, bo breja niby topnieje (stąd i woda, brejowata), choć, co niezwykłe, wcale jej od tego nie ubywa.
Wróżbici od pogody wieszczą, że będzie tak jeszcze tydzień, a najpewniej dwa. Później nie wiadomo. Od jakiegoś czasu wróżbici się nie mylą, więc z rosnącą do tej wszechobecnej brejowatości i szaro-brunatności niechęcią im wierzę.
Skoro jutro zaczyna się wiosna, to od pewnego czasu powinniśmy mieć przedwiośnie. Ono też bywa szare i brejowate, ale z czasem szarość zanika a breji ubywa, taka natura przedwiośnia. Bo przedwiośnie powinno się przecież kończyć wybuchem wiosny. A tymczasem wiosny, poza oczywiście kalendarzem, ani widu, ani słychu.
Bywało tak już w historii, o czym można wnioskować z literatury. Poeta pisał w roku czterdziestym którymś na przykład: A wiosny nima. Zawsze grudzień. Nie rozpraszajmy jednak złudzeń. I u nas teraz też, gdy się za okno spogląda pomyśleć można, że to grudzień, taki co to właśnie przyszedł po paskudnym listopadzie i przyniósł pierwsze, nieśmiałe jeszcze ataki zimy. Tak to wygląda, choć mamy marzec! Nie rozpraszajmy więc złudzeń, w końcu się to ponurstwo rozpaćkane skończy.
Pamiętam, że kiedy byłem uczniem wczesnych klas szkoły podstawowej, bywały takie Pierwsze Dni Wiosny, w które odziać się można było w krótkie spodnie. W najgorszym razie w koszulkę z krótkim rękawem i coś na wierzch, ale to tylko rano, póki słońce nie przygrzało – później się można było rozebrać. Najwięksi twardziele zrywali się z lekcji i szli się kąpać nad jezioro. Ze szkoły, mieliśmy nad nie rzut kamieniem. Czasem, w związku z tym, próbowaliśmy dorzucić. Mało komu się udawało, ale czasami ktoś dał radę. W każdym razie pod koniec marca można już było próbować, bo każdą przerwę spędzaliśmy na szkolnym boisku – była przecież wiosna!
Nie było breji, nie było brunatno ani szaro, za to zaczynało się robić zielono. Z piwnicy można było wyciągnąć rower, zrobić mu wiosenny przegląd i rozpocząć sezon.
Kap, kap, kap… Breja spływa z dachu a dach wcale nie mniej zabrejony. Chyba ta breja funkcjonuje w jakimś obiegu zamkniętym – przemieszcza się z góry na dół i z powrotem, wcale przy tym nie tracąc na objętości, w myśl zasady, że w przyrodzie nic zginąć nie ma prawa. Ale żeby nawet na wiosnę? Na wiosnę to brzydkie, mokre i bure powinno właśnie ginąć!
Na razie nie ginie. Dlaczego? Może ktoś za tym stoi? Inny wszak poeta, sam Kochanowski Jan, taką się kiedyś fraszką popisał: Jakoby też rok bez wiosny mieć chcieli,
Którzy chcą, żeby młodzi nie szaleli.
Czyżby więc zmowa starych nudziarzy? Nie, to chyba zbyt spiskowa teoria.
Pozostaje czekać. Nadziei nie tracić. W breji nie utonąć.

wtorek, 12 marca 2013

Ryzyk fizyk, czyli komu stosik?


Niedawno miałem taki pomysł, żeby napisać o papieżu. Bo oto nagle zostałem osaczony przez jedno pytanie: kto po Benedykcie? Pytały mnie o to gazety, pytało radio, internetowe portale też pytały. No, może mnie nie pytały, bo skąd niby miałbym wiedzieć (gdybym wiedział, to bym pobiegł bo bukmachera, na takiej wiedzy można podobno zarobić), ale wysyłając to pytanie w eter sugerowały, że powinienem się nad tą kwestią głowić. Postanowiłem więc o tym napisać, ale pisanie mi jakoś nie szło, a to co wyszło, było jakieś takie mało poważne, trochę prześmiewcze… W końcu zrezygnowałem. I dobrze!
Bo ja się, prawdę mówiąc, nad kwestią wyboru nowego papieża szczególnie nie głowię. Sprawa jest mi raczej obojętna. Zainteresuję się pewnie, gdy już będzie wiadomo, kto na tronie Stolicy Piętrowej zasiądzie. Będę sprawdzał, na ile ten ktoś jest zabawny i dlaczego. Benedykt, wiadomo, zabawny był. Czasem na przykład wyglądał jak postać z Gwiezdnych wojen. Gdy go fotograf odpowiednio uchwycił – z kołnierzem przez wiatr zawianym na głowę i zamienionym w kaptur, z lekko szpiczastymi uszami i zapadniętymi oczami faktycznie przypominał mrocznego Dartha, stojącego po ciemnej stronie Mocy. I w ogóle ten kołnierz lubił Benedyktowi płatać figle. A to na twarzy, a to na głowie, to z tyłu atakował, to z boku. Widziałem nawet niedawno taki montaż kilku ujęć z niesfornym kołnierzem układającym się Benedyktowi nie tam, gdzie powinien i podopisem: Mam dość! Odchodzę! Było więc zabawnie. A gdy się papież odezwał, szczególnie gdy nas, Polaków chciał pozdrowić i zrobić to ciule, to już w ogóle był ubaw.
Czy się nowy papież wpisze w jakąś zabawną konwencję? Sprawdzę. Liczę w tej kwestii na internatów, na ich humor i refleks w reagowaniu na każdą wpadkę, a nade wszystko na dar interpretowania niewinnych z pozoru sytuacji jako zabawnych wpadek.
Pytanie, czy humor w narodzie nam nie zaginie, gdy się nagle okazało, że żyjemy w cieniu Inkwizycji ukrywającej się pod postacią Sejmowej Komisji Do Walki z Ateizacją Polski. Ostatnio przecież pewien artysta kabaretowy, niejaki Abelard Giza ośmielił się z papieża zażartować. I co? Inkwizycja się upomniała. Tak sobie beztrosko pan Giza żartował w swoim skeczu, że dzisiaj można powiedzieć, że papież to przecież też człowiek, a kiedyś to od razu żartownisia wysłali by na stos, i proszę! Taki figiel losu: w kraju, w którym ponoć nigdy stosów nie było (były oczywiście, ale w stosunkowo małej skali, prawie niezauważalnej) dla niego specjalnie chcą rozpalić. Jak Komisja zacznie grzebać, to się może jeszcze doszuka czegoś więcej: może oskarżony jada mięso w piątek? a może rzuca uroki i paktuje z nieczystymi siłami? a może bluźni twierdząc, że nie było żadnego zamachu a mgła była zwyczajna i winić można za nią tylko Matkę Naturę? Poszperają, pogrzebią, znajdą świadków, przesłuchają, sobie tylko znanymi metodami i jak nic trzeba będzie organizować auto de fe.
No i strach teraz pisać o papieżu w tonie innym, niż poważny i pełen nabożnej czci. Strach, bo co będzie, gdy papieżem nie zostanie jednak biały Europejczyk? Żarty się posypią, ludzie nie będą się mogli powstrzymać. Już widzę te prześmiewcze rysunki i fotomontaże: że jeszcze niedawno wysyłali do takich misjonarzy, by ich z drzew ściągali i objawiali Prawdę, która miała ich wyzwolić, a teraz całują po pierścieniach. I co wtedy będzie? Prawe i sprawiedliwe Psy Pańskie będą miały pełne ręce roboty, ścigając tych, co się śmieją a przede wszystkim rozśmieszających. Plus taki, że bezrobocie spadnie, szczególnie wśród dostawców chrustu i strugaczy pali. I pewnie w sezonie grillowym, gdy już w końcu nastanie, problem będzie stanowiło zdobycie rozpałki, bo siły produkcyjne jej wytwórców będą musiały być skierowane na pole walki z ateizacją.
No patrzcie, miałem nie pisać, a napisałem. Co teraz? Nie wiem, ale strach myśleć. Czy przyjdą po mnie w nocy? O czwartej nad ranem podobno kiedyś przychodzili, bo wtedy człowiek śpi najsmaczniej i niczego się nie spodziewa (oj, znowu źle, przecież jeden sędzia ostatnio też porównał metody tych, co przychodzą teraz do metod tych kiedyś przychodzących o czwartej, i miał przez to straszne problemy). A niech przyjdą. W razie czego, mam nadzieję, stosik mi usypią obok stosiku pana Abelarda. Razem staniemy, może nawet zaśpiewamy: Always look on  the bright side of life…A później krzykniemy: A jednak się kręci! 

piątek, 22 lutego 2013

Zimowy melodramat, czyli o rozpadzie pewnego związku



Mówi się, że Eskimosi mają – i tu zależnie od tego, kto mówi i na ile jest zorientowany – kilkanaście, kilkadziesiąt czy nawet około stu określeń na śnieg. Niedawno wyczytałem, że to nieprawda. Prawda zaś wygląda tak, że wszystkie eskimoskie określenia śniegu tworzy się z czterech słów: aput, oznaczającego śnieg leżący na ziemi, gana, odnoszącego się do śniegu akurat padającego, piqusirpoq, czyli określenia śniegu nawiewanego przez wiatr, oraz qimuqsuq, oznaczającego śnieżną zaspę. Nie wiem, ile w tym prawdy, bo źródło tej informacji może, ale wcale nie musi być wiarygodne. Powiem tylko tyle, że nie jest ono żadną naukową publikacją. Tak czy inaczej, jeśli informacja jest prawdziwa, eskimoskich określeń na śnieg nie ma wcale tak dużo, bo liczba możliwych kombinacji wcale nie jest oszałamiająca (trudno chyba na przykład połączyć aput z qimuqsuq – wyszła by tautologia, albo pleonazm, bo trudno o zaspę, która nie leżała by na ziemi).
Ale do czego zmierzam. Ano do tego, że ostatnio wiele było takich poranków, kiedy to udało mi się zawstydzić Eskimosów bogactwem słów i zwrotów odnoszących się do śniegu.
Wychodzę z domu, łapię miotłę, którą przezornie trzymam tuż przy drzwiach. Zaczynam machać, odgarniając warstwę białego puchu ze ścieżki. I nazywam przy tym rzeczony biały puch na różne sposoby. Zanim wywijając miotłą dotrę do furtki, już prześcigam mieszkańców arktycznych rejonów w mnogości określeń na to, co zmiatam. Żadne z tych wyrażeń nie nadaje się jednak do publicznego przytaczania; nie powstydził by się ich żaden szewc ani pijany furman. A nie zacząłem jeszcze przecież odśnieżać samochodu!
Właśnie, samochód. Paradoksalnie to z jego powodu najbardziej doskwiera mi zima. Nie powinno tak być, bo dzięki temu, że posiadam auto, zimą powinno być mi łatwiej. Powinienem przemieszczać się z miejsca na miejsce szybko i bez problemów, w cieple, komfortowo… W praktyce nie wygląda to jednak tak różowo, a to z tego powodu, że samochód mam nie pierwszej młodości i cechuje go daleko już posunięte zużycie. Szwankuje w nim kilka rzeczy, z czego zimową porą najbardziej daje o sobie znać szwankowanie drzwi, a konkretnie mechanizmów odpowiadających za ich otwieranie i zamykanie. Drzwi mi się jednym słowem lubią nie otwierać, kiedy je mróz chwyci. Ciągnę za klamkę i nic, żadnej reakcji ze strony złośliwego ustrojstwa. Złośliwego, mówię to z pełną świadomością. Złośliwego do granic, albo i bezgranicznie. Bo kto widział, żeby rzecz martwa wyzłośliwiała się robiąc taki na przykład numer: ciągnę za klamkę, czasem już od dłuższej chwili i drzwi nagle puszczają. Szczęśliwy – wsiadam do środka, zamykam się i… okazuje się, że utknąłem. Bo drzwi otworzyły się raz i powtórzyć tego nie chcą.
Źle ze sobą żyjemy zimą, ja i moje auto. Ono płata mi nieprzyjemne figle, ja na nie złorzeczę tak samo jak na śnieg, albo i gorzej. Po ciężkich porankach boczymy się na siebie przez większą część dnia. Źle ze sobą żyjemy i nie ma sensu ciągnąć dalej tego związku, lepiej już nie będzie. Postanowiliśmy się rozstać, to nasza ostatnia wspólna zima, nasze drogi wkrótce się rozejdą albo rozjadą, każdy z osobna ułoży sobie życie od nowa, z kimś innym.
Takie snuję przynajmniej plany, gorzej, kiedy myślę o wcielaniu ich w życie. Bo z samochodem jest tak, że z nim ciężko, a bez niego jeszcze gorzej. Knuję więc i myślę co tu zrobić, by po rozstaniu nie zostać samemu, bez auta. Na ulicy oglądam się ukradkiem, śledzę wzrokiem smukłe kształty przemykające po jezdni albo dumnie prezentujące się na parkingach. A kiedy już trafi się jakiś śliczny okaz, taki w moim typie, to wzroku nie mogę oderwać. Szczególnie kuszą mnie, przyznam, azjatyckie piękności, z tą ich nutką orientalnej tajemnicy, z tą mocą, która drzemie w środku, choć z wierzchu jej nie widać…
Niestety, marzenia moje i skryte fantazje rozbijają się w pył o ścianę finansowej zapory. Te luksusowe piękności pozostają poza mim zasięgiem. Trochę mi jeszcze brakuje, jak napisał Sławomir Mrożek w liście do Lema: chyba nie da rady, mimo kolosalnych moich zarobków w walutach, złocie, diamentach i kości słoniowej. Musiałbym podwyższyć poszóstne moim chłopom pańszczyźnianym i oćwiczyć mojego pachciarza od cegielni, by profit większy wyciągnąć z psubrata.
Tym samym żyjemy ciągle razem, ja i mój samochód, pogrążając się co rano we wzajemnej niechęci. Do niczego dobrego ten układ nie prowadzi, ale kiedy się skończy – nie wiem.

wtorek, 19 lutego 2013

Politycy i hejterzy, czyli o publicznej debacie



Brakiem kultury odznacza się większość śmiertelnych, za to słów mają nadmiar – pisał grecki filozof Kleobulos około 600 roku przed naszą erą. Wiele czasu upłynęło, odkąd te słowa zostały zapisane, ale zmieniło się niewiele. Doskonale widać to dziś, w dobie Internetu. Wielu ma coś do powiedzenia, każdy pojawiający się w sieci temat jest szeroko komentowany, tylko treść komentarzy i forma wyrażania opinii pozostawiają wiele do życzenia.
Na facebookowym profilu Ministerstwa Edukacji rozgorzała dyskusja dotycząca obowiązku posyłania do szkół sześciolatków. Pani minister napisała, że szkoła jest dla dzieci inspirująca, więc rodzice powinni być zadowoleni z faktu, że ich dzieci mogą być inspirowane (nie jest to cytat, ale taki był sens wypowiedzi). Rodzice natomiast mieli wątpliwości i zasypali panią minister pytaniami. Nie wiem, czy pani Szumilas osobiście siedzi na fejsie i odpowiada na komentarze, czy robią to jej współpracownicy, niezależnie jednak od tego, kto zamieszcza treści na rządowym profilu, robi to w imieniu rządu i państwa. Dziwi mnie więc fakt, że w pewnym momencie dyskusja została przerwana wpisem następującej treści: Wszystkich, którzy kilka ostatnich godzin spędzili na naszym profilu pytając, odpowiadając, dziękując, kopiując... ZAPRASZAMY NA SPACER (najlepiej z dziećmi):) Pogoda nie jest najgorsza, na bazarze można już kupić tulipany... czyli właściwie WIOSNA powoli się zbliża!:D Jak odebrać taki komunikat? Lekceważenie – to najdelikatniejsze słowo, które przychodzi mi w tej chwili do głowy. Zaraz po nim pojawiają się inne słowa i określenia: brak kultury, chamstwo… Czy rodzice dopytujący o ważne sprawy dotyczące ich dzieci powinni być zbywani w taki sposób? Do tego przez swoich własnych przedstawicieli, którzy powinni przecież tym rodzicom i wszystkim innym obywatelom służyć, pracując dla ich dobra? Nie będę odpowiadał na to pytanie, ale sądzę, że odpowiedź jest jednoznaczna.
Ten występ naszych polityków, to jednak, niestety, nic, kropla w morzu. Jakiś czas temu mieliśmy wątpliwą przyjemność słyszeć wypowiedź posłanki, pani doktor habilitowanej, z tytułem profesora na jakiejś uczelni, która to pani stwierdziła, że nie wystarczy nażreć się hormonów, żeby być kobietą. Nie chcę się tu wikłać w dyskusję dotyczącą osoby pani Grodzkiej, której te słowa dotyczyły. Nie chcę też wnikać w poglądy pani Pawłowicz, autorki wypowiedzi. Chodzi mi jedynie o formę. Krystynie Pawłowicz może nie odpowiadać idea zmiany płci. Może jej się wydawać czymś niewłaściwym, niestosownym, może nawet czymś niesmacznym. Tyle że poglądy, to jedno. Dawanie im wyrazu w takiej, a nie innej formie, to co innego. Za dużo słów, za mało kultury, taktu, empatii. Za mało refleksji związanej z tym, że można kogoś krytykować, ale nie trzeba go przy tym ranić i poniżać. Jak skomentować wystąpienie posłanki Pis-u? Chyba tylko tak, że nie wystarczy być kobietą, żeby być damą. I nie wystarczy być wykształconym, żeby nie być prostakiem.
Afera z panią Pawłowicz jeszcze nie przycichła, a już mogliśmy śledzić rozwój następnej, tym razem dotyczącej wypowiedzi Janusza Palikota, który z właściwą sobie swobodą mówił coś o politycznych gwałtach i o tym, że jego partyjna koleżanka chciała być zgwałcona. Prawdziwa klasa!
Brak kultury w wyrażaniu opinii, w ocenianiu innych, ogólnie – kultury wypowiedzi, nie dotyczy oczywiście tylko polityków. Nie bez powodu funkcjonuje od jakiegoś czasu w naszym, związanym z Internetem słowniku, określenie hejter. Z jakiegoś powodu wielu z nas lubi rozładowywać swoje frustracje wypowiadając się publicznie, choć anonimowo. Żeby poznać poziom internetowej debaty z udziałem zwykłych użytkowników sieci, wystarczy zagłębić się w lekturę komentarzy pod pierwszym lepszym dziennikarskim doniesieniem.
W fazę finału wchodzi właśnie sprawa Katarzyny Waśniewskiej, która stanęła przed sądem, oskarżona o zabójstwo swojej córki. Hejterzy od razu dali o sobie znać. Worek na łeb i żywcem do piachu…; Powinna Zdechnąć w najgorszych męczarniach a jej zwłoki powinni potem rozrzucić świniom w chlewie!!!; CZAPA DLA PANI KASI! – to tylko niektóre z wypowiedzi pojawiających się pod doniesieniami z sali sądowej. Podobnie sprawa wygląda, gdy przyjrzymy się „opiniom” internautów dotyczących sondaży badających popularność partii politycznych: SLD, PIS i Palikot do worka i do wisly....Zobaczycie jak szybko Polska przegoni niemcy. Ale wy lubicie burakowac sie i zyc chu...owo; Precz z zydowskimi sondażami-kto we klamstwa jeszcze wierzy???? Tak wyrażają poglądy polscy obywatele (zachowałem też oryginalną pisownię – tak posługują się swoim językiem Polacy).
I tak to się kręci: za mało kultury a za dużo słów. I nic nie wróży zmiany na lepsze. Bo kto wie, może dzisiejsza gimnazjalistka, która swoją koleżankę ostrzega tymi słowami: i to szmato odszczekaj dziwko i masz najebane w szkole za jakiś czas skończy studia, może zostanie profesorem, może politykiem… Ciekawe, czy dopracuje się do tego czasu umiejętności innego sposobu wyrażania uczuć, czy może obecny wejdzie jej na dobre w krew.

czwartek, 14 lutego 2013

Święta defaworyzowane, czyli o dzisiejszej okazji w nieoczywisty sposób



Jaki mamy dziś dzień, wszyscy chyba wiedzą. Tego się nie wiedzieć nie da. Bo dzień dzisiejszy, to dzień święta medialnego, powszechnie rozreklamowanego, również bardzo komercyjnego. Sklepy od jakiegoś już czasu przypominają nam o nim, organizując promocje przeróżnych produktów, podrasowanych dodanym romantycznym znaczeniem.
Jest w tym całym szumie jednak pewna niesprawiedliwość. Bo przecież nie każdy jest zakochany, a ci, którzy są, nie potrzebują pewnie specjalnego przypominania, że o kochanych osobach należy pamiętać. Tak czy inaczej, jest pewna presja, żeby dzisiejszy dzień jakoś wyjątkowo spędzić. A co z innymi okazjami? Dlaczego o nich się nie przypomina? Jest ich przecież wiele…
Pierwszy stycznia jest okazją dość oczywistą: obchodzimy wówczas Światowy Dzień Kaca. Niecały tydzień później jednak, siódmego stycznia, mamy już święto bardziej zaskakujące, mianowicie Światowy Dzień Dziwaka. Kiedy odkryłem ten fakt, zrobiło mi się trochę smutno, a trochę poczułem się urażony. Tyle razy słyszałem z ust żony, że dziwakiem jestem, a prezentu, najmniejszego upominku nawet, to ani razu siódmego stycznia nie dostałem. Żeby choć życzenia, ale nie… Postanowiłem więc, że tego dnia będę świętował razem z Chłopakami, którzy dziwactwem przejawiającym się w różnych sytuacjach i na różne sposoby są genetycznie obciążeni.
Niedługo później, szesnastego stycznia, będę miał kolejną okazję do świętowania, wtedy bowiem obchodzimy Dzień Pikantnych Potraw. Z czystym sumieniem będę mógł doprawić obiad tak jak lubię. A dwudziestego lutego obchodzimy Dzień Palących Fajkę. Paliłem fajkę jakiś czas temu. Pierwszy raz w życiu. Była to fajka pamiątkowa, wierzcie lub nie – należąca kiedyś do starego latarnika. Miało to swój urok. Może więc to dobra okazja do fetowania?
Kiedy się analizuje świąteczny kalendarz, pewna rzecz rzuca się w oczy. Aż trzy razy do roku (dwudziestego piątego lutego, dwudziestego ósmego marca i dwudziestego pierwszego kwietnia) świętować można Dzień Masturbacji! Taka ciekawostka.
Za to dwudziestego szóstego lutego zaplanować można sobie poważniejszą imprezę. Tego bowiem dnia obchodzimy Dzień Spania W Miejscach Publicznych. Kiedyś zdarzyło mi się usnąć w autobusie, kiedy wracałem z towarzyskiego spotkania. Obudziłem się w nieznanych mi bliżej rejonach miasta, kiedy autobus zajechał na pętlę. Czułem się wtedy nieswojo, ale to nie był luty, żadne tam święto – ot, wypadek taki.
Piątego marca zaś warto sobie zaznaczyć w kalendarzu, bo to Dzień Teściowej. Można zapunktować dzwoniąc z życzeniami, za to przegapić – strach.
Dwunastego marca można zdrzemnąć się w pracy, bo to dzień tej właśnie czynności. Dwudziestego – wykreślamy. Dzień bez mięsa, bez sensu. Za to dwudziestego ósmego obchodzimy Dzień Metalowca. Nie jestem pewien, czy chodzi o pracowników przemysłu ciężkiego, wolę wierzyć, że rzecz dotyczy muzyki. Możemy z czystym sumieniem rozkręcić głośniki, podobnie zresztą, jak w czerwcu, a dokładnie 6.6., kiedy to świętujemy Dzień Slayera.
Piękne święto obchodzimy też w maju – dwudziesty piąty dzień tego miesiąca to Dzień Piwowara. Jako że ważne kwestie są doceniane, Dzień Piwa i Piwowara mamy też w sierpniu, dokładnie piątego. Warto odnotować.
Maj to w ogóle fajny miesiąc. Poza wyżej wspomnianym dniem i moimi urodzinami, w maju obchodzimy też Dzień Bez Stanika. Trzydziesty maja – proszę o tym nie zapomnieć, jak również o dniu piątym lipca, kiedy to mamy Dzień Łapania Za Biust.
Kiedyś mógłbym też świętować czwartego listopada, kiedy przypada Dzień Taniego Wina. Ech, te Komandosy, Belzebuby, proste Wisienki i inne słodkie „nalewki” ze sklepu nocnego… Ale na to już jestem chyba za stary.
Okazji do świętowania mamy, jak widać, w roku co nie miara. Ot, choćby Dzień Blogów obchodzony trzydziestego pierwszego sierpnia.
No i siedemnasty grudnia – Dzień Bez Przekleństw. Obym, kurwa, nie zapomniał…

poniedziałek, 11 lutego 2013

Gwiazdy i showmani, czyli o cyckach i polityce



Unikam tu poruszania tematów politycznych. Nie dlatego, że nie lubię drążyć tematów poważnych. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że polityka stała się ostatnio tak niepoważna, że po prostu szkoda na nią słów. Dziś jednak trochę o polityce będzie. O polityce i jej niepoważnym właśnie obliczu.
Pomysł przyszedł nagle, niespodziewanie i z kierunku najmniej oczekiwanego. Zaczęło się od cycków. Znaczy od piersi. Trafiłem dziś mianowicie na wstrząsające doniesienie: Natalia Siwiec ma konkurentkę, która może po ją skutecznie pozbawić pozycji… no właśnie: kogo? Gwiazdy? Odebrać w każdym razie chlubny tytuł Pierwszego Biustu Rzeczypospolitej.
Myślę, że historii panny Siwiec przypominać nie trzeba. Od kiedy pojawiła się na trybunach stadionu podczas jednego z meczów na minionych mistrzostwach, stała się sławna, rozpoznawalna, wszechobecna. Została okrzyknięta czołowym polskim towarem eksportowym docenionym nawet przez Ministra Spraw Zagranicznych (czyli wątek polityczny dotyczy Natalii Siwiec bezpośrednio). Na stadionie, w czasie, kiedy Siwiec wpadła w oko fotoreporterom, było oczywiście wiele innych osób, pewnie nawet wiele młodych, atrakcyjnych kobiet. Żadna jednak, tak jak Natalia, nie eksponowała dekoltu. I żadna nie miała tak precyzyjnie obmyślonego planu, by na eksponowaniu dekoltu zrobić karierę. Siwiec miała plan i precyzyjnie odsłonięty biust, została więc gwiazdą (planu i jego skuteczności, swoją drogą, można jej pogratulować). Wniosek z tej historii taki, że niewiele dziś potrzeba, by trafić do panteonu (oczywiście można by tu stwierdzić, że jakie gwiazdy, taki panteon, ale… nie bądźmy drobiazgowi).
Dlaczego historia Natalii Siwiec skojarzyła mi się z polityką? Bo polityka zrobiła nam się ostatnio bardzo popkulturalna. W popkulturze króluje model konsumencki: odbiorcy, to klienci, którzy poszukują nowych atrakcji i szybko się nudzą. Produkty popkultury sprzedaje się tak samo, jak towary w sklepie. Tak samo sprzedają się ludzie pracujący w show biznesie. Muszą być stale atrakcyjni. Stanowić więc nieustające źródło podniet dla ludu. Tu się pokazać w nowej kreacji, tam wywołać większy czy mniejszy skandal – w myśl zasady, że nie ważne, jak o tobie mówią, istotne, że w ogóle mówią. Żeby zachować swoją pozycję, trzeba walczyć, nie dać się zepchnąć ze świecznika ani wygryźć z głównych stron plotkarskich portali.
Polityka kieruje się, takie mam wrażenie, podobnymi prawami. Polityk musi być atrakcyjny. Nie rzeczowy, bo to nudne. Nie profesjonalny, bo stał by się dla przeciętnego wyborcy niezrozumiały, więc mało atrakcyjny. Polityk musi być showmanem. Dowodzi tego sukces, jaki w ostatnich wyborach odniósł największy obecnie showman polskiej polityki, Janusz Palikot. Konferencja prasowa ze sztucznym penisem, koszulka z napisem ‘Jestem gejem’, publiczne obalenie buteleczki kolorowej wódki – tego typu przedstawienie bardzo mu się opłaciły i jeszcze jako tako opłacają. Do tego zestaw kandydatów do parlamentu – osoby przede wszystkim atrakcyjne, bo kontrowersyjne. Gej, zwolennik delegalizacji narkotyków, transseksualista: nowe gwiazdy polityki, nośniki medialnej popularności. W końcu program wyborczy, również bardzo medialny i atrakcyjny, bo budzący emocje i wywołujący dyskusje, w których wypowiedzieć może się każdy. Dające każdemu możliwość odbycia politycznej dyskusji, nawet mimo całkowitej ignorancji w tematach politycznych.
Eksponowanie medialnych tematów i ciekawych osób przez Palikota było posunięciem marketingowym równie genialnie zaplanowanym, co odsłonięcie piersi przez Natalię Siwiec. I tyleż samo wnoszącym. Bo wiadomo, na ładne cycki miło sobie popatrzeć, tak jak o legalnej trawce  miło sobie podyskutować. Tyle, że ani jedno ani drugie niczego trwale pożytecznego do życia publicznego nie wnosi. Takie tematy i postacie, które na nich wyrastają, mają krótki żywot, czego najlepszym dowodem jest wspomniana wyżej konkurentka Natalii Siwiec.
Patrycja Pająk, bo tak nazywa się pretendentka do zajęcia pozycji (jakakolwiek ona jest) Natalii stwierdza: Jestem młodsza od Natalii o 10 lat, więc będzie musiała już iść na emeryturę. Jestem lepsza od Siwiec, bo mam ładniejsze piersi, większe i bardziej znane. Jestem bardziej naturalna. Ja tylko powiększyłam biust i usta. Powalająca szczerość, jednak istnieje spora szansa, że wymienionym walorom wielu da się uwieść. Siwiec zniknie, Pająk zatryumfuje. Na krótko pewnie, ale jednak.
W przyszłych wyborach Palikot wyciągnie pewnie nowy zestaw medialnych haseł i równie medialnych postaci. Pewnie znowu będzie miał szansę na odniesienie sukcesu, bo pamięć wyborców jest krótka. I tak to się będzie kręcić – nowe biusty, nowe gwiazdy, nowi showmeni, nowi politycy... Ku uciesze gawiedzi ale bez żadnych większych pożytków.