wtorek, 16 października 2012

Służbowe szkolenia, czyli o stracie czasu i wymyślnych torturach



Szkolenie poza zajęciami służbowymi jest torturą o bycie samoistnym, niezwykle wymyślną, nie uzasadnioną ani logicznie, ani pragmatycznie…
Leopold Tyrmand, Dziennik 1954

Siedząc niedawno na pedagogicznej radzie szkoleniowej, myślałem o różnych rzeczach. Szkolenie dotyczyło bezpieczeństwa, czyli tego, jakie to straszne zagrożenia czyhają na uczniów i na nas, nauczycieli i jak należy sobie z nimi radzić. Prowadziła je pani, która – na oko – dawno już osiągnęła wiek emerytalny a nawet sporo go przekroczyła. Kiedyś uczyła wychowania fizycznego i kwestie dotyczące wf-u były jej konikiem. W związku z tym większość tego, co mówiła, skierowane było do koleżanek i kolegów wf-istów i dotyczyło różnych potworności, które mogą się wydarzyć na sali gimnastycznej.
Wspomniałem, że siedząc na szkoleniu myślałem o różnych rzeczach – jakoś musiałem zająć się przez te trzy prawie godziny. Zastanawiałem się między innymi, dlaczego po raz kolejny robi się z nas idiotów. Myśl ta pojawiła się z tego powodu, że przez trzy prawie godziny nie dowiedziałem się niczego nowego. Nie było żadnego zaskoczenia, wniosku, że to owszem, ważne, były za to banały, oczywistości, dyrdymały ubierane w słowa, w rozwlekłe zdania, okraszone nie wnoszącymi niczego dygresjami. Nie tylko ja miałem takie wrażenie. O ile ktoś z obecnych nie znalazł sobie ciekawszego zajęcia, niż próby słuchania wykładu, siedział ze znudzoną miną, zerkając od czasu do czasu na zegarek. Wskazówki wszystkich zegarków poruszały się, jak sądzę, podobnie do wskazówek mojego zegarka: bardzo, bardzo powoli. Czasami, słysząc kolejną porażającą mądrość wymienialiśmy spojrzenia połączone z przewracaniem oczami i znaczącymi uśmieszkami.
Dlaczego tłumaczy się nam kwestie, nie wymagające tłumaczenia? – zastanawiałem się. Dlaczego traktuje się nas jak, delikatnie rzecz ujmując, średnio rozgarniętych uczniaków, którym wszystko trzeba powtarzać do znudzenia, by choć minimum z powtarzanych treści miało szansę utknąć gdzieś, w zakamarkach świadomości?
Inna kwestia, o jakiej myślałem była taka: jak u licha udało mi się przeżyć osiem lat podstawówki i cztery liceum i uniknąć kalectwa, skoro szkoły, a szczególnie sale gimnastyczne, na których trochę czasu przecież spędziłem, to takie niebezpieczne miejsca? Skoro tyle zagrożeń czekało na mnie na szkolnych korytarzach i w salach lekcyjnych – co najważniejsze – skoro moi nauczyciele nie byli wcale tacy ostrożni? Czy to oni byli skrajnie nieodpowiedzialni, dopuszczając na przykład do tego, żebym z kolegami mógł bawić się w czasie przerwy w ganianego po gałęziach wielkiego drzewa (stojącego, o zgrozo, poza terenem szkoły!), skacząc kilka metrów nad ziemią? Czy to moi nauczyciele popełniali jakieś straszne błędy, nie dzwoniąc po policję, nie zawiadamiając rodziców, kiedy na szkolnych biwakach bawiliśmy się nożami (a wiadomo – im większy nóż, tym fajniejszy; a kolega, który miał prawdziwy „nóż Rambo”, to już w ogóle był bohaterem). A może to my dziś mamy paranoję? Czasy się, owszem, trochę zmieniły, pytanie tylko, czy paranoję wymusiła zmiana czasów, czy może paranoja napędziła zmianę, która poszła w nieodpowiednim kierunku?
Dziś uczestniczyłem w kolejnym poważnym spotkaniu. Przemawiał do nas, pedagogów i dyrektorów, zastępca komendanta policji. Mówił również o bezpieczeństwie – taki mamy rok: bezpieczeństwo jest w szkołach priorytetem. Mówił też o współpracy szkół z policją, która układa się czasami dobrze, czasami średnio, czasami zaś wcale się nie układa. Zastępca komendanta mówił o tym, że powinniśmy reagować na wszelkie przejawy łamania prawa, bo to nasz prawny i społeczny obowiązek. Mówił o tym, że tylko reagując, będziemy wychowywać porządnych obywateli, w innym przypadku wypuścimy z naszych oświatowych placówek zastępy kryminalistów. Oczywistości i dyrdymały, nic nowego, nic twórczego, nic godnego uwagi.
Później mogliśmy mówić i my. Dlaczego narzekamy czasem na policję? Co policja może zrobić, by powodów do narzekań było mniej? Coś tam oczywiście zrobić by i mogła, więc różne sugestie z sali padały. Zastępca komendanta słuchał, następnie tłumaczył, dlaczego sprawy mają się tak, jak się mają, czyli nie najlepiej. Oczywiście wina gdzieś tam leżała, ale nie koniecznie po stronie policji, która ma w wielu sytuacjach związane proceduralnymi pętami ręce. Oczywiście wina nie leży też po stronie szkoły.
Należy coś zrobić, tyle tylko, że nie wiadomo co, a nawet, jeśli wiadomo, to rozmawiać trzeba o tym w innym, szerszym gronie, bo decyzje zapaść powinny i po stronie sądów i władz miasta… Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, trochę się nad własną sytuacją użaliliśmy, po czym rozeszliśmy się, każdy do własnych obowiązków.
Każdy oczywiście odnotował w odpowiednio urzędowej formie, że brał udział w ważnym spotkaniu dotyczącym bezpieczeństwa, czyli, że zrobił coś w związku z tym, że bezpieczeństwo w szkole jest naszym tegorocznym priorytetem.
Każdy sobie pewnie, po przeczytaniu tych opowieści wyciągnie własne wnioski. Ktoś zapyta: i kto za to płaci?, następnie sam sobie odpowie, że społeczeństwo. Racja. Ktoś może pomyśli, że poruszaliśmy ważne w sumie tematy i że o takich zawsze warto rozmawiać i się nad nimi zastanawiać. W porządku. Ja się tylko zastanawiam, po co to całe zawracanie głowy? I dlaczego sztukę dla sztuki każe się uprawiać komuś, kto wcale nie ma pretensji do bycia artystą? Po co nam te niezwykle wymyślne tortury, nieuzasadnione ani logicznie, ani pragmatycznie? Za czasów Tyrmanda miały one przynajmniej jakiś cel: budowanie miłości do idei komunizmu. Jeśli dziś też mają coś budować, proszę, niech mnie ktoś oświeci i powie co?!

8 komentarzy:

  1. Odpowiedź jest banalnie prosta - działania pozorowane. Gra. Teatr. Udawanie.

    Większość działań w szkole (jest to teren dla mnie naturalny) to czysta gra pozorów + gra o pieniądze. Spore.

    Przykład. Od roku czy dwóch mędrcy jacyś wymyślili, że KAŻDY uczeń z dysfunkcją jakąś musi być otoczony opieką Zespołu, w skład którego wchodzą WSZYSCY uczący danego ucznia.

    Pal sześć, że ktoś ma orzeczenie o dysortografii - wuefista musi w skład Zespołu wejść. Zespół musi się zbierać i debatować nad formami pracy z uczniem.

    Znam szkoły, gdzie takich delikwentów jest około 50-60. Mamy więc około 50-60 zespołów, w skład których wchodzą wciąż ci sami nauczyciele, którzy nie robią nic innego tylko podpisują kolejne dokumenty świadczące o pełnym zaangażowaniu.

    Papierów przybywa. Kto miał na tym zarobić, zarobił (osoby prowadzące szkolenia z tych nowych metod pracy z dyskami). Nauczyciele jak zwykle znaleźli furtki, wyjścia awaryjne, by się nie przemęczać totalnymi pierdołami.

    Tak to wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie w szkole tych delikwentów jest 170. Serio.

      Usuń
    2. Doskonale wiem, jak to wygląda. Nowe rozporządzenie powoduje tylko działania papierologiczne - w innych sferach robi się to, co się robiło wcześniej. A zespoły swoją pracę ograniczają do składania podpisów pod protokołami zebrań zespołów... które w większości nie miały miejsca.

      Usuń
    3. Jak to "nie miały miejsca"?

      I tu wielki znak symbolizujący IRONIĘ!

      ;-)

      Usuń
  2. Nie wiem co. Ale rady szkoleniowe w większości doprowadzają mnie do szału.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurka, powyższy komentarz mi ucięło w zasadzie w całości, coś skasowałam i nie mam siły wymądrzać się od nowa. Ale konkluzja jest taka, że wszystko to dmuchanie ryżu, bicie piany, jak zwał tak zwał. Cieszę się, że chwilowo od tego odpoczywam. :-P

      Usuń
    2. jak to, nie czułaś się po tych radach mądrzejsza, taka bardziej wyedukowana? :-) jak to możliwe???

      Usuń