piątek, 13 stycznia 2012

Co mnie kręci, co mnie podnieca, czyli o muzycznych opowieściach


Nie próbujcie tego u siebie w domu – ostrzega Keith Richards, opowiadając o swoich przygodach z narkotykami. Choć nie, nie o przygodach. O to właśnie chodzi – narkotyki, to nie była przygoda, ale sposób na funkcjonowanie: Używałem prochów jak biegów. Bardzo rzadko brałem dla przyjemności – tłumaczy artysta. Wymienia całą litanię środków, o których nigdy nie słyszałem: tuinal, seconal, nembutal. Destubal był prawdopodobnie jednym z najlepszych… Mój edytor tekstu też nie zna tych nazw, podkreśla dziwne słowa na czerwono.
Opowieści Richardsa mogą szokować. Aby się obudzić, brałem barbiturany, rekreacyjny haj w porównaniu z heroiną (…) To było śniadanie. Tuinal (…).  Potem filiżanka gorącej herbaty. Później może mandrax albo quaalude. W przeciwnym razie miałem za dużo energii. I tak opowieść ciągnie się akapit za akapitem, strona za stroną. Można pomyśleć: straszne. Można pomyśleć: żałosne. Można też czytać między wierszami. Wtedy trudno nie pomyśleć: fascynujące, niesamowite. Bo choć Richards był uzależniony od narkotyków, to uzależnienie to było mniej istotne, niż inny nałóg, było środkiem, który pozwalał temu drugiemu nałogowi bez reszty się oddać. A mowa tu o muzyce.
Brnę przez opowieść o życiu gitarzysty Stonesów i jestem autentycznie zafascynowany. Miłosne podboje (choć „miłosne”, to może złe słowo), relacje między członkami zespołu, podróże, załatwianie kolejnych kontraktów i organizowanie koncertów – wszystko to jest ciekawe. Tło, jakie tworzą opisy zmieniającej się w latach sześćdziesiątych obyczajowości, sytuacji politycznej, niepokojów społecznych – wszystko to wciąga. Ale dla mnie najbardziej podniecające są fragmenty, mówiące o największej namiętności Keitha – gitarze. Najpierw musisz dobrze poznać instrument. I chodź z nim do łóżka. Jeśli nie masz akurat dziewczyny, masz z nim też spać. Ma odpowiednie kształty. Prawdziwa, namiętna miłość od najmłodszych lat. (Łatwo jest mi też sobie wyobrazić, że Keith miewał dylematy – gitara czy dziewczyna. Nie koniecznie musiały one być rozstrzygane na korzyść tej drugiej).
Nie umiem grać na gitarze. Nigdy się nie nauczyłem i żałuję tego. Cóż – jest jak jest. Lubię słuchać, ale jeśli o praktykę chodzi, jestem laikiem, kompletnym ignorantem. Mimo wszystko nie nudzą mnie całe strony autobiografii Richardsa wypełnione opisami, jak przy piątym akordzie, zamiast grać konwencjonalny chwyt barré, B7, który wymaga trochę wysiłku lewej ręki, należy w ogóle odpuścić sobie B. Zostanie otwarte, rozbrzmiewające A. Później trzeba przesunąć palcem po strunie D do 7. Pozostaje zapadająca w pamięć nuta, która rozbrzmiewa na tle otwartego A. Rozumiecie? Ja nie bardzo, ale czuję emocje płynące z tego opisu. Emocje i energię. To mnie zawsze wzrusza. Mam nieodparte wrażenie, że muzyk mógłby rozebrać na czynniki pierwsze każdy akord, który zagrał, każdy riff, który stworzył i bardzo chciałby o nich napisać. Opowiedzieć o każdym ruchu palcem po gryfie gitary. Przywołać w pamięci każde potrącenie struny i każdy dźwięk, który ono rodziło. Snucie takiej opowieści byłoby dla Richardsa ciekawsze, bardziej angażujące, niż opowiadanie o narkotykowych odjazdach. To byłaby opowieść więcej nawet, niż o życiu: o Treści życia, o Esencji.
Nie umiem grać na gitarze, ale czuję do niej dziwny pociąg. Lubię opowieści o gitarowych mistrzach, moich rock’n’rollowych bogach. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wzruszają mnie one. Autentycznie wzruszają. Łezka mi się kręci w oku nie wtedy, gdy oglądam historie miłosnych dramatów czy wzniosłych czynów bohaterów, ale gdy patrzę na Jacka White’a rozmawiającego z Jimmym Page’m w filmie Będzie głośno. A gdy White dobywa pierwsze dźwięki z „gitary”, którą przed chwilą skonstruował z deski, drutu i butelki po coli – nie mogę wprost usiedzieć na miejscu.
Dla mnie lektura Życia Keitha Richardsa to niesamowita przygoda i źródło radosnego podniecenia. Keith żył w fascynujących, choć specyficznych i pewnie trudnych czasach. Stan Arkansas – wspomina na przykład – niedawno próbował przygotować ustawę, która delegalizowałaby rock and rolla. (Chciałbym zobaczyć, jak ją sformułowali – Gdzie cztery uderzenia na takt grane są głośno i natarczywie…). Gdyby podobne prawo jakimś zrządzeniem złego losu zaczęło funkcjonować u nas, byłbym recydywistą odpornym na wszelkie próby resocjalizacji. I jedno mogę powiedzieć – gdybym w celi miał egzemplarz Życia, nie nudziłbym się, odsiadując kolejny wyrok za posiadanie i słuchanie.

9 komentarzy:

  1. wiesz co, nawet by mi do głowy nie przyszło żeby tą książkę wziąć do reki , żeby chociaż wzrok na niej zawiesić na 1 sek. Ale to, jak o niej napisałeś zmusza mnie do zdobycia i przeczytania. Fantastyczna recenzja!

    OdpowiedzUsuń
  2. Polecam. I uwierz, nie trzeba być fanem Stonesów i Richardsa. Opowieść jest po prostu barwna i wciąga :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie zawsze rozwalała autobiografia bez wątpienia najinteligentniejszego rockmana Franka Zappy. Taki fragmencik z samego początku:

    Książka ta opiera się na założeniu, że interesuje kogoś, kim
    jestem, dlaczego jestem taki, jaki jestem, i o co mi, kurwa, chodzi.
    Odpowiadając na Wyimaginowane Pytanie Nr l śpieszę wyjaśnić,
    KIM NIE JESTEM. Oto dwie popularne legendy na mój
    t e m a t .
    Ponieważ w 1969 roku nagrałem na płycie Hot Rats piosenkę
    „Son of Mr. Green Genes", ludzie przez lata wierzyli, że osobnik
    o tym nazwisku (grany przez Lumpy'ego Brannuma) z telewizyjnego
    show pt. Captain Kangaroo, był moim prawdziwym ojcem. Otóż
    nie był.
    Druga bajeczka głosi, że podczas koncertu wysrałem się kiedyś
    na scenie. Istnieje wiele wersji na ten temat, między innymi poniższe:
    [1] Zjadłem gówno na scenie.
    [2] Ja i Captain Beefheart zrobiliśmy sobie na scenie „konkurs-
    -obrzydlistwo" (co to, kurwa, jest konkurs-obrzydlistwo?) i obaj
    zjedliśmy gówno.
    [3] Ja i Alice Cooper zrobiliśmy sobie konkurs-obrzydlistwo na
    scenie i on rozdeptywał kurczaczki, a ja wtedy zjadłem gówno.
    W 1967 lub 1968 roku byłem w Londynie w klubie Speak Easy.
    Podszedł do mnie członek grupy Flock, nagrywającej wówczas dla
    Columbii, i powiedział:
    „Jesteś fantastyczny. Kiedy usłyszałem, że zjadłeś to gówno na
    scenie, pomyślałem, »no, ten facet to naprawdę odjazd«."
    Odpowiedziałem: „Nigdy nie zjadłem gówna na scenie". Gość
    wyglądał na załamanego, jakby mu pękło serce.
    Zanotujcie to sobie, ludzie: nigdy nie zjadłem gówna na scenie,
    zaś w ogóle najbliższy zjedzenia gówna byłem w 1973 roku — spożywając
    posiłek w bufecie Holiday Inn w Fayetteville w Północnej
    Karolinie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny początek, ubawiłem się, zapowiada się nieźle. Tym bardziej dziękuję za przesyłkę :-)
    Zbiorę się w końcu na czytanie z ekranu ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny ten kawałek o Zappie :)

    Desperate Househusband - więzienia byłyby przepełnione :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurcze, ja mam już książeczkę na stoliku, ale jeszcze przynajmniej tydzień minie, nim znajdę dla niej czas, ale już widzę, że mi się spodoba :)
    Antek - powaliłeś na kolana - to też muszę przeczytać!

    :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Bo muzycy mają w sobie to coś. Może dlatego, że wyjątkowo są wyczuleni na dźwięki albo dlatego, że szukają dźwięku doskonałego.
    Bo czym się różni miłość do muzyki od miłości do kobiety? Chyba tylko poziomem abstrakcji. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Och to książka zupełnie nie dla mnie... umarłabym chyba... pociąg do gitary powiadasz? To pewnie przez te kształty :) hm?

    P.S. DH :) a cóż Ty takiego studiowałeś, że wpadałeś w takie stany? :D

    OdpowiedzUsuń