wtorek, 25 stycznia 2011

Historia zielonych książeczek

Papierowe indeksy odchodzą do lamusa – informacja z radiowego serwisu dotycząca studenckich indeksów przywołała nagle wspomnienia i refleksję. Czasy się zmieniają. W związku z tym, że jestem raczej sentymentalną osobą, dopowiadam sobie w tym miejscu: a szkoda. W ogóle nie jestem pasjonatem wszelkich cyfrowych nowinek. Doceniam oczywiście aparaty fotograficzne z kartami pamięci i płyty DVD, ale z pewną czułością myślę o moim starym Zenicie i kliszach  - 24 lub 36 zdjęć – albo o kasetach video.
Sam jako student załapałem się na początki cyfrowej rewolucji. Za moich to jeszcze czasów wprowadzono na uczelni USOS, czyli Uczelniany System Organizacji Studiów (czy jakoś tak w tym kierunku), zwany przez nas studentów, ale i wykładowców Upierdliwym Sposobem Obrzydzania Studiów. Miałem w mojej studenckiej karierze pewne poślizgi i potknięcia, jedno z nich spowodowało nawet przerwę w studiach (i w rezultacie tytuł na dyplomie inny, niż mógłby być), a winą za nie obarczam po części właśnie cyfryzację. Żadne to było ułatwienie. Miałem wrażenie, że ze studenta, który idzie na pierwsze zajęcia, żeby się na nie zapisać, poznaje przy tym prowadzącego, czasem z nim negocjuje  przyjęcie do tej czy innej grupy– z takiego żywego człowieka kontaktującego się z innymi żywymi ludźmi stałem się numerkiem, loginem i hasłem, niczym więcej. Straciłem serce do całego tego interesu. I Pan Dziekan podziękował mi za współpracę i kazał wykreślić z listy, czy może raczej – wykasować z systemu.
A teraz jeszcze brak indeksów. Moje indeksy – miałem je w sumie dwa – to byli moi najwierniejsi druhowie. Towarzysze na dobre i złe, przez osiem w sumie lat mojego życia. Szmat czasu. Bardzo się z tymi zielonymi książeczkami związałem. Przeglądam je czasem – są swoistą kroniką. Patrzę na podpisy Profesorów i widzę twarze, słyszę słowa, pamiętam, jak drżącą ręką podsuwałem indeks i kartę egzaminacyjną, kiedy już odpowiedziałem na ostatnie pytanie, czekałem, co pojawi się w rubryce. Serce rosło na widok każdej „bardzo dobrej", kamień czasem z tego serca spadał gdy na stronie pojawiało się wpisane przez egzaminującego 3 – nie poszło przecież za dobrze, mógł mnie odesłać, albo, co gorsza wpisać brak zaliczenia.
Zielony podpis profesora od historii wychowania – pamiętam, jak podczas pierwszej w moim życiu letniej sesji uczyłem się do egzaminu opalając się w parku. Kiedy zmęczyła mnie książka o Hitlerjugend albo przeglądanie notatek, zamieniałem je na książkę Raya Manzarka o jego przygodzie z The Doors. Proporcje jeśli chodzi o lekturę zostały chyba zachowane, bo w indeksie do dziś się pyszni piękna, zielonym atramentem wpisana czwóreczka.
Ćwiczenia z logiki – rok później. Mat Carmody podpisał się obok trójki. Tyle razy pił z nami piwo, dał się kumplowi i mnie przeciągnąć po tanich spelunkach, osiedlowych Drink Barach, żeby poznać polskie realia. Przyjechał tu ze swojej Walii na roczne stypendium i chciał zakosztować przez ten rok jak najwięcej polskości. A na teście końcowym był bez litości. No, może bez przesady, ale był sprawiedliwy. Proste rozumowanie w postaci alternatywy wykluczającej – student zaliczył na cztery, albo student nie zaliczył na cztery. W moim przypadku prawdziwa była ta druga przesłanka.
Piątka z nowożytnej filozofii niemieckiej. Najprzyjemniejszy egzamin w życiu chyba. Niech pan sobie wybierze pierwszą postać do omówienia. Schopenhauer – proszę bardzo. To może drugą też niech pan sobie sam wybierze. Marks, dobrze. I może jeszcze Feuerbach na koniec. Bardzo dobrze, bardzo dobrze.
O – a tu wymęczone 3 z ćwiczeń o Kancie i Heglu. Zajęcia odbywały się w środy od 14:00 do 15:30. W okolicach w pół do trzeciej zaczynał się mój kryzys, piętnaście minut później – spałem. Regularnie, co tydzień, przez cały semestr. Koleżanki i koledzy życzyli mi w pewnym momencie dobranoc jeszcze przed zajęciami. Do dziś nie wiem, czy pan doktor prowadzący nie widział mojego dramatu, czy tak dobrze udawał, że nie widzi. Jak ja to zaliczyłem właściwie? Ale na Heglowskim konflikcie pana i niewolnika poległem później na egzaminie. Na szczęście nie ma po tym wspomnienia na piśmie w indeksie – poprawiłem się w następnym terminie. Gdyby zamiast indeksu obowiązywał jakiś tam System, pewnie byłbym na liście egzaminacyjnej, pewnie trzeba by odhaczyć, że mi nie poszło i pewnie musiałbym się wpisać na kolejny termin. Życzliwość Profesora nie miałaby żadnego znaczenia.
Kawał historii te moje indeksy. Pachną dawnymi czasami, a piękne to były czasy. Dobrze, że je mam – żaden monitor z wyświetlonym USOSem nie mógł by mi tak pachnieć. A przecież i strony logowania żaden starszy kolega nie dałby rady mi zagiąć. A ostatnią stronę w indeksie zagiął i szczęście mi to przyniosło[*].


[*] Tak sobie też myślę – jest taka międzyuczelniana legenda (bo na każdej uczelni opowiadają, że to u nich się zdarzyło, na każdej ktoś miał zajęcia z tym profesorem, tym z historii) o studencie, który się nie przygotował do egzaminu i w akcie desperacji wrzucił do gabinetu profesora indeks. Po chwili indeks wyleciał – w środku, w odpowiedniej rubryce pojawiło się 3. Za kilka lat młodzi studenci nie zrozumieją tej historii, pewnie przyjdzie jej umrzeć w zapomnieniu. Raczej nie da rady jej przerobić na opowieść o – dajmy na to – latającym laptopie.

6 komentarzy:

  1. No niestety.. Wszystko zastępuje nam elektronika, któryś z mądrych ludzi powiedział kiedyś, że komputery z czasem nas zjedzą i tak się właśnie dzieje! Połykają nasze wspomnienia, wrażenia. Mamy aparaty cyfrowe, zdjęcia na komputerze, być może więcej niż zrobilibyśmy analogiem, ale.. w razie poważniejszej awarii komputera wszystko ginie. Ile razy przeglądamy zdjęcia z wakacji na komputerze? A z jaką chęcią wracamy do tych z dzieciństwa, papierowych?
    Jeszcze jedna zgroza spowodowana postępem techniki doświadczyła mnie ostatnio solidnie. W mojej szkole pracowała przemiła pani szatniarko-portierka, otwierała drzwi gościom i wydawała ubrania w szatni (takiej jaką mamy np.w klinice), wprowadzono szafki, a w drzwiach pojawił się jakże uroczy chip. Panią wyrzucono z pracy.. :]

    OdpowiedzUsuń
  2. USOS to nie przypadkiem Uniwersytecki System Obsługi Studenta? Może się czepiam, ale sam nie wiem.
    Mój wydział chyba jako pierwszy zrezygnował z indeksów, więc mimo, że zacząłem studia prawie 3 lata temu, to nigdy nie miałem "zielonej książeczki". I jest to bardzo wygodne rozwiązanie, podobnie jak USOS. Więc wcale nie żałuję, że do tego doszło. Z tym, że ja nie jestem zupełnie sentymentalny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rotku, może jest tak jak mówisz z tym USOS-em w sensie znaczenia skrótu. Dla mnie pozostanie Upierdliwym Sposobem... Z indeksami było przyjemniej. Uwierz. Chociaż - pewnie co kto lubi. Mi to absolutnie życia nie ułatwiło, wręcz przeciwnie. Nagle trzeba było przestrzegać terminów, nie można się było rozmyślić i zrezygnować z przedmiotu, przesuwając go na kolejny semestr czy rok. No i jak nie ma indeksów, to mniejszy kontakt z Paniami Z Dziekanatu, a to jak

    OdpowiedzUsuń
  4. W sumie szkoda, że indeksy znikną. Czasem przeglądam swój, toż to całe historie, co drugi wpis - anegdota, z których wiele zniknęłoby w czeluściach pamięci, gdyby nie parafki, które odświeżają wspomnienia...

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja miałam ISOS :D

    Jak zwał, tak zwał, ale też nieraz przyprawił mnie o zawał i stan totalnego wqu...ienia. Nie tylko mnie, w związku z powyższym do dziekanatu i tak nieustannie stały kolejki....

    OdpowiedzUsuń