piątek, 23 maja 2014

O tym, że nie jestem piratem drogowym i dlaczego




Główny Inspektorat
Transportu Drogowego


W odpowiedzi na pismo CAN.7421.322570.2014.1.A dotyczące Raportu nr140519090A z urządzenia rejestrującego informuję po raz trzeci, iż od dnia ……. nie jestem właścicielem pojazdu marki Volkswagen o numerze rejestracyjnym CT4868A. Samochód sprzedałem panu…….. zamieszkałemu w ……….
Załączam (po raz kolejny) kopię umowy kupna – sprzedaży.
Jednocześnie chciałem zadać pytanie, czy pracujecie Państwo na maszynach do pisania i fiszkach, czy może macie jednak komputery i jakiś system. Jeśli tak, proszę zwrócić uwagę na fakt, że informacje dotyczące wyżej wymienionego pojazdu nie powinny być kierowane do mnie, tylko do obecnego właściciela. Prowadzenie korespondencji z Państwem staje się dla mnie męczącym obowiązkiem. Wprowadzenie odpowiedniej informacji do systemu ułatwiło by mi życie, Państwu ujęło obowiązków i w ogóle powinno wyjść wszystkim na dobre. Proszę wziąć to pod rozwagę. Będę zobowiązany.

Z (malejącym) poważaniem

Moja cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. Urzędnicy napastują mnie od jakiegoś czasu chcąc wyegzekwować coś, co powinno być wyegzekwowane od kogoś zupełnie innego, mianowicie od obecnego właściciela mojego drogiego Hansa, który służył mi wiernie, ale teraz służy komuś innemu.
Czy moje – kolejne już – pismo z wyjaśnieniami odniesie skutek? Prawdę mówiąc wątpię. Nie mniej jednak warto spróbować. I tak muszę odpisać, żeby za jakiś czas nie dostać wezwania do sądu lub czegoś równie miłego. Dyskusje z urzędasami, jak kopanie się z koniem. Trudno.
W końcu będę też musiał wytłumaczyć sprawę listonoszowi i pani z poczty. Kiedy odbierałem ostatni list z Inspektoratu Transportu, pani spojrzała na mnie i powiedziała, że ma niestety niemiłe wiadomości. od razu domyśliłem się, o co chodzi. Podobnie sprawę skwitował listonosz, który wręczał mi kopertę z zielonym nadrukiem jakiś miesiąc temu.
Muszę się wytłumaczyć, czuję taką potrzebę, bo nie chcę uchodzić w środowisku lokalnym za pirata drogowego. Bo ja przecież piratem nie jestem. Raz, że jestem rozważny i odpowiedzialny z natury, to mnie powstrzymuje od bycia piratem drogowym. Dwa, że nawet, gdybym chciał – nie mógł bym a to za sprawą zainstalowanej w samochodzie specjalnej aplikacji. Jest ona bardzo skuteczna. Za każdym razem, kiedy moja stopa okazuje się za ciężka, kiedy mnie porwie klimat rozwijającej się przede mną wstęgi asfaltu i kiedy strzałka prędkościomierza wychyli się w związku z tym zanadto w prawo, rozlega się nagły (i przez to dość przeraźliwy) dźwięk, który każe mi zwolnić. Chcąc nie chcąc zdejmuję nogę z gazu. Czasem uciążliwa, acz skuteczna funkcja. Nazywa się „Żona”.

piątek, 9 maja 2014

I am the one who knocks, czyli o pewnym serialu




Długo zwlekałem, aż w końcu uległem. Sięgnąłem po zachwalany przez wszystkich serial Breaking Bad. Byłem, nie ukrywam, trochę sceptycznie nastawiony po tym, jak naczytałem się entuzjastycznych recenzji i opinii, że to serial wszech czasów. Sceptycyzm jednak szybko ustąpił i sam stałem się entuzjastą.
Fabułę serialu można streścić w kilku słowach. W dniu swoich pięćdziesiątych urodzin Walter White, nauczyciel chemii dowiaduje się, że jest chory na raka. Ubezpieczenie Walta nie obejmuje kosztownego leczenia, co więcej, Walter wie, że to nie jedyny „kłopot” finansowy, z jakim musi się zmierzyć. Jego żona jest w nieplanowanej ciąży, sam Walt zarabia kiepsko i żeby związać koniec z końcem, dorabia pracując w myjni samochodowej (gdzie pucuje wypasione bryki swoich rozwydrzonych uczniów). Jest sfrustrowany i boi się o przyszłość swojej rodziny. W wyniku nieoczekiwanego splotu wydarzeń zaczyna, wraz ze swoim byłym uczniem, Jasse’im Pinkmanem, produkować metaamfetaminę. Okazuje się, że ma do tego wyjątkowy talent. Jako Heisenberg (taki przyjmuje pseudonim) gotuje najczystszą metę, jaka kiedykolwiek pojawiła się na rynku – z czasem staje się królem narkotykowego podziemia. Tyle, jeśli chodzi o zarys historii. Powiedzieć jednak o Breaking Bad tylko tyle, to nic nie powiedzieć.
Przede wszystkim serial wymyka się gatunkowym klasyfikacjom. Vince Gilligan, twórca Breaking Bad  powiedział, że jest to postmodernistyczny western. Coś w tym jest. Ale to mało. Serial to też dramat – iście szekspirowski. A czasami oglądamy kameralny dramat rodzinny. Chwilami to czarna komedia – czarna jak smoła i tak samo gęsta i lepka. Momentami napięcie rośnie do poziomu nie występującego w najprzedniejszych thrillerach. W Breaking Bad jest wszystko, co tylko może poruszyć widza – a porusza na najwyższym poziomie.
Teraz, kiedy obejrzałem już wszystkie pięć sezonów wiem jedno: żeby ocenić dzieło (tak – z pełną świadomością i odpowiedzialnością używam tego słowa) Gilligana, trzeba je obejrzeć w całości. Bo jest to dzieło skończone i zamknięte, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Trzeba je oceniać całościowo. Alfred Hitchcock byłby dumny z twórców serialu: jego zasada mówiąca, że powinno zaczynać się od trzęsienia ziemi a później ciągle zwiększać napięcie, nigdy jeszcze nie została wprowadzona w życie z taką precyzją.
Jednym z największych atutów serialu są wykreowane w nim postaci. Wszystkie, nawet te drugoplanowe, zapadają w pamięć.  Przede wszystkim Walter White. Grający go Bryan Cranston wspinał się na wyżyny, zmieniając się w jednej chwili z poczciwego, wręcz gapowatego Walta w demonicznego Heisenberga, który z zimnym błyskiem w oku mówi: Ja nie jestem w niebezpieczeństwie. Ja   jestem niebezpieczeństwem! Aaron Paul jako Jesse Pinkman stworzył postać nie mniej tragiczną, niż bohaterowie greckich dramatów. Giancarlo Esposito grając Gustavo Fringa, właściciela sieci knajp typu fast food zagrał swojego bohatera tak, że porównać to można z tym, co udało się zrobić Anthonemu Hopkinsowi, gdy po raz pierwszy wcielił się w postać Hannibala Lectera w Milczeniu owiec. Jego Gus jest zresztą do doktora Lectera bardzo podobny. Elegancki, wręcz wymuskany gentelman o nienagannych manierach, podpora lokalnej społeczności, domator, podejmujący swoich gości własnoręcznie przyrządzonymi (według babcinego przepisu) potrawami – gdy pokazuje swoje drugie, potworne oblicze, wciska nas w fotel (mimo, że potraw wcale nie preparował z wcześniejszych gości). A to tylko trzy spośród wielu, bardzo wielu przykładów aktorskiego majstersztyku.
Śledząc losy bohaterów opowieści, obserwujemy też proces ich przemiany. To kolejny niesamowity atut serialu. Oczywiście w najbardziej  spektakularny sposób zmienia się Walter White. Zmęczony życiem, nudny belfer stopniowo staje się mistrzem zbrodni, odkrywa swoje talenty – ten czysto techniczny, który pozwala mu stworzyć narkotyk idealny, ale i inne, choćby niesamowitą umiejętność manipulowania ludźmi. Początkowo jest kimś, kto podjął decyzję, być może niewłaściwą, ale pociągającą za sobą określone konsekwencje i jako ktoś taki, osoba wplątana w sytuację, która wymknęła się spod kontroli, robi wszystko, by przetrwać. Z czasem jednak gra go wciąga. Przestaje chodzić o przeżycie, w końcu przestaje nawet być istotne to, co zapoczątkowało lawinę wydarzeń: troska o rodzinę. Walt staje się Heisenbergiem na pełen etat i to mu się coraz bardziej podoba. W końcu robi coś, w czym jest najlepszy, w czym jest mistrzem nie mającym sobie równych. 
Breaking Bad to serial przewrotny. Na ekranie widzimy, jak bohaterowie coraz bardziej przesuwają granice togo, do czego są w stanie się posunąć. Sami też przesuwamy granice. Bo przecież kibicować głównemu bohaterowi, to rzecz naturalna. W końcu jednak zdajemy sobie sprawę, że zabrnęliśmy za daleko – i Walt, posuwając się do kolejnych niegodziwości i my, ciągle trzymając za niego kciuki. Tak jak Walter stał się mistrzem manipulacji, tak i autorzy serialu po mistrzowsku manipulują nami, widzami, grając na naszych emocjach z wprawą prawdziwych wirtuozów.
Na jednym z forów dyskusyjnych ktoś napisał, że ma post BreakingBadową depresję – nic, co ogląda, już go nie satysfakcjonuje. Osobiście polecam serial z całego serca. Uczciwie jednak ostrzegam: taka depresja jest realnym zagrożeniem.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wiosenne porządki, czyli jak się zmienia perspektywa




Tata zapytał mnie, kiedy rozmawialiśmy przez telefon, czy kosiłem już trawnik, bo on owszem. Ja swojego jeszcze w tym roku nie skosiłem, choć zaczyna się dopominać kontaktu z kosiarką po ostatnich deszczach i słonecznych dniach. Przypomniały mi się przy tej okazji moje niegdysiejsze boje z trawnikiem, którego koszenie było moim obowiązkiem. Dom rodziców stoi na podwójnej działce i trawy jest wokół niego sporo. Doprowadzanie jej raz w tygodniu do stanu, który zadowalałby tatę było koszmarem mojej młodości.
Kiedyś, czytając Z szynką raz Charlesa Bukowskiego trafiłem na ten fragment:

Kosiarka i maszynka do wyrównywania brzegów stały już na podjeździe domu. Ojciec pokazał mi, co z nimi robić.
- Weźmiesz kosiarkę i przeciągniesz nią w tę i z powrotem po trawniku, raz przy razie. Tu wysypiesz trawę z worka, jak będzie pełny. Kiedy już przejedziesz trawnik wzdłuż, to zaczniesz jeździć w poprzek, jasne? Najpierw z północy na południe, potem z zachodu na wschód. Zrozumiano?
- Tak.
- I nie rób takiej nieszczęśliwej miny, bo cię tu zaraz unieszczęśliwię! Jak już przystrzyżesz trawnik, to się weźmiesz za wyrównywanie brzegów. Brzegi wyrównuje się małym ostrzem. O, tym! Pamiętaj, że masz wjechać aż pod żywopłot, żeby mi ani jedno źdźbło nie sterczało!

Oj, jak ja rozumiałem ból młodego bohatera książki. Mój tata też tak miał. Raz przy razie –wydawał instrukcje a później od czasu do czasu podchodził sprawdzać, czy na pewno dokładnie je wypełniam. A na koniec i tak znajdował jakieś niedokoszone miejsce, jakiś kilkucentymetrowy pasek trawy dłuższej niż na reszcie trawnika. Musiałem wysłuchać, jaką to odwaliłem fuszerkę.
Oczywiście szybko znienawidziłem koszenie trawy, podobnie, jak grabienie liści jesienią i inne przydomowe obowiązki. Zarzekałem się w duchu, że sam będę kiedyś mieszkał w bloku i będę miał święty spokój – żadnego koszenia, pielenia i grabienia.
Dziś patrzę z dystansem na swoje niegdysiejsze cierpienia, będące powodem nerwów i przyczyną złorzeczeń. Dziś regularnie (no, w miarę regularnie) koszę własny trawnik i jestem szczęśliwy, że go mam i mogę kosić.
Skończyłem właśnie tegoroczne wiosenne porządki w ogrodzie. Posprzątałem, przyciąłem drzewka. Mamy cztery kępy bzu, pięknego, podwójnego, białego i fioletowego. W tym roku złapałem za sekator i pousuwałem wszystko, co zbędne – od ziemi aż po najcieńsze czubki najwyższych gałązek. Nie ma żadnych zbędnych, jednorocznych odrostów, żadnych suchych pozostałości zeszłorocznych kwiatów – wszystko jest perfekcyjne. Gołe, poskręcane pnie już niedługo zwieńczy kwitnąca kopuła. Przerzedziłem też sosnę,  którą wsadzałem cztery lata temu. Wtedy był to krzaczek sięgający mi do kolan. Dziś to drzewko, które przerasta mnie o dobrych dwadzieścia centymetrów. Wyciąłem kilka niepotrzebnych gałęzi ze starej jabłoni. I kilka z rozłożystego orzecha, który znowu zaowocuje mi w tym roku materiałem na pyszną nalewkę.
Opanowanie bzu zajęło mi ponad dwa tygodnie, w czasie których skakałem po drabinie, gdy tylko miałem wolną chwilę. I wiecie co? Bardzo miło spędzałem czas na tym skakaniu. To był prawdziwy relaks. Podobnie wędrowanie z kosiarką – za zachodu na wschód czy w innym kierunku. Dziś to już nie jest przykry obowiązek.
Z tatą rozmawiam czasem o całym tym przycinaniu, koszeniu, o nawożeniu i o tym, że pod jabłonią za żadne skarby nie mogę dohodować się bujnej trawy. Nie rośnie tam i już. Za mało słońca.
Już nie rozpamiętuję tych dawno minionych sobotnich godzin, które spędziłem na przepychaniu kosiarki. Zastanawiam się tylko, dlaczego tata sam nie kosił trawnika, nie wykorzystał tej okazji, żeby przez chwilę mieć święty spokój, odciąć się od domowego zgiełku monotonnym buczeniem silnika.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Zaczarowana fasola czyli mały romans z rapem




Nie jestem raczej zwolennikiem muzycznych składanek. Płyta to zamknięta całość i tak powinno się jej słuchać – od początku do końca. W samochodzie mam jednak dwie płyty, które nagrałem kiedyś na okoliczność jakiejś imprezy (na imprezie się nie przydały, okazało się, że moje gusta nie pokryły się z preferencjami reszty towarzystwa). Włączam je czasami, bo są na nich piosenki takie do pośpiewania. Sprawdzają się szczególnie w dłuższej trasie, kiedy to po kilkunastu kilometrach Żona ma dość drapieżnych gitar i zdrowego perkusyjnego łomotu. Na płytach jest Dżem, Pidżama Porno, Akurat, Kazik w różnych odsłonach ale i rzeczy, których na co dzień nie słucham, ale które wpadły mi kiedyś w ucho, zapisały się we włóknach pamięci, jak mawiała moja siostra katechetka z podstawówki i w ogóle miło mi się kojarzą.
Jechaliśmy kiedyś do przedszkola. Chłopaki trochę gadali między sobą, trochę ze mną, w końcu zaległa cisza a po chwili usłyszałem nucenie dobiegające z Guciowego fotelika: Twoja córka wydaje twe pieniądze i bawi się moim poligamicznym dzwonkiem…
Okazało się, że Gucio ma pamięć do tekstów. To zapewne jest dziedziczne, bo ja też takową posiadam i zwykle śpiewam razem z moimi ulubionymi wokalistami. Ale że we włóknach pamięci zapisał mu się akurat Abradab? Na naszych składankach znalazły się dwa kawałki  weterana polskiego hip-hopu i kilka jeszcze hip-hopowych numerów.
W każdym razie Gucio został fanem kawałka Rap to nie zabawa już i teraz prawie cały refren zna już na pamięć. W samochodzie śpiewamy więc razem: Nasz rap jest dużym chłopcem / Urodzonym tam ale wychowanym w Polsce / Ignoranci mają go za czarną owcę / Ale owca daje radę widać ją na łące / Twój syn przy kompie zarywa całe noce / Bo na zabitej wiosce ma do rapu dostęp / Twoja córka wydaję Twe pieniądze / I bawi się moim poligamicznym dzwonkiem. Po Abradabie na naszej składance mamy nagłą zmianę gatunkową: Titus wraz z resztą Acid Drinkers wykonuje New York, New York. Ale zaraz wracają rymowanki, tym razem w postaci Rapowego ziarna: My zasadzimy, zasadzimy ziarno  / Pole, którego po horyzont nie da się ogarnąć  / Dla jednych trutką, a dla innych karmą  / Jednym błogosławi, innym przyszłość wróży marną.
Gdy dziś jechaliśmy samochodem z głośników zabrzmiał zachrypły głos Richarda "Big Dad Ritcha" Andersona (Little Sarah was from Texas, she was the preacher’s daughter /
She never practiced much of / Those things her father taught her / One night at Vinnie’s Clubhouse / She heard some texas music / She started dancing sexy /And taking clothes off to it
) i dźwięki wydawane przez panów z Texas Hippie Coalition, niestety Żona moja a Chłopaków Mama (zwana też czasami Jednostką Decyzyjną), szybko zredukowała te przemiłe łomoty, ściszając radykalnie odtwarzacz. A może włączymy „twoja córka bawi się moim poligamicznym dzwonkiem? – zaproponował Gucio. Włączyliśmy. Gutek odśpiewał refreny, ja odśpiewałem całość. A jak to się skończy, to włączysz o zaczarowanej fasoli? – tym razem zadał pytanie Tytus. I zabił mi ćwieka. O jakiej fasoli? Olśniło mnie po chwili, zadziałała widocznie ojcowska intuicja. Zasadzimy ziarno? – pytam – o to ci chodzi? Tak! – odpowiada Tytus.
Jeden kolo ma ziarno  / I je pali aż parno / Wszędzie / Dym aż czarno / Można ciąć Husqvarną. I tylko się ten kolo nie spodziewa, że ma ziarno nie byle jakie, bo ziarno zaczarowanej fasoli. Swoją drogą – zadziwiające, jakimi ścieżkami biegają czasem myśli dzieci. Bajkowymi, po prostu bajkowymi. Albo wręcz bajecznymi.

środa, 26 marca 2014

Czytanie w doborowym towarzystwie, czyli kiedy nie jest za wcześnie na dekapitację



Wczoraj, 25 marca, obchodziliśmy Światowy Dzień Czytania Tolkiena. Odkryłem to zupełnie przypadkiem.
Gdyby się dobrze rozeznać, każdego dnia można by świętować z takiego czy innego powodu. Tylko – ile z tym zachodu! Pozapisywać w kalendarzu wszystkie te daty i okazje albo, co gorsza, próbować je spamiętać, to raczej nie na moją głowę. Za to, jeśli przypadkiem odkryję, że oto mamy jakiś ciekawy „międzynarodowy dzień”, czasami traktuję to jako pretekst.
Tak się złożyło, że wczoraj czytałem Tolkiena. Podobnie jak przedwczoraj i jak co wieczór, od kilku dni. Głośno czytałem pierwszy tom Władcy Pierścieni, leżąc sobie w łóżku z Guciem.
Gutek mnie w końcu przekonał, że warto przeczytać te następne książki o „hotbitach”. Słucha dzielnie dzieła pana J.R.R. i – o dziwo – kojarzy i łączy fakty. O dziwo, bo książka łatwa nie jest. Teraz, gdy czytam ją ze świadomością, że słucha mnie niespełna sześciolatek, widzę, jak wiele w niej dziwnych imion i nazwisk, nazw miejscowości (a ciągle jesteśmy w małym kraiku zamieszkałym przez hobbitów, góry, równiny Rohanu i mroczny Mordor ciągle daleko przed mami), skomplikowanych opowieści, jak choćby historia magicznych pierścieni, niedopowiedzianych wątków.
Czy Gucio ogarnie złożoność świata Śródziemna? Miałem wątpliwości, później jednak sięgnąłem pamięcią wstecz. Gdy ja byłem mniej więcej w wieku Gucia, może odrobinę starszy, ale niekoniecznie, rodzice przeczytali mi Winnetou i Old Surehand’a (do dziś pamiętam, że Surehand mylił mi się z przyjacielem wodza Apaczów Old Shatterhand’em, nie pamiętam za to, czy to sprawiało, ze gubiłem się w fabule) a także Upiora z Llano Estakado, który spośród książek Maya podobał mi się chyba najbardziej. Później poznałem przygody Tomka Wilmowskiego. Książki Szklarskiego czytał mi tata a ja słuchałem z zapartym tchem. Moim ulubieńcem był bosman Nowicki. Imponował mi ten wielki, silny facet, który jednym ciosem był w stanie położyć każdego prawie przeciwnika. No i Smuga – taki milczący i tajemniczy. A babcia przeczytała mi Przygody Tomka Sawyera.
Książek o Indianach i kowbojach i tych o podróżnikach, łowcach dzikich zwierząt słuchałem z przyjemnością. Pamiętam, że rodzice wyłuskiwali z nich konkretny przekaz: ważne są pewne wartości. Można być odważnym, ba, nawet wojowniczym, ale nie wolno robić nikomu krzywdy. Ktoś szlachetny jak Winnetou – to ktoś wart podziwiania. Należy mieć szacunek do innych, trzeba pomagać, gdy ktoś pomocy potrzebuje. Te lektury to były moje lekcje etyki, które – o to jestem w stanie się założyć – ukształtowały mnie, przynajmniej jako (bardzo) młodego człowieka.
Wracam jednak do Gucia. To, czy zrozumie książkę, którą mu czytam, to jedno. Chce słuchać, zadaje sensowne pytania, pamięta, o czym czytaliśmy poprzedniego wieczoru, więc swoje chyba rozumie. Inna sprawa, że przecież Władca Pierścieni bywa momentami straszny. Ci, co w Śródziemiu dzierżyli miecze, nie władali nimi jak animowane żółwie ninja, ale wymachiwali konkretnie: krew się lała i głowy odpadały. O tym też myślałem, decydując, czy nie odłożyć czytania Chłopakom Tolkiena na trochę później. Ale – pomyślałem – ja się w wieku lat sześciu dowiedziałem, czym jest skalpowanie. I co to znaczy, że Indianie przywiązali kogoś do pala i jakie to przywiązanie miało dla przywiązanego konsekwencje. Mój ukochany  Bloody Fox, tytułowy (uwaga, spoiler!) upiór z pustyni Llano Estakado, strzelał przeciwnikom ze swego colta w sam środek czoła, co było jego znakiem rozpoznawczym. A Jan Smuga potrafił zawiesić faceta na konarze drzewa, rosnącego na brzegu Amazonki i opuszczać go powoli – prosto ku stadu kłębiących się pod powierzchnią wody piranii. Słuchałem o tym wszystkim i jakoś mnie to nie wykoślawiło. Myślę, że Gucia też nie wykoślawi, kiedy usłyszy opis dekapitacji orka.
Póki co Gucia najbardziej interesuje, kiedy Frodo wyruszy w podróż i czy będzie wędrował razem z krasnoludami. I czy pokonają tego najbardziej złego czarodzieja. Ja się też w sumie nie mogę doczekać dalszego ciągu. Świat Tolkiena jest teraz barwniejszy, ciekawszy i bardziej magiczny, niż gdy o nim czytałem za pierwszym razem – sam i po cichu.

wtorek, 18 marca 2014

Dlaczego nie czytam poradników, czyli dylematów taty ciąg dalszy





Zdarzyło mi się nieraz ze zgrozą czytać artykuły o wychowaniu dzieci. Pełne dobrych rad i pięknych przykładów na to, jak stosowanie się do tych rad owocuje. Dzieci rosną zdrowe, mądre i szczęśliwe a rodzice mogą być dumni z dobrze wykonanego zadania. Czytałem taki artykuł, patrzyłem na zdjęcie pięknych, kwitnących mam i uśmiechniętych, przystojnych i równie kwitnących tatusiów, przytulających swoje roześmiane dzieci w kreacjach jak z żurnala i myślałem: czy ze mną jest coś nie tak? Bo nasze dzieci są często naburmuszone, marudne i zwykle brudne, z plamami po jedzeniu na koszulkach i plamami od pisaków na rękach a ja jestem zmęczony i nerwowy.
Całe szczęście, że nie zaopatrzyliśmy się w książki i poradniki dla rodziców, których tyle nam oferuje wydawniczy rynek. Gdybym oddawał się dodatkowo lekturze podobnych wydawnictw, jak nic popadłbym w depresję. Mamy jedną książkę, napisaną dawno temu przez niejakiego Benjamina Spocka. Żona do niej czasem zagląda, ja prawie wcale. Bo i po co? Spock pisze co prawda mądre rzeczy, ale co z tego? Nasi Chłopacy, najpierw jeden, później drugi, zaczęli w pewnym momencie dawać się nam we znaki w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Stali się przekorni, mieli swoje humory i zmienne nastroje, zrobili się uparci. Bunt dwulatka – ogłosiła Żona kilka chwil po otwarciu woluminu. No tak, pomyślałem. Też mi mądra książka. Kiedy moje dziecko ma dwa lata i zaczyna się buntować, nie potrzebuję zagłębiać się w lekturę mądrych ksiąg, żeby skonstatować, z czym mam do czynienia. Wystarczy prosta dedukcja. Oczywiście doktor Spock daje rady, jak sobie radzić z kryzysem, ale nijak się one miały do rzeczywistości, zagarniętej i przeorganizowanej przez naszych zbuntowanych dwulatków.
Utwierdziłem się w przekonaniu, że czytanie książek o wychowaniu dzieci nie ma większego sensu.
Kiedy dziecko zaczyna płakać, bez wyraźnego powodu, gdy się je odkłada do łóżeczka, należy je przetrzymać. Tak na przykład radził Spock. Jeśli raz pozwolimy się sterroryzować ryczącemu maluchowi, problemy z jego opanowaniem będą z czasem coraz większe. Postanowiliśmy przetrzymać raz małego Gucia. Po pięciu minutach nieustannego krzyku, przetrzymywaliśmy dalej, bo książka nie określała, jak długo krzyki i płacze mogą trwać. Po dziesięciu minutach zaczęliśmy się niepokoić, po piętnastu – pojawiła się u nas  nerwowość, po kilku kolejnych sami mieliśmy ochotę zacząć krzyczeć. Spazmy Gucia trwały w najlepsze, niewiarygodne, ile małe dziecko ma w sobie energii i do jakiego stopnia opanowuje technikę krzyku, bo gardło mu przez ten czas nie wysiadło. W końcu okazało się, że to Gucio przetrzymał a właściwie przekrzyczał nas. Tyle, jeśli chodzi o książkowe dobre rady.
Jeśli według autorów poradników i artykułów to wszystko jest takie proste, a mnie z jakiegoś powodu nie wychodzi, to czy coś nie tak jest z poradnikami, czy ze mną?
Są też inne kwestie. Kiedy znajomym urodził się synek, zaczęli inwestować. Jednym z zakupów była tak zwana „mata edukacyjna”. Niewtajemniczonym wyjaśnię: mata  edukacyjna, to kawał materiału, taki dywanik, and którym rozkłada się dwa pałąki, służące do zawieszania zabawek - małych maskotek, grzechotek i tak dalej. Dostaliśmy coś takiego, kiedy Gucio był mały. Nie przepadał specjalnie za matą edukacyjną (nie wiem, czy to świadczy o wrodzonej niechęci do edukacji, chyba nie). Kiedy znajomi planowali zakup maty, przypomniało mi się, że mamy swoją, prawie nową. Zaproponowałem, że chętnie oddamy w dobre ręce. W odpowiedzi dostałem link do aukcji z matą, którą oni planują kupić. Na oko podobna – dywanik i dwa pałąki. Tylko cena mnie zaskoczyła, bo była pięciokrotnie wyższa niż ta, za jaką można kupić matę taką jak nasza. Zagłębiłem się więc w opis. Okazało się, że nie patrzę na zwykłą matę, tylko na wyjątkową. Matę stymulującą osiemnaście funkcji rozwojowych dziecka. Trochę zawstydzony wcześniejszą propozycją, już do niej nie wróciłem. Nasza mata niczego w jakiś szczególny sposób nie stymulowała. Kiedy zakup został dokonany, obejrzałem tego Mercedesa wśród mat dla niemowlaków. Od tej, na której edukowali się nasi Chłopcy różniła się tym, że naciśnięta w jednym miejscu, piszczała w irytujący sposób. Nie wiedziałem, co myśleć. Wnioski nasuwały się dwa: że, po pierwsze, rodzicom w szale kupowania można wcisnąć wszystko i że są tacy, którzy skutecznie to wykorzystują zbijając kokosy. Albo – wniosek alternatywny – że w haniebny sposób zaniedbaliśmy rozwój naszych dzieci, absolutnie lekceważąc potrzebę stymulowania ich do rozwoju. Jeśli wyrosną na nieuków o nieskoordynowanych ruchach i rozbieganym spojrzeniu, trzeba będzie uderzyć się w piersi i posypać głowę popiołem.
Piszę o tym wszystkim, bo przeczytałem właśnie wywiad z Leszkiem Talko, który sam napisał dwie lub trzy książki o wychowaniu dzieci, więc uchodzi za takiego, co się zna. Nie czytałem tych książek, jednak po lekturze wywiadu dochodzę do wniosku, że być może twórczość pana Talko, to jedyne pozycje o wychowaniu, które mógłbym czytać bez dyskomfortu i wyrzutów sumienia. Bo facet ma zdrowe podejście. I podobne do moich doświadczenie: jego również lektura podręczników dla rodziców wpędzała w rozterki i skłaniała ku wnioskowi, że jest kiepskim ojcem.
Po prawie sześciu latach bycia tatą wnioski mam takie, jak Leszek Talko: pewne rzeczy trzeba zostawić ich naturalnemu biegowi. Jeśli dzieci chcą się żywić jedynie chlebem z kremem czekoladowym (lub – jak w przypadku małych Talków – parówkami), to będą się nim żywić, aż im się odmieni. Brudzić też się będą, dopóki nie dojrzeją na tyle, że zauważą, że czasami a nawet zwykle lepiej jest być czystym. A kiedy dzieci nie śpią w nocy, to żadne mądre rady z książek nie pomogą. Kiedyś przyjdzie moment, że to one będą chciały się wyspać, ale nie będą mogły i wtedy sprawiedliwość zatryumfuje. Wcześniej rodzice muszą pogodzić się z sytuacją. Nikt im nie obiecywał, że będzie łatwo.