Mam nadzieję, że będzie Wesele, bo przeczytałem, jak niewiele innych
rzeczy. I w ogóle było fajne i mieliśmy dobrze omówione. Takie nadzieje
towarzyszą dzisiejszym maturzystom. Wielu z nich spodziewa się też zadań
związanych z literaturą współczesną. Może Dżuma,
może coś z literatury wojennej… Chociaż to akurat może być za trudne jak na podstawę. Może na rozszerzeniu?
Słucham przez
radio przytaczanych wypowiedzi młodych ludzi, którzy za chwilę mają wejść na
salę egzaminacyjną. Słucham i… nie powiem, że uszom nie wierzę, bo wierzę, choć
słowa „nie do wiary” na myśl mi się nasuwają. No bo jak to możliwe, że
maturzysta z uśmiechem na ustach, który to uśmiech nawet przez radio słychać
mówi, że poza Weselem to niewiele
przeczytał, do tego mówi to tuż przed przystąpieniem do egzaminu? Jak to
możliwe, żeby bać się tematów dotyczących literatury wojennej? Przecież to
temat rzeka: tylu autorów, tyle wątków, do tego literatura, którą się czyta
dość przyjemnie, mimo nieprzyjemnej tematyki. Żadnych archaizmów, hagiograficznych
niedorzeczności, żadnych romantycznych rojeń ani pozytywistycznych dylematów
ujętych w rozwlekłych tomiszczach. Dla młodzieży to jednak za trudne.
Jak powiedział
ostatnio mój Tytus na widok robaka: to
chyba jest jakiś koszmar!
Może jednak
nie powinniśmy dziwić się maturzystom? Może raczej powinno nam być ich żal?
Przecież są – ze swoją ignorancją, nie oczytaniem, brakiem wiedzy, lekceważącym
stosunkiem do słowa pisanego – produktem systemu, który gdzieś, kiedyś
strasznie się pogubił, popsuł, zamienił w karykaturę tego, czym powinien być.
Zaglądam
czasem do testów oddawanych przez zdających egzamin gimnazjalny uczniów (taki
przywilej członka egzaminacyjnej komisji). Zaglądam do tych ich rozprawek (rozprawka, to forma wypowiedzi pisemnej,
którą najbardziej upodobali sobie twórcy testów). Przeciętna praca mieści się
na trzech czwartych strony, składa się ze zdań, których ilość można pokazać na
palcach. W mojej pracy postaram się
udowodnić, że… - standardowy początek, powtarzany przez piszących jak mantra
przez buddyjskich mnichów. Przede
wszystkim jest tak, dlatego, że – to już rozwinięcie pracy. Podobnych,
jednozdaniowych argumentów pada jeszcze jeden, dwa lub trzy. Mam nadzieję, że w mojej pracy udowodniłem…
- mamy i zakończenie. I tyle. Praca
pisemna, wyczerpująca wypowiedź na temat, finis
coronat opus, arkusz testowy można oddać.
Gimnazjaliści
zdają oczywiście swoje egzaminy i dostają się do liceów. Tam rozwijają się
pewnie troszeczkę, ale to tylko wtedy, jeśli najdzie ich refleksja, że czegoś
nauczyć się warto, coś warto wiedzieć i potrafić. Ilu jest takich refleksyjnych
i pracowitych licealistów? Nie podejrzewam, żeby była to większa część ogółu.
Niepiśmienni
gimnazjaliści docierają jakoś do końca trzeciej klasy a nieoczytani licealiści
do egzaminu maturalnego. Wiadomo, że muszą dotrzeć, bo gdyby tak robić
odpowiednią selekcję, połowa klas stała by się w trakcie cyklu nauki za mało
liczebna, by przetrwać. Do tego jak bardzo ucierpiałby wizerunek szkół, gdyby
nagle oficjalne wyniki zaczęły odzwierciedlać rzeczywistość. Wszystko zaś
rozbija się o finanse: klasy nie mogą się rozpadać, bo to by groziło redukcją
nauczycielskich etatów. Wizerunek szkół nie może się pogarszać, bo szkoły
walczą o uczniów. Rejonizacja rejonizacją, a wolny rynek wolnym rynkiem,
wiadomo, co wygrywa. Do dobrej, a właściwie „dobrej” szkoły przyjdą dzieciaki z
rejonu a i z tych części miasta, w których szkoły rejonowe cieszą się gorszą
opinią. Za tym idzie większa liczba klas, więcej pieniążków. Jeśli o szkoły
średnie chodzi, mamy do czynienia tylko z prawami rynku i konkurencji, bo ich
rejonizacja nie dotyczy. Licea poszerzają więc i uatrakcyjniają swoją ofertę,
tworząc profilowane klasy, które tym różnią się od zwykłych, że uczniom dorzuca
się w tygodniu godzinę czy dwie zajęć z danego przedmiotu. Niewiele z tego
wynika, poza tym może, że przyszli absolwenci mają nadzieję, że zwiększono im
szansę zdania matury i dostania się na wybrany kierunek studiów.
Za to przed
maturą mają przeczytane Wesele i może
coś tam jeszcze, za to w ogóle nie wiedzą, o co chodziło w Dżumie, o Innym świecie
nie wspominając. Takie to przecież trudne. To chyba jest jakiś koszmar.