poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Die soft czyli plastikowa pułapka i inne atrakcje




Czytałem niedawno artykuł o współczesnym ojcostwie. O tym, że dzisiejsi ojcowie są zdecydowanie różni od własnych ojców. Dlaczego? Bo angażują się w opiekę nad dziećmi i w ich wychowanie. Potrafią przewinąć bobasa, wstają w nocy, gdy zaczyna płakać, kąpanie niemowlaka to już typowo ojcowskie zajęcie. Tatusiowie chodzą też z dziećmi na spacery, przesiadują z nimi w parkach i na placach zabaw, pchają wózki, dźwigają nosidełka i w ogóle nie postrzegają spędzania czasu z dziećmi jak zadania na kursie survivalu.
Kiedyś ojcowie wracali z roboty, jedli obiad przygotowany przez żonę po czym zajmowali się typowo męskimi sprawami, takimi jak siedzenie na kanapie, ewentualnie majsterkowanie albo naprawianie małych fiatów i polonezów, jeśli akurat byli ich szczęśliwymi posiadaczami. To trochę dziwne, bo kiedyś ojcowie nie pracowali w korporacjach, kończyli zmianę o piętnastej czy szesnastej i nie mieli nic więcej do roboty, przynajmniej jeśli chodzi o kwestie zawodowe. Dziś trzeba siedzieć po godzinach, dbać o wyniki, wyrabiać normy albo przynajmniej sprawiać wrażenie niesamowicie zaangażowanych w pracę, jakby poza nią życia nie było. A mimo to tatusiowie w końcu statusieli i chodzą na wywiadówki oraz odrabiają ze swoimi dziećmi lekcje, grają z nimi w piłkę i wożą na dodatkowe zajęcia. To ciekawe, ale nie będę się tu starał wyjaśniać tego fenomenu.
Chcę powiedzieć tyle, że tekst, o którym wspomniałem zaskoczył mnie, podobnie jak inne wypowiedzi na ten temat, utrzymane w podobnym tonie. Ja swoje dzieci przewijałem już na sali poporodowej, operacja ta zakończyła się sukcesem, choć nie miałem żadnego doświadczenia. Po prostu dotarło do mnie, że skoro dzieci przewijać trzeba, to trzeba i już, nie ma rady. Przewinąłem. Wstawałem w nocy, kąpałem, pchałem wózek, gotowałem zupki i było to całkiem naturalne, nie przyszło mi do głowy, że mogłoby być inaczej. Nie przyszło mi też do głowy, że robię coś na tyle niezwykłego, że ktoś mógłby chcieć o tym napisać w gazecie albo przeprowadzić ze mną wywiad jako z ojcem prezentującym jakąś niezwykłą postawę.
Inna sprawa, że z bycia nowoczesnym ojcem, można wyciągnąć pewne korzyści. Nagle okazuje się, że tyle fajnych rzeczy można robić, takich, których na pewno by się nie robiło, gdyby nie dzieci. Takie na przykład oglądanie filmów. W życiu bym nie poznał nowego wcielenia Supermana czy Spidermana, gdyby Chłopaki nie dostali płyt z filmami na urodziny. A że dostali, to obejrzałem i ja i całkiem nieźle się bawiłem. Albo książki – przeczytałem ponownie Hobbita, przebrnąłem przez dwie trzecie Władcy pierścieni, aktualnie połykam kolejny tom przygód Harrego Pottera. Świetnie się przy tej lekturze bawię i z niecierpliwością czekam żeby się dowiedzieć, co będzie dalej. Ćwiczę też przy okazji emisje głosu oraz rozwijam zdolności aktorskie, bo czytam oczywiście głośno. Jeśli chodzi o Harrego Pottera, to oglądam też ekranizacje kolejnych części i też mam z tego frajdę. A gdyby nie dzieci, to ani bym książek pani Rowling nie przeczytał ani filmów nie obejrzał, bo teraz jestem już przecież „starszy i poważniejszy i lektury mam trochę mądrzejsze”.
Ale książki i filmy to nie wszystko!  Niedawno odwiedziła mnie siostra ze swoim niespełna dwuletnim synkiem. Pogoda była marna a dzieciaki rozpierała energia, zapakowaliśmy je więc do samochodu i pojechaliśmy do wielkiej sali zabaw. Za moich czasów na placach zabaw stały huśtawki i blaszane zjeżdżalnie, z których strach było zjeżdżać (bo były strasznie zardzewiałe), chyba że rowerem. Wciągnąć rower po drabince a później zjechać nim w dół – to był wyczyn! Dziś „plac zabaw” to zupełnie co innego. Wielkie konstrukcje, rusztowania sięgające dwóch pięter, drabinki linowe, tunele z plastiku, zjeżdżalnie w formie spiralnych rur. Chłopaki ruszyli do zabawy a ja za nimi, bo najmłodszego trzeba było mieć na oku. Tak się przynajmniej wydawało. Plastikowe tunele mają to do siebie, że ich średnica pozwala dwulatkowi pokonać je w pozycji prawie wyprostowanej. Ja musiałem się czołgać. W środku jest strasznie gorąco i czuć skarpetkami. Pokonywanie tuneli jest więc męczące i po kilkunastu minutach uganiania się za dzieciakami czułem się jak John McClean w tunelach wentylacyjnych szklanego biurowca. Dodatkowo okazało się, że chłopaki, z najmłodszym włącznie, nie potrzebowali żadnego nadzoru – świetnie radzili sobie sami, sprawnie orientując się z kolorowym labiryncie. Ale i tak bawiłem się przednio.
Może więc cały sekret polega na tym, że my, tatusiowie dwudziestego pierwszego wieku, jesteśmy po prostu bardziej dziecinni, niż nasi ojcowie, którzy w pewnym momencie musieli definitywnie dorosnąć, bo chybotliwe huśtawki i zardzewiałe zjeżdżalnie nie wytrzymały by już ich ciężaru? Przygody misia Kolargola, Uszatka i Bolka i Lolka też w pewnym wieku już nie bawią a ojcowie sprzed trzydziestu lat nie mieli alternatywy w postaci uniwersum Marvela. Siadali więc na kanapie, oglądali Dziennik Telewizyjny, później 07 zgłoś się, a trudno to było robić z dziećmi. Dziś można wydorośleć, ale zostawić sobie jednocześnie margines na cieszenie się z dziecinnych rozrywek. Ot i cała tajemnica. Miło jest po prostu wpaść od czasu do czasu w plastikową pułapkę i uwolnić się z niej, zjeżdżając wielką, zakręconą plastikową rurą.

środa, 28 stycznia 2015

Guma, którą tak lubię, wraca w wielkim stylu, czyli jak dziecinnieję i dlaczego mi z tym dobrze




Guma, którą tak lubicie wraca w wielkim stylu! – o tajemniczym wpisie tej treści, na tweeterowym koncie Davida Lyncha donosiły ostatnio media. Oczywiście fani od razu domyślili się, o co może chodzić: Miasteczko Twin Peaks wróci! Nie powiem, żeby mnie ta informacja jakoś szczególnie poruszyła, bo mówiąc szczerze nie byłem nigdy fanem serialu.
Nie byłem fanem Miasteczka Twin Peaks, bo być nie mogłem. Dlaczego? Ano dlatego, że jak mawialiśmy w czasach, kiedy wielbicielem serii można było zostać, „mama mi nie kazała”. Takie już panowały w moim domu zasady – pewne filmy nie były przeznaczone dla dzieci i koniec. Tak  więc „mama mi nie kazała” oglądać Miasteczka, podobnie jak Policjantów z Miami i paru jeszcze innych produkcji, które oglądały wszystkie inne dzieciaki. Byłem przez to trochę upośledzony społecznie, kiedy bawiliśmy się na ulicy w policjantów, nie wiedziałem, kim mam być. Tym czarnym czy tym drugim? A może był tam jeszcze ktoś trzeci, w kogo mógłbym się wcielić?
Nie wiedziałem, ilu wartych zainteresowania policjantów było w Miami, kogo w kolejną środę aresztował Kojak, miałem mgliste tylko wyobrażenie o tym, kim jest Freddy Kruger no i w ogóle nie  miałem pojęcia, o co chodzi z całym tym Czerwonym Karłem, Zabójcą Bobem i agentem Cooperem.  Nie miałem, jednym słowem, o czym gadać z kolegami.
I nagle, po latach, postanowiłem nadrobić.
Śledzę już drugi sezon Twin Peaks, wiem kto zabił Laurę Palmer i czekam z niecierpliwością na rozwój wydarzeń oraz na powrót w wielkim stylu tej gumy, którą i ja polubiłem. To jednak nie wszystko. Skoro już wspomniałem o trudach mojego dzieciństwa, to powiem jeszcze, że nie mieliśmy odtwarzacza video, nawet w czasach, kiedy mieli go już prawie wszyscy. To mnie bardzo ograniczało. Moje zaległości się piętrzyły, moja ignorancja rosła. Wyobrażacie sobie, żeby w roku 1995 mieć trzynaście lat i nie wiedzieć kim jest Rambo? Ile ja musiałem nakręcić, żeby wyjść jakoś z twarzą, kiedy podwórkowe rozmowy schodziły na tematy kultury. Tak się wtedy wyćwiczyłem w lawirowaniu, że mógłbym dziś zostać doradcą pani premier w tych kwestiach.
Nigdy na przykład nie oglądałem Gwiezdnych Wojen, poza pierwszą częścią. Nigdy, aż do teraz. Bo oto pojawił się pretekst, żeby nadrobić i tą haniebną zaległość. Moda na rycerzy Jedi wybuchła w przedszkolu, przeniosła się do podstawówki i tym sposobem obejrzałem sagę od początku do końca z moimi Chłopakami. Nadrabiam, jednym słowem, straconą część dzieciństwa. Może powinienem, jak w piosence, być starszy i poważniejszy i filmowe zainteresowania mieć trochę mądrzejsze, ale cóż – siłą rzeczy z lekka dziecinnieję. Obejrzałem nowego Supermana i Spidermana, zaznajomiłem się z Kapitanem Ameryką, choć nigdy nie byłem fanem komiksów i nigdy mnie nie pociągali goście w trykotach (poza facetami, których w rajtuzy ubrał Mel Brookes). Co więcej, wróciłem też do lektur, na które, mógłbym się wydawać, jestem jednak za stary. Głośno odczytałem Chłopakom Hobbita i ponad dwie trzecie Władcy pierścieni. Teraz zaś jestem na etapie Harrego Pottera. Co wieczór odczytuję rozdział, Gucio słucha z wypiekami na twarzy i analizuje. Wiesz, ja teraz spać nie będę mógł przez tą komnatę tajemnic. Ciekawe, co w niej jest. Muszę przyznać, że ja też byłem ciekaw, co w niej jest oraz kiedy Harry to coś znajdzie i pokona. I czy zbiegły więzień Azkabanu dopadnie młodego czarodzieja? Jak zakończy się kolejny mecz quidditcha? Takie dziecinne myśli zaprzątają mi czasami głowę. I całkiem mi z tym dobrze.

wtorek, 7 października 2014

To jest miś społeczny, czyli o pomnikach




W Słubicach stanie pomnik Wikipedii. Nie, nie pomyliły mi się dni ani miesiące, nie mam poczucia, że dziś pierwszy kwietnia.  Wiadomość o planowanym wzniesieniu postumentu usłyszałem dziś w radio. Wypowiedział się nawet burmistrz Słubic, motywując pomysł faktem, że jego miasto to ośrodek akademicki, miasto młodych. Tego akurat lepiej byłoby nie podkreślać w omawianym kontekście. Chociaż, skoro pomysłodawcą projektu jest dyrektor Collegium Polonicum w Słubicach, wyznania burmistrza nie mają już właściwie znaczenia.
My, Polacy w ogóle lubimy pomniki. Mamy największy na świecie pomnik Jezusa, mamy pomniki papieża a imię ich legion. Nie przeszkadza nam nawet, że papież, Nasz papież ma na tych pomnikach wiele twarzy, z rzadka tylko swoją własną. Czasami wygląda jak Mariusz Pudzianowski, czasami jak ludek ulepiony z plasteliny przez przedszkolaka, a często z twarzy podobny jest zupełnie do nikogo. Nieważne, grunt, że stoi, uśmiecha się i błogosławi.
Wrocław ma swoje krasnale. Podobno sympatyczne, o ile człowiek się o takiego krasnala nie potknie i nie wybije zębów. Toruń jest też miastem pomników, rzeźb i figurek. Mamy oczywiście Jana Pawła, mamy też mieszczki, Torunianki z dawnych czasów, które ludzie głaszczą w różnych miejscach. Mamy osła na rynku i psa Filutka oraz wózek odlany z brązu, załadowany stertą gratów, który ma podobno coś wspólnego z jakimś filmem. Ostatnio zaś dorobiliśmy się upamiętniającego żołnierzy wyklętych głazu. Głaz jak głaz a przedstawicieli antykomunistycznej partyzantki może i warto upamiętniać, tyle tylko, że nasz toruński głaz jest jakiś dziwny. Jego dziwność bierze się stąd, że tu i ówdzie sterczą z niego stalowe elementy, które w pierwszym skojarzeniu przywodzą na myśl husarskie  skrzydła. Gdzie husaria a gdzie ludzie z lasu? Przechodziłem kiedyś obok nowo wówczas odsłoniętego pomnika z Chłopakami. Tytus zapytał co to, Gucio mu odparł, że chyba jacyś rycerze. Czyli wszystkim, nawet sześciolatkom się kojarzy nie z tym, z czym powinno. Pytanie o to, jakimi ścieżkami biegły myśl twórcy, gdy tworzył, pozostaje bez odpowiedzi. Choć może to ja nie rozumiem, może jest tam jakaś doniosła patriotyczna wizja, uzasadniona alegoria czy inna symbolika. Pocieszam się myślą, że nie tylko ja nie rozumiem, inni też patrzą na kamień z wyrazem niezrozumienia rysującym się na twarzy. Być może kiedyś opodal kamienia stanie pomnik zdziwionego przechodnia? Pierwszy w Polsce i na świecie? Kto wie!
Jeśli miałby stanąć i rzeczywiście otrzymać chlubne miano pierwszego, powinniśmy się pospieszyć. Bo kiedy słubicki projekt zostanie zrealizowany, kiedy już zrzucą z niego zasłonę i przetną wstęgę (choć nie wiem, czy pomniki odsłania się przecinając wstęgę), zdziwionych może przybyć. No bo przeanalizujmy cały ten koncept. Wikipedia – źródło nie zawsze sprawdzonej i rzetelnej, przekazywanej bowiem przez amatorów, wiedzy. Pierwsza pomoc dla odrabiających zadania domowe gimnazjalistów, którzy nie chcą się przemęczać przewracaniem stron w książkach. Fundament prac pisemnych z wszelkich dziedzin – fundament kładziony metodą kopiuj – wklej. Twór czasem faktycznie przydatny, kojarzący się jednak, przynajmniej mnie, osobie z lekka niedzisiejszej, która naukę i studiowanie wiąże raczej z poszukiwaniami w bibliotekach, z chodzeniem na łatwiznę. Ten twór ma stanąć dumnie na placu i podkreślać akademicki charakter miasta. Pomysł zgoła ekscentryczny, czy może cyniczny. Choć może to po prostu wizja realisty, który się nie oszukuje, gdy myśli o stanie młodych umysłów i poziomie krajowej edukacji.
Może tak jest, idąc więc dalej tym tropem proponuję, by więcej było takich inicjatyw na skalę naszych możliwości, na miarę naszych czasów i odpowiadających żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. Gimnazjum, dajmy na to, imienia Autorów Bryków.

czwartek, 25 września 2014

Miało być o czymś innym, a będzie (znowu) o Chłopakach, czyli zmiana koncepcji




Dawno mnie nie było. Byłem zajęty. Dużo spraw na głowie i absolutny brak głowy do pisania. Sporo się pozmieniało. Jedno na lepsze, drugie na gorsze a jeszcze inne na po prostu inne. Przemy do przodu.
Znowu będzie o Chłopakach – cóż poradzić. W kwestii Chłopaków pozmieniało się dużo. Nauczyli się jeździć na rowerze, więcej nawet – nauczyli się na rowerze nie tylko jeździć, czyli poruszać się do przodu ruchem mniej lub bardziej jednostajnym, ale opanowali też umiejętność samodzielnego ruszania z miejsca oraz zatrzymywania się z użyciem hamulców. To ostanie szczególnie mnie cieszy, bo wcześniej jazda kończyła się często na płocie albo parkującym pod płotem samochodzie. Trochę mnie to stresowało.
Gucio poszedł do szkoły a Tytus do zerówki. To kolejna zmiana, poważniejsza nawet, niż ten rower. Guciowi w szkole na szczęście się podoba. Pani jest fajna, na lekcjach jest fajnie, w świetlicy jest również fajnie a na basenie to nawet bardzo fajnie. Czyli wszystko fajnie… by było, gdyby nie te zadania domowe. Już w pierwszym tygodniu września, korzystając ze swojej wiedzy, zawodowego doświadczenia i innych kompetencji potwierdzonych dyplomami i zaświadczeniami, zdiagnozowałem u Gutka dyslekcję. Wystarczy, że Gucio usiądzie do biurka, żeby zabrać się za odrabianie lekcji i od razu zachciewa mu się spać. Napady ziewania są nie do zwalczenia. Głowa zaczyna mu się kiwać – musi ją podpierać ręką. Oczy same się zamykają. Albo wręcz odwrotnie: nie może usiedzieć na krześle. Ma do opowiedzenia milion rzeczy, do zrobienia – drugi milion. Kręci się na wszystkie strony i zajmuje czym popadnie, tylko, oczywiście, nie odrabianiem lekcji. Dyslekcja dwubiegunowa, jak nic.
Tytus też miewa czasami coś zadane. Radzi sobie z wrodzoną sobie fantazją. Ostatnio musiał pokolorować obrazek. Na obrazku była pani, która trzymała w ręku bukiet kwiatów a jeden kwiatek miała wpięty we włosy. Tytus zaczął od włosów – pani szybko stała się blondynką. Niestety – kwiatek we włosach również uzyskał barwę blond. Starałem się wytłumaczyć, że trzeba starannie, że kwiatek powinien być inny, niż włosy. Jak będziesz kolorował bukiet, to się postaraj – mówię – pokoloruj kwiatki na jakiś ładny kolor. Tytus się zamyślił. Może sobie przeliczył te kwiatki w bukiecie i wyszło mu, że za dużo. Wiesz co? – mówi. Te kwiatki to są stokrotki, one muszą być białe. Nie oparłem się sile argumentu.  Ciekawe, czy nauczyciele docenią kiedyś taką inwencję.
Może docenią, szczególnie panie nauczycielki. Bo Tytus ma w sobie to coś. Kilka dni temu, gdy odprowadzałem go do przedszkola… przepraszam, do zerówki, pani powitała nas słowami: O, mój podrywacz! Od razu wiedziałem, że nie chodzi o mnie, popatrzyłem więc na syna. Bo jak on się tak uśmiechnie, jak spojrzy w oczy… - pani rozpływała się w opowieściach. Nie zdziwiłem się, bo nie ona pierwsza. Tytus podoba się po prostu paniom, w różnym wieku, panie zaś podobają się jemu. Zmiana wychowawczyni w przedszkolu doskwierała mojemu Tytusowi szczególnie z jednego powodu: Wolałem panią Anię. Bo była ładniejsza… no i więcej nam pomagała. To o pomaganiu dodał po chwili, chyba tylko pro forma.
Tak się złożyło, że synów mam dwóch – dwóch zupełnie różnych. Gucio jest chudy, taki szczypior, jak ja. Tytus ma zadatki na wielkiego chłopa. Ja bym tak chciał, lecz już chyba próżne nadzieje. Gutek jest w ogóle do mnie podobny (ile razy słyszałem ten komentarz, że Gucia to bym się nie wyparł – jakbym miał taki zamiar…), tyle, że rudy (chociaż dziadek, mój tata twierdzi, że nie rudy, tylko taki „złocisty” i że on też taki był jak był mały – czyli, tak czy inaczej, dziedziczy po mieczu). Gucio jest typem marudy, co to wszędzie znajdzie jakiś problem. Denerwuje mnie to czasem niemiłosiernie, chociaż sam miewam podobne tendencje. Tytus do wszystkiego podchodzi z większym luzem i jeśli koniecznie nie musi, to się nie przejmuje. Miło, to ułatwia życie. Gucio marudzi też przy jedzeniu. To również mnie denerwuje, chociaż powinienem zrozumieć – sam uznaję, że jeśli ktoś zabiera się za gotowanie, powinien to robić porządnie, dokładnie i z dbałością o szczegóły – albo sobie odpuścić. Ryb nie jadam, bo są w nich ości. Nie lubię zbędnych rzeczy w jedzeniu, podobnie jak Guć, który nie je kiełbasy, odkąd znalazł kiedyś w jednej chrząstkę, czy coś innego, co nie dało się normalnie pogryźć. Tytus największy problem z jedzeniem ma taki, że często nie wie, co chciałby zjeść. Kiedy się już dowie – je z apetytem. No i ma podejście do kobiet, o którym ja mogłem tylko marzyć. Kiedyś, bo teraz wystarczy mi odpowiednie podejście do jednej kobiety, nad którym ciągle staram się pracować i które próbuję udoskonalać, mam nadzieję, że z dobrym skutkiem.
Przydała by się na koniec jakaś puenta. Ale żadna nie przychodzi mi do głowy. Coś mi się niby w głowie kołacze, teorie o ja realnym i ja idealnym, które pamiętam z zajęć z psychologii – i że Chłopaki to takie odbicie tych moich ja. Ale może to zbyt śmiało byłaby wysnuta teoria?

sobota, 14 czerwca 2014

O Dniu Chłopaków, czyli żeby nie zapomnieć, jak się pisze




Mówię czasami różne rzeczy. Trzeba ćwiczyć aparat mowy na wypadek, gdyby się miało coś naprawdę ważnego do powiedzenia – nie wiem, gdzie przeczytałem te słowa, nie pamiętam, kto je napisał. Ale zapadły mi w pamięć. Ja też mówię czasami różne rzeczy, uczestniczę w rozmowach bez znaczenia, plotkuję czasem w pracy. Jednym uchem wpuszczam, drugim wypuszczam. Wtrącam coś od siebie. Shit-talk – tak to kiedyś, jakże trafnie, określił jeden mój znajomy. Z nim lubiłem rozmawiać, nie prowadziliśmy shit-talków, ale znajomość się urwała.
Nagle uderzyła mnie myśl, że podobnie jest z pisaniem. Trzeba czasem coś napisać, żeby nie zapomnieć, jak się kleci zdania, prowadzi wywód – wszak to cenna umiejętność, którą szkoda by było zatracić. Tyle, że rozmowę prowadzić łatwiej, tam zawsze jest ta druga strona, wystarczy się ograniczyć do reagowania na to, co ona mówi. A pisać trzeba samemu. Od początku do końca wymyślić tekst. I zadbać, by była w nim jakaś treść, bo inaczej, wiadomo: jak gdzieś nie ma treści, to można tam podkładać różne treści. I wtedy nie wiadomo, co może wyniknąć.
O czym tu jednak pisać, gdy dookoła nic szczególnego się nie dzieje? To znaczy dzieje się, ale to są takie moje zwykłe codzienności, zakładam, że niekoniecznie interesujące dla innych.
Ostatnio na przykład obchodziłem z Chłopakami Dzień Chłopaków. To takie nasze małe, cykliczne święto. Żona wyjeżdża na sobotę i niedzielę w celach edukacyjnych a my zostajemy sami. Niby nic, a jednak coś. Zwykle Dni chłopaków nie są jakieś szczególnie ekscytujące. Robimy zakupy, sprzątamy (to znaczy ja sprzątam a Chłopaki przemieszczają sterty bałaganu w swoim pokoju z jednego miejsca na inne), gotujemy obiad. Brzmi to raczej jak zaprzeczenie Dnia Chłopaków – właśnie to sobie uświadomiłem. Cóż. Ostatnio jednak świętowaliśmy huczniej. Wybraliśmy się do miasta. Obiecałem Chłopcom kilka dni wcześniej specjalną atrakcję, jeśli się będą starać i będą grzeczni. Byli, trzeba im przyznać. Dowód na to, ze jak chcą, to potrafią. Wystarczy odpowiednia motywacja. Wybraliśmy się więc do miasta. Chłopaki wypluskali się w fontannie, która tryska u nas od dwóch czy trzech lat na jednym z placów i przyciąga wszystkie dzieciaki spragnione pluskania. Czyli wszystkie dzieciaki. Później przyszła kolej na gwóźdź programu – obiad w McDonaldzie. Gucio i Tytus nigdy jeszcze w tej świątyni tłuszczu i cukru nie byli, ale od jakiegoś czasu mieli straszną ochotę, bo przedszkole obiegła wieść, że w McDonaldzie można dostać głowę Spidermana. Zamówiliśmy zestawy Happy Meal i faktycznie, dostaliśmy głowy. Plastikowe wisiorki, wyglądające jak najgorsza tandeta z odpustowego straganu. Ale co zrobić, z modą, zwłaszcza tą przedszkolną, trudno dyskutować.
Po obiedzie przyszedł czas na deser. Kupiłem więc Chłopakom lody, po czym znaleźliśmy miejsce w ogródku jednej z knajp. Zamówiłem sobie piwo. Jak Dzień chłopaków, to Dzień Chłopaków, tacie też się należy!
Gdy wracaliśmy, Chłopcy nagle odśpiewali mi piosenkę, której nauczył ich Pan Kuba od rytmiki. Ten nasz tata to okropnie fajny facet! Nie chciał draki, więc dzieciaki wziął na spacer. Dobrze z tatą iść, dobrze z tatą iść… Strasznie miło mi się zrobiło. Na koniec, gdy Tytus oznajmił, że to był fajny dzień, ogarnęło mnie więc poczucie radości z dobrze wykonanego zadania.
Żeby nie było za różowo, wspomnę o pewnym wątku, który się przy okazji Dni Chłopaków pojawił. Tata, znaczy ja, pozwalam podobno na więcej. Taka refleksję miała moja żona, czyli mama. Zastanowiłem się: no tak, pozwalam włazić na drzewa, wspinać się na płoty, walić młotkiem, ciąć gałązki sekatorem. Ale czy to źle? Mamy są chyba z natury swej bardziej ostrożne. A tata, to tata. Tym bardziej tata chłopaków. Chłopaki, jak świat światem, lubili łazić po drzewach (i niech mi żadna feministka wojująca nie próbuje tu wmawiać, że to z powodu mniejszego zaawansowania w naszym przypadku procesu ewolucji!). Dlaczego miałbym zabraniać moim Chłopakom czegoś, co mi sprawiało straszną frajdę (i na co ciągle mam czasem ochotę). Na zbite i podrapane kolana się nie umiera, co też wiem z własnego doświadczenia. A sekatorem wcale nie tak łatwo odciąć sobie palec.
Zostanie pewnie tak, jak jest. Tata będzie mniej ostrożny (co nie znaczy, że lekkomyślny). I będzie tym fajnym facetem, który za jakiś czas kupi Chłopakom scyzoryki. Przecież facet powinien mieć scyzoryk, prawda?