Wspomniałem ostatnio o Lepoldzie Tyrmandzie i jego dzienniku (Dziennik 1954 – tak brzmi tytuł), cytując fragment o bałaganiarskiej Bognie. Tyrmand zaczął pisać dziennik z braku lepszego zajęcia, popadł przy tym w niewielką obsesją, do której jednak podchodził z dystansem (przytacza w pewnym miejscu słowa jednego ze swoich znajomych, który śmieje się, zwracając uwagę na niezwykłe zaangażowanie w pisaninę, że Tyrmand przestanie w końcu wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi, robić cokolwiek, bo będzie pisał dziennik). Dziennik urywa się nagle. Jest wpis urwany w pół zdania i koniec. We wstępie do pierwszego pełnego polskiego wydania, autor tłumaczy, dlaczego tak się stało. Otóż – pojawiło się lepsze zajęcie. Tyrmand dostał zlecenie na napisanie powieści. Wywiązał się, i to jak!
Właśnie o tej powieści chciałbym słów kilka. Zabrałem się za czytanie jakiś czas temu i zostałem powalony, ogłuszony, wciągnęło mnie bez reszty. Mówię tu o Złym – dziele niezwykłym, jednej z lepszych książek, przynajmniej tych należących do szeroko pojętej beletrystyki, jaką zdarzyło mi się czytać.
Oto mamy powojenną Warszawę. W sumie to ona – miasto – jest głównym bohaterem książki. Jest zniszczona, brudna, pełna zrujnowanych kamienic, zakazanych knajp, ciemnych uliczek i niebezpiecznych zaułków. Jeżdżą po niej przepełnione do granic, spóźniające się tramwaje i autobusy, w których co rusz wybuchają awantury. Chodzą po niej ludzie, którzy starają się jakoś funkcjonować w nowej rzeczywistości, którzy by jakoś wyglądać, polują na okazje „na ciuchach”, robią lewe interesy – by jakoś żyć. Którzy się boją, że w każdej chwili mogą dostać po mordzie od chuligana, czy innego bikiniarza – to nowa plaga, zakała społeczeństwa.
W tym malowniczym mieście, które zawzięcie walczy z własną szarością, pojawia się Zły, by walczyć z występkiem. Widzimy go po raz pierwszy, gdy ratuje z opresjo Martę. Dwoma silnymi uderzeniami uzbrojonej w ozdobiony wielkim diamentem pierścień ręki posyła do szpitala nocnych napastników. Wszystko obserwuje ze swojego stanowiska Janusz Kalodont, stary kioskarz z wybuchową przeszłością konspiratora. Obserwujemy i my, czytelnicy, z zapartym tchem, a później, podobnie jak uczestnicy zajścia, zastanawiamy się, co właściwie się stało. Pojawił się znikąd, i nagle zniknął, pozostawiając po sobie wspomnienie niesamowitych, lśniących oczu i lśniącego łuku zarysowanego przez diament, zmierzający celnym sierpem ku twarzom napastników. I tyle. Nikt nie widział właściwie, jak wygląda, skąd się wziął, dokąd odszedł.
To dopiero początek. Tropem Złego podążamy wraz z lekarzem pogotowia, doktorem Witoldem Halskim, który zauważył podczas jednego z nocnych dyżurów pewną prawidłowość, w postaci regularnie trafiających na oddział zakapiorów, nieprzytomnych, z twarzami pokiereszowanymi uzbrojoną w coś ostrego i twardego, pewnie sygnet, pięścią. Śledzimy nocnego mściciela wraz z porucznikiem Michałem Dziarskim, funkcjonariuszem MO, któremu nie podobają się mnożące się samosądy; z tajemniczym panem w staromodnym meloniku, który układa jakąś swoją tajemną układankę; z redaktorami „Ekspresu Wieczornego”, Edwinem Kolanko i Kubusiem Wirusem. Poznajemy mieszkańców Warszawy, oraz jej podziemie, rządzone przez strasznego Obywatela Kudłatego, niekwestionowanego herszta półświatka, którego oglądać, a właściwie wysłuchać, bo twarz skrywa zawsze w cieniu, mają okazję nieliczni wybrańcy, wykonawcy najpoważniejszych przestępczych misji. Poznajemy zaufanego Kudłatego – Filipa Merynosa, który planuje największy przekręt w dziejach powojennej stolicy. W końcu poznajemy i samego Złego oraz jego przeszłość i mroczny sekret, leżący u podstaw całej historii. Przy okazji przewija się przed naszymi oczami korowód przebarwnych postaci – chuliganów, pijaczków, przedsiębiorców (na miarę czasów), cwaniaczków, mrocznych typków, kobiet, które spotkały złych mężczyzn, mężczyzn, którzy pokochali nie te kobiety, obywateli, którzy tęsknią za przygodą i heroicznymi czynami, zasłuchanych w zakazanym jazzie bikiniarzy z wyczesanymi plerezami, w marynarkach z „ciuchów”.
Tyrmand pisze tak barwnie, tak porywająco, że aż dech zapiera. Splata ze sobą historie życia bohaterów, tworząc z nich perfekcyjny wieniec, wieniec w którym każdy listek jest idealnie na swoim miejscu. I aż dziw, że nikt tego jeszcze nie przerobił na scenariusz. A może i dobrze, bo choć mógłby z warszawskiej historii powstać film, przed którym musiałby klęknąć i Tarantino, mimo swojego Pulp Fiction, i Guy Ritchie, mimo Przekrętu, i większość polskich twórców, z powodu tego, co do tej pory stworzyli, to równie dobrze, znając talenty polskich scenarzystów, reżyserów, hojność producentów i wyobraźnię specjalistów od castingów – mogli byśmy otrzymać mdłego gniota w styropianowej scenografii rodem z osławionego Quo Vadis, z „zabójczo przystojnym” Maciejem Zakościelnym w roli głównej. A to by była profanacja i zniewaga gorsza od tych, które spotkały wszystkich Sienkiewiczów, Mickiewiczów, Fredrów i kogo tam jeszcze razem wziętych.