poniedziałek, 12 grudnia 2011

Za dużo rzeczy, za dużo na głowie, czyli o minimalizmie

Miałem ze sobą plecak, duży, ze stelażem. I wojskowy plecak kostkę. Pomieściłem tam cały dobytek, a przynajmniej wszystkie rzeczy, które były dla mnie ważne lub których posiadanie było nieodzowne. W plecaku miałem garnek, talerze: płaski, głęboki i śniadaniowy; sztućce, jakieś książki, magnetofon i kasety. Trochę ciuchów. Z całym tym majdanem sprowadziłem się pewnego dnia do akademika.
Po roku przeprowadzałem się do mieszkania, które wynajęliśmy ze znajomymi. Miałem już więcej rzeczy. Nabyte w ostatnim czasie książki, teczki z notatkami i kserowanymi fragmentami podręczników, nowe kasety (odkryłem świetny komis muzyczny, więc kolekcja się zwiększyła), ciuchy, które zwiozłem z domu lub kupiłem w tak zwanym międzyczasie. Było tego trochę, ale i tak, żeby się przeprowadzić, wystarczyły dwa kursy z plecakiem. Łatwo, prosto, bez zbędnych komplikacji. Z pierwszych zakupów, na które wybrałem się z nowego mieszkania, wróciłem z koszem na śmieci, segregatorami, które miały mi pomóc uporządkować papiery, nową doniczką dla fikusa, którego niedawno dostałem. Więcej rzeczy.
Gdy wyprowadzałem się cztery lata później, po skończeniu studiów, o pomoc w przeprowadzce poprosiłem kuzyna dysponującego samochodem. Zrobiliśmy trzy kursy, przewożąc książki, papiery, zeszyty i notatniki, gary, ciuchy, komputer, tarczę do darta, kolekcję kufli i pokali do piwa, terrarium z ptasznikiem oraz fikusa, który dzielnie mi towarzyszył już czwarty rok. Po roku kolejna przeprowadzka – tym razem docelowa, do naszego domku. Znowu kilka kursów autem.
Nagle, poza posiadanymi dotychczas rzeczami, zacząłem posiadać dom, ogród, samochód… Dom z kredytem, ogród, który najpierw trzeba było wysprzątać i zagospodarować (kupiłem niezbędne do tego narzędzia), żeby zasługiwał na swoje miano, samochód, który trzeba tankować, ubezpieczać, przeglądać i naprawiać. W domu pojawili się Chłopacy i zaczęło się w nim robić ciasno. Wszędzie są zabawki, w różnych zakamarkach natrafiam na zakopane skarby, których różnorodność ciągle mnie zaskakuje. Miliony małych spodenek, sweterków i koszulek albo czekają na wypranie, wysmarowane jogurtem, zalane herbatką, albo piętrzą się, zdjęte z suszarki, czekając na poskładanie. Części, które odpadły od zabawek made in Badziewland, pojawiają się nagle w najmniej oczekiwanych miejscach. Potrzebna była nowa szafa.
Nowa szafa, telewizor, sprzęt grający, odtwarzacz DVD, nowe talerze, sztućce z Ikei, abażur do lampy, szklanki do napojów, miseczki do deserów, foremki do ciastek, roleta na okno, narzuta na łóżko, lampka na biurko, dywanik do sypialni, ramka do zdjęcia, szczoteczka do zębów i pojemnik na szczoteczki i mydelnica pasująca do pojemnika na szczoteczki; szczotka do mycia toalety na stojaku pasującym do mydelniczki pasującej do pojemnika na szczoteczki – wszystko harmonizuje z płytkami na ścianie…
Kupujesz meble. Wmawiasz sobie, że ta sofa wystarczy ci już do śmierci. Kupujesz tę sofę, a potem przez parę lat żyjesz z błogim poczuciem, że cokolwiek się stanie, problem sofy masz rozwiązany. Potem kupujesz komplet talerzy. Potem idealne łóżko. Zasłony. Dywan.
Potem stajesz się więźniem swojego przytulnego gniazdka, a przedmioty, których dotąd byłeś właścicielem, biorą teraz ciebie w swoje posiadanie.[*]
W ostatnim numerze Przekroju znaleźć można artykuł o minimalizmie i minimalistach. Ludziach, którzy nie kupują zbędnych rzeczy, nie mają kredytów, ci radykalni – posiadają jedynie około setki przedmiotów. Nie pozazdrościłem im. Nie do końca. Sam, nie chciał bym mieć mebli z recyklingu (kanapy ze starej wanny i foteli ze sklepowych wózków), nie zdobył bym się na uwolnienie książek (zostawić je gdzieś, żeby pozbyć się ‘zbędnego’ przedmiotu a komuś innemu pozwolić cieszyć się lekturą? – absurd; sam zresztą kiedyś przywłaszczyłem sobie taką uwolnioną książkę – 49 idzie pod młotek, Pynchon przeze mnie zniewolony – nie jest mi szczególnie wstyd, choć może powinno). Nie tak do końca zazdroszczę bohaterom artykułu, ale gdy patrzę na mrugającą zza kierownicy samochodu czerwoną lampkę i myślę o konieczności założenia zimowych opon (szybciej, bo zima może się zacząć w każdej chwili!), to nachodzi mnie refleksja, że w czasach, kiedy wszędzie docierałem na piechotę, miałem trochę więcej spokoju. Jakiś czas temu zepsuł się nam telewizor, zapłaciłem za naprawę. Czy najskuteczniejszym sposobem na to, by telewizora nigdy nie musieć naprawiać, nie byłoby nieposiadanie telewizora? Proste, logiczne i niezawodne rozwiązanie.
Na naszej idealnej kanapie podarło się ostatnio obicie. Trzeba będzie wymienić. Nowe obicie, nowe poduszki, nowe zasłony na okno, pasujące do nowego koloru kanapy, nowy kolor na ścianach, współgrający z nowym obiciem, nowymi poduszkami i nowymi zasłonkami…


[*] Chuck Palahniuk,  Podziemny krąg

22 komentarze:

  1. No tak... tak właśnie teraz żyjemy... konsumencko... kwestia podejścia :) ja lubię swoje rzeczy, ale staram się co jakiś czas robić segregację:) co by się nie mnożyć w nieskończoność :P


    P.S. DH :) rozumiem doskonale te problemy strategiczne :) mimo iż nie mam Dzieci... też miałam trudności z dotarciem do kina :) ale cieszę się, że się udało!

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę obok tematu - nie mogę patrzeć na to, co się porobiło z PRZEKROJEM...

    ...kiedyś nawet nosiłem się z zamiarem prenumeraty, dziś to pisemko (objętość) jestem w stanie w ciągu 20 minut przeczytać stojąc przy prasie w markecie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Egzystencjalny ewolucjonizm, od plecaka z najbardziej potrzebnymi rzeczami, po dom z ogrodem, samochód i rodzinę. Oby tylko ten rozwój nigdy nie cofnął się z powrotem do jednego plecaka z podstawowymi przedmiotami.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Też mam nadzieję, że się nie cofnie :-) Ale kiedy czasami dociera do mnie ogrom przedmiotów, które mnie zalewają, to się zastanawiam, na ile one wszystkie są potrzebne a na ile komplikują - w różnym stopniu i na różne sposoby - życie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dlatego by choć na chwilę oderwać się od zgiełku spraw codziennych, warto wybrać się do lasu i spocząć na pniaku, czy położyć się wśród traw na rozgrzanej słońcem łące. Teraz co prawda jest to niemożliwe, ale orzełek na śniegu (którego niestety jeszcze nie ma) też da wiele radości i pozwoli troszkę odetchnąć :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytałam ten artykuł. Najtrudniej byłoby mi się pozbyć książek. 100 książek? Nigdy. Tu moje przywiązanie do rzeczy najbardziej daje znać.

    OdpowiedzUsuń
  7. 100 książek i już nic więcej, nawet... szczoteczki do zębów :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bez rzeczy nie sposób żyć, nie warto się więc przed nimi bronić. W dawnych wiekach próbowano narzucić mnichom regułę zakładającą nie posiadanie niczego. Nie dało się, bo ludzie wariowali.
    Lubię swoje rzeczy, lecz nie zaliczają się do nich kanapa, poduszki i zasłony, a kolor na ścianach utrzymuję ten sam przez lata i chciałbym, aby sklep z farbami dostarczał mi ten sam odcień także za lat dwadzieścia.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja moją kanapę w sumie lubię. A zasłony i ściany... Zasłon nie mam - powiedzmy, że wkradła się fikcja literacka ;-) Chodzi o to, że bardzo często wpadamy w taką pułapkę: sprawiamy sobie generatory potrzeb. Na przykład:
    Kiedyś nie miałem samochodu i nic w tym nie było złego. Pewnie byłem zdrowszy, bo miałem więcej ruchu; więcej czasu na słuchanie muzyki po drodze gdzieś. Teraz mam samochód a wraz z nim potrzebę tankowania, wymiany płynów, robienia przeglądów, zmiany opon, opłacania ubezpieczenia, dokonywania napraw, bo wóz nie nowy - właściwie cały rok coś. Do tego wypada auto umyć od czasu do czasu i ogólnie doprowadzić do porządku, jeśli to przez dłuższy czas zaniedbam, pojawia się dyskomfort, małe wyrzuty sumienia. Samochód, to nie tylko samochód, ale cała SYTUACJA posiadania samochodu.

    OdpowiedzUsuń
  10. @ władco_much (Belzebubie? :-)) spacer na łąkę, to tylko chwila relaksu, na dłuższą metę niczego nie rozwiązuje...

    OdpowiedzUsuń
  11. Kiedy częściej się przeprowadzałam miałam mniej rzeczy - minimalizm - do tego dążyłam. Tu gdzie jestem mieszkam 12 lat, a już wiem, że w przyszłym roku znowu za morze, i te wszystkie kwiaty, skorupy, karafki, książki... nazbierało się. Rozleniwiło mnie te 12 lat. Chociaż tyle dobrego - nie mam telewizora...

    Miłego przemeblowania! :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Oczywiście że niczego nie rozwiązuje, jednak taki spacer i chwila relaksu na łonie natury jest przyjemna prawda?
    Żyjąc w dzisiejszych czasach i społeczeństwie, ciężko żyć minimalistycznie (w dosłownym i skrajnym tego słowa znaczeniu), bo zostaniemy uznani za dziwaków, leni, niedbaluchów, przynajmniej w mojej opinii tak by było :)

    OdpowiedzUsuń
  13. To akurat niestety racja - większości z nas w ogóle trudno akceptuje się inność: niestandardowe podejście do różnych rzeczy, poglądy różne od ogólnie uznanych za normalne i właściwe...

    OdpowiedzUsuń
  14. Niestety, każda inność, odstępstwo od reguły i ogółu traktowane jest z góry, bardzo często tępione i odrzucane na boczny tor. Smutne, ponieważ przez takie ograniczenia, człowiek tkwi w swoim zacietrzewieniu i zupełnie nie rozwija się kulturowo...

    OdpowiedzUsuń
  15. ... ani kulturalnie ani pod innymi względami :-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Całego świata się nie zmieni, trzeba zacząć od siebie :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  17. To do mnie? Świetnie, poczułam się jak intruz, już się zwijam. Pozdrawiam i przepraszam

    OdpowiedzUsuń
  18. a ja nie mam telewizora, nie mam samochodu ani własnego mieszkania, nie mam też kredytów i muszę przyznać, że daje to człowiekowi w pewnym sensie poczucie wolności, myślę jednak, że taki stan nie będzie trwał wiecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  19. W pewnym momencie trudno pewnych rzeczy uniknąć. Z resztą - nie chce się wcale unikać ;-) Choć wolność to trochę ogranicza, fakt...
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń