poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Remont, pech i myślenie życzeniowe


Remont. Pomalować ściany w kuchni i pokoju – cztery dni i po robocie. Taka wizja jawiła się mojej żonie. Ja wiedziałem swoje. Że jak pomalować, to wcześniej pewnie coś wygładzić. Że zagruntować, że samo przygotowanie potrwa – przestawianie mebli, wynoszenie książek, demontowanie regału, opróżnianie szafek… A tu żona przebąkuje, że kuchnię i pokój, ale może i sypialnię. Jakie cztery dni, ja się pytam?
Pytam się i dostaję burę za marudzenie i malkontenctwo. A ja tylko patrzę na sprawę realnie.
Zabieram się za robotę. Oczywiście – tylko  malowanie okazało się bardziej skomplikowane, bo łączyło się z modernizacją oświetlenia, to z kolei pociągało za sobą konieczność kucia ścian, rozmieszczania puszek, kładzenia przewodów i dochodzenia do tego, co miał na myśli elektryk kładący swego instalację w naszym domu. Całe szczęście, że miałem wsparcie w postaci innego, doświadczonego elektryka. Teraz się zastanawiam, co ten z kolei miał na myśli powodując, że gdy podłączam czajnik do gniazdka, to jednocześnie (choć zupełnie niezamierzenie) gaszę lampkę oświetlającą kuchenny blat.
Gdy do drzwi zapukał kurier wiozący nam nową kuchenkę, czułem dreszczyk podniecenia. W końcu nasz stary i brzydki rupieć zastąpi piekarnik z prawdziwego zdarzenia – termo obiegi i inne cuda. Wielką paczkę opakowaną w styropian i folię ustawiliśmy w kącie, by w ogólnym harmidrze zawartość nie uległa uszkodzeniu. Kuchenka miała stanąć na swoim miejscu dopiero za jakiś czas. Gdy ten czas nadszedł okazało się, że moje cudo posiada – poza termo obiegiem rzecz jasna – pokaźne wgniecenie w blasze stanowiącej obudowę. Całość wygląda, jakby ktoś mój piekarnik kopnął. I jakby ten ktoś był co najmniej koniem. Taki pech. Na nowy piekarnik trzeba poczekać kolejnych kilka dni. A tak ładnie się zapowiadało.
W międzyczasie walczę z instalacją elektryczną, maluję na zmianę sufity i ściany. Jak śpiewał Rysiek Riedel (choć on śpiewał o czymś innym): to już piąty, piąty dzień… a końca nie widać. A miały być cztery dni i po robocie. Pobożne życzenia.
Mam już pewność, że malowanie sypialni mnie nie minie. Wersja może zmieniła się w wersję na pewno i nieodwołalnie. Trwa wyścig z czasem, bo za chwilę wracają Chłopaki, którzy bawią póki co u dziadków. Niestety – dziadkowie mają napięty terminarz i wnuków muszą oddać. A gdzie tu Chłopaki w ten gruz i pył, puszki z farbą i inne atrakcje?
Kładę się spać o drugiej trzydzieści z myślą: niech jutro nie jest niedziela! Budzę się – wydaje się, że po chwili – i myślę: niech jeszcze nie jest rano! Nic z tego. Myślenie życzeniowe nie działa. Jest niedziela, godzina ósma, dzień święty czy nie, trzeba się brać do roboty.
Kończymy kolejne etapy powoli ogarniając przestrzeń. Kuchnia jeszcze w rozsypce, ale pokój skończony, więc można posprzątać i poustawiać wszystko na miejsce. Znoszę telewizor, podłączam – nie działa. Krew mnie zalewa, trafia jasny szlag i z ust mych dobywa się bluzg. Zdejmowałem ze ściany – było dobrze, odwiesiłem – nie da się włączyć. U nas mawiało się w takich sytuacjach: jak nie urok, to… przemarsz wojska. Pojawia się wizja – pomalowane, wygładzone, posprzątane, nawet kabelki w schodowych wyłącznikach na swoim miejscu (elektryk mnie zmylił i musiałem kombinować, ale w końcu się udało: tu gaszę, tam zapalam i odwrotnie, wszystko gra), a tu na środku ściany czarna blacha świeci pustką, bo telepudło, które powinno na niej wisieć jest w naprawie. I może w niej być i ze trzy tygodnie. Czarna rozpacz. Taki pech. Sprawdzam, czy może przewód się nie poluzował po prostu, dociskam wtyczkę w gnieździe i słyszę zza pleców szept żony: zacznij działać!
Ja już niestety wiem, że myślenie życzeniowe nie działa. Jak pech, to pech.

piątek, 5 sierpnia 2011

"Indian time" i wakacyjny relaks

Kiedy byłem mały, mama czytała mi książki o przygodach Winnetou i Old Shatterhanda. Słuchałem jak urzeczony. Zrobiłem sobie drewniany tomahawk, cieszyłem się, że znalezione przypadkiem pióro indyka przypomina trochę orle. Wetknąłem je we włosy i poczułem się jak wódz Apaczów.
W tym roku po raz drugi wypoczywałem na zlocie Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian. Rozbiłem namiot obok prawdziwego tipi, w tymże spędziłem masę czasu siedząc przy ogniu, gotując w wielkim kotle, rozmawiając lub – a może przede wszystkim – nic nie robiąc. Na ponad tydzień zdjąłem z ręki zegarek, wyłączyłem telefon… wstawałem, gdy za ścianą namiotu robiło się gwarno, jadłem, gdy zgłodniałem, szedłem spać, gdy wszyscy się rozchodzili. Indian time – tak określili ten stan beztroski znajomi, którzy nas na zlot po raz pierwszy zaprosili. Nic-nie-robienie. Nic-nie-muszenie.
To zupełnie inna jakość odpoczynku – słodkie próżniactwo. Lubię podróże, zmęczenie wywołane dźwiganiem plecaka, nawet ścisk w pociągu, gdy jedzie on w jakieś ciekawe miejsce. Ale lubię też to poczucie wyłączenia, odcięcia się od codziennych konieczności. Nie odbieram telefonów – w ogóle przez całe dni nie biorę do ręki komórki. Na pytanie o godzinę (pytają o nią tylko, co ciekawe, dzieci, dorośli potrafią docenić brak konieczności kontrolowania czasu) odpowiadam: właściwa. Indian time.
Gdy przychodziła pora na jedzenie, wyciągaliśmy wielki kocioł. Gotowaliśmy na zmianę. Każdy chciał choć przez chwilę poczuć się panem kuchni (tak, w tipi jest kuchnia – mata na prawo od wejścia), więc codziennie mieliśmy innego szefa kuchni. Raz tylko, gdy skończyły się pomysły, połączyłem siły z kolegą – stworzyliśmy zupełnie nową jakość, eksperymentalną potrawę z młodej kapusty. Poza tym jedliśmy chili z czerwoną fasolą, zupę gulaszową, ratatouille. Same pyszności.
Kocioł z parującym daniem lądował na trawie, kolejno nakładaliśmy sobie porcje do miseczek. Zapraszaliśmy sąsiadów, bo nasz kociołek mógł wykarmić ładnych kilkanaście osób.
Dwaj amerykańscy językoznawcy i antropologowie, panowie Edward Sapir i Benjamin Lee Whorf wysnuli niegdyś hipotezę, że język, którym się posługujemy, determinuje postrzeganie otaczającej nas rzeczywistości, a nawet w pewien sposób tę rzeczywistość kreuje. Naukowcy porównywali języki zachodnie pochodzenia europejskiego z językiem Indian Hopi. Odkryli między innymi, że Indianie zupełnie inaczej niż my postrzegają czas, jego fazy i jego upływ – inaczej o nich mówią. Whorf pisał: Hopi nie mówią: „to jest gorące lato” ani „lato jest gorące”; to nie lato jest gorące, lecz raczej lato jest wtedy, gdy jest gorąco, gdy staje się gorąco. Życie Indian podlegało dyktatowi natury. Nie robili tego, co musieli zrobić z jakiegoś abstrakcyjnego powodu, ale to, co powinno się zrobić o danej porze.
To właśnie istota mojego wakacyjnego indian time. Nie muszę wstać tylko dlatego, że przyszła pora wstawania i zadzwonił budzik. Budzik nie istnieje. Czas wstawania jest wtedy, gdy jestem wyspany, gdy już nie chcę dłużej spać. Nie muszę gotować, bo o którejś godzinie powinien być obiad. Czas obiadu jest wtedy, gdy wszyscy się zbiorą i dojdą do wniosku, że dobrze byłoby coś zjeść – wtedy można niespiesznie zabrać się za gotowanie.
Piękna sprawa – indian time. Znowu sobie pomyślałem, że dobrze byłoby włożyć pióro we włosy i zostać wojownikiem – na dłużej.

czwartek, 21 lipca 2011

Filmy, książki, seriale, wakacyjne impresje

Ulicą małego miasteczka mknie trzech facetów na motocyklach. Skórzane kurtki, długie włosy wystające spod kasków. Mijają skrzyżowanie – z bocznej uliczki wyjeżdża kolejny motocykl, ustawia się w szyku. Po chwili sytuacja się powtarza – kolejne skrzyżowanie, kolejna maszyna dołącza do kawalkady. Po chwili widzimy sporą grupę pędzących przed siebie swobodnych jeźdźców, tworzących jedność, zwartych, zsynchronizowanych w tym swoim pędzie.
To scena z serialu Sons of Anarchy. Niby zwykły serial o złodziejach i policjantach, ale element motocyklowej wolności nadaje mu charakteru, powoduje, że chce się oglądać – dla tych właśnie scen, w których zarośnięci faceci jadą na motorach.
Pamiętam, kiedy pierwszy raz widziałem film Easy Rider. Chwytał za serce. Tak samo, jak Znikający punkt, w którym skazany na porażkę kierowca o swojsko brzmiącym nazwisku Kowalsky, mknął przez pustynię, niesiony przez konie mechaniczne i amfetaminę, na spotkanie przeznaczeniu. Easy Rider bardziej jednak pobudzał wyobraźnię. Motocykl, puste drogi, hippisowskie komuny, wiatr we włosach, rozmowy przy ognisku, przypadkowo poznani ludzie, z którymi chciało się gadać godzinami.
Dziś oglądam serial i myślę sobie…
Poczuć się wolnym podróżnikiem, spakować plecak i wyjść z domu – bez szczegółowego planu, bez zegarka, który przypomina, że zraz odjeżdża pociąg. Bez samochodu.
Miałem kiedyś plan. Stworzyłem go z przyjacielem. Byliśmy młodzi, wolni i na studiach. Chcieliśmy kupić motorynki (takie małe motorki marki ‘Romet’ – nie wiem, czy pamiętacie) i ruszyć nimi przez Polskę. Mielibyśmy kolana pod brodą (to raczej pojazdy dla dzieci lub krasnoludów), blaszane kucyki zamiast stalowych rumaków i ubaw po pachy. Chcieliśmy odwiedzić ulubione browary - miały nam wytyczyć trasę. Nic z pomysłu nie wyszło. Szkoda. Za mało swobodni byli z nas jeźdźcy.
Ale…
Kilka podróży odbyliśmy. Jedną szczególnie niesamowitą – dwa tygodnie ponad stopem, przez Polskę, Słowację, Czechy, kawałek Niemiec. Spakowałem się w wojskowy plecak ‘kostkę’ i wyruszyłem. Raz nas podwiozły dwie miłe Czeszki, raz ich rodak, który się przyznał, że jedzie bez prawa jazdy, bo mu je zabrali za jazdę po pijaku. Miły był. W aucie grała mu Metallica, podwiózł nas pod sam sklep – musieliśmy uzupełnić zapas piwa. Spaliśmy na ławce w Pradze, w akademiku w Bratysławie, w namiocie – gdzie się dało. Piękne chwile.
Ostatnio sobie przypomniałem. Wybrałem się z żoną na festiwal w Jarocinie. Przeforsowałem pomysł jazdy stopem. Co to była za radość – z plecakiem na plecach stanąć na poboczu, wyciągnąć rękę, wyprostować kciuk, czekać…
Plan był prosty, trasa opracowana. Wyszło inaczej. Zamiast w Gnieźnie, znaleźliśmy się w Poznaniu. Nieplanowana atrakcja – nie ma nic fajniejszego. Dojechaliśmy szybko i sprawnie. W życiu tak bezproblemowo nie jechałem stopem. Najpierw vanem, później tirem – i już byliśmy na miejscu. Z jednej strony fajnie. Z drugiej – zabrakło tego dreszczyku, kiedy patrzysz na kolejny (-nasty, -dziesiąty, -setny…) samochód, i nie wiesz, czy się zatrzyma. Zabrakło tego momentu, kiedy mogłem poczuć się prawie jak w powieści Jacka Kerouacka – z myślą, że przyjdzie mi nocować przy drodze ( bo w końcu jestem w drodze), rozbić namiot, wyjąć konserwy, popatrzeć na gwiazdy, napić się wina (no, może piwa), zasnąć z myślą, że jutro dojadę do celu. Albo i nie – też będzie dobrze.
Dojechaliśmy na festiwal, jak Swobodni jeźdźcy na nowoorleański Mardi Gras. A tam – święto muzyki, całodniowy relaks, słońce… wspominałem o muzyce? Piękna sprawa.
Dobrze tak sobie podróżować – bez zobowiązań, planów, czasowych ograniczeń. Dobrze czuć się wolnym, dobrze być swobodnym jeźdźcem, Włóczęgą Dharmy, po prostu włóczykijem. 
Teraz siedzę w domu, oglądam serial. Jedno szczęście, że budzi odpowiednie tęsknoty.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Leserzy, geny i domowe przetwory

Lato – wiadomo, fajny czas. Piękna pogoda, wakacje, ogólna laba. Tak to widziałem jako dziecko.  W całej tej beztrosce zdarzały się jednak i gorsze momenty. Moja mama, jako gospodyni w klasycznym rozumieniu tego słowa produkowała przeróżnej maści i treści domowe przetwory. Kompoty, dżemy, ogórki w kilku wersjach, buraczki w occie, powidła, konfitury etc. Kłopot w tym, że do tych wszystkich cudów potrzebowała surowców. Siłą rzeczy potrzebowała i pomocy w ich pozyskaniu.
Najgorsze były porzeczki. Najlepsze w zbieraniu porzeczek było to, że czasem pojawiała się myśl, że mamie mogłyby zamarzyć się jagody – ich zbieranie byłoby jedyną rzeczą gorszą od zbierania porzeczek. Malutkie kuleczki w maciupkich kiściach ukrytych pośród wielkiego gąszczy liści i gałązek. Napełnienie nimi wiadra mogłoby być trzynastym zadaniem dla Herkulesa. Podkradanie jabłuszek z ogrodu Hesperyd czy porządkowanie augiaszowej stajni byłoby przy tym niczym. Przecież już dawno zauważyli starożytni, że nec Hercules contra plures (porzeczkom). A porzeczkom na krzaczku na imię, wiadomo – Legion. Tak czy inaczej przychodził moment, że trzeba było wybrać się z wiaderkiem pod krzaczek. Oj, ile to było zachodu: najpierw, żeby najlepiej, w ogóle uniknąć tego obowiązku. To się nigdy nie udało. Później więc, przychodził czas na szukanie sposobów, żeby opóźniać swoją pracę. W sytuacji, kiedy krzaczki ogołacała jeszcze siostra, tata i mama istniała szansa, że owoce i tak znikną, nawet, gdy ja nie będę się przykładał. Życzyłem sobie, by zniknęły jak najszybciej. Często robiłem sobie przerwę, żeby się napić. Albo na siusiu.
Porzeczki to oczywiście nie wszystko. Były i wiśnie. Były czereśnie. Nie byłem pasjonatem owocobrań, oj, nie byłem. Doskonaliłem się więc w leserowaniu.
Punkt widzenia, jak wiadomo, zmienia się w zależności od miejsca, z którego się patrzy. Tak więc, kiedy dziś patrzę z pozycji pana domu i szefa kuchni, nie zaś dzieciaka, któremu zabierano cenne godziny wakacji, sprawa przygotowywania przetworów maluje się w innych barwach.
Takie na przykład suszone pomidory. Moja żona jest pierwszą ich fanką a ja fanem drugim, a może i pierwszym ex aequo. Jest z nimi trochę roboty, szczególnie, gdy się je produkuje w dużych ilościach. Rok temu malutkimi słoiczkami zapełniliśmy całą szafkę, jeszcze dojadamy ostatnie i już zacieramy ręce na myśl o tegorocznym sezonie. Pracy trochę z tym jest: pomidorki pokroić, pousuwać mokre wnętrzności, a wcześniej – nachodzić się i wyszukać najodpowiedniejsze, co też nie jest proste. Później suszenie. W naszym klimacie opcja „na słońcu” raczej nie wchodzi w rachubę. Sprawiliśmy sobie suszarkę, a tej trzeba doglądać, na bieżąco wyjmować gotowe pomidory, przekładać te, którym jeszcze trochę suchego ciepełka potrzeba. Efekt za to wart jest wysiłków. Z efektu jesteśmy dumni.
Dziś zaś przyszedł dzień zbioru wiśni. Nie smażę z nich konfitur, nie robię soczków czy kompocików, za to nastawiam winko. Zwykłe, deserowe winko, albo pyszny wermut na piołunowej zaprawie, z drapieżną, ziołową nutką. Tak czy inaczej, żeby napełnić moszczem balon, trzeba się trochę nazrywać. Wybraliśmy się na zrywanie rodzinnie. Najpilniejszy przy pracy był Tyci, który co chwilę przybiegał z kilkoma wisienkami we wiaderku, meldował, że już ma dużo i przesypywał je do dużego wiadra. Żona stwierdziła, że nie sięga i nie da rady zrywać. Nie wiem, jak to się miało mieć do zapału sporo jednak mniejszego Tyciego – postanowiłem nie wnikać. No i był jeszcze Guć. Najpierw przybiegł z wiaderkiem i coś tam przesypał. Później przynosił po jednej wiśni. Jeszcze później doszedł do wniosku, że nie będzie zrywał, bo tam są pająki. Dalsze pomruki: no nie, pająki, wszędzie tylko pająki… brzmiały na poły paranoicznie i złowieszczo – ja tych panoszących się wszędzie pająków nie widziałem, więc nie wiedziałem, czy są wielkie i groźne. Mogły być. W końcu Gucio rzucił: Doba (‘r’ gdzieś mu się zapodziewa), to wy zrywajcie, a ja później wrócę! I już go nie było.
A ja pomyślałem tylko: moja krew! Co to jednak znaczą geny!

wtorek, 28 czerwca 2011

Tatoos And Dirty Girls, czyli o niedzieli we wtorek

Kogut obdarzony długim, kolorowym ogonem z rozpędu wskakuje na płot, zaczyna piać. Pojawia się napis: TELERANEK. Jest niedziela, godzina dziewiąta.
Kiedyś wstawałem w niedzielę wcześnie. Wstawałem, żeby obejrzeć w telewizji wieczorny serial. Moi rodzice byli zdania, że seriale nadawane po wiadomościach z zasady nie są przeznaczone dla dzieci, więc ich oglądanie  w normalnych porach nie wchodziło w rachubę. Zmiana pory, dziwnym trafem zmieniała wszystko, z podejściem rodziców na czele. Gdzie tu sens – nie pytajcie. Tak czy inaczej, niedzielny serial pokazywany był – na szczęście – również rano, w wersji dla osób niesłyszących. W prawym dolnym rogu ekranu siedziała malutka pani lub malutki pan, migając wygłaszane przez aktorów kwestie. Tak właśnie oglądałem wieczorne seriale w niedzielne poranki.
Pamiętam zawód który mnie spotkał, gdy okazało się, że oczekiwany przeze mnie nowy serial zatytułowany Okrągły Stół nie był historią o rycerzach, ale o nowojorskich policjantach.  Rycerze bardziej mnie wtedy interesowali.
Poranno – wieczorny serial, Teleranek a po nim – W Starym Kinie – tak wyglądały moje niedzielne poranki. Z całego tego zestawu najbardziej lubiłem Stare Kino. Animowana czołówka z dżentelmenem z laseczką i w cylindrze, po niej prelekcja pana Stanisława Janickiego i w końcu seans. Czasami trafił się film o gangsterach, czasami zatańczył Fred Astaire, ale najwięcej radości dostarczali Bud Abbot i Lou Costello, para komików, którzy co rusz spotykali jakieś ciekawe indywiduum. A to mieli pecha napotkać mordercę, a to napatoczył się doktor Jekyll z nieodłącznym mr. Hyde’m, a to monstrum stworzone przez Frankensteina (scena, w której panowie uciekając przed potworem barykadują się w pokoju, zastawiając drzwi ciężkimi meblami, po czym  odkrywają, że drzwi otwierają się na zewnątrz omal nie spowodowała u mnie upadku z krzesła w wyniku napadu śmiechu), a to znowu pojawia się mumia czy niewidzialny człowiek, albo hrabia Dracula.
Zdarzały się oczywiście tygodnie, że w Starym Kinie nie było nic ciekawego. Ale jeśli ono zawodziło, zostawał jeszcze film nadawany w południe w programie drugim. Tam też zwykle pokazywano stare produkcje. Westerny albo kostiumowe hollywoodzkie widowiska w stylu Spartakusa, Ben Hura, Upadku Cesarstwa Rzymskiego czy Długich łodzi Wikingów. Zdarzały się i lżejsze tytuły w stylu angielskich komedii typu Kleopatro do dzieła, Kowboju do dzieła, Za tym wielbłądem. Absurdalny humor, który był doskonałym wstępem do późniejszej percepcji Monty Pythona.
Dziś niedzielne poranki wyglądają nieco inaczej. Nie zmienił się element wczesnej pobudki, choć teraz jest ona raczej wymuszona. Czas od rana organizują mi Chłopaki.  Nie ma już Teleranka ani pana w cylindrze zmierzającego do Starego Kina.  Chwila odprężenia przychodzi około godziny dziesiątej, kiedy na radiowej antenie zaczyna królować pan Wojtek Mann. Rozlega się głos, który nie brzmi, jakby mógł kogokolwiek obudzić, a jednak budzi i to w strasznie przyjemny sposób.  Budzi i zapowiada: Następny kawałek -  Tatoos And Dirty Girls grupy Million Dollar Reload. I płynął dźwięki gitar i robi się rockowo i głośno, bo prowadzący namawia, żeby rozkręcić głośniki a ja ochoczo ulegam namowom.
Niedziela to fajny dzień. No i jest nadzieja na powrót do  dawnych (dobrych) obyczajów: ostatnio ulubionym filmem Gucia jest Czarnoksiężnik z  Oz. Rok produkcji 1939, siedemnastoletnia Judy Garland  – prawdziwe Stare Kino, nic dodać, nic ująć. I ten radosny, pełen przejęcia okrzyk: Łłaa! Zobacz, jedzie ta zła pani, ona się zaraz zmieni w czarownicę! Trzeba przyznać, że Chłopaki mają dobry gust. Nawet piosenki w filmie ich nie nudzą. Jeszcze chwila, a zaczną też doceniać pana Manna Piosenki bez granic z całym tym brodatym stoner rockiem, tatuażami i niegrzecznymi dziewczynkami. Amen.

środa, 22 czerwca 2011

Nawijanie makaronu

Joseph Heller – autor prześwietnego (i prześmiesznego) Paragrafu 22 – zrelacjonował przebieg swojej choroby, kiedy to zapadł na dość poważną przypadłość, mianowicie zespół  Guillaina-Barrégo. Opis kuracji stanowi książkę zatytułowaną Nic śmiesznego. Heller pisał ją wraz z przyjacielem, który wspierał go w czasie choroby, z niejakim Speedem Vogelem. Obaj panowie opowiadają o walce z chorobą, ale i wspominają dawne czasy, opowiadają o wspólnych znajomych, a tych mają, co tu kryć, przednich. Heller utrzymywał przyjacielskie relacje z Mario Puzzo, autorem Ojca chrzestnego, z królem prześmiewców Melem Brooksem, który ubrał Robin Hooda w rajtuzy a hrabiego Draculę pozbawił zębów, czy z Dustinem Hoffmanem. Książka, mimo że dotyczy poważnych kwestii, bo mówi – było nie było – o walce ze śmiertelnie niebezpieczną chorobą, przyprawia chwilami o napady niepohamowanego śmiechu. Tak ją przynajmniej wspominam, bo czytałem dosyć już dawno, pewnie dobre dziesięć, dwanaście lat temu.
Dziś przypomniałem sobie jeden fragment, a to z powodu dylematów, które mnie dopadły podczas przygotowywania obiadu. Dotyczy on sporu, który wywiązał się między dwoma znajomymi Hellera i Vogela: właścicielem włoskiej lodziarni, panem Valentino Sorrento i kucharzem o korzeniach sięgających Państwa Środka, panem Ngootem Lee.

Pamiętam, jak innym razem wybuchł gorący spór pomiędzy Valentino a Ngootem na temat zalet makaronu i chińskich klusek. Każdy oczywiście zażarcie bronił swych etnicznych uprzedzeń, dopóki Ngoot podniesieniem ręki nie przerwał kontrowersji.
- W porządku, nie ma sprawy. To nie wy wymyśliliście kluski. To nasz pomysł. Jedliśmy je na długo przedtem, nim wasz wieśniak Marco Polo pojawił się w Chinach i zabrał to, co w swej głupocie uważał za przepis. Ale daliśmy mu jedynie chazeraj. Z kolumny B. dobry zachowaliśmy dla siebie. A z przepisu, który zabrał, dodatkowo usunęliśmy kilka ingrediencji.

Jeśli o mnie chodzi, żywię do makaronów dość ambiwalentne uczucia. Makaron szybko powoduje przesyt, i nie chodzi mi tu o wielkość porcji, a o częstotliwość spożywania. Jest to jedzenie na „od czasu do czasu”. Kiedyś jadałem makaron często. W latach studenckich: spaghetti z sosem złożonym z przecieru pomidorowego doprawionego czosnkiem i bazylią. W wersji z najtańszym makaronem, suszoną bazylią z hipermarketu i przecierem z dolnej półki, było to danie wybitnie ekonomiczne. Dziś też mógłbym często jadać makaron, zapewne codziennie, bo moja żona jest jego wielką miłośniczą. W naszym przypadku sprawdziło się powiedzenie, że droga do serca wiedzie przez żołądek (okazało się jedynie, że nie tylko do serca mężczyzny), bo jednym ze skutecznych sposobów na zdobycie względów mojej przyszłej małżonki był makaron z kurczakiem i pieczarkami, doprawiany tymiankiem, cytryną i czosnkiem. Swoją drogą – palce lizać.
Tak czy inaczej – makaron jadam. Czasem w wersji wyżej wspomnianej, czasem jako klasyczne bolognese, czasami z boczkiem i brokułami, carbonara czy wspominany jakiś czas temu – alla putanesca. Dziś zaś, dla odmiany, na sposób orientalny. Z kurczakiem, kiełkami fasolki mung, pekińską kapustą, grzybkami, przyprawiony sosem rybnym, sojowym, imbirem…
Jaka ewolucja dokonała się od czasów studenckich, kiedy to ideałem był obiad za złotówkę (swoją drogą – ideałem nigdy nie osiągniętym, porcja ‘prawdziwego’ obiadu zawsze kosztowała więcej). Od ryżu z sosem ze słoika i makaronu z przecierem pomidorowym, po eksplorację kuchni świata i kulinarne eksperymenty.
Dziwna sprawa z tym jedzeniem. Niby podstawowa potrzeba, ale sposoby jej zaspokajania mogą pretendować do miana sztuki. I jeszcze pisać o nim można!

piątek, 17 czerwca 2011

Jakby wczoraj, czyli o mgnieniach oka


Dziwisz się sam sobie,
że wszystko naprzód goni
przecież w nocy byłeś tym
małym chłopcem z Placu Broni
Pidżama Porno Trzymając się za ręce



Włączyłem niedawno płytę – koncert Pearl Jamu z Gdyni, z drugiego lipca zeszłego roku. Nagle pomyślałem: to już rok, a przecież tak niedawno jechaliśmy na festiwal! A dziś? Dziś jest szesnasty czerwca. Rok temu o tej potrze docierałem wypchanym po brzegi autobusem na warszawskie Bemowo, żeby usłyszeć jak gra Metallica. I Slayer. I reszta Wielkiej Czwórki. Dokładnie 365 dni temu. Kiedy te dni minęły?
W przyszłym tygodniu kończą kolejny rok pracy. Piąty rok mojej pracy. Całe pięć lat – kiedy to minęło? A przecież to tyle, ile wcześniej trwały moje studia. Pięć lat bite studiów, młodość w bibliotekach… Studia zaczynałem dziesięć lat temu. Dziesięć lat! Całe wieki, całe ery, eony. Kiedy to było, gdy z wypchanym plecakiem wszedłem po raz pierwszy do pokoju w akademiku? Pamiętam akademik, ten pokój, „kołchoźnik” wiszący nad głową, który mnie budził od czasu do czasu wściekłym głosem Pni Kierowniczki wzywającej mojego współlokatora do uiszczenia zaległej opłaty. Pamiętam, jakby to było wczoraj, a tym czasem – minęła już cała dekada.
Miałem długie włosy, na brodzie pojedyncze włoski zapuszczane z zapałem, a nad uchem może cztery siwe nitki. Miałem pstro w głowie i było mi z tym dobrze. Dziś – całe dziesięć lat później, całą dekadę dalej – strzygę się regularnie, za to broda mi zgęstniała. A nad uszami zrobiło się jakoś tak… białawo. Za to między nimi ciągle czasem pstro. Tyle tylko, że teraz przebija się przez tą pstrokaciznę, odbierając jej naturalną beztroskę, refleksja: czy to jeszcze wypada?
Bo teraz jestem przecież starszy i poważniejszy, i nie dość, że jestem mężem, to jeszcze ojcem. I chociaż czasem się nie chce być tak całkiem poważnym, to na brak powagi nie można sobie niestety pozwolić. A kiedy to było, kiedy pojawił się mały Gucio – spuchnięty wymoczek, którego można było trzymać na dwóch otwartych dłoniach. Trzy lata minęły jak z bicza strzelił, nie wiedzieć kiedy przeciekły przez palce. A przecież tyle się wydarzyło od tej pory. Niby wczoraj do Gucia dołączył Tyci, niby wczoraj, a przecież to już ponad półtora roku. Półtora roku jak mgnienie oka. Ani się obejrzymy, jak chłopaki pójdą do szkoły i wyjadą na studia. Bo w końcu, czy to tak daleko -  za dziesięć lat, za dwadzieścia? Tylko kilka mgnień więcej.
Bo te następne dziesięć lat też minie, jak z bicza, raz-dwa. I kolejne pewnie też. I wszystkie zmiany, które te lata przyniosą, tak się jakoś staną, ot tak, naturalnie, zajdą niezauważenie, dopiero później się człowiek spostrzeże, że coś się wydarzyło. Kiedy przestałem jeździć autobusami, przesiadając się do samochodu? Do tego do własnego? Kiedy? – jakby wczoraj. I nagle już nie martwię się o to, czy wyskubać złoty dwadzieścia na bilet, czy może lepiej na gapę, zaryzykować. Albo po prostu zrobić sobie spacer, bo przecież nigdzie się nie spieszę. Jeszcze wczoraj o tym myślałem, a dziś o tym, że złapałem gumę i czeka mnie pewnie zakup nowych opon. A spieszyć się trzeba.
Byłem w kinie – kiedy? niedawno? – kilka lat temu, a może kilkanaście, na filmie Edi. Edi, o którym był ten film powiedział, że życie (za przeproszeniem)  zapierdala. Chyba wtedy tak tego nie widziałem, a może nie widziałem tego wcale, bo wcale o tym nie myślałem. Dziś wiem, że Edi miał rację. Kiedyś byłem też w kinie z tatą, na jednym z moich pierwszych kinowych seansów. Oglądaliśmy Przyjaciela Wesołego Diabła. Piszczałka – Spryciarka, czara – mara, pamiętacie? Ja pamiętam, bo to przecież nie aż tak dawno. Kilka lat ode mnie młodsi znajomi w ogóle nie kojarzą Piszczałki. Za to pewnie znają Pokemony. Ale tak na dobrą sprawę – przygody Wesołego Diabła przeżywałem w kinie pewnie ze ćwierć wieku temu.
Kiedy to było, kiedy myślałem, że ćwierć wieku, to chyba tylko żółwie żyją no i może jeszcze Rolling Stonesi? Kiedy? Jakby wczoraj.