wtorek, 28 lutego 2012

W świecie zapożyczeń, czyli: czy wszystko już było?


- Muszę wiedzieć, kto zrobiłby coś takiego… Kto mógłby zabić w tak makabryczny sposób, a potem zostawić garść wskazówek odwołujących się do opowiadań o Sherlocku Holmesie (…).
- Ktoś, kto przeczytał za wiele kryminałów…
Zaczynam właśnie lekturę nowej książki. Sherlockista Grahama Moore’a jest opowieścią o poszukiwaniu zaginionego dziennika sir Artura Conan Doyla. Jest też historią śledztwa, które prowadzi Conan Doyle w końcu roku tysiąc dziewięćsetnego, z pomocą swego przyjaciela, Brama Stokera. Mamy tu dwie kryminalne zagadki: współczesną i tą sprzed ponad wieku. Mamy też zabawę formą i oczywiście – literackie nawiązania. I właśnie o nawiązaniach słów kilka, bo lektura nasunęła mi pewne refleksje.
Wielu z nas chłonie namiętnie najróżniejsze teksty kultury. Czytamy książki, oglądamy filmy, śledzimy seriale, gramy w gry komputerowe. Świadomie lub nie, robiąc to wszystko, pławimy się w morzu cytatów.
Twórcy hermeneutyki stworzyli teorię, w myśl której teksty korespondują ze sobą, prowadzą ciągły dialog, odnoszą się do siebie wzajemnie. Widocznie było tak już w czasach, gdy hermeneutyczna metoda się rodziła. Dziś jednak, myślę, skala tego zjawiska zdecydowanie wzrosła, cytaty – ta korespondencja, dialog tekstów – jest wszechobecna.
Przytoczony wyżej fragment powieściowego dialogu przypomina mi inny, pochodzący z filmu Krzyk, kinowego hitu z moich licealnych czasów, skierowanego do miłośników horrorów. Zamaskowany zabójca morduje amerykańskich nastolatków, prowadząc z nimi jednocześnie grę, w której kluczową rolę odgrywa znajomość kanonu kina grozy. Twórca filmu, Wes Craven, chwalony był za ciekawe podejście do tematu, zabawę formą, nawiązania, autoironię. W gruncie rzeczy Craven cytował, nawet samego siebie. Jednocześnie dokonał dekonstrukcji gatunku (modne słowo w czasach, kiedy postmodernizm trzymał się mocno). Jakiś czas temu oglądałem czwartą część Krzyku. W dalszym ciągu była to zabawa w żonglerkę schematami. Całkiem udana zabawa.
Kilka dni temu oglądałem inny film: Hanna. Historia dziewczynki, którą ojciec (jak się w końcu okazuje – przybrany) wyszkolił na perfekcyjną zabójczynię. W filmie była świeżość, odważne podejście do tematu, bardzo przecież dwuznacznego moralnie. Ale czy pomysł jest faktycznie całkiem świeży i oryginalny? Nieskażony nawiązaniami? Nie. Historia Hanny, to wypisz wymaluj historia monstrum stworzonego przez doktora Frankensteina. Dziewczynka odkrywa, że jest inna niż wszyscy, wyrusza, by wyjaśnić tajemnicę swojej przeszłości. W końcu konfrontuje się z „ojcem”, jak – na kartach powieści – monstrum z doktorem pośród śniegów Arktyki. Mamy też cytaty bardziej bezpośrednie, jak choćby w scenach, kiedy Hanna ukrywa się w wozie kempingowym i przez niewielki otwór w skrzyni, w której się kuli, obserwuje podróżującą rodzinę; podgląda rodzinne życie, jakiego nigdy nie zaznała. Przecież potwór z utworu Mary Shelley też ukrywał się: w komórce, w leśnej chatce, podglądał życie normalnej, ludzkiej rodziny, uczył się.
Paradoksalnie, nawet najbardziej „oryginalne” historie i bohaterowie, to zlepek cytatów i zapożyczeń. Przywołajmy choćby doktora House’a, który jest przecież postacią niezwykłą, wyróżniającą się spośród bohaterów telewizyjnych produkcji. A przecież cały geniusz House’a, jego zamiłowanie do zagadek, skłonności do depresji, aspołeczność, pociąg do używek, nawet muzyczny talent a w końcu nawet… numer mieszkania – wszystko to już znamy, z kart opowieści o wspominanym już Sherlocku Holmesie. Albo rewolucyjny hit kinowy, sprzed kilkunastu lat, Matrix. Wniósł powiew świeżości do kina, był nowatorski i odkrywczy, nie tylko w sferze wizualno-technicznej. A jest przecież jednym wielkim zlepkiem cytatów. Czego tam nie ma? Wątki biblijne, mitologiczne, nawiązania literackie, filmowe, w końcu filozofia: od Platona do Putnama. Twórcy bardzo wyraźne czerpią z pomysłu Hilarego Putnama, który pisał o mózgach w słoiku (gdybyś był tylko mózgiem, który szalony naukowiec zamknął w słoju i podłączył do urządzeń generujących bodźce, nie mógłbyś udowodnić, że jesteś tylko mózgiem, że nie żyjesz na prawdę; podobnie jak teraz nie jesteś w stanie dowieść, że takim mózgiem nie jesteś – być może czytasz ten teksty tylko dlatego, że zwariowany doktor połączył któryś z twoich zwojów z bloggerem? Czysty matrix.)
Czasem mam mieszane uczucia, czytając czy oglądając kolejne dzieło, stworzone metodą recyklingu. Od czasu do czasu zabawa w pożyczanie daje mimo wszystko świetne rezultaty. Pojawia się tu jednak, siłą rzeczy, pytanie: czy jest dziś jeszcze możliwe stworzenie czegoś w stu procentach oryginalnego, rewolucyjnego? Znajdując kolejny znany trop w „świeżej” książce czy filmie myślę, że to coraz mniej proste. Twórcy, podobnie jak tajemniczy ktoś, sprawca zbrodni z przytoczonego na początku fragmentu, przeczytali za dużo, obejrzeli równie wiele i bardzo tym wszystkim przesiąkli.
A może po prostu wszystko już było?

wtorek, 21 lutego 2012

Filozofia Wschodu vs filozofia Zachodu, czyli dlaczego nie mogę zostać buddystą


Dziewiąte (z dziesięciu) wskazanie buddyzmu mahajany brzmi: nie wpadać w gniew. Trudno mi czasami przychodzi podążanie za tym wskazaniem. Przyznaję, jestem słaby.
Z buddyzmem mam co prawda tyle wspólnego, co z samochodami drogimi, jak śpiewał artysta, jednak zacząłem się ostatnio zastanawiać: filozofia wschodu niesie pewne mądrości. No i mówi, że należy je praktykować, że praktyka jest bardzo ważna. Jaka ważna, taka, niestety trudna. Miło by pewnie było osiągnąć Doskonałe Oświecenie, ale jak tu praktykować transcendentalne cnoty (a bez praktykowania, z Oświecenia nici)? Cierpliwość, radosny wysiłek, medytacyjne skupienie, to pięknie brzmi.
Ale…
U dzieci w wieku od 2 do 3 lat manifestują się dość wyraźnie oznaki uporu i innych napięć wewnętrznych. Upór i „negatywistyczne” nastawienie pojawiają się już około roku życia, nie jest to zatem nic nowego. Powyżej 2 lat osiągają jednak większe nasilenie i przybierają nowe formy – pisze Benjamin Spock w swojej – zwanej przez niektórych podobno „biblią wychowania dzieci” – książce Dziecko pielęgnowanie i wychowanie. Tak się złożyło, że na własnej skórze odczuwam „manifestujące się dość wyraźnie oznaki uporu” u dwulatka. Dodatkowo brat tegoż za chwilę skończy czwarty rok życia. Z prostej matematyki i czystej empirii wyszło mi, że cztery, to ni mniej ni więcej, tylko dwa razy dwa: oznaki „uporu i innych napięć” manifestują się tu więc dość wyraźnie i… podwójnie.
Są takie chwile w ciągu dnia, że deficyt mojej cierpliwości osiąga rozmiary, o którym nie śniło się filozofom ani wschodu, ani zachodu. W tej sytuacji  podejmowanie radosnego wysiłku wymaga tyle wysiłku, że o radość bardzo trudno – to jakby kazać egipskim niewolnikom stawiać piramidy z radością. Mógłbym oczywiście próbować wykrzesać trochę medytacyjnego skupienia, ale nie potrafię skupić się na tyle, żeby przywołać w myśli to trudne słowo: medytacyjne. Jedyne, co mi na myśl przychodzi, to słowa Andrzeja Kmicica: Jezu, natchnij mnie, abym zaś nie oszalał. Niestety, albo stety – mam świadomość, że te akurat niechybnie trafiają w pustkę.
I tu wracam jednak do sprawdzonej filozofii Zachodu. Emocje nie powinny być motorem działań – w krytycznych momentach dnia nikomu nie wyszło by na dobre, gdybym myślał inaczej i dał się ponieść emocjom. Trzeba działać racjonalnie, mieć plan – dobry plan działania, nawet, jeśli miało by to prowadzić do popadnięcia w schematy czy wręcz rytualizm. Rytuały mogą przecież wprowadzić bezpieczny, spokojny porządek w miejsce chaosu spędzanego z dziećmi dnia codziennego.
Trochę tu oczywiście przesadzam, mój wysiłek wiąże się przecież z radością. Ale cierpliwości mi czasami brakuje, i to jak. Zauważyła to nawet moja dwuletnia, manifestująca dość wyraźnie upór przekora: ty jesteś niedoskonały – usłyszałem dziś od synka (w tym wieku można się jeszcze mylić, nawet w sprawach kluczowych, więc nie mam mu za złe) – nie pozwalasz mi biegać. Pozwoliłbym, słowo daję, cierpliwie i z radością. Ale nie na golasa, na bosaka po zimnej podłodze, podczas gdy ja stoję z naręczem ubranek w jednej i pieluchą w drugiej ręce. Myśląc, co w tym czasie kombinuje uparty, „negatywistyczny” i manifestujący napięcia w dwójnasób  starszy brat dwulatka – bo akurat jest podejrzanie cicho.

piątek, 10 lutego 2012

Zakupowe gry językowe, czyli na zakupach z żoną i Wittgensteinem

„Grą językową” nazywać też będę całość złożoną z języka i z czynności, w które jest on wpleciony – tak definiuje (na jeden ze sposobów) grę językową Ludwig Wittgenstein w pierwszej części swoich Dociekań filozoficznych. Co to znaczy? Czym, dokładniej, miałaby być owa gra? Najprościej rzecz ujmując: Wittgenstein twierdził, że języka – słów, zdań, zwrotów na niego się składających – używamy w różny sposób, w zależności od sytuacji, w której się aktualnie znajdujemy. Od „gry”, w której akurat bierzemy udział.
Termin „gra językowa” ma tu podkreślić, że mówienie jest częścią pewnej działalności – pisze dalej Wittgenstein. I kontynuuje: uprzytomnij sobie mnogość gier językowych na takich oto, i innych, przykładach: rozkazywać i działać wedle rozkazu – opisywać przedmiot z wyglądu albo według pomiarów – (…) odgrywać coś jak w teatrze – I tak dalej. Każda z tych „gier” jest przykładem sytuacji, w której używamy języka w specyficzny sposób. Ja dodałbym kilka własnych przykładów gier: pomagać wybrać odpowiedni przedmiot niezdecydowanemu – pomóc ocenić wygląd przedmiotu – opisać zależności między przedmiotem a jego użytkownikiem – pomóc podjąć decyzję. Są to małe gierki, które wchodzą w skład jednej, dużej. Tej zaś na imię: być na zakupach z żoną.
Wybierając się z żoną na zakupy („żonę” potraktujmy tu umownie, zakupy z każdą kobietą wyglądają prawdopodobnie tak samo lub podobnie) decyduję się automatycznie na przystąpienie do gry. I to właśnie gry ściśle językowej, bo na język będę teraz musiał uważać szczególnie. Również na tak zwany język ciała, wszelkie ewentualnie mogące mi się przydarzyć formy niewerbalnego komunikowania (broń boże nie okazać zniecierpliwienia! – to po prostu game over).
W zakupową grę, jak w każdą inną, można grać z zaangażowaniem lub bez niego. Nie angażując się, można przyjąć strategię wycofania. Pomoże nam w tym jeden z odpowiednio użytych komunikatów: wiesz, zajrzę na chwilę do Empiku (dobrze jest dodać: zaraz do ciebie przyjdę), może ja zrobię zakupy, a ty sobie pooglądaj i tym podobne. Gdy jednak postanowimy się zaangażować, przystępujemy do gry na wyższym poziomie.
Mówienie jest częścią pewnej działalności, czyli nie jest tylko gadaniem – ma prowadzić do konkretnych rezultatów. Wyobraźmy więc sobie następującą sytuację: żona z naręczem ciuchów zmierza do przymierzalni (nie, ja zmierzam do przymierzalni z naręczem, drepcząc tuż za żoną). Zaczyna przymierzać kolejne rzeczy – rozpoczyna się proces decyzyjny. Dla mnie – kluczowa faza gry. Od tego, jak ją poprowadzę zależy, czy we przymierzalni spędzę dużo czasu, bardzo dużo czasu czy wieczność. Oraz – czy wyjdę z niej zadowolony czy nie (oczywiście ja zawsze wychodzę zadowolony, zadowolenie wzbudza w mnie fakt, że wychodzę, chodzi jednak o to, żebym wyszedł zadowolony w towarzystwie zadowolonej kobiety). - Jak ci się podoba? – żona wykonuje ruch. - Fajne – można odpowiedzieć, ale nie jest to najlepsze wyjście. Mówiąc działajmy! Fajne, ładny kolor – ograniczam jeden z potencjalnych dylematów). - Ale jak JA w tym wyglądam? Właśnie mój błąd. Trzeba było odpowiedzieć: - Fajnie, ładny kolor, PASUJE CI. No i w ogóle dobrze leży. - Ale lepszy kolor, niż ten poprzedni? Oczywiście, nie chcąc przegrać z kretesem, nie mogę dać po sobie poznać, że nie widzę różnicy między jednym a drugim odcieniem (to czarne i tamto czarne, no, może to takie bardziej jasno-czarne). - A wiesz, że chyba lepszy? Ciekawsze takie… wyblakłe. Ryzykowne zagranie: jasno-czarny można pewnie określić ładniej i dokładniej, niż słowem „wyblakły”, „wyblakły” się może źle kojarzyć… znaczy takie… bardziej szare. Tak czy inaczej, mówiąc coś, warto podawać jak najwięcej informacji – może to (jedynie może, gwarancji żadnej nie ma) przyspieszyć podjęcie decyzji. A przynajmniej zakończenie pierwszego etapu procesu decyzyjnego.- Ale myślisz, żeby kupić? Tu już żartów (rozpoczyna się etap drugi podejmowania decyzji) nie ma. Żeby to, co powiem, odniosło pożądany przeze mnie rezultat, muszę powiedzieć to, co należy. Dokładnie to i nic innego. – Ładne, jeśli ci się podoba, to weź. To nie jest to, co należało powiedzieć. Nie należy poddawać kolejnego problemu do rozpatrzenia (czy, mianowicie, podoba się? I czy aż tak, żeby kupić?). – Ładne. I całkiem niedrogie. Fajnie leży, kolor ciekawy. Stanę do kasy, bo jest kolejka, rozejrzyj się jeszcze, jeśli chcesz.
You win!

P.S. A co robi ten rogal? Słysząc takie pytanie, można odpowiedzieć, że… leży, że czeka, aż ktoś go posmaruje masłem i zje… Gdy jednak uczestniczymy w grze językowej, którą można nazwać „oglądanie filmów z dziećmi”, odpowiedź nie jest już oczywista. Patrzę na „Rogala”, który potrząsa toporem i ryczy bojowo. Rogal się zdenerwował, zaraz będzie walczył – mówię. Nagle się okazuje, że rogal, to nie drożdżowy wypiek, tylko (rogaty, nomen omen) Minotaur walczący u boku Białej Czarownicy. Neologizm stworzony przez dwulatka zagłębiającego się w Kroniki Narni. Trzeba, jednym słowem, wiedzieć, w co się gra, i z kim, żeby nie palnąć głupstwa.

środa, 8 lutego 2012

Aktor totalny, czyli o pewnym spostrzeżeniu

… Był aktorem. Genialnym co się zowie – z Bożej łaski. Grając w spektaklu, całkowicie przeistaczał się w odtwarzaną postać. Publiczność i krytycy byli zachwyceni. Wiadomo, że najlepsi aktorzy to ci, co mają osłabiona indywidualność, którym własne „ja” nie przeszkadza zrastać się z każdą nową rolą. No więc Terpsychorow własnego „ja” nie posiada w ogóle. Jeśli go zostawić bez roli, będzie od rana do wieczora leżeć na tapczanie i gapić się w sufit jak marionetka w kufrze lalkarza. A wystarczy mu wejść w rolę i ożywa, wstępuje w niego życie i energia.
Terpsychorow to jeden z drugoplanowych bohaterów Pelagii i Czarnego Mnicha, powieści Borysa Akunina, drugiej w cyklu „Kryminał prowincjonalny”. Książka świetna, pięknym językiem napisana, wciągającą historię opowiadająca i niezwykłą, mrożącą krew w żyłach tajemnicę. Nie o niej jednak chciałem pisać. Przywołałem powyższy fragment, bo gdy na niego trafiłem, przypomniał mi się automatycznie inny tekst, który jakiś czas temu czytałem. Ten dotyczył aktora już nie wymyślonego, ale jak najbardziej żywego, z krwi i kości. Legendy, rzec można, do tego legendy żywej.
Jeżeli przyjrzeć się postaci, którą gra Jack Nicholson, wcześniej czy później wyskakuje sam Jack. Ale nieważne, z jak bliska będziemy przyglądać się postaci granej przez Bobby’ego, nigdy nie pojawi się Bobby. Pomiędzy kolejnymi rolami Bobby nie istnieje. Oto rzeczony fragment, słowa Meryl Streep (można zauważyć pewną symetrię z powyższym cytatem, prawda?). O kim mowa? Kim jest Bobby? Robert De Niro, to jego dotyczy przywołana wypowiedź. Aktor – taki nasuwa się wniosek – totalny. Prawdziwy Terpsychorow, o zredukowanym „ja”, który najpełniej objawia się, gdy gra kogoś innego.
Przypominam sobie różne wcielenia „Bobby’ego”. Dziwny samotnik Travis Bickle z Taksówkarza, młody Don Corleone, który jakimś dziwnym trafem faktycznie wyglądał, mówił, zachowywał się, jak tak, jak mógłby wyglądać, mówić i zachowywać się bohater grany przez Marlona Brando, młodszy o kilka dekad. Albo Loui Sypher, tajemniczy, mroczny dżentelmen siedzący w obskurnym pokoiku nowoorleańskiego hotelu w Harrym Angelu. Ciarki przechodzą, gdy De Niro zgniata skorupkę gotowanego jajka, powoli, metodycznie, precyzyjnie ją z niego zdejmuje, po czym zjada jajko, jednocześnie tłumacząc, że jajo w wielu kulturach symbolizuje ludzką duszę. Iście szatański pożeracz dusz, autentycznie straszny. A Al Capone z Nietykalnych? Szał w oczach, nagła przemiana z ułożonego biznesmena w bezwzględnego psychopatę, który przy pomocy drewnianego kija wykonuje wyrok na niewiernym współpracowniku. Porażająca scena. No i psychopatyczny Max Cady w Przylądku strachu – wytatuowany, z mięśniami jak wyrzeźbionymi z kamienia. Bardziej przerażający od jego kpiącego, złowrogiego uśmieszku, był chyba tylko uśmiech Hannibala Lectera, widoczny zza drucianej maski. A może i nie był.
Dlaczego piszę o tym wszystkim? Do czego zmierzam? Piszę, bo to fascynujące zjawisko, taka totalna identyfikacja aktora z rolą, zjawisko, z którego często pewnie nie zdajemy sobie sprawy, oglądając kolejny film. A zmierzam to prostego chyba wniosku. Że, mianowicie, to wspaniałe, gdy możemy oglądać efekty pracy i poświęcenia się ludzi takich, jak Robert De Niro. Oni dają nam prawdziwą radość z oglądania filmów, dzięki nim godziny spędzone przed ekranem nie uciekają nam z pamięci, ale zostają w niej w postaci wciąż żywych obrazów.
Zakończmy – bo innego komentarza tu nie trzeba – słowami samego De Niro:
Nie potrafię udawać, kiedy gram. Wiem, że filmy to iluzja i pierwszą zasadą aktorstwa jest udawanie, ale ja tak nie potrafię. Jestem zbyt ciekawski. Chcę poznać mojego bohatera dogłębnie. A tyjąc lub chudnąc, pomagam sobie. Określona waga narzuca sposób poruszania się i zachowania, a nawet mówienia.

środa, 1 lutego 2012

Post scriptum

      Tak się złożyło, że dwa ostatnie moje wpisy mają pewien wspólny mianownik. Pisałem niedawno o tym, że trudno być poważnym (dorosłym) widzem w kinie i czuć się usatysfakcjonowanym tym, co się ogląda. Chyba, że akurat ma się ochotę na niezobowiązującą, nie angażującą zanadto szarych komórek rozrywkę.
      Ostatni wpis dotyczył seriali. Wątku, o którym kilka słów teraz, wtedy nie poruszyłem. A jest to rzecz ciekawa, mianowicie, że wymagający widz częściej znajdzie dziś coś interesującego dla siebie w telewizji – właśnie w serialu – niż na dużym ekranie. Twórcy seriali są dziś przede wszystkim odważniejsi, niż reżyserzy, scenarzyści i (może przede wszystkim) producenci pracujący dla przemysłu filmowego. Jest to tendencja widoczna od jakiegoś już czasu. Prosty przykład: kilka lat temu popularność zyskał serial 24 godziny. Była to produkcja tyle ważna, co kontrowersyjna. Poruszała zagadnienia trwającej właśnie tak zwanej „wojny z terroryzmem”. Padały pytania natury moralnej: czy walka z zagrożeniem, jakim jest terroryzm, usprawiedliwia stosowanie „brudnych” metod (jak na przykład tortury)? Czy walcząc z terrorystami z pełną bezwzględnością, nie upodabniamy się do nich? Kino w tej kwestii milczało. Produkcje takie jak Essential Killing czy Droga do Guantanamo w końcu powstały, były jednak cokolwiek spóźnione. Ich autorzy dali się wyprzedzić twórcom serialu.
      Wyraźne, charakterystyczne postaci, które pozwalają zastanawiać się nad człowiekiem: jego moralnością, postawami, związkami międzyludzkimi, również są ostatnio domeną raczej produkcji telewizyjnych. Kolejny przykład: postać Sherlocka Holmesa zainspirowała twórców kina i tych pracujących dla telewizji. W interpretacji tych pierwszych Holmes zyskał fircykowatą twarz Roberta Downey Jr z produkcji Guya Ritchiego. Twórcy seriali, korzystając z literackiego pierwowzoru, również traktując go dość luźno, niedosłownie, stworzyli doktora Gregory House’a i Sherlocka, który kryminalne zagadki rozwiązuje we współczesnym Londynie. Kino postać detektywa spłyciło, dostosowało do potrzeb prostej rozrywki. Telewizja zaś – twórczo rozwinęła, tworząc nową jakość.
      Przykłady można by pewnie mnożyć.
     Ale – teraz wyjaśnię – skąd w ogóle pomysł na połączenie i podsumowanie ostatnich wpisów. Otóż w najnowszej Polityce możemy przeczytać wywiad z Michaelem Mannem, twórcą balansującym między kinem (autorem m.in. Gorączki a Alem Pacino i Robertem DeNiro) i telewizją (choćby Policjanci z Miami, których Mann był producentem). Dziś możemy oglądać stworzony dla stacji HBO serial Manna Luck, w którym grają gwiazdy kina: Dustin Hoffman i Nick Nolte. Pytany o pracę dla w telewizji i tworzenie dla kina Mann mówi: Kino boi się mówić do myślącej i dorosłej (!!!) publiczności. Zamiast tego bawi się w podchody, by dostać kategorię wiekową PG-13, która oznacza, że każdy widz zostanie wpuszczony na seans. Tymczasem widzowie mają coraz większy głód rzeczy niekonwencjonalnych i odważnych. Nie mogłem przejść obok tych słów obojętnie, doskonale podsumowują moje myśli zebrane w tekście o dzisiejszym kinie, brzmi w nich ten sam duch. Kino nie dba o poważnych widzów, o dorosłych. Ich potrzeby zaspokajają zaś coraz częściej produkcje telewizyjne.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Mój pierwszy łańcuszek, czyli zabawa serialowa

      Zwykle nie włączam się w łańcuszki, zabawy w wymienianie tego czy owego. Kilka propozycji już zlekceważyłem. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się urażony. Tym razem postanowiłem skorzystać z okazji. I od razu się przyznam – nie tyle włączam się do zabawy, co właśnie korzystam z okazji. Czasami jest tak, że nie za bardzo ma się pomysł na to, o czym pisać. Można w takiej sytuacji napisać cokolwiek – to nie zawsze przynosi dobre rezultaty. Można też poczekać, aż wpadnie się na dobry pomysł. Nie wiadomo niestety, ile będzie się czekało. Jest ryzyko, że długo. Można też liczyć na to, że temat nagle spadnie nam z nieba. Tak jest w tym przypadku – temat spadł mi z nieba, a ściślej, z bloga SCENKI (podejrzewam, że jego Autorka wolała by w to nieba nie mieszać). Zostałem zaproszony do zabawy i wziąłem to za dobrą monetę.
       Seriale. Oto temat przewodni. Ulubione seriale. Proszę bardzo, niech będzie o serialach.
       Od jakiegoś czasu (to znaczy, od kiedy przestałem być użytkownikiem telewizji, odciąłem się od kabli i anten) mam własny system oglądania seriali. Robię to hurtowo. Odcinek za odcinkiem, seriami, takie małe maratony. Chyba, że akurat śledzę jakiś serial na czasie – wtedy jestem zmuszony odczekać, aż aktualny odcinek wyląduje tam, gdzie będę miał do niego dostęp. Ale to tylko takie uwagi na marginesie. Kiedyś byłem zwykłym telewidzem. O Internecie nikt wtedy jeszcze nie słyszał (chyba, pracował w NASA), więc musiałem czekać na kolejne odcinki. Seriale, które najbardziej zapamiętałem z tamtego okresu? Robina z Sherwood. Do dziś wspominam ten klimat, mroczny i tajemniczy.  Niepokój, jaki budził wyłaniający się z oparów mgły Herne Myśliwy. I najbardziej zapadający w pamięć odcinek, podwójny: Siedem mieczy Waylanda. Nieczęsto płaczę na filmach, ale kiedy Robin (niezapomniany Michael Praed) zginął od strzał żołnierzy szeryfa, popłakałem się. Byłem wtedy mały, więc czuję się usprawiedliwiony. Drugi serial, który mile wspominam, to Drużyna A. Tak, wiem, mało ambitna produkcja. Niemniej jednak strasznie wciągająca dla trzynastolatka. Sprzeczki między B.A. Baracusem a szalonym Murdockiem, pomysły Hannibala Smitha – ubaw po pachy, świetna zabawa, której dostarczał mi Polsat od poniedziałku do czwartku, między 18:40 a 19:10, o ile mnie pamięć nie myli. Był też McGyver, Detektyw w sutannie (żeby nie było, ze nasz Ojciec Mateusz to jakiś oryginalny pomysł) i oczywiście Latający cyrk Monty Pythona, o którym nie można napisać nic tak dobrego, żeby to oddało, jak dobry by to serial - klasa sama dla siebie;  Robin i Drużyna A nasunęły mi się jednak jako pierwsze – czyli: największy sentyment.
      To była opowieść o zamierzchłych czasach. Sentymentalna podróż. Jak sprawa ma się dzisiaj? Tu mam ciekawą obserwację: dziś lubię identyfikować się z bohaterami, albo inaczej – tu mogliby wypowiedzieć się pewnie psychologowie – bohaterowie pomagają mi oni realizować różne kompensacje i sublimacje a może i identyfikacje, słowem, są trochę wentylem; lubię serialowych bohaterów, który robią to, czego ja nie mogę.
      Californication. Nie wiem, jak to brzmi w kontekście ostatnich zdań, chyba nie najlepiej. Ale cóż mogę poradzić, że patrząc na wymiętego Hanka Moody’ego, wzdycham czasem z tęsknotą do czasów, kiedy imprezy były szalone, nocna wolność nieskrępowana, a wizja nadchodzącego poranka była niewiadomą (albo w ogóle jej nie było, bo kto by planował tak odległą przyszłość?). Na szczęście twórcy serialu pomyśleli o takich jak ja widzach i sprawnie konstruują historię, tak jak sprawnie wymyślili głównego bohatera. Bo przecież pośród całego swojego rozpasania Hank wiecznie tęskni za normalnością, za żoną i córką, taki rodzinny w głębi duszy z niego facet. Czyli – może i nie mam tego, co ma Hank, ale mam to, czego on tak naprawdę chce. Seans kolejnego odcinka kończę uspokojony.
      Najciekawszym odkryciem ostatniego czasu jest serial Sons of Anarchy. Losy jego bohaterów też śledzę z pewną tęsknotą, bo to historia członków motocyklowego klubu. I trochę mi żal, gdy wędruję rano do roboty, że nie mogę wsiąść zamiast tego na Harleya i ruszyć gdzieś, gdzie… nie trzeba co rano wstawać do roboty. Panowie mają oczywiście swoje problemy, ale mają też zasady, żyją w świecie prawdziwej męskiej przyjaźni i lojalności no i mają swoje motocykle, więc zawsze sobie jakoś radzą. Prawdziwi Swobodni Jeźdźcy.
      Oglądam też Dextera – wizja Mrocznego Pasażera jakoś do mnie przemawia. Sam uważam, że często „wygładzamy” swój wizerunek, nie pokazujemy, co w nas drzemie głęboko. Ja w każdym razie mam swojego pana Hyde’a (bardziej – niestety – nieokrzesanego Hyde’a, niż Mrocznego Pasażera, który jest schludny, poukładany i profesjonalny), więc na zmagania Dextera z samym sobą patrzę z tym większą sympatią.
      Oglądam i Doktora House’a, lubię ten jego cynizm, humor i… mroczną, niespokojną stronę natury (znowu, jak widać, ta inklinacja; można by z tego stworzyć metodę diagnostyczną albo test psychologiczny – analiza ulubionych bohaterów filmowych i literackich, wychodziły by ciekawe rzeczy, głowę daję).
      Dla równowagi popatrzę czasem na Współczesną rodzinkę, dobry sitcom ze świetnymi kreacjami aktorskimi. No i hit ostatnich tygodni: Simpsonowie. Oglądałem tą kreskówkę i w dzieciństwie, ale chyba niewiele z niej rozumiałem. Śmiałem się z żartów i gagów, ale nie dostrzegałem pełnej głębi. Dziś, jaką mąż i ojciec, zupełnie inaczej patrzę na Homera. Tato, podam ci piwo (Bart). Nie, ja podam (Lisa – obydwoje w chwili przypływu uczucia dla starego). Dzieci, dzieci (oczywiście Homer), niech każde przyniesie po jednym! Jak tu nie lubić tego gościa? Homer jaki jest, taki jest. Nie grzeszy może błyskotliwością. Ale mądry – życiowo – z niego facet. I za rodziną w ogień by skoczył. I takie przesłanie niesie serial – pro rodzinne. Choć i trochę anarchistyczne. Ciekawe połączenie.  Polecam.
      Trochę się rozpisałem i nawet – kto by pomyśl – pozwierzałem. Czas więc kończyć zabawę, ale żeby do końca trzymać się zasad, zaproszę do niej kolejne osoby. Bosy, przyłączysz się? I może Patka – dawno się nie odzywałaś, więc tak trochę przekornie Cię zapraszam i zawracam głowę. Iga i Ove – oglądacie seriale? A Mała Mi? Co Ty na to?

piątek, 27 stycznia 2012

Trudno być dorosłym, czyli to nie są filmy dla starszych ludzi


Trudno czasami być dorosłym, bo to się z różnymi obowiązkami wiąże, odpowiedzialnością i tak dalej. Nie chcę się tu jednak rozpisywać o tych wszystkich złożonych aspektach dorosłości. Nad jednym jednak chciałbym się pochylić. Nad tym mianowicie, jak trudno jest dorosłym ludziom znaleźć dla siebie ciekawy film.
Kiedy byłem mały, oraz gdy już byłem trochę większy, ale jeszcze nie całkiem duży, nie mogłem oglądać „filmów dla dorosłych”. Po dwudziestej telewizor dla mnie nie istniał. Moi rodzice byli bardzo skrupulatni w przestrzeganiu tej zasady, co mnie niezwykle frustrowało. I tak, stosunkowo późno poznałem przygody Rambo, nigdy nie przestraszył mnie Freddy Kruger, bo gdy w końcu oglądałem kolejne części Koszmaru z ulicy wiązów, byłem już za stary, żeby się naprawdę bać. I tak dalej. Moi koledzy rozmawiali w szkole o kolejnym śledztwie Kojaka czy policjantów z Miami, a ja nie wiedziałem, o co chodzi.
Moi rodzice popełnili jednak jeden podstawowy błąd: całe to kino akcji, sztampowe kryminały i tandetne horrory, to nie do końca były produkcje dla dorosłych. Przecież najbardziej podniecały się nimi dzieciaki. Wszystkie, poza mną.
To tyle wspomnień. Podzieliłem się nimi, żeby pokazać, że istnieje taka kategoria filmów: dla dorosłych – nie dla dorosłych. Niby są w nich rzeczy, których bardzo młodzi ludzie nie powinni być może oglądać, ale to jednocześnie takie rzeczy, które nie są w stanie poruszyć widzów dojrzałych.
Problem polega na tym, że tego typu produkcje, to jakieś (na moje oko) dziewięćdziesiąt procent tego, co należy do tak zwanego „głównego nurtu”. W zestawieniach najpopularniejszych, najbardziej kasowych filmów królują dzieła, które trochę bardziej wymagający widz może obejrzeć, bez znudzenia, może raz do roku.
Ja wiem, że powstają też poważne produkcje. Mroczne dramaty, przytłaczające analizy egzystencjalnych bólów i lęków, społeczne analizy, polityczne wątki – tak, to wszystko też możemy (choć nieczęsto) w kinie zobaczyć. Ale żeby iść do kina, dobrze się bawić, trochę jednak przy tym pomyśleć (i nie popaść mimo wszystko w depresję spowodowaną tym, że nam nagle uświadomiono ogrom zła na świecie, czy inne podobne okropieństwa) – z tym jest już problem.
Żeby podać przykład: można nakręcić film z zasady niezbyt poważny, bo trochę fantastyczny, trochę baśniowy, jednym słowem horror. Można to zrobić tak, jak zrobił Werner Herzog opowiadając o Nosferatu, albo Neil Jordan, gdy kręcił Wywiad w Wampirem. W obu filmach jest mrok, dramat istoty zawieszonej między dwoma światami, a do żadnego do końca nie należącej, jest groza, ale płynąca z odpowiednio odmalowanego nastroju, a nie z epatowania przemocą. Można nakręcić taki film. Można też nakręcić sagę Zmierzch albo Blade’a wiecznego łowcę. Dziś się kręci głównie sagi Zmierzch i Blade’ów. W tym problem.
Piraci z Karaibów, Harry Potter, ekranizacje komiksów: Spidermany, Batmany, Kapitany Ameryka – dla kogo to są filmy? I nawet, jeśli dobrze się je ogląda, to ile można? Dziś nawet Sherlock Holmes jest zabawnym (błazeńsko) zawadiaką, który może podobać się nastolatkom i imponować ich kolegom. Najnowsza wiadomość: druga część Niezniszczalnych będzie miała kategorię wiekową PG-13. Wywalczył to podobno Chuck Norris, który nie lubi przeklinać. Wycięto brzydkie dialogi i już – mamy film dla dzieci. Czyli, że dzielni najemnicy, przelewając pot i krew, nie mogą się przy tym nawet, za przeproszeniem, wkurwić, co najwyżej rozzłościć1.
Skąd w ogóle wziął mi się ten temat? Ano, wybieram się dziś na Dziewczynę z tatuażem. Bardzo jestem filmu ciekaw, bo po pierwsze zastanawiam się, czy to był film wart nakręcenia, biorąc pod uwagę, że istnieje oryginalna, szwedzka wersja, która jest świetna, rewelacyjna, zapadająca w pamięć, trzymająca w napięciu i jak tam jeszcze można komplementować tego typu film. Jednym słowem: wersja trudna do przebicia, czy wręcz w ogóle „nieprzebijalna”. No więc interesuje mnie, czy Fincher dał radę wyciągnąć z opowiadanej historii coś innego, niż wyciągnął jego poprzednik. Czekam też na film z niecierpliwością, bo spodziewam się, że pierwszy raz od dawna obejrzę film dla dorosłych. Nie głupawy, nie efekciarski, za to mocny i z mrocznym klimatem i poruszający poważne problemy w poważny sposób.
Obym się nie zawiódł, bo inaczej w dalszym ciągu będę musiał się zadowalać serialem o Simpsonach, w który się ostatnio wciągnąłem, a który jest bardziej dla dorosłych, niż cały repertuar multipleksu razem wzięty. Choć to tylko kreskówka.


1 Maciej Sthur występował kiedyś z takim skeczem, w którym tłumaczył dialogi z amerykańskiego filmu o gangsterach – ocenzurowane, bo pewnie na potrzeby telewizji. Fuck you!, krzyczał bandzior. Tere-fere – tłumaczył tłumacz. Fuck you to! - Ja ciebie też tere fere. Fuck off! - Odejdź ode mnie! I tak dalej. Dziś – skecz bez racji bytu. Chuck Norris rozwalił jego sens kopniakiem z półobrotu.