Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienność z filozofami. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Codzienność z filozofami. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 listopada 2015

Jak postanowiłem zostać idiotą


W starożytnych Atenach, w czasach, gdy panowała tam świeżo wymyślona demokracja narodziło się pojęcie idioty. Słowo, które dziś kojarzy nam się z intelektualnym niedomaganiem, pierwotnie miało inne znaczenie i określało tych obywateli demokratycznego polis, którzy choć mogli, nie zajmowali się sprawami państwa, nie interesowali ustalaniem praw, nie uczestniczyli w zgromadzeniach ludowych i w ogóle woleli skupiać się na własnych, prywatnych sprawach. Mając na uwadze ten źródłosłów zastanawiam się poważnie, czy nie podjąć czasem postanowienia, by od dziś na dobre zidiocieć.
Demokracja narodziła się w dawnych Atenach i tam, od razu, znalazła sobie zagorzałych krytyków. Jednym z nich był Sokrates, który choć twierdził inaczej, to swoje jednak wiedział. A wiedział między innymi to, że ustrój, w którym o dobru państwa decydują a przynajmniej współdecydują ignoranci, by nie rzec po prostu: głupcy, nie może być najlepszym z możliwych ustrojów a prawdopodobnie dobry nie jest ani trochę. Sokrates tak się przejął swoimi obserwacjami, że postanowił na współobywateli wpłynąć choćby tym, że im uświadomi ignorancję i da przez to, być może, do myślenia. Niestety okazało się, że ta świadomość nie była Ateńczykom do niczego potrzebna a budzona na siłę przez Sokratesa zaczęła kłuć i uwierać. Zamiast pozbyć się niewygodnej świadomości przez wyeliminowanie stanu rzeczy, który jej odpowiadał, Grecy postanowili pójść na skróty i pozbyć się Sokratesa, co też skutecznie uczynili.
Zapędziłem się jednak w dygresję, niepotrzebnie, bo podejrzewam, że historia Sokratesa jest większości z grubsza znana. Rzec chciałem tyle, że niedostatki demokracji dostrzegano od początku jej istnienia. Platon, którego Sokrates zdążył natchnąć, zanim go poczęstowano kielichem z cykutą, napisał opasłe tomiszcze zatytułowane Państwo, w którym kreśli wizję ustroju politycznego zgoła różnego od demokracji i sporo od niej lepszego. Czy lepszego faktycznie – tu można dyskutować i dyskutuje się, wyciągając czasem dość ciężkie argumenty łącznie z takim, że Platon zarysował w swym dziele wizję pierwszego totalitaryzmu, który się urzeczywistnił w pełni w postaci dwudziestowiecznego niemieckiego nazizmu i radzieckiego komunizmu. W to nie będziemy tu wnikać.
Piszę to całe wprowadzenie by dojść do takiego oto punktu w którym stwierdzam: dziś też mamy demokrację. Co gorsza, przez wieki eksperymentów ludzkości nie udało się wpaść na lepszy pomysł zorganizowania państwa tak, by żyło się w nim przyjemnie, bezpiecznie i w poczuciu, że w koło panuje ogólna sprawiedliwość i nikomu się niepotrzebna krzywda nie dzieje. Mamy demokrację, większość więc wybiera i decyduje na podstawie tego, co się rzeczonej większości wydaje lub co jej wmówiono lub zaprezentowano jako ładniejsze. Sokrates, gdyby żył, wciąż łapałby się za głowę i dziwił, że przez wieki nic, ale to nic się nie zmieniło. Jeśli wielu ludzi wierzy w to samo, wtedy łatwo dojść do wniosku: jedzmy gówna, przecież miliony much nie mogą się mylić! – napisał kiedyś Waldemar Łysiak. U nas wielu uwierzyło, że zmienić trzeba cokolwiek, a że imię tych wielu było Większość, przeto wybrali i zmienili.
Jak wybrali, tak mamy. Ministra obrony, który jest historykiem, histerykiem i w wymyślaniu spisków bije na głowę Dana Browna; pomaga mu i doradza dwudziestoletni emo-boy, świeżo po maturze. Ministrem sprawiedliwości jest co prawda prawnik, ale bez żadnego doświadczenia w zawodzie, bo prawnikiem jest z wykształcenia, za to z zawodu, od zawsze, politykiem. Ministrem też zresztą już był, ale go odwołano. Minister transportu stracił prawo jazdy za notoryczne łamanie przepisów drogowych. Czyli ma jakieś doświadczenie, nawet praktyczne. Minister kultury jest za to wykształconym ekonomistą. I socjologiem. Pewnie więc sobie wykalkulował, że cenzura na dłuższą metę się opłaci, przynajmniej w kwestiach społecznych. Ministrem środowiska jest myśliwy, czyli człowiek obcujący z naturalnym środowiskiem, przynajmniej weekendowo i w sezonie. Pewnie nie raz i nie dwa przemarzł do szpiku kości, gdy dzieci z czworaków zamarudziły z nagonką, nic więc dziwnego, że nie wierzy w globalne ocieplenie.
Tak oto mamy, bo lud wybrał i… teraz narzeka. Lud niestety zapomniał, że kiedyś już tak mieliśmy i że może lepiej by było do minionego stanu rzeczy nie wracać. Zapomniał, albo chciał przekornie pokazać, że ci wszyscy starożytni filozofowie duby smalone bredzili i że do tej samej rzeki wejść dwa razy, owszem, można. No to żeśmy weszli.
W całym tym zamieszaniu, galimatiasie i żenującym chaosie coraz trudniej się połapać, coraz trudniej doszukać się śladowych chociaż ilości sensu a mi osobiście coraz trudniej wykrzesać choć odrobinę zapału, żeby się angażować, choćby śledząc, słuchając, czytając i starając się być na bieżąco. Coraz łatwiej mi za to puszczać mimo uszu, przechodzić do porządku dziennego i twierdzić, że mnie nie dotyczy. Coraz łatwiej mi, jednym słowem, popadać w zidiocenie. W klasycznym oczywiście, jak najbardziej greckim i w pełni ateńskim znaczeniu tego słowa.

środa, 4 czerwca 2014

Jak walczyć z hałasem, czyli o pocieszeniu jakie daje filozofia




Czy one nie potrafią się bawić inaczej, jak wrzeszcząc? – pyta Adaś Miauczyński, zerkając nerwowo na zakłócające mu przedpołudniowy spokój hałaśliwe dzieci sąsiadów. Wynajmowałem kiedyś pokój w mieszkaniu na osiedlu bloków. Żyło mi się tam w sumie miło, ale dwie rzeczy wspominam jako koszmar. Pierwszą, były gołębie, które upodobały sobie mój parapet i zlatywały na niego każdego ranka, bladym świtem. Codziennie przed szóstą wyrywało mnie ze snu gołębie gruchanie i stukot pazurków na blaszanym parapecie. Nie wiem, czy najpierw budziłem się ja, czy moje mordercze instynkty, w każdym razie, kiedy już udawało mi się jako tako oprzytomnieć, czułem czystą nienawiść do tych skrzydlatych paskudztw.
Drugą rzeczą, która wytrącała mnie z równowagi i przyprawiała o migreny, były właśnie odgłosy dziecięcych zabaw a właściwie jednej zabawy. Po chodniczkach między blokami jeździli na rowerkach chłopcy a ich rowerki terkotały piekielnie, dzięki kawałkom plastiku czy innemu ustrojstwu montowanemu tak, by zahaczało o szprychy obracających się kół. Ściany bloków stojących wokół powodowały, że terkotanie wzbierało donośnym echem.
Jednym słowem – dręczył mnie hałas.
Wszelkie wielkie znamienite duchy – pisał Artur Schopenhuer – były zawsze wrogami wszelkiego zakłócania, przerywania i odwracania uwagi, zwłaszcza gwałtownego, przez hałas, podczas gdy pozostałym niespecjalnie to dokucza. Najrozsądniejszy i najinteligentniejszy z wszystkich europejskich narodów regułę: „Never interrupt” – „Nigdy nie przerywaj” – nazwał jedenastym przykazaniem. Hałas zaś jest najbardziej impertynencką formą przerywania. Nie wiem, czy powinienem zaliczyć siebie do grona wielkich znamienitych duchów na tej li tylko podstawie, że w przeciwieństwie do niektórych pozostałych, hałas mi przeszkadza. W każdym razie przeszkadza i tu pojawia się problem.
Przede wszystkim to, co dla jednych jest hałasem, dla innych być nim nie musi. I tak dobywające się z samochodu sąsiada, zaparkowanego na ulicy, miarowe, basowe umc! buc! umc! ja nazywam hałasem, on zaś muzyką. Podczas gdy sąsiad upaja się kompozycją jakiegoś oszołoma, który dorwał się do keyboardu i komputera, ja męczę się coraz bardziej, do czasu aż nadejdzie błogosławiony efekt habituacji raniącego moje uszy bodźca.
O ile na miarowe umc! mózg przestaje w końcu reagować, o tyle pewnych hałasów nie słyszeć się nie da i nie można ich zlekceważyć puszczając mimo uszu. Największy dramat polega na tym, że źródłem tego typu hałasu często są właśnie dzieci. Te cudze, terkoczące szprychami, można przynajmniej skląć pod nosem i w duchu życzyć im, żeby im łańcuchy pospadały albo i – jeszcze lepiej – pękły. Ale swoje? Co zrobić, gdy hałas powodowany przez własne dzieci przyspiesza nam proces siwienia?
Wszystkie dzieci czasem hałasują, nie da się tego uniknąć, taka już ich natura. Gdyby nie czyniły rabanu – wtedy dopiero byłby powód do obaw, to by było niepokojąco nienormalne. Co innego jednak, kiedy dzieci czasem się rozbrykają, mają dobry nastój i dają mu upust, nawet, jeśli robią to zbyt głośno a co innego do hałasowania je prowokować. Nie wiem jak inne dzieci, ale moje mają tendencję do nagłego dziczenia w obecności osób trzecich. I tak, chcąc nie chcąc, znowu wychodzę na gbura, kiedy z nagłą, niezapowiedzianą wizytą wpadają szwagierki, każda ze swoimi pociechami. Dzieci, owszem, mają ubaw. Ja natomiast siedzę i jedyne, co jestem w stanie zarejestrować, to różne rodzaje hałasu. Krzyki dzieci. Piski dzieci. Krzyki szwagierki uspokajającej dzieci. Dziwne dźwięki skierowane do dzieci najmłodszych – te wszystkie okrzyki, rechoty i gugania, mające rozbawić bobasy. Kolejne próby uspokojenia dzieci starszych… Cały świat redukuje mi się do tej kakofonii, wokół nie ma nic, tylko hałas i narastające uczucie, że mi zaraz pęknie głowa.
A miało to być takie spokojne popołudnie!
Siedzę więc i staram się sprawiać wrażenie osoby obecnej duchem i nie cierpiącej mąk. Siedzę, bo wymykanie się do innego pokoju nie pomaga – harmider dociera wszędzie, przed zgiełkiem nie ma ucieczki.
Siedzę więc i wychodzę na gbura, co to się nie cieszy z odwiedzin. Z pocieszeniem przychodzi mi Schopenhauer, który pozwala mieć nadzieję, że żaden ze mnie gbur, tylko, po prostu, wielki znamienity duch.

czwartek, 7 listopada 2013

Sokrates, Daimonion i bóstwo w telefonie




Znamy pewnie wszyscy, bardziej lub mniej dokładnie, historię Sokratesa. Ojciec chrzestny zachodniej filozofii tak długo wystawiał nerwy swoich współobywateli na próbę, wytykając im błędy i udowadniając ignorancję, aż miarka się przebrała – Ateńczycy postawili go przed sądem,  osądzili i skazali. Piękna zemsta. Koniec pieśni.
W swojej mowie obronnej Sokrates porusza ciekawą kwestię, mówi o Daimonionie,  wewnętrznym głosie. To pochodzi stąd, że jakeście to nieraz ode mnie słyszeli, mam jakieś bóstwo, jakiegoś ducha, o czym i Meletos na żarty w swoim oskarżeniu pisze. To u mnie tak, już od chłopięcych lat: głos jakiś się odzywa, a ilekroć się zjawia, zawsze mi coś odradza, cokolwiek bym przedsiębrał, a nie doradza mi nigdy. Coś, jednym słowem, odradzało filozofowi popełnianie głupstw. Ten mój zwyczajny, wieszczy głos (głos ducha) zawsze przedtem, i to bardzo często, się u mnie odzywał, a sprzeciwiał mi się w drobnostkach nawet, ilekroć miałem coś zrobić nie jak należy – tłumaczy dalej oskarżony.
Wyobraź sobie, leżysz na plaży, w pełnym słońcu, a nagle z twojego smartfona, komórki, dźwięk i głos: „zejdź ze słońca, alternatywnie załóż czapkę, dawka słońca wykorzystana” albo: „stres trwa, nie wchodź do pokoju szefa” – to wcale nie jest science fiction, w przyszłym roku prototyp takiej aplikacji, opartej o naszą biologię, o komórkę, o synapsy nerwowe będzie nam zaprezentowany… mówi pani w radio. Słucham i uszom nie wierzę. Sokrates – myślę – przewraca się pewnie w grobie. I odbija mu się cykutą.
Pan Wynalazca, pracujący nad cudowną nowością tłumaczy: Jest ktoś, kto stale podpowiada ci co masz robić. Tym kimś jest twoje ciało! Słuchaj swojego ciała. Coś w tym  jest. Nie jest to jednak nic nowego ani odkrywczego. To oczywiste, że ciało informuje nas, kiedy jesteśmy zmęczeni, głodni, produkuje adrenalinę, kiedy powinniśmy brać nogi za pas i uciekać gdzie pieprz rośnie. Ciało nam mówi: przesadziłeś wczoraj! i wali nas niczym obuchem w sam środek czoła, od środka, z nadzieją, że zapamiętamy tę nauczkę do czasu kolejnej imprezy i postaramy się więcej nie przesadzać.
Pan Wynalazca dostrzega jednak pewien problem: Nikt nie uczy nas, jako dorosłych i tym bardziej jako dzieci, jak słuchać swojego ciała – tłumaczy. I od razu daje rozwiązanie, w postaci swojego wynalazku:  Tymczasem, gdybym mógł kliknąć na swoim telefonie na malutką aplikację, którą sobie ściągnąłem z sieci, ta aplikacja po krótkiej chwili powie: „hej, poziom twojego podenerwowania  przekracza kulturalna dawkę, dlatego nie zbliżaj się do żadnego człowieka przez co najmniej trzydzieści minut…
Co za głupoty!
Cała sprawa prezentuje się tym gorzej, że Pan Wynalazca jest psychologiem. Nie jakimś tam Wielkim Elektronikiem, nie specem od nanotechnologii marzącym, żeby każdemu po urodzeniu pakować czip pod czaszkę. Pan Wynalazca jest psychologiem i powinien głowić się raczej nad tym, jak uczyć ludzi swojego ciała słuchać, a nie jak ich rozleniwić do tego stopnia, żeby nie myśleli już nawet o tym, czy chce im się jeść, czy może jest im zimno albo czy muszą skorzystać z toalety.
Kto wie, może gdy aplikacja się przyjmie, Wynalazca zacznie ją rozwijać. Dwie osoby mające ściągniętą aplikację nie będą już musiały ze sobą rozmawiać, wystarczy że uruchomią bluetooth w swoich telefonach. Urządzenia rozpoznają emocje swoich właścicieli i prześlą do siebie wzajemnie odpowiednie sms-y. Ilu małżeńskich kłótni udało by się uniknąć! Normalnie Nowy Wspaniały Świat, zamieszkały przez świadomych swoich potrzeb ludzi, doskonale skomunikowanych…
Inna rzecz, że osobiście mam wrażenie, że podobną aplikację zainstalowałem sobie swego czasu, w Urzędzie Stanu Cywilnego. Od kilku lat słyszę czasem ten głos, dochodzący z zewnątrz, z całą pewnością nie będący więc głosem Daimoniona: Nie jedź tak szybko, zdejmij nogę z gazu, opcjonalnie zatrzymaj się i zamień ze mną miejscami! Albo: Nie pij już piwa, które to już? I tak dalej. Aplikacja działa i jest aktywna. Gdybym jeszcze uzupełnił ją o dodatkowy głos rozsądku dobywający się z telefonu, zwariowałbym jak nic. Człowiek musi przecież czasem być nierozsądny, tak dla zdrowotności. I żadne bóstwo, duch jakiś a tym bardziej aplikacja nic tu nie zmienią.

piątek, 25 stycznia 2013

Pożyczyć? Nie pożyczyć? Czyli Pitagoras też nie rozumiał kobiet



Kobiety to istoty… niezwykłe. My, mężczyźni wiemy o tym, a jeśli jeszcze nie wiemy, to przeczuwamy, od najmłodszych lat, obserwując kobiece zachowania. Poszła do sklepu i zaginęła nam ta mama – taka konstatacja, w ustach trzylatka, zdradza męską intuicję co do niezwykłości kobiet. Bo ile może trwać wyprawa do osiedlowego sklepu? Jak to możliwe, że może przeciągnąć się do godziny i dłużej? Dziwne to, ale zdarza się o ile na zakupy wyprawi się kobieta.
Kobiety posiadają własną logikę, sposoby na dowodzenie swoich racji, które rządzą się tak nieprzeniknionymi regułami, że kobiece argumenty są zwykle nie do obalenia. Nawet, jeśli na pierwszy rzut (męskiego) oka w ogóle nie trzymają się kupy i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
Umiejętność spędzania na zakupach dowolnie długiego czasu to tylko jeden z przejawów kobiecych zachowań, które dla facetów pozostaną zagadką. Takich tajemniczych zwyczajów jest więcej, a tworzą one zagadkę odwieczną. Mam na to dowód.
Zwrócę się teraz z pytaniem do panów: zdarza się Wam pożyczyć kumplowi koszulę? Albo spodnie? Albo przejrzeć szafę kolegi i stwierdziwszy, że ma w swojej kolekcji jakiś fajny T-shirt, pożyczyć go od niego z myślą o nadchodzącym wyjściu do miasta? Albo wymienić się butami? Głowę daję, że nie. Osobiście (pomijając fakt, że nie lubię pożyczać moich rzeczy – ani książek, ani narzędzi, ani niczego innego) uważałbym takie zachowanie za w pewien sposób nie higieniczne. Kiedyś co prawda pożyczyłem spodnie od kumpla, ale powodowała mną wyższa konieczność. Moje własne spodnie uległy częściowemu zniszczeniu podczas koncertu (to były szalone czasy!) a mnie czekała podróż stopem – nie mogłem wyglądać jak menel. Postanowiłem więc spodnie pożyczyć i – jako, że kolega jest ode mnie trochę szerszy i sporo niższy – wyglądać jak klaun.
Był to jednak wypadek odosobniony. Na co dzień źle bym się czuł ze świadomością, że ktoś właśnie przepaca moją koszulę, albo że sam pocę się w koszulkę, w którą zwykle poci się ktoś inny. Kobiety mają zaś inaczej. Wymienianie się ciuchami to dla nich dość normalna praktyka. Nie mam sukienki na imprezę, ale moja koleżanka ma taką jedną, będzie w sam raz! – zwykła rzecz. Przy okazji można też dobrać biżuterię, może i buty…
Zwyczaj to dziwny, okazuje się jednak, że nie nowy! Urodzony około 250 roku przed Chrystusem filozof Jamblich, opisał w jednym ze swych dzieł życie Pitagorasa oraz przybliżał jego nauki. Przytacza tam między innymi wykład, który Pitagoras wygłosił do młodych Kretończyków. Padły w nim takie między innymi słowa: …kobieca sprawiedliwość polega [między innymi] na tym, że bez świadków pożyczają sobie szaty i ozdoby, jeśli któraś tego potrzebuje i że z owego zaufania nie rodzą się kłótnie i spory (…); nikt zaś tego [sposobu postępowania] przeniesionego na rodzaj męski (to znaczy, jeśli [mężczyzna] pożyczywszy chętnie odda i w dodatku sam ochoczo pożyczy swoje) nie pochwali jako zgoła obcego męskiej naturze.
Pitagoras żył na przełomie VI i V wieku przed naszą erą. I proszę – już wtedy pewne praktyki miały miejsce i już wówczas odróżniały kobiety od mężczyzn. Tyle czasu upłynęło, a tak niewiele się zmieniło! Nas ciągle dziwią zwyczaje obce naszej męskiej naturze, tak, jak musiały dziwić Pitagorasa. Gdyby go nie dziwiły, nie poświęcał by im pewnie czasu (filozofowanie ma wszak swój początek w zdziwieniu). I mimo, że jak wspomniany Jamblich podaje, Pitagoras był tak mądry, że zasłużył sobie na to, iż nikt nie nazywał Go jego własnym imieniem, lecz wszyscy mówili o Nim „boski”, niuanse kobiecej natury były dla niego nieprzeniknione.
Pożyczyć chiton sąsiadce? Toż to niezwykłe, po co one to robią? Nie wiem i pewnie do tego nie dojdę. Lepiej już zajmę się geometrią, albo muzyką. Albo zastanowię się jeszcze trochę nad tym, jak to jest z tą Przeciw-Ziemią…

poniedziałek, 3 października 2011

O wrodzonej ciekawości, Filozofie i łamaniu świętych praw

Gdzie idziesz? – Tytus zadaje pytanie mamie szykującej się przed wyjściem do pracy. Do pracy – pada oczywista odpowiedź. Czemu? – pada oczywiste pytanie. Bo trzeba chodzić do pracy – odpowiedź prosta, ale też niosąca ze sobą pewien dodatkowy bagaż informacji: do pracy chodzimy z powinności, obowiązku, żeby nie powiedzieć, że z przymusu. Tak czy inaczej, nie wszystko jest jeszcze jasne: Czemu? – Tytus kontynuuje. Trzeba chodzić do pracy, żeby zarabiać pieniążki, żeby móc kupić chlebek… bananki… żelki…Czemu? – Tyci pyta dalej. Mama myśli nad odpowiedzią, okazuje się, że nie potrzebnie. Tytus chwilę patrzy na nią i odpowiada sobie sam: bo nie ma dżemu! I wszystko jasne.
Dobrze jest analizować, zastanawiać się nad rzeczywistością, wiedzieć, dlaczego coś się dzieje i dlaczego właśnie tak, a nie inaczej. Dobrze – tak uważam. Uważają też tak pewnie inni i wielu było przed nami, którzy uważali podobnie.
Taki na przykład Arystoteles. On też szukał wyjaśnień tego wszystkiego, co do otaczało. I jakieś wyjaśnienia znalazł. Gdyby tak Arystoteles rozmawiał z moim Tycim…
Co to? – mógłby zapytać Tytus. Stół – rzekłby Stagiryta. Czemu? – padło by oczywiste pytanie. A widzisz – tu już Filozof – mógłby zacząć prezentować elementy swojego systemu opisania świata – każda rzecz i każde zjawisko ma swoje przyczyny, dokładnie przyczyny, które można zebrać w cztery kategorie. Są to przyczyny materialne, formalne, sprawcze i celowe. Podobnie jest z naszym stołem. Materialną jego przyczyną jest na przykład drewno, z którego został zrobiony. Przyczyną formalną – to co sprawia, że jest taki, jaki jest: blat, cztery nogi i tak dalej. Przyczyną sprawczą, jest oczywiście stolarz, który go zbudował. Przyczyną celową zaś to na przykład, by było w domu miejsce, przy którym możesz z mamą, bratem i tatą usiąść i zjeść obiadek. Piękne wyjaśnienie, tylko czy wystarczyło by Tytusowi? Czemu? – zapytał by prawdopodobnie. Co odpowiedział by na to Arystoteles? Nie wiem, mogę się jedynie spodziewać, że gdyby Tyci drążył i drążył, usłyszał by w końcu opowieść o Pierwszym Poruszycielu – najważniejszej, pierwotnej przyczynie wszystkiego co istnieje i co się wydarza.
Gdyby Arystoteles, opowiedziawszy o Poruszycielu znowu usłyszał sakramentalne czemu?,  z czystym sumieniem mógłby powiedzieć: bo nie ma dżemu.
Zaspokoić ciekawość Tyciego nie jest łatwo. Inaczej jest z Guciem, który też pyta, ale i ułatwia odpowiedź. Gdzie idziemy? – chce się na przykład dowiedzieć, ale zanim zdążę otworzyć usta, Guć kontynuuje: Do sklepu? Tego w którym byliśmy wczoraj, wiesz, tego dużego, Lidla tam gdzie ja jechałem tym dużym wózkiem i Tytus też jechał? Do tego? Wystarczy prosta odpowiedź – tak. Co tu jeszcze dodać?
Lubimy się zastanawiać i drążyć interesujące nas tematy. Pewnie rację miał – że znowu przywołam jego słowa – Arystoteles kiedy pisał w Metafizyce, że człowiek z natury dąży do poznania.
Mnie chęć drążenia, głębszego wniknięcia w temat naszła ostatnio na zakupach. I to nie gdzie indziej, tylko w sklepie mięsnym. Uwagę moją przykuł produkt nazwany, uwaga, Schabem po żydowsku. Zwęszyłem podstęp. No bo skoro schab, to przecież wieprzowina. A przecież Pismo (a dokładnie: Księga Powtórzonego Prawa) mówi wyraźnie: Nie będziecie jedli nic obrzydliwego (…). Wieprz, który ma racicę rozdzieloną, lecz nie przeżuwa, jest nieczysty, mięsa jego jeść nie będziecie i padliny jego się nie dotkniecie. Czyli wszystko jasne: Żydom trudno było by przyrządzać schab na własny, tradycyjny sposób. Chyba, że takiemu jak z piosenki Kazika, który opowiada: mówią, że jestem Żydem, ale wiary mało we mnie, nie jestem chasydem. Tylko, że to Żyd mało reprezentatywny i żeby od jego skłonności kulinarnych nazywać potrawy?
To nie miało by sensu.
Czemu?
Bo nie ma dżemu!

wtorek, 19 października 2010

Metafizyka porządku

Wspominałem, że mam „klasyczne” podejście do porządku? Wspominałem. Co to oznacza? Że myślę o porządku odnosząc się do nauk twórców naszej kultury, twórców znaczenia dzisiejszych pojęć. Porządek, to poważna sprawa, jego naruszenie – poważny problem.
Arystoteles, którego imię przez całe średniowiecze było synonimem filozofa, a to dla mądrości jego myśli i trafności sądów napisał, że wszystkie rzeczy dążą do swojego miejsca naturalnego – że wszystkie takie miejsce posiadają. Dla tego na przykład płomień płonąc, strzela w górę, bo w górze jest jego miejsce naturalna, kamień zaś upuszczony spada na ziemię – jego naturalne miejsce jest bowiem na dole.
Takie opisanie świata jest oczywiście zbyt proste dla nas, którzy żyjemy po Newtonie a i po Einsteinie, w stwierdzeniu jednak, że rzeczy mają swoje miejsce jest coś, co nie pozwala przejść obok niego obojętnym. Coś w tym jest. Trochę inaczej rzecz ma się z tezą, że rzeczy do swych miejsc naturalnych dążą. Modyfikując nieco to, co powiedział Arystoteles rzec można, że rzeczy swoje miejsce mają i powinny się w nim znajdować. A jeśli same nie dążą do tego, powinno się im pomagać. W żadnym razie utrudniać. W żadnym wypadku przeszkadzać. Broń boże nie bagatelizować faktu, że coś powinno być gdzieś, a nie gdzie indziej.
Przeprowadźmy prosty eksperyment myślowy, by rozważyć dalej kwestię naturalnego miejsca rzeczy. Wyobraźmy sobie przeciętny dom zamieszkały przez przeciętną rodzinę, dajmy na to czteroosobową. Wyobraźmy sobie przeciętne wyposażenie przeciętnego mieszkania, przedmioty, które mogą posiadać członkowie przeciętnej czteroosobowej rodziny. Wyobraźmy sobie też naturalny rytm dnia w naszym przeciętnym domu. Wyobraźmy sobie brudną skarpetkę na dywanie w salonie. Razi? Oczywiście. Środek dywanu w salonie nie jest miejscem, naturalnym dla brudnej skarpetki. Brudna skarpetka powinna dążyć do tego, by znaleźć się w koszu na brudną bieliznę a stamtąd trafić do pralki. Idźmy dalej. Wyobraźmy sobie lodówkę a w niej słoik musztardy. W słoiku z musztardą, na powierzchni musztardy wyobraźmy sobie coś czerwonego, w konsystencji mazi – wygląda podejrzanie, tym bardziej, że miejscami czerwień jest skażona odrobiną bieli, czy może żółci… obrzydliwe, wygląda jak posiew w laboratorium, w którym się zgłębia tajemnice egzystencji grzybów i bakterii. To kapka keczupu przybrudzonego odrobiną masła. Nie pasuje absolutnie do słoika musztardy, ale ktoś do musztardy wsadził nóż, którym wcześniej smarował kanapkę. Błąd. Co z tego wynika? Że pogląd Filozofa można odwrócić, że nie tylko przedmioty mają swoje naturalne miejsce, ale i miejsca maja przypisane sobie przedmioty i gdy zostaną zajęte przez coś innego, dochodzi do zaburzenia naturalnej harmonii. Co by było, gdyby sól zagnieździła się nagle w cukiernicy a ocet wypełnił butelkę, w której powinna się znajdować woda mineralna? Możemy to sobie wyobrazić.
Chociaż natura jest nieco bardziej skomplikowana, niż to sobie wyobrażał Arystoteles, nie należy zapominać o jego słowach. Nie należy zapominać, że czasami powinno być tak, a nie inaczej, bo tak po prostu być powinno, bo miejsce keczupu jest w butelce z keczupem a nie w słoiku z majonezem czy musztardą. Jeśli zaś z powodów, o których pisali następcy Filozofa – tych wszystkich grawitacji, zakrzywień czasu i przestrzeni, czarnych dziur i innych kwarków, rzeczy opuszczają swoje naturalne miejsce, pomóżmy im tam wrócić. Pierwszy Poruszyciel na pewno nam to wynagrodzi.
Całe szczęście, że geny tak bardzo o nas decydują. No, przynajmniej szczęście w pewnych sytuacjach całe szczęście. Moje chłopaki – mam nadzieję, że obydwaj, choć na razie obserwuję to tylko na przykładzie starszego, mały jest jeszcze za mały – porządkowość mają po mnie. W lodówce na przykład zdarza mi się znaleźć plastikowe jajko albo takąż marchewkę – części kompleciku zabawek pod tytułem „mały kucharz” (albo „mała kuchareczka”, na opakowaniu jest dziewczynka). Jajko oczywiście na drzwiach, marchewkę w szufladce na dole. Wiem, kto je tam włożył i myślę z dumą: brawo, synku, co za wyczucie – od małego – idei naturalnego miejsca!