Od kilku dni trudno nie słyszeć doniesień z Japonii. Kraj Kwitnącej Wiśni dotknęła straszna tragedia. Nie chciałbym jej trywializować. Nie mniej jednak, kiedy słyszę w jednym radiowym komunikacie zwroty: trzęsienie ziemi, fala tsunami, reaktor jądrowy, promieniowanie radioaktywne i do tego – Japonia, wiecie, jaki obraz pojawia mi się w głowie? Przyznam się: widzę Godzillę.
Znajomy przymierzał się ostatnio do kupna kawałka ziemi. Znalazł ładną działkę pod lasem. Pojechaliśmy ją zobaczyć. Przed każdym kolejnym zakrętem na usta cisnęły mi się słowa: Oczom ich ukazał się las… Las krzyży.
Podobno istnieje przykra możliwość, że w 2036 roku uderzy w nas asteroida. Wielka – taka, jaka przyczyniła się do zagłady dinozaurów, albo i większa. Przeczytałem o tym niedawno i wiecie o czym pomyślałem? Ile lat w 2036 będzie miał Bruce Willis?
Kiedy idę sobie przez las, prawie zawsze w końcu potykam się o jakąś butelkę. Myśl może być wtedy tylko jedna: Nasi tu byli!
Idąc ostatnio do szkoły wpadłem na nieszczęście (dla nich) na grupkę uczniów odpalających się pod blokiem. Panowie, co wy tu palicie? – zagaiłem klasycznie. Oczywiście dzisiejsza młodzież nie wykazała się znajomością kanonu, ani, co za tym idzie, poczuciem humoru. Gdyby któryś rzucił, że on, to Popularne, ale jak pan chce, to Franz ma Camele, udałbym, że nic nie widziałem. Żaden nie rzucił.
Wniosek wyciągam jeden: strasznie głęboko jesteśmy zanurzeni w popkulturze. Bardzo wyraźnie nam się odcisnęły w świadomości te wszystkie postaci, sytuacje, zdania, którymi nas częstują jej twórcy.
Ale chodzi i o coś więcej – o całe idee. Bo nagle się okazuje, że w moim świecie istnieją zombie. Nie łażą po ulicach, polując na świeże móżdżki, ale mają swoje cieplutkie miejsce w moim móżdżku, i wychylają się z niego przy różnych okazjach. Wystarczyło kilka wieczorów z Georgem Romero, spędzonych w wieku lat nastu, i kilka kolejnych z serialem Walking Dead – spędzonych całkiem niedawno, żeby doniesienie o promieniotwórczej chmurze, w którą wpłynął amerykański lotniskowiec, wywołało obraz radioaktywnych żywych trupów (które pewnie niosłyby zniszczenie do spółki z Godzillą).
Scherlock Holmes twierdził, że trzeba bardzo uważnie selekcjonować to, co się dopuszcza do własnej świadomości – żeby z nasz mózg nie przyjął postaci zagraconego pokoju, w którym nic nie można znaleźć wśród stert niepotrzebnych śmieci. Beztroskie zagracanie swojego umysłu było dla Holmesa znamieniem szaleństwa, skrajną nieodpowiedzialnością. Tyle, że detektyw z Baker Street mógł po prostu nie sięgnąć po gazetę, albo opuścić przy jej lekturze niektóre strony. Dzisiejsza kultura jest bardziej ekspansywna. Oczywiście – do oglądania filmów o zombie nikt mnie nie zmusza. Podobnie do czytania książek o Holmesie czy do oglądania Doktora Housa, który do opowieści sir Conan Doyla tak wspaniale nawiązuje. Tyle, że gdybym tego nie robił, byłbym uboższy o te wszystkie popkulturowe metafory. A patrzenie na świat przez ich pryzmat bywa takie zabawne.
W moim mieście (nie wiem, czy tak jest też w innych miastach – osobiście się nie spotkałem), szczególnie w pewnych kręgach, gdzie króluje uliczny slang, popularne jest słówko ni, które jest skrótem od i tak niedługiego nie. Tego ni używa się dla potwierdzenia sensu wypowiedzi. Schemat wywodu jest taki: Ładna dziś pogoda, ni? Rozumiecie? Dzięki tym pop-śmieciom, które mam w głowie, zawsze się uśmiecham słysząc podobne zdanie – bo oto okazuje się, że mieszkam w mieście rycerzy… którzy mówią ‘ni’.
A gdy widzę pędzącego przez miasto jakiegoś swobodnego jeźdźca, to wiem, że on nie jedzie na motorze. Bo to nie motor, to chopper.
Czyj chopper?
Zeda.
Kto to jest Zed?
Zed zszedł kochanie, Zed zszedł.