wtorek, 15 kwietnia 2014

Wiosenne porządki, czyli jak się zmienia perspektywa




Tata zapytał mnie, kiedy rozmawialiśmy przez telefon, czy kosiłem już trawnik, bo on owszem. Ja swojego jeszcze w tym roku nie skosiłem, choć zaczyna się dopominać kontaktu z kosiarką po ostatnich deszczach i słonecznych dniach. Przypomniały mi się przy tej okazji moje niegdysiejsze boje z trawnikiem, którego koszenie było moim obowiązkiem. Dom rodziców stoi na podwójnej działce i trawy jest wokół niego sporo. Doprowadzanie jej raz w tygodniu do stanu, który zadowalałby tatę było koszmarem mojej młodości.
Kiedyś, czytając Z szynką raz Charlesa Bukowskiego trafiłem na ten fragment:

Kosiarka i maszynka do wyrównywania brzegów stały już na podjeździe domu. Ojciec pokazał mi, co z nimi robić.
- Weźmiesz kosiarkę i przeciągniesz nią w tę i z powrotem po trawniku, raz przy razie. Tu wysypiesz trawę z worka, jak będzie pełny. Kiedy już przejedziesz trawnik wzdłuż, to zaczniesz jeździć w poprzek, jasne? Najpierw z północy na południe, potem z zachodu na wschód. Zrozumiano?
- Tak.
- I nie rób takiej nieszczęśliwej miny, bo cię tu zaraz unieszczęśliwię! Jak już przystrzyżesz trawnik, to się weźmiesz za wyrównywanie brzegów. Brzegi wyrównuje się małym ostrzem. O, tym! Pamiętaj, że masz wjechać aż pod żywopłot, żeby mi ani jedno źdźbło nie sterczało!

Oj, jak ja rozumiałem ból młodego bohatera książki. Mój tata też tak miał. Raz przy razie –wydawał instrukcje a później od czasu do czasu podchodził sprawdzać, czy na pewno dokładnie je wypełniam. A na koniec i tak znajdował jakieś niedokoszone miejsce, jakiś kilkucentymetrowy pasek trawy dłuższej niż na reszcie trawnika. Musiałem wysłuchać, jaką to odwaliłem fuszerkę.
Oczywiście szybko znienawidziłem koszenie trawy, podobnie, jak grabienie liści jesienią i inne przydomowe obowiązki. Zarzekałem się w duchu, że sam będę kiedyś mieszkał w bloku i będę miał święty spokój – żadnego koszenia, pielenia i grabienia.
Dziś patrzę z dystansem na swoje niegdysiejsze cierpienia, będące powodem nerwów i przyczyną złorzeczeń. Dziś regularnie (no, w miarę regularnie) koszę własny trawnik i jestem szczęśliwy, że go mam i mogę kosić.
Skończyłem właśnie tegoroczne wiosenne porządki w ogrodzie. Posprzątałem, przyciąłem drzewka. Mamy cztery kępy bzu, pięknego, podwójnego, białego i fioletowego. W tym roku złapałem za sekator i pousuwałem wszystko, co zbędne – od ziemi aż po najcieńsze czubki najwyższych gałązek. Nie ma żadnych zbędnych, jednorocznych odrostów, żadnych suchych pozostałości zeszłorocznych kwiatów – wszystko jest perfekcyjne. Gołe, poskręcane pnie już niedługo zwieńczy kwitnąca kopuła. Przerzedziłem też sosnę,  którą wsadzałem cztery lata temu. Wtedy był to krzaczek sięgający mi do kolan. Dziś to drzewko, które przerasta mnie o dobrych dwadzieścia centymetrów. Wyciąłem kilka niepotrzebnych gałęzi ze starej jabłoni. I kilka z rozłożystego orzecha, który znowu zaowocuje mi w tym roku materiałem na pyszną nalewkę.
Opanowanie bzu zajęło mi ponad dwa tygodnie, w czasie których skakałem po drabinie, gdy tylko miałem wolną chwilę. I wiecie co? Bardzo miło spędzałem czas na tym skakaniu. To był prawdziwy relaks. Podobnie wędrowanie z kosiarką – za zachodu na wschód czy w innym kierunku. Dziś to już nie jest przykry obowiązek.
Z tatą rozmawiam czasem o całym tym przycinaniu, koszeniu, o nawożeniu i o tym, że pod jabłonią za żadne skarby nie mogę dohodować się bujnej trawy. Nie rośnie tam i już. Za mało słońca.
Już nie rozpamiętuję tych dawno minionych sobotnich godzin, które spędziłem na przepychaniu kosiarki. Zastanawiam się tylko, dlaczego tata sam nie kosił trawnika, nie wykorzystał tej okazji, żeby przez chwilę mieć święty spokój, odciąć się od domowego zgiełku monotonnym buczeniem silnika.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Zaczarowana fasola czyli mały romans z rapem




Nie jestem raczej zwolennikiem muzycznych składanek. Płyta to zamknięta całość i tak powinno się jej słuchać – od początku do końca. W samochodzie mam jednak dwie płyty, które nagrałem kiedyś na okoliczność jakiejś imprezy (na imprezie się nie przydały, okazało się, że moje gusta nie pokryły się z preferencjami reszty towarzystwa). Włączam je czasami, bo są na nich piosenki takie do pośpiewania. Sprawdzają się szczególnie w dłuższej trasie, kiedy to po kilkunastu kilometrach Żona ma dość drapieżnych gitar i zdrowego perkusyjnego łomotu. Na płytach jest Dżem, Pidżama Porno, Akurat, Kazik w różnych odsłonach ale i rzeczy, których na co dzień nie słucham, ale które wpadły mi kiedyś w ucho, zapisały się we włóknach pamięci, jak mawiała moja siostra katechetka z podstawówki i w ogóle miło mi się kojarzą.
Jechaliśmy kiedyś do przedszkola. Chłopaki trochę gadali między sobą, trochę ze mną, w końcu zaległa cisza a po chwili usłyszałem nucenie dobiegające z Guciowego fotelika: Twoja córka wydaje twe pieniądze i bawi się moim poligamicznym dzwonkiem…
Okazało się, że Gucio ma pamięć do tekstów. To zapewne jest dziedziczne, bo ja też takową posiadam i zwykle śpiewam razem z moimi ulubionymi wokalistami. Ale że we włóknach pamięci zapisał mu się akurat Abradab? Na naszych składankach znalazły się dwa kawałki  weterana polskiego hip-hopu i kilka jeszcze hip-hopowych numerów.
W każdym razie Gucio został fanem kawałka Rap to nie zabawa już i teraz prawie cały refren zna już na pamięć. W samochodzie śpiewamy więc razem: Nasz rap jest dużym chłopcem / Urodzonym tam ale wychowanym w Polsce / Ignoranci mają go za czarną owcę / Ale owca daje radę widać ją na łące / Twój syn przy kompie zarywa całe noce / Bo na zabitej wiosce ma do rapu dostęp / Twoja córka wydaję Twe pieniądze / I bawi się moim poligamicznym dzwonkiem. Po Abradabie na naszej składance mamy nagłą zmianę gatunkową: Titus wraz z resztą Acid Drinkers wykonuje New York, New York. Ale zaraz wracają rymowanki, tym razem w postaci Rapowego ziarna: My zasadzimy, zasadzimy ziarno  / Pole, którego po horyzont nie da się ogarnąć  / Dla jednych trutką, a dla innych karmą  / Jednym błogosławi, innym przyszłość wróży marną.
Gdy dziś jechaliśmy samochodem z głośników zabrzmiał zachrypły głos Richarda "Big Dad Ritcha" Andersona (Little Sarah was from Texas, she was the preacher’s daughter /
She never practiced much of / Those things her father taught her / One night at Vinnie’s Clubhouse / She heard some texas music / She started dancing sexy /And taking clothes off to it
) i dźwięki wydawane przez panów z Texas Hippie Coalition, niestety Żona moja a Chłopaków Mama (zwana też czasami Jednostką Decyzyjną), szybko zredukowała te przemiłe łomoty, ściszając radykalnie odtwarzacz. A może włączymy „twoja córka bawi się moim poligamicznym dzwonkiem? – zaproponował Gucio. Włączyliśmy. Gutek odśpiewał refreny, ja odśpiewałem całość. A jak to się skończy, to włączysz o zaczarowanej fasoli? – tym razem zadał pytanie Tytus. I zabił mi ćwieka. O jakiej fasoli? Olśniło mnie po chwili, zadziałała widocznie ojcowska intuicja. Zasadzimy ziarno? – pytam – o to ci chodzi? Tak! – odpowiada Tytus.
Jeden kolo ma ziarno  / I je pali aż parno / Wszędzie / Dym aż czarno / Można ciąć Husqvarną. I tylko się ten kolo nie spodziewa, że ma ziarno nie byle jakie, bo ziarno zaczarowanej fasoli. Swoją drogą – zadziwiające, jakimi ścieżkami biegają czasem myśli dzieci. Bajkowymi, po prostu bajkowymi. Albo wręcz bajecznymi.

środa, 26 marca 2014

Czytanie w doborowym towarzystwie, czyli kiedy nie jest za wcześnie na dekapitację



Wczoraj, 25 marca, obchodziliśmy Światowy Dzień Czytania Tolkiena. Odkryłem to zupełnie przypadkiem.
Gdyby się dobrze rozeznać, każdego dnia można by świętować z takiego czy innego powodu. Tylko – ile z tym zachodu! Pozapisywać w kalendarzu wszystkie te daty i okazje albo, co gorsza, próbować je spamiętać, to raczej nie na moją głowę. Za to, jeśli przypadkiem odkryję, że oto mamy jakiś ciekawy „międzynarodowy dzień”, czasami traktuję to jako pretekst.
Tak się złożyło, że wczoraj czytałem Tolkiena. Podobnie jak przedwczoraj i jak co wieczór, od kilku dni. Głośno czytałem pierwszy tom Władcy Pierścieni, leżąc sobie w łóżku z Guciem.
Gutek mnie w końcu przekonał, że warto przeczytać te następne książki o „hotbitach”. Słucha dzielnie dzieła pana J.R.R. i – o dziwo – kojarzy i łączy fakty. O dziwo, bo książka łatwa nie jest. Teraz, gdy czytam ją ze świadomością, że słucha mnie niespełna sześciolatek, widzę, jak wiele w niej dziwnych imion i nazwisk, nazw miejscowości (a ciągle jesteśmy w małym kraiku zamieszkałym przez hobbitów, góry, równiny Rohanu i mroczny Mordor ciągle daleko przed mami), skomplikowanych opowieści, jak choćby historia magicznych pierścieni, niedopowiedzianych wątków.
Czy Gucio ogarnie złożoność świata Śródziemna? Miałem wątpliwości, później jednak sięgnąłem pamięcią wstecz. Gdy ja byłem mniej więcej w wieku Gucia, może odrobinę starszy, ale niekoniecznie, rodzice przeczytali mi Winnetou i Old Surehand’a (do dziś pamiętam, że Surehand mylił mi się z przyjacielem wodza Apaczów Old Shatterhand’em, nie pamiętam za to, czy to sprawiało, ze gubiłem się w fabule) a także Upiora z Llano Estakado, który spośród książek Maya podobał mi się chyba najbardziej. Później poznałem przygody Tomka Wilmowskiego. Książki Szklarskiego czytał mi tata a ja słuchałem z zapartym tchem. Moim ulubieńcem był bosman Nowicki. Imponował mi ten wielki, silny facet, który jednym ciosem był w stanie położyć każdego prawie przeciwnika. No i Smuga – taki milczący i tajemniczy. A babcia przeczytała mi Przygody Tomka Sawyera.
Książek o Indianach i kowbojach i tych o podróżnikach, łowcach dzikich zwierząt słuchałem z przyjemnością. Pamiętam, że rodzice wyłuskiwali z nich konkretny przekaz: ważne są pewne wartości. Można być odważnym, ba, nawet wojowniczym, ale nie wolno robić nikomu krzywdy. Ktoś szlachetny jak Winnetou – to ktoś wart podziwiania. Należy mieć szacunek do innych, trzeba pomagać, gdy ktoś pomocy potrzebuje. Te lektury to były moje lekcje etyki, które – o to jestem w stanie się założyć – ukształtowały mnie, przynajmniej jako (bardzo) młodego człowieka.
Wracam jednak do Gucia. To, czy zrozumie książkę, którą mu czytam, to jedno. Chce słuchać, zadaje sensowne pytania, pamięta, o czym czytaliśmy poprzedniego wieczoru, więc swoje chyba rozumie. Inna sprawa, że przecież Władca Pierścieni bywa momentami straszny. Ci, co w Śródziemiu dzierżyli miecze, nie władali nimi jak animowane żółwie ninja, ale wymachiwali konkretnie: krew się lała i głowy odpadały. O tym też myślałem, decydując, czy nie odłożyć czytania Chłopakom Tolkiena na trochę później. Ale – pomyślałem – ja się w wieku lat sześciu dowiedziałem, czym jest skalpowanie. I co to znaczy, że Indianie przywiązali kogoś do pala i jakie to przywiązanie miało dla przywiązanego konsekwencje. Mój ukochany  Bloody Fox, tytułowy (uwaga, spoiler!) upiór z pustyni Llano Estakado, strzelał przeciwnikom ze swego colta w sam środek czoła, co było jego znakiem rozpoznawczym. A Jan Smuga potrafił zawiesić faceta na konarze drzewa, rosnącego na brzegu Amazonki i opuszczać go powoli – prosto ku stadu kłębiących się pod powierzchnią wody piranii. Słuchałem o tym wszystkim i jakoś mnie to nie wykoślawiło. Myślę, że Gucia też nie wykoślawi, kiedy usłyszy opis dekapitacji orka.
Póki co Gucia najbardziej interesuje, kiedy Frodo wyruszy w podróż i czy będzie wędrował razem z krasnoludami. I czy pokonają tego najbardziej złego czarodzieja. Ja się też w sumie nie mogę doczekać dalszego ciągu. Świat Tolkiena jest teraz barwniejszy, ciekawszy i bardziej magiczny, niż gdy o nim czytałem za pierwszym razem – sam i po cichu.

wtorek, 18 marca 2014

Dlaczego nie czytam poradników, czyli dylematów taty ciąg dalszy





Zdarzyło mi się nieraz ze zgrozą czytać artykuły o wychowaniu dzieci. Pełne dobrych rad i pięknych przykładów na to, jak stosowanie się do tych rad owocuje. Dzieci rosną zdrowe, mądre i szczęśliwe a rodzice mogą być dumni z dobrze wykonanego zadania. Czytałem taki artykuł, patrzyłem na zdjęcie pięknych, kwitnących mam i uśmiechniętych, przystojnych i równie kwitnących tatusiów, przytulających swoje roześmiane dzieci w kreacjach jak z żurnala i myślałem: czy ze mną jest coś nie tak? Bo nasze dzieci są często naburmuszone, marudne i zwykle brudne, z plamami po jedzeniu na koszulkach i plamami od pisaków na rękach a ja jestem zmęczony i nerwowy.
Całe szczęście, że nie zaopatrzyliśmy się w książki i poradniki dla rodziców, których tyle nam oferuje wydawniczy rynek. Gdybym oddawał się dodatkowo lekturze podobnych wydawnictw, jak nic popadłbym w depresję. Mamy jedną książkę, napisaną dawno temu przez niejakiego Benjamina Spocka. Żona do niej czasem zagląda, ja prawie wcale. Bo i po co? Spock pisze co prawda mądre rzeczy, ale co z tego? Nasi Chłopacy, najpierw jeden, później drugi, zaczęli w pewnym momencie dawać się nam we znaki w zupełnie inny niż dotychczas sposób. Stali się przekorni, mieli swoje humory i zmienne nastroje, zrobili się uparci. Bunt dwulatka – ogłosiła Żona kilka chwil po otwarciu woluminu. No tak, pomyślałem. Też mi mądra książka. Kiedy moje dziecko ma dwa lata i zaczyna się buntować, nie potrzebuję zagłębiać się w lekturę mądrych ksiąg, żeby skonstatować, z czym mam do czynienia. Wystarczy prosta dedukcja. Oczywiście doktor Spock daje rady, jak sobie radzić z kryzysem, ale nijak się one miały do rzeczywistości, zagarniętej i przeorganizowanej przez naszych zbuntowanych dwulatków.
Utwierdziłem się w przekonaniu, że czytanie książek o wychowaniu dzieci nie ma większego sensu.
Kiedy dziecko zaczyna płakać, bez wyraźnego powodu, gdy się je odkłada do łóżeczka, należy je przetrzymać. Tak na przykład radził Spock. Jeśli raz pozwolimy się sterroryzować ryczącemu maluchowi, problemy z jego opanowaniem będą z czasem coraz większe. Postanowiliśmy przetrzymać raz małego Gucia. Po pięciu minutach nieustannego krzyku, przetrzymywaliśmy dalej, bo książka nie określała, jak długo krzyki i płacze mogą trwać. Po dziesięciu minutach zaczęliśmy się niepokoić, po piętnastu – pojawiła się u nas  nerwowość, po kilku kolejnych sami mieliśmy ochotę zacząć krzyczeć. Spazmy Gucia trwały w najlepsze, niewiarygodne, ile małe dziecko ma w sobie energii i do jakiego stopnia opanowuje technikę krzyku, bo gardło mu przez ten czas nie wysiadło. W końcu okazało się, że to Gucio przetrzymał a właściwie przekrzyczał nas. Tyle, jeśli chodzi o książkowe dobre rady.
Jeśli według autorów poradników i artykułów to wszystko jest takie proste, a mnie z jakiegoś powodu nie wychodzi, to czy coś nie tak jest z poradnikami, czy ze mną?
Są też inne kwestie. Kiedy znajomym urodził się synek, zaczęli inwestować. Jednym z zakupów była tak zwana „mata edukacyjna”. Niewtajemniczonym wyjaśnię: mata  edukacyjna, to kawał materiału, taki dywanik, and którym rozkłada się dwa pałąki, służące do zawieszania zabawek - małych maskotek, grzechotek i tak dalej. Dostaliśmy coś takiego, kiedy Gucio był mały. Nie przepadał specjalnie za matą edukacyjną (nie wiem, czy to świadczy o wrodzonej niechęci do edukacji, chyba nie). Kiedy znajomi planowali zakup maty, przypomniało mi się, że mamy swoją, prawie nową. Zaproponowałem, że chętnie oddamy w dobre ręce. W odpowiedzi dostałem link do aukcji z matą, którą oni planują kupić. Na oko podobna – dywanik i dwa pałąki. Tylko cena mnie zaskoczyła, bo była pięciokrotnie wyższa niż ta, za jaką można kupić matę taką jak nasza. Zagłębiłem się więc w opis. Okazało się, że nie patrzę na zwykłą matę, tylko na wyjątkową. Matę stymulującą osiemnaście funkcji rozwojowych dziecka. Trochę zawstydzony wcześniejszą propozycją, już do niej nie wróciłem. Nasza mata niczego w jakiś szczególny sposób nie stymulowała. Kiedy zakup został dokonany, obejrzałem tego Mercedesa wśród mat dla niemowlaków. Od tej, na której edukowali się nasi Chłopcy różniła się tym, że naciśnięta w jednym miejscu, piszczała w irytujący sposób. Nie wiedziałem, co myśleć. Wnioski nasuwały się dwa: że, po pierwsze, rodzicom w szale kupowania można wcisnąć wszystko i że są tacy, którzy skutecznie to wykorzystują zbijając kokosy. Albo – wniosek alternatywny – że w haniebny sposób zaniedbaliśmy rozwój naszych dzieci, absolutnie lekceważąc potrzebę stymulowania ich do rozwoju. Jeśli wyrosną na nieuków o nieskoordynowanych ruchach i rozbieganym spojrzeniu, trzeba będzie uderzyć się w piersi i posypać głowę popiołem.
Piszę o tym wszystkim, bo przeczytałem właśnie wywiad z Leszkiem Talko, który sam napisał dwie lub trzy książki o wychowaniu dzieci, więc uchodzi za takiego, co się zna. Nie czytałem tych książek, jednak po lekturze wywiadu dochodzę do wniosku, że być może twórczość pana Talko, to jedyne pozycje o wychowaniu, które mógłbym czytać bez dyskomfortu i wyrzutów sumienia. Bo facet ma zdrowe podejście. I podobne do moich doświadczenie: jego również lektura podręczników dla rodziców wpędzała w rozterki i skłaniała ku wnioskowi, że jest kiepskim ojcem.
Po prawie sześciu latach bycia tatą wnioski mam takie, jak Leszek Talko: pewne rzeczy trzeba zostawić ich naturalnemu biegowi. Jeśli dzieci chcą się żywić jedynie chlebem z kremem czekoladowym (lub – jak w przypadku małych Talków – parówkami), to będą się nim żywić, aż im się odmieni. Brudzić też się będą, dopóki nie dojrzeją na tyle, że zauważą, że czasami a nawet zwykle lepiej jest być czystym. A kiedy dzieci nie śpią w nocy, to żadne mądre rady z książek nie pomogą. Kiedyś przyjdzie moment, że to one będą chciały się wyspać, ale nie będą mogły i wtedy sprawiedliwość zatryumfuje. Wcześniej rodzice muszą pogodzić się z sytuacją. Nikt im nie obiecywał, że będzie łatwo.

piątek, 7 marca 2014

Małe wielkie radości, czyli wpis rodem z tatowego bloga




Trafiłem jakiś czas temu na rewelacyjny przepis na curry. W moździerzu trzeba utrzeć ziarna gorczycy i kolendry, następnie podsmażyć je na rozgrzanym oleju, dodając kurkumę, curry w proszku, posiekaną ostrą papryczkę posiekany czosnek i świeży imbir. Po chwili, zanim przyprawy zaczną się przypalać, zalewamy je pomidorami z puszki i wszystko przez chwilę dusimy. Doprawiamy solą po czym dolewamy mleko kokosowe. Na koniec wrzucamy ciecierzycę. Można też dodać warzywa – świetnie pasuje pokrojona w półplasterki cukinia. Sos podaję z małymi klopsikami z mięsa mielonego (które najpierw podsmażam, później duszę w sosie), doprawione kolendrą i kminem rzymskim.
Wbrew pozorom nie będzie to wpis kulinarny. Potrawa bardzo zasmakowała naszym Chłopakom. O dziwo, bo dzięki papryczce, czosnkowi i curry jest dość pikantna (choć mleko kokosowe równoważy i łagodzi smak). Chłopcy zajadają się ostrym sosikiem, Gucio stwierdził, że to jego ulubiony obiad a Tytus – że to lepsze niż słodycze. Z jego ust trudno usłyszeć większy komplement. Chociaż…
No właśnie. Gdy ostatnio jedliśmy nasze orientalne danie, Tytus znowu stwierdził, że tata zrobił pyszny obiad. Tata - mistrz świata! – powiedział z entuzjazmem. Aż – nie będę ukrywał – urosłem z dumy.
Są takie momenty, kiedy szczególnie się czuje, że fajnie jest być tatą. Kiedy się słyszy, że jest się mistrzem świata, łatwo zapomnieć o wszystkich awanturach (tych przy jedzeniu, gdy obiad nie jest akurat lepszy, niż słodycze - też), o bojach, które trzeba prowadzić, by wyegzekwować od Chłopaków to lub owo.
Chłopacy zaznajamiają się ostatnio z poważną literaturą. Wpadłem jakiś czas temu na pomysł, żeby przeczytać im Hobbita. Tytus, niestety, nie wciągnął się zanadto, zwykle opuszczał wieczorny seans głośnego czytania, za to Gucio został wielkim fanem przygód mieszkańców Śródziemia. Myliły mu się czasem nazwy miejsc, imiona bohaterów, ale nie zrażało go to. W pewnym momencie zaczął rysować obrazki ilustrujące to, o czym czytaliśmy. Mam już całą kolekcję: trzy trolle siedzące przy ognisku, paskudnego króla goblinów, krasnoludy siedzące na drzewach otoczonych zgrają wilków i orków, pająki oplatające Thorina i jego towarzyszy w swoimi sieciami i Bilbo Bagginsa, który wydostaje się z kokonu, rozcinając go swoim elfowym mieczem - Żądłem i w końcu smoka Smauga leżącego na górze złota. Kiedy Bilbo odbył już swoja podróż tam i z powrotem, Gucio bardzo chciał przejść do lektury Władcy pierścieni, którego trzy tomy pokazałem mu stojące na półce. Władca jest chyba jednak jeszcze zbyt skomplikowany, namówiłem więc Chłopaków na lekturę Kronik Narni. Znają już częściowo przygody mieszkańców magicznej krainy z filmów. Tym razem zaangażował się też Tytus. Leży w łóżku i słucha opowieści o przygodach Eustachego Scrubba opisanych w Srebrnym Krześle. Nagle coś mu się przypomina: A ja pamiętam, jak Eustachy był w Narni i płynął na tym statku, bo tam był taki obraz, który się zaczął ruszać i wylała się z niego woda… Mija dobre pięć minut, zanim możemy wrócić do czytania, w czasie których Tytus referuje to, co zapamiętał z seansu Podróży Wędrowca do Świtu. A ja słucham i się cieszę. Bo miło tak czytać Chłopakom i patrzeć na ich zainteresowanie i radość z słuchania – znowu wyjątkowo fajnie być tatą.
Wieczorem siadam sobie w fotelu, mogę się odprężyć po całym dniu. Nagle do pokoju wpada Gucio: A Tytus ma ten młotek do rozbijania mięsa, ten z tymi kolcami i puka nim w twój telefon! No tak – myślę – to się odprężyłem. Całe szczęście, że zdecydowałem się na telefon odporny na wstrząsy, zalanie i inne kataklizmy. Posunięcie godne mistrza świata.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Komisariat, czyli jak ścigają organy ścigania




Czasem bywam na komisariacie. Raz nawet jechałem na komisariat w radiowozie – na tylnym siedzeniu. Przede mną była kratka, która oddzielała mnie od panów policjantów jadących z przodu. Ja siedziałem na gładkim, plastikowym siedzeniu a między nogami sterczała mi pętelka ze stalowej linki, taka, do której można przykuć pasażera. Wolałem sobie nie wyobrażać, co zmywano wcześniej z plastikowej kanapy, którą zajmowałem. Miałem tylko nadzieję, że zmyto to dokładnie.
Wizyty na komendzie zwykle były dość przygnębiające. Szare korytarze, ciasne pokoiki, których wyposażenie stanowiły sprzęty zakupione jeszcze na użytek milicjantów. Na ścianach plakaty z żużlowcami (wszak mieszkam w mieście, gdzie czarny sport ma długa tradycję) albo kalendarze o wątpliwych walorach estetycznych. Pancerne szafy, biurka ze sklejki,  proste krzesła obite skajem.
Zwykle bywałem na komisariacie służbowo. Tym razem jednak wybrałem się sam, prywatnie, jako pokrzywdzony obywatel szukający wsparcia funkcjonariuszy. Dałem się oszukać, podpuścić internetowemu naciągaczowi, jak ostatni frajer wysłałem bóg wie komu pieniądze za coś, czego już pewnie nie zobaczę na oczy. Nie ma co wdawać się w szczegóły. Bo wstyd, że się można wykazać taką naiwnością. Tak czy inaczej, zwróciłem się o pomoc do odpowiednich Organów.
Wezwany przez policjanta, przemierzyłem mroczny korytarz – schodami do góry, zakręt, kolejny zakręt, schodami w dół, minąłem gościa w dresie przykutego do ławki stojącej pod ścianą – wszedłem do ciasnej klitki. Przywitał mnie znajomy widok, choć tą konkretną klitkę odwiedzałem po raz pierwszy. Poobijane biurka ze sklejki, zawalone papierami,  pancerna szafa, plakaty na ścianie, korkowa tablica z przypiętym listem gończym, mapa w kolorze sepii: Polska Rzeczpospolita Ludowa ze swoimi czterdziestoma dziewięcioma województwami. Brakowało tylko  portretu towarzysza Dzierżyńskiego, który by mnie przeszywał spojrzeniem.
Policjant wysłuchał mojej opowieści, wyjął pokaźnych rozmiarów płachtę papieru i zaczął wypełniać formularz zgłoszenia, dopytując mnie co chwilę o szczegóły. Nagle okazało się, że nie zabrałem ze sobą jednej ważnej rzeczy, mianowicie dowodu dokonania przeze mnie przelewu na konto naciągacza. Może go panu po prostu prześlę na maila – zapytałem, bo nie bardzo chciało mi się wracać na komisariat. Okazało się, że nie mogę. Nie dlatego, że procedury zabraniają, nie dlatego, że dokument na papierze ma po prostu większą wagę w naszym papierolubnym, biurokratycznym społeczeństwie. Nie mogłem, bo… na komisariacie nie ma Internetu. Odcięli, w ramach oszczędności, wytłumaczył mi policjant i w tym momencie jakby tama puściła i popłynął potok skarg, całkiem zresztą uzasadnionych, na los naszych dzielnych śledczych. Nie ma Internetu. Komputer też mam prywatny, dlatego spisuję wszystko ręcznie, na własnym komputerze nie mogę prowadzić dokumentacji. I w ogóle widzi pan, jak my pracujemy. Plakatami maskujemy pęknięcia na ścianach – gliniarz łypnął na plakaty, wyjaśniając tym samym kibicowski zapał panujący na komendzie.  Siedemdziesiąty chyba ósmy – burknął zauważywszy widocznie kontem oka, że z ciekawością zerkam na mapę. Nie dopytywałem już, czy wisi ona tam, bo któryś z pracowników ma historyczną pasję, czy po prostu wisi, bo zawsze wisiała i już. A może była po prostu odpowiednio duża, by zamaskować wielką dziurę w ścianie.
Ale za to radiowozy mamy nowe. I coraz lepsze statystyki. Odkąd dokonanie szkody na kwotę dwieście pięćdziesiąt złotych jest już tylko wykroczeniem, bo przestępstwo zaczyna się od czterystu dwudziestu, znacznie spadła nam przestępczość…
Cóż,  nie można mieć wszystkiego. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że nasza Policja ma jakieś, sobie tylko znane metody, na szukanie internetowych oszustów bez dostępu do Internetu.

środa, 15 stycznia 2014

Oszaleliście?!



Polska, oszaleliście?! – pyta wzburzony Jurek Owsiak. Wzburzeniu nie ma się co dziwić.
Nieczęsto, na szczęście odwiedzam szpitale. W ciągu ostatnich kilku lat zdarzyło mi się, gdy rodziły się moje dzieci. Widziałem wtedy czerwone serduszka ponaklejane na przeróżnych sprzętach. Było ich całkiem sporo. Przez głowę przeleciała mi myśl: co, gdyby nie fundacja Owsiaka? Czy te sprzęty stałyby w szpitalnych salach? A może nie te, tylko jakieś prehistoryczne, pamiętające słusznie minione czasy dawnego systemu? A może wcale nie było by sprzętu? Może moim dzieciom i tysiącom innych nie zbadano by słuchu dzień po urodzeniu? Może nie udzielono by pomocy maluchom, które urodziły się z wadami serca, albo pomoc przyszłaby do nich za późno?
Z jakiegoś powodu Owsiak, jego fundacja, Wielka Orkiestra, przeszkadzają całej masie ludzi. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że Owsiak nie chodzi do kościoła. Bo przecież, żeby być dobrym człowiekiem, nie wystarczy robić dobre rzeczy, trzeba je robić w imię określonej ideologii i z błogosławieństwem instytucji stojącej na jej straży. Absurd.
Absurd, ale tak się u nas myśli. Księża zabraniają wolontariuszom Orkiestry kwestować w pobliżu kościołów. Bronią swojego rewiru z zaciekłością prostytutki nie dopuszczającej konkurencji na swój róg ulicy. Bo Orkiestra stanowi konkurencję dla Caritasu. Przedstawiciele jedynej słusznej ideologii muszą mieć monopol. Działać można z nimi albo przeciwko nim, podejmowanie działań równoległych nie jest możliwe.
Posłanka Prawa i Sprawiedliwości, pani Krystyna tak zwana profesor Pawłowicz z dumą oświadcza, że nigdy nie dała i nigdy nie da na Orkiestrę ani grosza. Jej wybór. Niech sobie całą swoją poselską dietę trzyma w tapczanie albo zakopie w ogródku. Nikomu nic do tego, co robi ze swoimi pieniędzmi. Dlaczego jednak pani poseł interesuje się pieniędzmi innych? Dlaczego tak ją boli, że ktoś chce wrzucić zarobione przez siebie pieniądze do puszki z serduszkiem? Przecież jej od tego nie ubędzie, podatki i tak z nas zedrą i jej z tych podatków wynagrodzenie wypłacą. Dlaczego więc pani Pawłowicz tak się ciska? Chyba tylko z potrzeby bezinteresownej nienawiści do wszystkiego, co nie współgra z jej ciasnym światopoglądem.
A pan poseł (nota bene również z PiS-u) Artur Górski? Skąd jego apel, by nie dawać pieniędzy Owsiakowi? Górski cierpi na chorobę nowotworową krwi i kości. Potrzebuje przeszczepu szpiku. Aktualnie leży w szpitalu, który brał udział w akcji WOŚP „Zostań dawcą”, nakłaniającej ludzi do oddawania szpiku. Leży w tym szpitalu, być może na łóżku z naklejonym czerwonym serduszkiem i krzyczy: nie dawajcie Owsiakowi? Skąd to się bierze w ludziach?
Kontrolowaliśmy różne instytucje wspierające WOŚP i w tym zakresie także była kontrola zasad wspierania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Wielokrotnie różne instytucje w zakresie wsparcia dla WOŚP sprawdzaliśmy i te kontrole wykazały, że nie było nieprawidłowości w tym zakresie – mówi Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli. Ale to za mało. Komuś ciągle się wydaje, że Owsiak kradnie, oszukuje, kombinuje i bóg wie co jeszcze robi. Politykom się tak wydaje – niepotrzebnie chyba przykładają do wszystkich swoją miarkę.
Każdy ma prawo do własnych poglądów. Żyjemy przecież w wolnym, demokratycznym kraju. Każdemu, niezależnie od wyznawanych poglądów należy się szacunek. Szkoda, że taka pani poseł Pawłowicz nie jest w stanie tego zrozumieć.  Ja na przykład jej poglądy bym szanował. Pod warunkiem, że byłaby w nich konsekwentna. Podobnie rzecz ma się z panem Górskim. Niech ci państwo zdeklarują na piśmie, w obecności notariusza, że nie życzą sobie, by im udzielać - w razie potrzeby – pomocy medycznej z użyciem sprzętu zakupionego przez fundację Jurka Owsiaka. Że nie życzą sobie być hospitalizowani w placówkach współpracujących z tą fundacją. Niech to zrobią – popatrzę na nich wtedy z szacunkiem. Póki co ich postawa jest dla mnie żałosna, więcej nawet, budzi odrazę. Wywołuje we mnie poczucie wstydu, że jestem członkiem społeczeństwa reprezentowanego przez ludzi pokroju pani Pawłowicz i pana Górskiego.