poniedziałek, 28 października 2013

Klasyczna logika i BHB, czyli jak kombinuje czterolatek




Gucio, chcesz obiad? – pytam. Lepiej się upewnić, bo po przedszkolnym podwieczorku Chłopaki nie zawsze mają ochotę na jedzenie w domu. Gucio nie odpowiada, pytam więc ponownie: Będziesz jadł obiad? Znowu nic. Gutek! – zaczynam się niecierpliwić – nakładać ci, czy nie? Nie wiem – pada w końcu odpowiedź. Czy ja chcę obiad? – słyszę mruczenie pod nosem. Myśl, mózgu, myśl!
Myśl, mózgu – a mózg myśli. Zdumiewające, jakie operacje potrafi wykonać mózg małego dziecka.
Kiedy latem wybraliśmy się nad morze, Chłopacy byli niepocieszeni faktem, że na autostradzie co chwila ktoś nas wyprzedzał. Czemu jedziemy tak wolno? – pytali. Powody były dwa, oficjalny i faktyczny. Faktyczny był taki, że żona nie pozwalała mi depnąć tak, jakbym chciał (Zwolnij… nie tak szybko… Uważaj!!). Oficjalny… Bo mamy stary samochód, nie możemy nim jechać szybciej – tłumaczyła Chłopakom mama.
Zmieniliśmy właśnie auto. Nowe nie jest co prawda wiele młodsze od starego, ale dla Chłopaków to mimo wszystko „nowy samochód”. Na wieść o nabytku Tytus zareagował błyskawicznie: To jak teraz będzie lato i będziemy jechać nad morze tą drogą, gdzie można szybko jeździć, to my będziemy wszystkich wyprzedzać! Proszę, jakie piękne rozumowanie, wniosek bezbłędnie wyciągnięty z dostępnych przesłanek: skoro do tej pory jeździliśmy wolno (nawet na tej drodze, gdzie można szybko jeździć, czyli na autostradzie), bo mieliśmy stary samochód, to teraz, skoro mamy nowy, będziemy mogli jeździć szybko! Proste i logiczne.
Mama się oczywiście z Tytusem nie zgodziła, ale przecież nie od dziś wiadomo, że kobiety kierują się logiką nieco odmienną, nieklasyczną, z zasady wielowartościową. Jednym słowem – wyższa szkoła jazdy.
Tytus upiera się ostatnio, że ma już cztery lata. Czwarte urodziny będzie obchodził dopiero w grudniu ale nie możemy mu wytłumaczyć, że do tego czasu jest oficjalnie trzylatkiem. Ma cztery lata i koniec. Nie mogłem dociec, skąd wziął się ten pomysł, na szczęście Tytus wyłożył mi swoją teorię. Bo ja zimą kończę cztery latka. To jak wtedy skończę to będę miał już pięć. To teraz mam cztery. Nie wiedziałem, jak z tym dyskutować, nie chciałem zresztą nawet. Precyzja wyciągania wniosków na tyle mnie oczarowała, że nie miałem serca psuć efektu. Bo czy nie ma racji w tym, że kiedy jakiś okres się kończy, to odchodzi, już go nie ma. Skoro więc Tytus skończy  (mieć, czyli nie będzie miał – tak to rozumie) cztery lata, to będzie miał pięć. A jeśli skończy dopiero wraz z dniem kolejnych urodzin, to teraz okres liczenia sobie lat czterech musi trwać. Logiczne!
Logika Tytusa ma też zastosowanie w praktyce. Tyci wraz z kolegami z przedszkola opracowali coś, co nazwałem BHB – Bezpieczeństwo i Higiena Brojenia. Jakiś czas temu z grupy Tytusa zniknął niejaki Wojtek. Został karnie (tak!) zawieszony. Jako że Tytus należy do dzieci, które energia rozpiera, czasem słyszymy od pań… uwagi dotyczące jego zachowania. Po kolejnej skardze powiedzieliśmy Tytusowi, że jeśli dalej będzie broił, to pani dyrektor wyrzuci go z przedszkola, tak jak Wojtka. Tak, wiem – Tytus na to – ale jak  pani dyrektor widzi, to my nie broimy. BHB. Razu pewnego skarga pani dotyczyła tego, że Tytus razem z dwoma czy trzema kolegami wymyślił zabawę w przepychanie. Chłopacy rozpędzali się i popychali nawzajem. Ubaw po pachy. Starałem się tłumaczyć, że to niebezpieczne, że można zrobić krzywdę sobie albo komuś. A gdybyście się tak popchnęli na schodach i ktoś by spadł? – zapytałem. Ale my się na schodach nie popychamy. BHB.
Gucio też potrafi nas zaskoczyć, kiedy poważnie stwierdza: z tego wynika… a następnie wykazuje, że nie do końca mamy rację w tym, o czym akurat mówimy.
Szkoda tylko, że ta żelazna logika działa w jedną stronę. Bo kiedy próbujemy wyegzekwować coś od Chłopaków, wytłumaczyć, że powinni coś zrobić albo wręcz przeciwnie, odpuścić sobie jakiś pomysł, nasze przejrzyste argumenty  nader często trafiają w próżnię.

poniedziałek, 21 października 2013

Gitara, modeling i psychoza, czyli w związku z tym, można powiedzieć, taka oto historia




Grzebiąc ostatnio w Sieci trafiłem na pewną ciekawostkę. Zapis występu, jaki „na żywo” dały w programie Dzień dobry TVN trzy panie, wprawił mnie w osłupienie. Jedna pani „śpiewała”. Na na na naa, słowa, które ranią nas. Na na na naa, upór i w sercu głaz… przynajmniej starała się wyglądać, jakby śpiewała. Za to pani, która „grała” na gitarze… zgroza. Gitarę trzymała odwrotnie. Można i tak – Jimi Hendrix był leworęczny, trzymał więc gitarę odwrotnie. Podobnie Jacek Kaczmarski. Kurt Cobain też grał odwrotnie, bo także był mańkutem. Ale grał. Za to pani z telewizji trzymała gitarę. Ręka na gryfie, prawa, była nieruchoma, palce lewej ręki trącały struny od czasu do czasu, nie miało to nic wspólnego ze ścieżką dźwiękową, którą słychać było w tle.
Gitarzystką była niejaka Angelika Fajcht. Poszukałem. Okazało się, że panna Fajcht wypłynęła z jakichś ciemnych i mętnych głębin przy okazji swojego występu w programie Top Model (znanego również jako Tapmadl). Szukałem dalej. Poza tym, że Angelika jest modelką i gitarzystką, jest też a może przede wszystkim celebrytką. Bywa więc to tu, to tam, pokazuje się w kreacjach od znanych gdzieniegdzie projektantów, czasem nawet udzieli wywiadu…
Pamiętacie zasadę, której przy kręceniu filmów hołdował Alfred  Hitchcock? Że, mianowicie, na początku powinno być trzęsienie ziemi a później napięcie powinno wzrastać? Tą samą zasadę zastosowała Angelika Fajcht rozmawiając z dziennikarzem.
Pierwszy słowotok, będący odpowiedzią na pytanie o samopoczucie po występie w Tapmadl był trzęsieniem ziemi. Czuję się wspaniale – opowiada Angelika – w związku z tym myślę, że osiągnęłam bardzo dużo jeżeli chodzi o modelkę, która uczestniczyła w tym programie, dalej mam kontrakty, które są, jakby można powiedzieć, jest Tokio i tak dalej i tak dalej i jest wiele różnych kontraktów, które mogą mi pozwalać na to, aby się rozwinąć dalej. Bardzo się cieszę z tego powodu, że uczestniczyłam w tym progranie…mie, w związku z tym… yyy…mmm… można powiedzieć, że yyy… nie wiem yy…
Napięcie wzrosło, gdy panna Fajcht opowiada o tym, jak to juror z Tapmadl sprawdzał autentyczność jej biustu (…nie przewidywałam tego, że będzie taki AŻ skandal, można powiedzieć, aczkolwiek dopiero po TYM skandalu zobaczyłam co tak naprawdę się dzieje z tym wszystkim…). Pojawił się i klasyczny suspens. Angelika opowiada o tym, że zamierza brać udział w pokazach - normalne w przypadku modelki - aż tu nagle wypala: mogła bym dużo zaprezentować, grałam już jako aktorka a właściwie NIE aktorka lub dublerka jednej z naszych gwiazd (Angelika nie chce zdradzić której)… serial się pojawi w związku z tym… na bardzo dobrej stacji, w związku z tym mam wiele propozycji i tak naprawdę, szczerze mówiąc cieszę się z tego, że w końcu po dziesięciu latach, bo pracuję w modelingu już dziesięć lat, robię wiele fajnych rzeczy a tak naprawdę można powiedzieć  dopiero ludzie zaczęli mnie zauważać…
Taka aktorka, a właściwie nie aktorka lub dublerka w kolejnej polskiej produkcji telewizyjnej! Zapowiada się, można powiedzieć hit w związku z tym!
Mógłbym jeszcze opowiedzieć o tym, że lepiej nie wchodzić Angelice w drogę, bo trenowała ona ninjutsu, jujitsu, boks (ten fakt sporo wyjaśnia, może trenowała zawodowy, w związku z czym bez kasku) i wiele różnych takich rzeczy, ale nie opowiem. Przejdę od razu do kwestii najbardziej porażającej, powalającej, poruszającej podstawy światopoglądu. Po początkowym trzęsieniu ziemi, zwrotach akcji i budowaniu napięcia wywiad osiąga punkt kulminacyjny: Teraz tak naprawdę – wyznaje Angelika – we wrześniu bronię się magistrem… z politologii no i dalej, yyy, pójdę na doktorata tak że myślę że nie tylko spełniam się w modelingu ale także spełniam się na studiach[1].
Słuchając rozmowy z Angeliką Fajcht byłem rozbawiony, na początku. Później poczułem zażenowanie. Końcówka mnie po prostu przeraziła. Skoro pani modelka planowała bronić się magistrem, musiała przecież przebrnąć przez pięć lat studiów. Musiała zdać maturę, na studia się dostać, zaliczyć kilkadziesiąt egzaminów i kolokwiów, napisać ileś prac i jakoś zdołała to zrobić! Jak? Jak udało się to osobie nie potrafiącej sklecić sensownej wypowiedzi w języku polskim? Mówiącej nie dość, że od rzeczy, to jeszcze niepoprawnie? Czyżby w naszym kraju stworzono szkoły specjalne na poziomie wyższych uczelni?
Minął wrzesień. Może to oznaczać, że obroniona magistrem panna Fajcht dołączyła do grona szczęśliwców mogących się pochwalić dyplomem. Może to oznaczać, że zasiadła niedawno przed komisją, w której skład wchodziło trzech profesorów, przed sobą trzymała pracę magisterską, którą przecież musiał zatwierdzić jakiś promotor i zdała egzamin magisterski. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co odpowiedziała na zadane pytania. Czy je w ogóle zrozumiała?
Zresztą, to nie jest istotne. Ważne jest to, że można w Polsce studiować, prezentując poziom intelektualny średnio rozgarniętego siedmiolatka. Można w Polsce studiować, nie potrafiąc się po polsku wysłowić. Zgroza.
Co gorsza, po skończeniu politologii można się przecież zająć polityką. Kariery modelek są raczej krótkie. O ile się nie jest Kate Moss, na emeryturę przechodzi się szybciej, niż pracownicy służb mundurowych. Kto wie, może na listach wyborczych, przy okazji kolejnych wyborów zobaczymy nazwisko Fajcht Angelika.
Nawet sam Hitchcock nie wymyśliłby czegoś równie strasznego.



[1] W całości wywiad można obejrzeć tu: http://www.youtube.com/watch?v=fC_BKh0e_EA . Uwaga! Tylko dla ludzi o mocnych nerwach!

sobota, 27 lipca 2013

Czym się różni mama od taty, czyli jak okazałem czarną niewdzięczność




Zaczęło się od tego, że zostałem miło wyróżniony. Zajrzawszy do statystyk bloga odkryłem, że wchodzono na niego ostatnio przez stronę sexymamy.pl. Nieśmiało kliknąłem link zastanawiając się, w jakie rejony sieci zostanę przeniesiony. Okazało się, że trafiłem na portal dla mam. Co więcej odkryłem, że mój blog został na nim wymieniony wśród kilku „popularnych blogów” prowadzonych przez ojców. Poczułem się mile połechtany, bo nie zdawałem sobie sprawy z tej popularności. Oprócz odnośnika do mojej strony, znalazłem linki do ośmiu innych o podobnej tematyce i do portalu przeznaczonego dla tatusiów – tatapad.pl.
Skoro już nadarzyła się taka sposobność, zacząłem sprawdzać, co interesuje seksowne mamusie i padniętych tatusiów.  No i się zaczęło.
Już analiza górnego paska, dzielącego oba portale na strefy tematyczne, może doprowadzić do ciekawych wniosków. Spójrzcie sami: to, co interesuje mamy, można znaleźć w działach: sexymamy, shopping, mamy czas, bądź fit&sexy oraz czas wolny. Tatusiowie zaś przydatnych informacji mogą szukać w działach: sex, ciąża, poród, ojciec, rodzina, wychowanie, kolka, sen, płacz, recenzje, wideo i tatapad.tv. Jasne, można by pomyśleć – zainteresowania facetów zaczynają się od seksu. Wystarczy jednak zerknąć na to, co kryje się w pierwszym dziale, by zawiesić, choć na chwilę stereotypowe myślenie. Można tu znaleźć informacje o seksie podczas ciąży i po porodzie, o zmianach, jakie w życie erotyczne rodziców wnosi dziecko – raczej poważne tematy. I żadnych zdjęć gołych lasek. Podobnie – poważnie i rzeczowo jest dalej. Jak być kumplem i nauczycielem dla swojego dziecka, jak ratować maleństwo, gdy się zakrztusi, jak ojciec powinien radzić sobie z synem a jak z córką, co zabrać ze sobą, gdy w trybie nagłym wywozimy żonę na porodówkę i tak dalej. Rady dla ojców trochę już doświadczonych i tych zupełnie zielonych.
Inaczej rzecz ma się, gdy sprawdzimy, czego na swoim portalu mogą dowiedzieć się mamy. Tego na przykład, że Kim Kardashian robi wszystko, żeby schudnąć po ciąży albo że córka Kasi Skrzyneckiej zaczęła mówić. To w dziale sexymamy, który w całości poświęcony jest mamom ze świata show biznesu, które ktoś arbitralnie uznał za takie „sexy”. Dział shopping informuje, że w sieci Reserved pojawiła się nowa kolekcja, gdzie można kupić letni zestaw dla modnej dziewczynki (nadmienię, że dziewczynki na oko czteroletniej), można też poczytać o jeansowych koszulach dla mamy albo o czymś na ząb – w postaci kaszki instant. Dalej jest jeszcze ciekawiej, bo oto czeka nas wyzwanie: sprawdzić, co to znaczy, że kobiety (albo mamy) mają czas a co, że mają czas wolny. Otóż okazuje się, że dopiero mając czas (po prostu czas, nie czas wolny), kobiety zajmują się sprawami nieco poważniejszymi, czytając na przykład o tym, jak wybrać buty dla swoich pociech (zdrowe i wygodne, nie tylko modne) albo jak rozpoznać niebezpieczne rośliny podczas spaceru do parku czy na łąkę. W czasie zaś wolnym najistotniejszą sprawą staje się… jedzenie. Od mufinek, przez galaretki, shake’i, ciasta czekoladowego ogórkowe roladki z fetą i letnie sałatki – przepisy na te wszystkie pyszności wypełniają dział traktujący o czasie wolnym. Mamy chcące zaś byś fit&sexy mogą sobie poczytać o ćwiczeniach z hula-hop, kosmetykach, spa, kosmetykach, kawie na chudym mleku i kosmetykach.
Wiem, że jestem złośliwy i z tej złośliwości, podszytej niewdzięcznością (przecież mnie wyróżniono!), wysnuwam sądy na podstawie jednej tylko z wielu zapewne strony dla pań (i jedynej tego typu dla panów). Gdy się jednak dwa portale, o których mowa porówna, wniosek może być jeden: mężczyźni do swojego ojcostwa podchodzą poważnie, chcą się jak najwięcej dowiedzieć, skorzystać z doświadczeń innych, chcą być po prostu dobrymi tatusiami. A mamusie cierpią na dolegliwość, którą w moich stronach określano jako fiub-ździu w głowie.
No chyba, że panie są po prostu tak mądre, rozsądne, świadome i w ogóle wszystkowiedzące, że już niczego dowiadywać się nie muszą. My zaś, niedouki i ignoranci, musimy się ciągle uczyć i radzić innych, by w ogóle, jako tako, dać sobie radę.

czwartek, 18 lipca 2013

Część trzecia i ostatnia




Jednym z plusów pobytu nad morzem było to, że na tydzień odcięliśmy się od komputera i Internetu. Wiedziony nie wiadomo jakimi pobudkami, zabrałem nawet ze sobą tablet, ani razu nie przyszło mi jednak do głowy, by go włączyć. Całe szczęście. Ile czasu zabieramy sobie każdego dnia siadając przed monitorem, widać właśnie w takich chwilach – gdy przed monitorem zasiąść nie można. Czas zaczyna wtedy płynąć zupełnie inaczej.
Ale to jeszcze nie wszystko. Bo i z telefonami był problem. Zasięgu nie było, albo, gdy już na chwilę się pojawił, to słabiutki – rozmówcy prawie nie było słychać a rozmowę przerywało w pół zdania. Była to niezwykle sprzyjająca okoliczność. Ani rodzice, Anie teściowa nie dzwonili, by wysłuchać codziennego raportu. Anie ciotki, chcąc się dowiedzieć, czy Chłopakom się podoba i co robili na plaży. Nikt, ale to nikt nie zawracał głowy, nikomu nie trzeba było opowiadać jak jest, jaka pogoda, co porabiamy. Błogi spokój, żadnego zawracania głowy. Piękna sprawa! I znowu – cała prawda o tym, jak upierdliwym urządzeniem jest telefon objawiła się, gdy telefonu na chwilę zabrakło. Każdemu polecam takie doświadczenia, od czasu do czasu, tak dla zdrowotności.
Prawdę mówiąc, większość plusów i niuansów nadmorskiego wczasowania odkrywałem po raz pierwszy (czy raczej po prostu odkrywałem, bo po raz drugi trudno chyba coś odkryć). Leżenie na plaży w tłumie podobnie leżących ludzi i płacenie horrendalnych pieniędzy za rybę typu ‘świeża panga’ nigdy mnie zanadto nie pociągało. Tym razem po prostu tak wyszło. Samo plażowanie na przykład, ten specyficzny fenomen, to działanie, do którego nie do końca byłem przygotowany. W drodze na plażę mijali nas ludzie niosący zgrabne torby albo plecaczki, do których przytroczyć można parawan, by nie zawadzał. Ja niosłem torbę, torebkę, wiaderko wypełnione foremkami, łopatkami i grabkami, parawan (do niczego nie przytroczony) oraz śpiwór mający robić za kocyk. Wyglądałem jak juczny osioł i takoż się czułem. W życiu bym nie pomyślał, że żeby wyłożyć się na piasku, trzeba się tak wyekwipować i przytachać nad wodę taki majdan. To rozstawienia parawanu przydaje się młotek. Odkryłem to już na plaży, parząc na profesjonalistów stukających młoteczkami gumowymi lub drewnianymi. Musiałem ustawić nasz wiatrochron przy pomocy, jedynie, siły własnych mięśni, że pozwolę sobie użyć tego sformułowani. Udało się, ale z młotkiem byłoby szybciej.
Idąc na plażę warto też zabrać coś do jedzenia. Na tym słońcu wszystko się z człowieka wytapia w tempie dużo większym, niż zazwyczaj i ledwo ostatni palik parawanu osiągnie niewzruszony pion, już jest się głodnym. Można coś niby kupić na miejscu. nie jest to jednak tak proste, jak by się mogło wydawać. Wiem, bo sprawdziłem. Wybrałem się po frytki do plażowej knajpy. Zamówiłem miła pani powiedziała, żebym czekał aż wywoła mój numerek. Miałem numer sześćdziesiąt. Ledwie odszedłem od kontuaru usłyszałem jak wołają: Pięćdziesiąt sześć! Dobra nasza, pomyślałem, zaraz moja kolej. Niestety. Po pięćdziesięciu sześciu przyszła kolej na dwadzieścia jeden, później trzydzieści cztery, siedemdziesiąt… Żadnej chronologii, żadnego systemu, ładu ani porządku. Chaos. Czekałem i czekałem. Dwanaście, pięćdziesiąt osiem, czterdzieści trzy… Czekałem, czekałem i czekałem. Miałem wrażenie, że pani za ladą za chwile doliczy, niby Chuck Norris, do nieskończoności, tylko moje nieszczęsne sześćdziesiąt nie zostanie wykrzyczane. Może dopiero sadzą ziemniaki na te moje frytki – zastanawiałem się. Tyle to trwało! Czekałem coś około godziny i gdybym się nie upomniał i nie zaczął zielenieć ze złości niczym Hulk, pewnie czekał bym drugie tyle. Zdecydowanie na plażę należy zabierać własny prowiant. No, ale człowiek uczy się całe życie, następnego dnia już wiedziałem.
A później nagle się okazało, że tydzień minął i trzeba wracać. Niestety, nie tylko my mieliśmy taką potrzebę. Lasy otaczające Wejherowo obejrzeliśmy dokładnie, jadąc 20 na godzinę w sznurze samochodów wiozących innych wysmażonych plażowiczów.
W skrzynce na listy czekał na mnie pliczek rachunków.
Koniec.

środa, 10 lipca 2013

Nadmorskich opowieści ciąg dalszy




Dzieci atrakcje widzą wszędzie. Stragany, na których sprzedaje się towary konkurujące ze sobą o tytuł tandety stulecia, automaty, w których kupić można kauczukową piłeczkę, breloczek ze smerfem albo wisiorek z czachą. Stoliki, przy których zrobić sobie można tatuaż z henny. Wypożyczalnie trójkołowych rowerków – bolidów. Place zabaw zastawione dmuchanymi zjeżdżalniami. W końcu lodziarnie, budy z goframi, sklepiki, w których zwykły napój kosztuje tyle, co francuski szampan. Wszystko to jest magnesem na dzieciaki i pompą wysysająca gotówkę z kieszeni rodziców. Co więcej, choćby się wzbijać na wyżyny sztuki negocjacji, nie uda się wszystkiego tego ominąć, nie ulec w końcu przy którymś stoisku.
Nasza droga na plażę wiodła przez główną uliczkę miejscowości, która była niczym innym, jak  jednym wielkim pasażem handlowym. Wchodząc do lasu ciągnącego się między wioską a plażą, cieszyłem się bardziej chyba, niż jakiś jeleń czy inny łoś, który nierozważnie zapędził się na ruchliwą szosę i o mało nie zginął pod kołami rozpędzonych samochodów, a teraz wraca ukryć się w spokojnej leśnej gęstwinie. W końcu czułem się bezpieczny, nie osaczony przez wszędobylską ofertę handlową kurortu.
Tu pozwolę sobie na małą dygresję. Miejscowość turystyczna, nawet nadmorska, jest jednak przede wszystkim miejscowością, także po sezonie. Pozostaje nią, gdy opuszczą ją już wszyscy turyści i wtedy musi oferować coś dla swoich stałych mieszkańców. Ci zaś mają swoje miejsca – sklepy, gdzie jedzenie dostać można w normalnej cenie. Albo bary. Gdy jest się turystą, nie posiadając jednocześnie turystycznego zapału i parcia na turystyczne atrakcje, dobrze jest znaleźć takie miejsca, miejsca dla miejscowych, oazy spokoju i normalności w całym tym wakacyjnym szaleństwie.
Remus – Czësto Kaszëbé Piwò. Warto wyskoczyć od czasu do czasu po zakupy. Przynieść coś na obiad albo kupić wędzoną rybkę dla żony a samemu zaliczyć Remuska w lokalu o trafnej i prostej nazwie „Bar”. Czynny każdego dnia tygodnia i przez cały rok od 7:30 przybytek jest strefą wolną od turystów. Ma ten niepowtarzalny klimat taniej knajpy, który sprawia, że lokale oddalone od siebie o setki kilometrów są do siebie podobne, swojskie. Kontuar, przy nim kilka stołków, zajętych od rana przez panów o smętnych obliczach, dwa stoliki, automaty do gier hazardowych, wiszący na ścianie telewizor, który przyciąga klientów przy okazji każdej większej imprezy sportowej. Ściany pokryte tynkiem strukturalnym w kolorze modnym przed dekadą i barmanka w słusznym wieku, która przy trzeciej wizycie nie pytała mnie już co podać, tylko od razu wyciągała Remusa z lodówki. Całkiem niezły Remus kosztował, co watro nadmienić, połowę tego, co podły Lech w lokalach odwiedzanych tłumnie przez przyjezdnych.
Chwile w barze „Bar” były miłym, choć niespodziewanym akcentem wyjazdu.  Wizyta w nadmorskiej dziurze miała też inne nieoczekiwane plusy, poza tymi oczywistymi, jak choćby obecność słonecznej plaży w pobliżu. Słów kilka o nich następnym razem.