czwartek, 22 listopada 2012

Czy można mówić „dupa”?



Wczoraj zaliczyłem pierwszą poważną wywiadówkę w przedszkolu. Specyficzne doświadczenie. Do tej pory w różnych wywiadówkowych sytuacjach uczestniczyłem w innym charakterze. Jako dzieciak, nerwowo oczekiwałem na powrót ojca ze szkoły. Patrząc z perspektywy, zastanawiam się, skąd się brało moje zdenerwowanie. Biorąc pod uwagę, że moja mama pracowała w szkole, w której się uczyłem, tata nie mógł z wywiadówki przynieść żadnych wstrząsających informacji na mój temat. Moje szkolne dokonania nie były, niestety, tajemnicą dla moich rodziców. A jednak się denerwowałem. Może dlatego, że mama z tatą byli świetni we wprowadzaniu nerwowej atmosfery.
Później sam zacząłem pracować w szkole (wariacka sztafeta pokoleń, jak napisał Mistrz Koterski) i wywiadówki albo prowadziłem albo uczestniczyłem w nich w roli, uwaga, eksperta. Cóż, bywa. Nagle przyszło mi objąć nową rolę. Poszedłem więc do przedszkola, usiadłem na malutkim krzesełku i z wyrazem skupienia na twarzy słuchałem Pani. Nie było to porywające spotkanie. Dowiedziałem się, jak to Pani wychowuje nasze dzieci bez porażek, a przynajmniej się stara, korzystając z odpowiednich metod. Przyznać muszę, że całkiem nieźle jej wychodzi, czasami nawet się dziwię słuchając, jak Pani chwali moich Chłopaków. Zastanawiam się, dlaczego w domu nie są tacy grzeczni. Być może muszę się doszkolić w zakresie metodologii wychowania.
Kiedy na koniec padło sakramentalne pytanie: czy państwo chcieli by jeszcze coś…?, zgłosił się jeden z tatusiów. Powiedział, że on i owszem chciałby. Bo ostatnio jego córeczka opowiedziała mu, jak to w przedszkolu jeden z chłopców (Nie będę tu podawał imienia – zaznaczył dyplomatycznie tatuś) powiedział dupa, dupa! Od razu kilka osób się ożywiło. No tak, ich dzieci też znają to słowo. Niektóre nawet potrafią go użyć w odpowiednim kontekście, czyli na przykład, gdy się zdenerwują. A kiedyś przecież tak nie mówiły no i w domu też się tak nie mówi… Słuchałem rozmowy, kiwałem głową a w duchu zastanawiałem się, czy Imię, Które Nie Zostało Wymienione nie brzmi czasem Gucio. No bo Gucio słowo na ‘d’ zna i stosuje, choć nie zachęcamy go do tego. Stosując, robi to, co więcej, w odpowiednich momentach, czyli gdy się zdenerwuje. A że denerwuje się często (to może być kwestia obciążenia genetycznego, bo ja też bywam nerwowy, to pewnie przez te wywiadówki i permanentną inwigilację, której mnie poddawano w dzieciństwie)…
Zastanawiam się, co zrobić z tym fantem. Oczywiście zwracamy Chłopakom uwagę, gdy brzydko się do siebie zwracają. Z drugiej strony – gdzie tu ustawić granicę? Czy kiedy Tytus, wychodząc z pokoju, woła do Gucia i do mnie: na razie, frajerzy! mam reagować? A jeśli to jak, co mam zrobić, kiedy już się pozbieram z podłogi, na której zaległem powalony napadem śmiechu? Tłumaczyć, co to frajer i dlaczego tata nim nie jest (a przynajmniej, dlaczego nie wypada tak taty nazywać)?
Skomplikowana sytuacja, normalnie dupa blada. A, no właśnie. Bo mi, przyznać muszę, czasem wymknie się jakieś słowo nie do końca parlamentarne (czy może, biorąc pod uwagę poziom i hm… estetykę naszej politycznej debaty, właśnie bardzo parlamentarne). Sumienie mam niby czyste, bo Chłopacy dupę włączyli do swojego słownika ostatnio, czyli mogę wnioskować, że raczej nauczyli się w przedszkolu. W każdym razie afery robić nie zamierzam. Jeśli się okaże, że to Gucio deprawuje koleżanki swoim soczystym językiem czterolatka – będę się tłumaczył. Nie wiem jeszcze jak. Bo ja się w sumie zgadzam z Kazikiem Straszewskim, który w którymś z wywiadów tłumaczył, że wulgaryzmy są normalną częścią języka i ich użycie w pewnych sytuacjach jest jak najbardziej adekwatne. Że jak się ktoś za przeproszeniem wkurwi, to co ma powiedzieć, jak nie kurwa? Całe więc szczęście, że moje Chłopaki – Przedszkolaki póki co się jedynie wdupiają. Zawsze mogę też zacytować fragment piosenki Dezertera, że mianowicie nie ma brzydkich słów, są tylko brzydkie myśli. A co brzydkiego może sobie pomyśleć taki przedszkolak, mówiąc dupa?

środa, 14 listopada 2012

O problemach z asertywnością



W czasie studiów zaliczyłem przedmiot, który nazywał się Rozwijanie umiejętności społecznych. Nie jestem osobą przesadnie społeczną, są tacy, którzy twierdzą, że jest wręcz przeciwnie. Fakt, że pod koniec semestru w moim indeksie pojawił się wpis z pozytywną, nawet wysoką oceną, świadczy tylko o pewnych niedomaganiach naszego systemu wyższej edukacji. Zajęcia nie rozwinęły moich umiejętności społecznych w najmniejszym stopniu. Jak zresztą miały to zrobić, skoro polegały w dużej mierze na dość naiwnych ćwiczeniach? Przez trzydzieści godzin ćwiczeń, bo tyle, o ile pamięć mnie nie zawodzi, liczył sobie kurs, prawiliśmy sobie nieszczere, a w najlepszym razie wymuszone sytuacją komplementy, słuchaliśmy się nawzajem aktywnie, choć myślami błądziliśmy (a przynajmniej ja błądziłem) gdzieś indziej… Uczyliśmy się też, jak być asertywnymi. Na tym polu prowadzący poniósł największą porażkę, jeśli chodzi o moją osobę. W ogóle nie nauczył mnie asertywności.
Być może nie przykładałem się do zajęć, być może problem leży gdzieś indziej, w każdym razie są takie chwile, kiedy na usta cisną mi się słowa Adasia Miauczyńskiego: I znów zachowałem się, kurwa, nieasertywnie!
Kiedy żonę odwiedziła ostatnio koleżanka, wykonałem taktyczny odwrót i zamknąłem się w sypialni. Mimo, że jestem może nie do końca społeczny, staram się być kulturalny, gdy więc koleżanka zbierała się do wyjścia, poszedłem się pożegnać. Zastałem ją przed regałem z książkami. Tknęło mnie złe przeczucie, jak się okazało, uzasadnione. Kiedy pojawia temat pożyczania książek, coś mnie w środku skręca. Bo ja pożyczać książek nie lubię, nie znoszę, nienawidzę wręcz. Kiedy jakaś pozycja znika mi z regału, puste miejsce doprowadza mnie do szału. Wytrąca z równowagi. Nie jestem pasjonatem feng shui, nie wierzę, że ustawienie mebli i przedmiotów w pomieszczeniu wpływa na przepływ energii i wszystko, co się z nim wiąże, jednak w przypadku regału z książkami jest w tej kwestii coś na rzeczy. Z pustych miejsc, w których powinny stać książki, a nie stoją, bo ktoś mnie ich czasowo pozbawił, zieje zła energia. Odczuwam ją bardzo wyraźnie, przyprawia mnie o napady nerwicy.
Takie już mam dziwactwo.
Kiedy więc koleżanka zapowiedziała, że zgłosi się do mnie, bo coś ją tam zainteresowało wśród moich zbiorów, przeszedł mnie zimny dreszcz. Nie to jednak jest najgorsze, że ktoś szykuje zamach na ład w moim świecie. Najgorsze jest to, że mogłem groźbę zburzenia porządku na regale oddalić jednym słowem, ale… No właśnie. Znów zachowałem się, kurwa, nieasertywnie! Bo koleżanka powiedziała, że się chętnie zgłosi, o ile oczywiście nie mam nic przeciwko. Bo ona wie, że są tacy, co z zasady nie pożyczają książek i rozumie to. A ja, głupi, zamiast powiedzieć, że no właśnie, że mnie to też dotyczy, że ja też nie pożyczam, bąknąłem tylko, że się dogadamy, albo coś równie bezdennie durnego. I cały czas starałem się uśmiechać i jeszcze bardziej się starałem, żeby ten uśmiech wyglądał miło, a przede wszystko naturalnie. Tymczasem w środku się we mnie gotowało.
Teraz mam nadzieję, że koleżanka jednak zapomni, nie będzie miała po drodze albo że nie będzie miała czasu na czytanie. Albo, że żona moja jej wyłoży przy okazji naturę mojej drobnej idiosynkrazji i wyperswaduje pomysł wpędzania mnie w nerwicę.
Oczywiście zaraz po tym, jak koleżanka wyszła, naszły mnie różne myśli i refleksje. Przecież mogłem wyjaśnić, że to nie moja wina, że to nie kwestia nieżyczliwości, że to raczej coś jakby choroba i że mi przykro, ale nie pożyczę, bo nie będę mógł później spać. Że niestety, przykro mi, ale kiedy widzę lukę na półce, to zaczynam o tym myśleć i nie mogę się skupić na niczym i że to duży dyskomfort, więc z tym pożyczaniem, to nie bardzo. Mogłem sprawę rozwiązać w kilka sekund i jeszcze błysnąć przy tym poczuciem humoru, ale nie, ja nie potrafiłem odmówić.
A uczyłem się, ćwiczyłem na zajęciach – odmawiać grzecznie, lecz stanowczo. Piątkę mam w indeksie. I na co to wszystko? Na co?

sobota, 3 listopada 2012

Prawie jak James Bond, czyli o pewnym nikczemnym planie



Każdy facet chciałby być Bondem – chociaż przez chwilę. Niesamowite przygody, z których się zawsze wychodzi cało, szybkie samochody, do tego z bajerami, o jakich się zwykłym śmiertelnikom, a pewnie i filozofom nie śniło. Kieszenie pełne gadżetów. No i ten magnetyzujący urok, któremu żadna dama nie jest w stanie się oprzeć. Ba, dzięki któremu żadnej by nawet myśl w głowie nie powstała, żeby w ogóle próbować się opierać.
Mnie to wszystko (czyli wszystko, co najlepsze) ominęło, a jednak przez chwilę poczułem się jak James Bond. Jak agent 007, który stanął oko w oko ze swoim wrogiem, podstępnym, przebiegłym i gotowym na wszystko; z diabolicznym planem unicestwienia mojej osoby już gotowym, przemyślanym w najdrobniejszych szczegółach. A wszystko to za sprawą moich Dzieciaków, bo kogóż by innego.
Teraz mała dygresja.
Dzieci jakie są, każdy widzi, a każdy, kto ma dzieci własne wie jeszcze więcej, niż da się na pierwszy rzut oka dostrzec. Ja na przykład ostatnio czuję się jak nieszczęsny Paweł, co to spokojny, nie wadził nikomu, musiał jednak po sąsiedzku mieszkać z Gawłem, który najdziksze wymyślał swawole. Ciągle polował po swoim pokoju: to pies, to zając – między stoły, stołki ganiał, uciekał, wywracał koziołki… Regularnie jestem biernym uczestnikiem polowań. Nie na zające, ale na wilki. Nie wiem, skąd ich tyle u nas, ale czasem przetaczają się całymi watahami a Chłopacy toczą z nimi zażarte boje.
Do tego wymyślne tortury w postaci pozbawiania snu, a przynajmniej spokojnego snu. Że całkiem małe dzieci mają swoje nocne aktywności, to rzecz naturalna. Ale harce moich Chłopców pachną już czymś więcej, niż naturalną koleją rzeczy. Coraz częściej myślę, że to przemyślane działanie, to budzenie się, nawoływanie, w końcu migracje z pokoiku w kierunku naszej sypialni, a ściślej – łóżka. A jak taki brak snu jest uciążliwy, to już odkryto i stosowano w różnych niecnych celach. Brak snu (…) mąci rozsądek, podkopuje wolę, pozbawia człowieka jego jaźni – tak o wymuszaniu bezsenności i jego efektach pisał Aleksander Sołżenicyn. Chłopacy chyba wyczuli, że coś jest na rzeczy i w sobie tylko znanych celach swoją wiedzę wykorzystują.
Ale wróćmy do tematu. Dlaczego poczułem się jak tajny agent jej Królewskiej Mości? Ano Chłopacy przedstawili mi swój diaboliczny plan (fakt, że postanowili mnie z planem zapoznać, tylko zwiększa grozę sytuacji – bo mimo, że wiem, nie będę mógł nic poradzić! Wyobrażacie sobie?).
Plan rysuje się tak: Poprosimy mamę, żeby kupiła taką maszynkę, którą można pomniejszać i powiększać. Później cię pomniejszymy i przywiążemy do ściany. Ale może jak będziesz mały, to przyjdzie pająk i cię zje! To może – przyznajcie sami – zabrzmiało jak groźba. I jak się miałem poczuć w tej sytuacji? Toć to plan godzien najmroczniejszego schwarzcharaktera, już nawet nie jakiegoś tam groźnego, ale raczej racjonalnego terrorysty, na miarę dwudziestego pierwszego wieku, ale co najmniej Doktora No, albo i samego Ernesta Stavro Blofelda, szefa organizacji WIDMO, z którym Bondowi nie raz przychodziło się mierzyć. Pamiętacie tego łysego jak Telly Savalas jegomościa ze szramą na oku i białym persem na kolanach?
Patrzę teraz czasem na Chłopaków i zastanawiam się, czy zza kanapy nie wyskoczy nagle białe kocisko i nie zacznie się do nich łasić, spoglądając na mnie złowrogo. Co prawda poprosiłem moją osobistą Dziewczynę Bonda, żeby na żadną maszynkę do zmniejszania i powiększania nie dała się synkom naciągnąć, ale ja wiem, czy jej Chłopaki jakoś nie przekabacą albo nie wywiodą w pole? Przecież od jakiegoś czasu dbają, żeby była co najmniej tak niewyspana, jak ja. A człowiek niewyspany, że znowu powołam się na Sołżenicyna, działa w stanie półświadomości, albo nawet niepoczytalności, tak, że nie wolno mieć do niego pretensji o to… co kupił.

czwartek, 25 października 2012

Z cyklu ‘Zakupy z filozofami’ – trzy niezdecydowania, czyli zakupy z Quinem





Zakupy przebiegną nam dziś pod znakiem filozofii analitycznej, a dokładnie teorii, którą na jej polu ukuł Willard Van Orman Quine. Przyznam szczerze, że jego prace, a właściwie praca – Trzy niezdeterminowania – zainspirowały mnie, gdy pisałem ten tekst tylko pośrednio. Najbardziej inspirujący był zaś tytuł.

Quine, analizując pojęcia związane z epistemologią, czyli tym, jak poznajemy świat, doszedł do wniosku, że mamy tu poważny problem na poziomie języka. Ujmując rzecz najprościej – nie potrafimy się dogadać i często, choć myślimy, że my i nasz rozmówca mówimy o tym samym, w rzeczywistości mamy na myśli zupełnie inne rzeczy. Nasz analityk podaje przykład, który zyskał wielką sławę: wyobraźmy sobie sytuację, że trafiamy na jakąś egzotyczną wyspę zamieszkałą przez tubylców mówiących w dziwnym języku. Nie bardzo wiemy, jak się z nimi porozumieć, ale staramy się. Wybieramy się z takim tubylcem na spacer i nagle widzimy królika wyskakującego zza krzaczka. Nasz towarzysz krzyczy w tym momencie: gavagai! Automatycznie zakładamy, że słowo gavagai oznacza królika, cieszymy się, że jesteśmy o jeden mały kroczek bliżej osiągnięcia porozumienia. Czy jednak słusznie? Być może słowo gavagai wcale nie oznacza królika. Może przecież być oznaką zaskoczenia albo odnosić się do czegoś, co biegnie. Może też znaczyć tyle, co „kolacja”, albo, dajmy na to „potrawka” – kto wie, o czym pomyślał nasz tubylec. Ten przykład obrazuje coś, co Quine określa jako niezdeterminowanie przekładu i niezdeterminowanie odniesienia (bo nie możemy mieć pewności, do czego odnosi się tajemnicze słowo).

Tyle na razie, jeśli chodzi o zawiłości filozofii analitycznej. Przejdźmy do zakupów.

W przypadku zakupów, kluczową kategorią jest niezdecydowanie, przynajmniej w przypadku obiektu moich obserwacji, czyli mojej żony. Załóżmy taką sytuację: kupujemy sweterek (może to być też sukienka, bluzka, spodnie lub cokolwiek innego). Po określeniu typów (w liczbie co najmniej kilku) kroju, następuje faza przymiarek. Mamy tu pierwsze niezdecydowanie: fason i kolor. Ten sweterek, czy tamten? A jeśli ten, to czarny, czy szary? A może jednak żaden z dwóch, tylko ten trzeci lub czwarty? Może to trwać bardzo długo. Gdy w końcu odpowiedni fason zostanie wybrany, trzeba zdecydować się na konkretny egzemplarz. Dochodzimy do drugiego niezdecydowania. Wybrać rozmiar S, czy M? Jeden i drugi pasuje, z tym, że jeden jest luźniejszy, co w sumie fajnie wygląda, drugi ściślej przylega do ciała, co też daje ciekawy efekt… Drugie niezdecydowanie pogłębia się, bo nawet, gdy rozmiar zostanie już ustalony, należy sprawdzić różne egzemplarze w tym samym rozmiarze – bo może któryś trochę inaczej uszyty? Może one wszystkie nie leżą identycznie? Trzecie niezdecydowanie rozkłada mnie zwykle na łopatki, bo dotyczy samego aktu zakupu. Nie jest on taki prosty i oczywisty, bo mimo dokonanego – pozornie, jak się okazuje – wyboru, można się jeszcze pozastanawiać: kupić, czy jednak rozejrzeć się jeszcze, zajrzeć do innych sklepów… Cały czas spędzony w przymierzalni idzie w tym momencie na marne.

W całym tym uniwersum fatałaszków i zamieszaniu jestem ja. I tu wracamy do poważnej filozofii i do Quinea. Cały szkopuł w tym, że w czasie zakupowych bojów przychodzi mi często pełnić rolę doradcy. Co z kolei wymaga ode mnie, żebym ogarniał całe spektrum rzeczy – oglądanych, przymierzanych, wybieranych. Żebym potrafił porównać, wypowiedzieć się, ocenić. A ja czasami czuję się jak ten podróżnik rozmawiający z mieszkańcem egzotycznej wyspy. Bo kiedy żona pyta mnie o sukienkę, którą przymierzała wcześniej, albo oglądała w internetowym sklepie i prosi o porównanie z tą, którą właśnie przymierza, to z całą siłą dotyka nas niezdeterminowanie przekładu i niedookreślenie odniesienia. Bo ja się wypowiadam, poszukawszy wcześniej w pamięci, ale czy wypowiadam się aby na pewno na temat tego, o co mnie zapytano? Pamiętam, była jakaś sukienka… Niebieska, nie, zielona… no, taka bardziej morska – dochodzimy do jakiegoś porozumienia, ale ja nadal nie mam pewności, czy mówię o tej samej rzeczy, o którą chodzi żonie. Tyle ich przecież było, a jedna do drugiej podobna. Spora jest więc szansa, że nasza rozmowa przebiega na zasadzie: ja o niebie, ty o chlebie.
A słowo 'sukienka' staje się tym, czym miał być gavagai Quinea – żona zakłada, że kiedy mówi 'sukienka', ja wiem, o co chodzi; ja zakładam, że odpowiadając, mówię o tym, czego dotyczy rozmowa. Ale pewności nie ma. Jest tylko założenie, że używane przez nas słowa odnoszą się do jednego obiektu. Założenie.
Gavagai!

piątek, 19 października 2012

O niemożliwości naprawiania i o pewnym gatunku na wymarciu



Zepsuł nam się blender. No dobrze, nie tyle się zepsuł, co Chłopakom udało się go uszkodzić. Ale już wcześniej blender nie był w pełni sprawny – poszło jakieś łożysko, tak podejrzewam, w jednej z nakładek, co bardzo ograniczyło możliwości stosowania urządzenia. Stało się to chwilę po tym, jak skończył się okres gwarancyjny.
Nie napiszę tu niczego odkrywczego – żyjemy w czasach, w których rzeczy nie są trwałe. Są tymczasowe, szybko się zużywają i nikt dziś już nie myśli o ich naprawianiu. Gdy się coś rozleci, wyrzuca się to i kupuje nowy egzemplarz.
Kiedyś było inaczej. Nie będę tu pisał, że było lepiej, choć – jeśli trzymać się kontekstu – trochę lepiej pewnie było. A skąd w ogóle u mnie takie przemyślenia? Już opowiadam.
Mamy w ogrodzie wielką jabłoń i w tym roku obsypało ją owocami. Jabłka są słodkie, dobre, to podobno jakaś stara odmiana, kosztela. Coś trzeba zrobić z tym całym dobrem, żeby się nie zmarnowało. Część  owoców postanowiliśmy wykorzystać do produkcji soku. Sok, jak wiadomo produkuje się przy pomocy sokowirówki. Urządzeniem takim dysponuje moja szwagierka – pobiegłem więc do niej i pożyczyłem.
Przyniosłem do domu maszynę i popatrzyłem na nią z sentymentem. Przy pomocy takiego samego urządzenia preparowała soki z jabłek czy marchewki moja mama. Miałem wtedy kilka lat. Pomyślałem sobie: oto stoi przede mną cud polskiej myśli technicznej: Katarzyna, produkt marki Predom!
W moim rodzinnym domu, na ścianie w kuchni wisi kuchenna waga – waga marki Predom. Wisi tam, odkąd pamiętam. Sam mielę sobie kawę w młynku marki Predom. Jest on starszy ode mnie (pożyczyłem go – na wieczne oddanie – od rodziców). Rodzice mieli kiedyś odkurzacz marki Predom i lodówkę i suszarkę do włosów i te sprzęty służyły im latami.
Odkurzacz tata kiedyś naprawiał. Naprawiony, służył kolejne lata. Podobnie było z suszarką. Pamiętam, że zaczęła się przegrzewać, ale można było ją zreperować. Jakiś czas temu zepsuła mi się maszynka do strzyżenia. Usterka nie była poważna, wiedziałem, gdzie leży problem, więc postanowiłem go zlikwidować. Co się okazało? Maszynki nie dało się rozkręcić. Żadna naprawa nie wchodziła w rachubę, bo próba otworzenia obudowy doprowadziła by tylko do powstania poważniejszych i nieodwracalnych uszkodzeń. Miałem do czynienia ze sprzętem jednorazowego użytku.
Nie będę tu rozpisywał się o tym, że dzisiejsi producenci naciągają nas, że nie dbają o solidność własnych wyrobów, że nie można już polegać na tak zwanych „sprawdzonych markach”, bo jeśli sprawdziło się je kilka lat temu, to dziś już nic to nie znaczy. Ale przyszło mi coś do głowy, pomyślałem sobie o pewnej konsekwencji tego stanu rzeczy. O tym mianowicie, że doprowadzi on do wymarcia pewnego gatunku. Wyginą mianowicie złote rączki.
Mój tata potrafił naprawić odkurzacz i suszarkę do włosów. Samochód też potrafił naprawić – miał kiedyś Tarpana i ciągle przy nim grzebał, a Tarpan jeździł. Ja bym sobie poradził z moją maszynką do strzyżenia, o ile udało by mi się ją rozkręcić, potrafię rozłożyć szlifierkę, zmienić szczotki, wymienić zepsuty włącznik (no i posiadam szlifierkę, a właściwie dwie – kątową i oscylacyjną – i używam ich, wiem do czego służą). Ale czy moje Chłopaki będą potrafić takie rzeczy? Czy w ogóle idea naprawiania  i tak zwanego majsterkowania nie będzie im obca, nie będzie dla nich jakąś mglistą abstrakcją? Ja się za złotą rączkę nie uważam, ale dwóch lewych rąk też nie mam. Ale, być może, jestem tylko niepełnowartościowym przedstawicielem gatunku na wymarciu.
Ewolucja, w tym przypadku techniczna, doprowadziła do tego, że dla człowieka naprawiającego nie ma już miejsca na ziemi. Wyparł go nowy gatunek: człowiek kupujący, który czeka do końca gwarancji, a później wymienia na nowe.

czwartek, 18 października 2012

Trochę straszno, bardzo śmieszno, albo na odwrót



Wcale nie jest tak, że nam się ciągle nie udaje. Że zawsze odstajemy od reszty. Nie, czasami potrafimy być w pierwszej linii, wręcz w awangardzie. Półtora miesiąca temu na przykład, ukazał się w naszym kraju pierwszy numer pierwszego na świecie czasopisma egzorcystycznego. Miesięcznik nosi tytuł Egzorcysta i stanowi część frontu walki Kościoła z Szatanem.
Powiem szczerze – nie wiem co myśleć. Przeczytałem w najnowszej Polityce artykuł o tym szczególnym wydawnictwie i nie byłem pewny, jaka powinna być moja reakcja: powinienem pokładać się ze śmiechu? zapłakać nad ludzką głupotą? przestraszyć się – bo przecież eksperci jak nic zdiagnozowali by mnie jako osobę znajdującą się na najlepszej drodze do opętania i to tylko, gdybym miał szczęście; całkiem możliwe, że został bym zaklasyfikowany jako ktoś już znajdujący się we władzy Złego. Póki co takich jak ja jeszcze się w naszym kraju nie pali i nie topi, ale kto wie, do czego sytuacja zmierza?
Egzorcyści, a jest ich w Polsce, w obecnej chwili (czyli – zwracam uwagę – w roku 2012, w XXI wieku, w czasie, kiedy potrafimy rozebrać atom na części pierwsze, polecieć w kosmos, przeszczepić serce i tak dalej) ponad stu pięćdziesięciu, wszędzie wietrzą knowania Złego. I mają na nie dowody w postaci świadectw. Pewien młody człowiek na przykład tak zasłuchał się płytą Pink Floyd, że zaczął mieć bluźniercze myśli o Maryi[*]. Saszę z kolei opętało, gdy poszła na zajęcia jogi – demon ją dopadł już po pierwszym spotkaniu. Pierwszy numer Egzorcysty przestrzega nas też przed Lady Gagą, przez którą przemawia Szatan: refren jej piosenki ‘Paparazzi’ słuchany od tyłu jest wezwaniem do Lucyfera: Demonie zbaw nas. (Swoją drogą nieodmiennie zastanawia mnie motywacja ludzi, którzy słuchają piosenek od tyłu, niezwykły fenomen.) Groźna jest też Gazeta Wyborcza, TVN 24, saga Zmierzch, halloween i andrzejki no i oczywiście Harry Potter.
O tym, że egzorcyści są niezbędni, świadczy zapotrzebowanie na ich porady i usługi. Gdyby nie egzorcysta, kto by rozwiał wątpliwości Magdaleny z Piaseczna, która nie wie, jak ma reagować rodzic na zajęcia pozalekcyjne, na których proponuje się dzieciom wschodnie sztuki walki (z ukłonami, rękami złożonymi jak do modlitwy i wypowiadanymi nieznanymi słowami)? Kto by wyjaśnił Larysie z Olsztyna, jaki związek z okultyzmem ma noszenie ozdobnych kolczyków? Gdybyśmy nie mieli zastępu gotowych do podjęcia interwencji egzorcystów, kto by pomógł Poli z Bielska-Białej, proszącej o egzorcyzmy nad koleżanką, która wierzy w przesądy, a do tego lubi seks?
I tak rokrocznie, z prośbą o ratunek, zwraca się w Polsce do egzorcystów piętnaście tysięcy osób. Na pierwszą wizytę w warszawskiej diecezji trzeba czekać trzy miesiące (czyżby egzorcyści chcieli zawstydzić NFZ?). Brnę w lekturę artykułu i coraz bardziej nie wierzę w to, co czytam.
Kiedyś śmiałem się do rozpuku, oglądając fragment Monty Pythona i świętego Graal, w którym wieśniacy próbowali sprawdzić, czy mają do czynienia z czarownicą. Na jednej szali wielkiej wagi posadzili dziewczynę oskarżoną o kontakty z ciemnymi mocami, na drugiej – kaczkę. Czarownice bowiem – dedukowali –  się pali. A co jeszcze się pali? Drewno! Czarownice więc palą się, bo są z drewna, to oczywiste. Drewno, poza tym, że się pali, unosi się też na wodzie. Na wodzie – biegł dalej myślowy proces – unoszą się również kaczki. I tu tkwi metoda na sprawdzenie, czy dziewczyna oskarżona o bycie wiedźmą jest nią w istocie: należy sprawdzić, czy waży tyle, co kaczka. Jeśli tak będzie, jedynym wnioskiem, jaki będzie można wyciągnąć będzie ten, że potencjalna czarownica, ważąc tyle, co kaczka, będzie unosić się na wodzie, czyli będzie stworzona z drewna. Będzie więc czarownicą faktyczną, o potencjalności będzie można zapomnieć.
Skecz mnie śmieszył, bo był przecież tylko skeczem. Kiedy zaś czytam o kolejkach ludzi, którzy w reklamówkach przynoszą na spotkanie z egzorcystą, w celu fachowego poświęcenia, krzyżyki, różańce, ale też leki, sól, olej – już mi nie jest do śmiechu, bo to rzeczywistość. Co bardziej zapobiegliwi, wyjmują przyniesione ze sobą przedmioty z toreb, bo przecież nie można mieć pewności, że jeśli się nie wyjmie, to modlitwa dojdzie i trafi do celu… Jeśli nie dojdzie, to jak takim nie do końca obmodlonym orężem walczyć ze Złym? Takiej logiki i takich poczynań nie powstydzili by się średniowieczni wieśniacy, nawet przedstawieni w krzywym zwierciadle angielskiego humoru.
Coś mi się wydaje, że gdyby członkowie grupy Monty Pythona mieszkali w Polsce, nie odnieśli by sukcesu. Nie dali by rady wymyślić absurdów większych, niż my sobie sami, z pełną powagą, gotujemy na co dzień.


[*] Ten i kolejne cytaty za tekstem Zły 2012 autorstwa Edyty Gietka, zamieszczonym w ‘Polityce’, nr 42 (2879).

środa, 17 października 2012

O Spisku najpodlejszym z podłych



Jesteśmy, my, Polacy, mistrzami tematów zastępczych. Nasi politycy są mistrzami w ich wymyślaniu i rozdmuchiwaniu, społeczeństwo zaś – w ich przeżywaniu i pustym nad nimi  dyskutowaniu. Od wczoraj mamy nowy temat zastępczy, a jest nim dach. A właściwie Dach (o tym dachu będziemy teraz pewnie pisać, używając wielkiej litery, tak jak piszemy i myślimy o innej Katastrofie).
Kto nie rozłożył Dachu? Kto jest winien tego zaniedbania? Kto sprowadził na nas tę hańbę? Swoją drogą, problem leży podobno nie w tym, że ktoś Dachu nie rozwinął, ale w tym, że ktoś kazał go zwinąć, bo wcześniej był rozwinięty. I temu podobno winien jest PZPN.
Ale nie będziemy w to wnikać, ja nie będę, bo to właśnie jest temat zastępczy.
Rozmawiać powinniśmy o czymś innym, o sabotażu mianowicie! Strasznym, wrednym sabotażu, którego plan mógł się zrodzić tylko w umyśle jakiegoś Złego Szaleńca, którego jedynie James Bond byłby w stanie unicestwić, a i to nie jest do końca pewne.
Od czasu sławetnych (albo niesławnych, kto wie) mistrzostw, tegorocznego Euro, wiadomo, co jest naszym największym narodowym skarbem, naszym najatrakcyjniejszym eksportowym towarem, o co powinniśmy dbać, na co chuchać, dmuchać i co głaskać… nie, tu za daleko mnie fantazja zaniosła, przepraszam… Do rzeczy: każdy, kto choć trochę jest obeznany w sytuacji naszej polskiej wie, że naszym największym skarbem i dobrem, które nas w świecie rozsławia, jest biust Natalii Siwiec.
Krew mnie zalewa (moja krew patriotyczna, rzecz jasna), kiedy sobie o tym myślę, kiedy analizuję wczorajszą sytuację, kiedy na nią patrzę w szerszym kontekście. Bo Dach Dachem, ale to przecież tylko wierzchołek góry lodowej!
Dachu nie rozłożono, albo złożono go w nieodpowiednim momencie, ale to było tylko ukoronowanie wielkiego Spisku. Mecz się nie odbył i Natalia Siwiec musiała opuścić stadion. Przedwcześnie. Zdążono jej zrobić tylko kilka zdjęć, może kilkanaście, ale i te zniknęły, wśród wrzawy wokół Dachu.
Plan Złego Sabotażysty, tego nowego Napoleona Zbrodni był genialny! Zwieńczony Dachem, którego zabrakło, sięgał przecież o wiele dalej, o wiele głębiej. Bo proszę mi odpowiedzieć na pytanie: kto – i z czyjej inicjatywy – podjął decyzję, żeby tak ważny mecz na naszym pięknym stadionie, na którym tak wspaniale prezentuje się Natalia Siwiec, odbył się w październiku? Nawet największy optymista nie założy przecież, że w połowie października trafi się pogoda sprzyjająca eksponowaniu głębokich dekoltów i odsłanianiu innych części nagiego ciała.
Tu odkrywa się przed nami w pełni perfidia Sabotażysty! Ukryć to, co mamy w kraju najcenniejszego, nie dopuścić do pokazania światu naszych największych atutów! Ugodzić podstępnie w nasz narodowy interes! Nie pozwolić, by polska chwała ukazała się w pełni! O to chodziło Sabotażyście!
Teraz należy tylko odkryć, kto nim jest, kto ponosi odpowiedzialność.
Pojawią się pewnie tacy, którzy powiedzą, że to wina Tuska. Być może będą mieli rację, przynajmniej po części. Oddany kibic, jakim jest premier, powinien się przecież orientować, co w polskiej piłce, przynajmniej od czasu Euro, budzi największe emocje. Powinien próbować zapobiec nieszczęściu. Czyli jakaś wina tu jest, a przynajmniej zaniedbanie, karygodne niedopatrzenie.
Widać i premier nie podołał geniuszowi Sabotażysty.
W tej sytuacji proponuję, by niezwłocznie zwołać komisję śledczą. Kandydatury na jej członków są oczywiste: pan Antonii Macierewicz, bo on jest mistrzem w wietrzeniu spisków i być może jedyną osobą, która podoła w obliczu Spisku tak podłego. Proponował bym również pana Marcina Mellera, do niedawno redaktora naczelnego ważnego pisma branżowego, który, gdy pełnił jeszcze wspomnianą funkcję, miał do czynienia z panną Siwiec.
Być może znajdą się też inne kompetentne osoby, trzeba szybko je zebrać i umożliwić im działanie, by ukrócić działania Sabotażysty. Nie ma czasu do stracenia, zamiast więc omawiać tematy zastępcze, skupmy się na tym, co ważne, choć raz pokażmy, że potrafimy!