poniedziałek, 24 czerwca 2013

Plan na życie




Grunt, to dobry plan – mawiał Egon Olsen, po czym realizował plan, z którego zwykle nic nie wychodziło. Praktycznie więc Egon zawodził, teoretycznie jednak mógł mieć sporo racji.
Plan jest ważny. Weźmy pierwszy z brzegu przykład: Wystarczył dobry plan opracowany przez grupę ludzi, sprawnie wprowadzony w życie. Dziś ta grupa ludzi może sobie pozwolić na to, by żyć sobie spokojnie, nie przepracowywać się, jedyne, co jej członkowie musza robić, to sprawiać pozory, że coś robią. Jednocześnie prawie czterdzieści milionów ludzi finansuje im kolacje w drogich restauracjach, kreacje warte grube tysiące, zrzuca się na alkohol i fajki (zwane winem i cygarami), nawet stawia drinki w dyskotekach i daje kieszonkowe, które można na przykład spożytkować podziwiając występy tancerek go-go. Wystarczył dobry plan, wystarczyło jego realizację odpowiednio określić, na przykład rządzeniem państwem.
To oczywiście tylko przykład, przykład pierwszy z brzegu. Dowodzi on jednak, że dobry plan jest istotny. Jest taka sytuacja, która według niektórych wymaga szczególnie dobrze opracowanego planu. Jest to sytuacja złożona i rozciągnięta w czasie a nazywa się życie. Są tacy, którzy plan na życie opracowują drobiazgowo i pieczołowicie. Musi to być plan wieloaspektowy, bo życie ze swej natury jest dość złożone. Są tacy, którzy posiadają ogólny plan na życie, wyznaczony przez kilka prostych zasad i dopuszczający modyfikacje w trakcie realizacji, plan rzec można, elastyczny. Inni żyją zgodnie z zasadą carpe diem – nie mają planu i starają się cieszyć tym, co im życie niespodziewanie przynosi. Życie ma akurat to do siebie, że lubi zaskakiwać, może więc liczenie się z przynoszonymi przez nie niespodziankami jest mądrą strategią. Jak pisał filozof Odo Marquardt, nasze życie jest w większej mierze dziełem przypadków, niż naszym własnym dziełem. Coś w tym jest.
Lubimy jednak, mimo wszystko, planować. A nawet, jeśli nie układamy precyzyjnych planów, to jakoś sobie wyobrażamy własną przyszłość. I to od najmłodszych lat. Prowadziliśmy niedawno rozmowę z synkiem, starszym. Co chciałby w życiu robić? Zaciekawiło nas, jaki ma w tej materii pomysły, drążyliśmy więc temat. Nic – padła pierwsza odpowiedź. Nie usatysfakcjonowała nas, drążyliśmy więc temat. Ja to nic? Nic, zupełnie? Jak będziesz taki duży jak tata, to nie będziesz pracował, nic nie będziesz robił? W końcu uzyskaliśmy odpowiedź. Odpowiedź będącą zarysem planu na życie. Będę siedział w domu i rysował – poinformował nas Gucio. Ciekawe, pomyślałem. Niby nic, ale może to i niegłupia koncepcja. Taki dajmy na to Raczkowski – siedzi w domu i rysuje. I żyje, a nawet żyje z tego rysowania. Gdy mu zbraknie środków na realizację ważnych potrzeb – pisze książkę. I już ma na dziwki i narkotyki, może nawet na nowe ołówki, kto wie. Czyli można. To jest plan!
Gucio układając swój plan, postanowił widać zrealizować zasadę, którą sformułował bohater polskiej komedii zatytułowanej Chłopaki nie płaczą, niejaki Laska. Mówi on tak: W ogóle bracie, jeśli nie masz na utrzymaniu rodziny, nie grozi ci głód, nie jesteś Tutsi ani Hutu i te sprawy, to wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co lubię w życiu robić. A później zacznij to robić. Mam cichą nadzieję, że można w życiu robić to, co się lubi, nawet jeśli ma się na utrzymaniu rodzinę i te sprawy.
Tak czy inaczej Guć ma plan dość odważny, ale nie najbardziej brawurowy z możliwych. Prawdziwą brawurą popisał się jakiś czas temu Tytus, czyli nasza młodsza pociecha. Co on będzie robił, jak już dorośnie? Będę się bawił! Nic dodać, nic ująć.

środa, 5 czerwca 2013

Prośbą i groźbą, czyli jak Skrzyczuski zmagał się ze Zrzędzianem


Około czwartego roku życia u wielu dzieci silnie dochodzi do głosu potrzeba niezależności, zadzierzystość, chęć przegadania innych i skłonność do prowokacyjnych zachowań, co wymaga sporej stanowczości ze strony rodziców. Tyle guru w dziedzinie pielęgnowania i wychowania, Beniamin Spock. Od siebie dodam jeszcze, że od rodziców wymaga to wszystko przede wszystkim sporej, anielskiej wręcz cierpliwości oraz nerwów ze stali. Wiem to, bo mój młodszy synek osiąga właśnie wiek około czwartego roku życia. Wyspecjalizował się w związku z tym w przejawianiu przeróżnych prowokacyjnych zachowań.
Prowokacyjne zachowania mają bezpośredni związek z potrzebą niezależności. Potrzebę niezależności mój syn realizuje zaś przez to, że wszystko chce robić po swojemu, a to znaczy ni mniej ni więcej tylko tyle, że chce to robić inaczej, niż my byśmy chcieli, żeby robił. Wojny toczone są tu dla zasady oraz do upadłego. Gdy tylko żona lub ja chcemy coś osiągnąć, rozpoczyna się zrzędzenie. Załóż koszulkę – nie założę; ubierz butki – chcę sandałki; wychodzimy – ja nie idę; tata cię odwiezie do przedszkola – nie, mama. I tak w nieskończoność. Zrzędzenie o wszystko, przy każdej okazji, co gorsza, zrzędzenie szybko przechodzące w płacz, następnie w ryk a później często w dzikie spazmy połączone z – i tu najnowsze odkrycie naszego Zrzędziana – rzucaniem się na podłogę.
Obiady na przykład mają to do siebie, że zawsze należy z nich coś wygrzebać. Niepożądane elementy znaleźć można nawet w rosole, o innych daniach nie wspominając. Nie lubię pomidorków, nie chcę cukini… Właściwie nic, co zielone, nie nadaje się do jedzenia, chyba że mowa o zielonych żelkach. Początkowo staram się zachować stanowczość. Później staram się już tylko, żeby mi nerwy nie puściły, czasem w końcu puszczają, ale krzyczenie na Zrzędziana w niczym nie pomaga. Nawet mi nie przynosi ulgi, bo prędzej czy później nadchodzi refleksja, że krzyczenie i tak jest nieskuteczne, więc po co krzyczeć? Zrzędzian robi swoje a Skrzyczuski ma tylko wyrzuty sumienia, że dał się ponieść emocjom i go skrzyczał bez sensu.
Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze huśtawki nastrojów. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy dobry humor i świetna zabawa przerodzą się w karczemną awanturę. A powiem Wam tyle, że karczemna awantura bez dobrze zaopatrzonej karczmy i dobrze wyposażonej karczmarki w tle nie ma żadnego uroku.
Staję się od tego wszystkiego kłębkiem nerwów, żona staje się drugim i tak się razem kłębimy, najczęściej bez pozytywnych rezultatów. Boimy się, że wkrótce dołączy do nas trzeci kłębek, bo starszy brat Zrzędziana patrzy na to jego zrzędzenie, nasze krzyki, krzyki i wrzaski Zrzędziana i chyba nie wie, co się dzieje. Zatyka uszy i stara się nie zwracać uwagi, no ale ile można?
Jedno jest tylko w tym wszystkim dobre i daje promyk nadziei, ku pokrzepieniu serc: około czwartego roku życia nie jest się przez całe życie. Do czwartych urodzin zostało Zrzędzianowi jeszcze kilka miesięcy. Przez ten czas będzie oczywiście około. I w najgorszym razie jeszcze kilka miesięcy po urodzinach… Jezu, natchnij mnie, abym zaś nie oszalał przez ten czas i żeby mi reagowanie krzykiem nie weszło w nawyk. I abym zaś nie osiwiał do reszty, choć to akurat pal licho, wiąż utrzymuję, że siwizna jest szlachetna a na pewno lepsza, niż łysina. Abym zaś więc nie zaczął łysieć, bo to się podobno czasami zdarza w wyniku stresu. 

środa, 29 maja 2013

Permanentna inwigilacja



Pisze do mnie Rossmann, Pizza Hut… - wylicza Adaś Miauczyński przeglądając zawartość swojej skrzynki na listy. Czy jest ktoś niżej ode mnie na tym bożym świecie? – pyta smutno, gdy stwierdza, że poza ulotkami reklamowymi żadnej korespondencji nie otrzymał. Do mnie też ostatnio piszą ludzie, których nie znam. Oferują mi ubezpieczenia, przedstawiają ciekawe oferty sklepów, przygotowane specjalnie dla mnie, niejaka Wiola radziła mi nawet niedawno, że powinienem przejąć kontrolę nad swoim życiem seksualnym. Na jakiej podstawie wywnioskowała, że tą kontrolę sprawuje teraz ktoś inny, nie udało mi się ustalić. Nawet życzenia urodzinowe jako pierwsza złożyła mi pani, której w życiu na oczy nie widziałem. Ledwo wybiła północ i nastał tym samym dzień moich urodzin, w mojej skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość przesłana przez Klub Absolwenta uniwersytetu, na którym miałem przyjemność pobierać nauki. Jako pierwsi składamy Ci życzenia! – pisali i mieli rację.
Dziś dla odmiany dowiedziałem się, że ktoś się za mną strasznie stęsknił. Wyobrażam sobie właśnie, jak pracownicy serwisu empikfoto siedzą sobie ze smutno zwieszonymi głowami i smętnie wzdychają, wspominając czasy, kiedy odwiedzałem ich stronę. Później robią burzę mózgów i układają specjalną ofertę – specjalnie dla mnie. W końcu piszą wiadomość: dawno Cię nie było na stronie empikfoto.pl. Stęskniliśmy się za Tobą! – prosto i szczerze. Pełni nadziei pracownicy serwisu wracają do pracy, choć od czasu do czasu któryś z nich nieśmiało zerka na ekran monitora, sprawdza, czy odpisałem, a może nawet zajrzałem na stronę, żeby sprawdzić specjalną ofertę.
Jest taka scena w filmie Raport mniejszości: facet wchodzi do sklepu, gdy tylko przekroczy próg, specjalne urządzenia identyfikują go na podstawie skanu siatkówki oka. Gdy Sklep wie już, kto do niego właśnie zajrzał, uruchamia pasmo reklamowe skierowane do potencjalnego klienta, konkretnej osoby. Film należy go gatunku science fiction, akcja rozgrywa się w bliższej lub dalszej przyszłości. Ta przyszłość, mam jednak wrażenie, zaczęła się już realizować. Gdy na przykład zaglądam na Youtube’a, dzieje się dokładnie to, co w opisanej wyżej scenie filmu: zostaję zidentyfikowany a na głównej stronie serwisu pojawiają się odnośniki do filmików, które mogą mnie zainteresować.
Okazuje się, że monitor mojego komputera jest nie tylko moim oknem na świat. Jest też orwellowskim teleekranem. Różnica jest tylko taka, że po drugiej stronie, infiltrując moje życie, nie siedzi żaden Wielki Brat, tylko Wielkie Google.
Aż strach pomyśleć, co Google o mnie wie. Wie, jakiej słucham muzyki i moje muzyczne fascynacje zna lepiej, niż ktokolwiek inny. Dowodzą tego propozycje Youtube’a. Wie, jakie oglądam filmy i jakie śledzę seriale, co lubię czytać. Podejrzewam, że lepiej niż ktokolwiek inny wie też, co chciałbym dostać na urodziny – wystarczy przecież skojarzyć datę z faktem, że w okresie ją poprzedzającym intensywnie śledziłem oferty sklepów oferujących wkrętarko-wiertarki. Niestety, Google nie uruchomiło jeszcze usługi kupowania prezentów.
Google wie też pewnie, ile czasu marnuję, wyszukując w sieci przeróżne głupoty i w ogóle ma na mnie pewnie niejednego haka.  
Permanentna inwigilacja!

poniedziałek, 20 maja 2013

Jak pech, to pech




Nieszczęśliwy zbieg okoliczności, niefortunny przypadek, po prostu pech. Nigdy nie wiadomo, kiedy nam się przytrafi.
Wieczór zaczął się miło, takoż się toczył oraz zakończył w przyjemnej atmosferze. Spotkanie z dawno niewidzianym kumplem przebiegało nad wyraz spokojnie, byliśmy, jak słowo daję, grzeczni jak nigdy. Po odwiedzeniu czterech lokali, z których w każdym wypiliśmy po piwku, jednym jedynym, rozstaliśmy się poklepując po plecach i obiecując sobie, jak zwykle, że spotykać się będziemy częściej.
Do domu wróciłem również grzecznie, nie szlajając się po nocy, żeby nie stresować małżonki – podjechałem autobusem. Odbyłem jeszcze z żoną rozmowę, podczas której wypowiadałem się składnie i sensownie. Byłem, jednym słowem, wyjątkowo grzecznym chłopcem. Tym większe mam poczucie krzywdy, bo tego akurat wieczoru nie zasłużyłem na to, co mnie spotkało, a co odkryłem następnego ranka.
A spotkało mnie nieszczęście, bo rano zorientowałem się, że do domu wróciłem bez kluczy. Cały komplet, klucze do domu, klucze do pracy – wszystko przepadło. W życiu mi się to jeszcze nie zdarzyło, nigdy, choćbym nie wiem gdzie łaził i co wyprawiał. Aż tu nagle taki pech!
Pech. Cóż to za paskudne zjawisko. Taki na przykład długi weekend. Czekaliśmy na niego, zorganizowaliśmy się, wywożąc dzieciaki do dziadków, mieliśmy plany na nocne hulanki i swawole oraz na szlajanie się. Planowaliśmy siedząc sobie wieczorem na ławce przed domem i patrząc w gwiazdy. Tyle ich błyszczało na bezchmurnym niebie! W końcu przyszedł weekend. I co? Bezchmurne niebo przestało być bezchmurne, siedzieć wieczorem przed domem nie dało się, bo zimno. A i nocne eskapady w deszczu nie są już takie przyjemne. Weekend się skończył, zostaliśmy z uczuciem lekkiego niedosytu, ciągle spragnieni słońca. Co się okazało? Kiedy wybierając się po raz pierwszy, po zakończonym okresie wolności do pracy, odziałem się w marynarkę odkryłem szybko, że chyba się w niej rozpuszczę. Chmury gdzieś znikły, słońce zaczęło przygrzewać – wszystko to mogłem podziwiać z okna gabinetu. Piękna aura utrzymała się do piątku, jakże by inaczej. Taki pech.
Czasami pech wiąże się z tym, że się człowiek znajdzie w złym miejscu, w nieodpowiednim czasie. To mi się właśnie ostatnio przytrafiło. Postanowiłem przejść się do pokoju nauczycielskiego, bo akurat nie miałem nic bardzo pilnego do zrobienia, a w pokoju i tak musiałem coś sprawdzić. Mogłem niby posiedzieć chwilę w spokoju i skończyć kawkę, która już dawno wystygła, ale nie, ja postanowiłem się ruszyć. A był to, jak się okazało, zupełnie nieodpowiedni czas. W pokoju bowiem natknąłem się na koleżankę, która głowiła się nad tym, co ma zrobić w związku z faktem, że nie bardzo może się pojawić na planowanym zebraniu z rodzicami. Uniemożliwiły jej to jakieś ważne sprawy o osobistym charakterze, więc siedziała i się głowiła, aż tu nagle napatoczyłem się ja, znajdując się, niestety, w złym miejscu. Twarz koleżanki rozjaśnił uśmiech, po czym padła propozycja nie do odrzucenia: a może bym tak ją zastąpił? Propozycja była nie do odrzucenia dla mnie, bo jestem w takich sytuacjach wybitnie nieasertywną osobą. Zgodziłem się więc. Tym samym w piątkowe popołudnie, zamiast skorzystać ze słonecznej pogody, otworzyć piwko i skosić trawnik, musiałem produkować się przed trzydziestką rodziców. Taki pech, a wystarczyło się nie pchać w nieodpowiednie miejsce o zupełnie nieodpowiedniej porze.
Albo weźmy taką wolną niedzielę, albo inny świąteczny dzień, kiedy to sklepy są zamknięte i człowiek musi sobie radzić sobie z tym, co ma w domu. Nawet, jeśli dzień wcześniej udzielił nam się choć trochę zakupowy szał, który ogarnia naród przed każdym świętem i długim weekendem, to i tak nagle okaże się, że czegoś nam brakuje. W najmniej, ale to najmniej odpowiednim momencie, odkryjemy nagle, że skończył się papier toaletowy. Albo że nie mamy podstawowego składnika, niezbędnego do przygotowania obiadu. A kupić oczywiście nie ma gdzie.
Przydało by się podsumować, ale żadna puenta nie przychodzi mi do głowy.
Taki pech.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Gimbaza na obcasach, czyli egzamin



Dziś egzaminów gimnazjalnych dzień pierwszy. Po czym poznać, że zaczął się ten specyficzny okres? Otóż w okolicach szkół pojawiają się stada „czapli”. Za „czaple” robią gimnazjalne trzecioklasistki, z których większość stawia swoje pierwsze kroki na wysokich obcasach. Wygląda to dość komicznie. Dziewczyny kroczą myśląc pewnie, że robią to z gracją i wdziękiem. Tymczasem wyglądają właśnie, jakby brodziły w płytkiej wodzie w poszukiwaniu płoci i innych okonków. Ugięte kolana, rozchwiane kostki, wyginające się to w prawo, to w lewo. I to napięcie na twarzach: czy kolejny ruch nie doprowadzi do bolesnego spotkania z chodnikiem? Ministerstwo głupich kroków, jak słowo daję.
Zdarzają się jednak okazy bardziej interesujące. To panny, które trening rozpoczęły wcześniej i w dniu egzaminów mają już jako taką praktykę. Te się prezentują czasem nawet nie najgorzej. A że należą zwykle do kategorii dziewczyn, które w ogóle lubią się prezentować, to w ich przypadku szpilki, ewentualnie koturny uzupełniają strój złożony z mini spódniczek i bluzeczek z głębokimi dekoltami. Można się, jednym słowem napatrzeć, aż się człowiek zaczyna zastanawiać, czy wszystko z nim w porządku.
Na sali, na której pełniłem dziś zaszczytną i odpowiedzialną funkcję przewodniczącego komisji, nie było ani dekoltów, ani mini, ani szpilek. Może to i dobrze, bo jeszcze mógłbym się pomylić przy wypełnianiu protokołu. To by było nieszczęście. Każdy błąd podczas egzaminów oznacza większe lub mniejsze, ale zwykle większe nieszczęście. Jest tak dlatego, że egzamin gimnazjalny obwarowany jest większą ilością procedur związanych z tajnością i bezpieczeństwem, niż podróż zagraniczna głowy państwa. Szkolenia dla rodziców, uczniów i nauczycieli, odprawy, szczegółowe instrukcje, komisyjne otwieranie paczek z testami, komisyjne pakowanie wypełnionych testów… Oby tylko jak najdalej odsunąć widmo katastrofy. A groźba tejże ciągle wisi w powietrzu. Bo nie daj boże zdarzy się jakieś niedociągnięcie i rodzić dzieciaka, któremu gorzej poszło, będzie miał pretekst, żeby się odwołać. Egzamin trzeba by powtórzyć. Dla wszystkich piszących w feralnej sali. A gdyby komuś zadzwonił telefon, egzamin należałoby przerwać, natychmiast, i zorganizować od nowa, w czerwcu. W związku z tym nie przeprowadza się jeszcze rewizji osobistej przy użyciu gumowych rękawic osób wchodzących na salę, ale jesteśmy temu bliscy. Nastój paranoi z roku na rok jest bardziej wyczuwalny.
Najgorsze, że cała ta proceduralna otoczka zdaje się być ważniejszą, niż sam egzamin, a już w ogóle niż to, jaką wiedzę i jakie umiejętności się podczas niego weryfikuje. Weźmy taka pracę pisemną z polskiego. Napisz charakterystykę bohatera literackiego, który twoim zdaniem wykazał się odwagą – tak brzmiało zadanie podczas dzisiejszego egzaminu. Był jeszcze dopisek: Pamiętaj, że Twoja praca powinna zajmować przynajmniej połowę wyznaczonego miejsca. Wyznaczone miejsce, to trzydzieści sześć linijek na stronie formatu A4. Linijek szerzej rozstawionych, niż te w standardowym zeszycie. Do tego dochodzą dość szerokie marginesy po obu stronach. Poszaleć nie można. A wystarczy zająć połowę przestrzeni i nie nawpisywać totalnych głupot, żeby zebrać punkty za wykonane zadanie. Pozostałe zadania dotyczą w dużej mierze umiejętności czytania ze zrozumieniem. Teksty, które należy przeczytać i zrozumieć, zajmują góra pół strony. Tak zwane mniejsze pół.
Egzaminacyjną testomanię, która od jakiegoś czasu u nas panuje, świetnie podsumowuje tekst, który wygrzebałem ostatnio w Sieci. Miał on mieć żartobliwy charakter, gdy sobie jednak człowiek uświadomi, jak wiele w nim prawdy, przestaje mu nagle być do śmiechu. Tekst nosi tytuł Krótka historia powojennej edukacji w Polsce i stanowi zapis przykładowych (i pewnie fikcyjnych, choć kto wie) zadań matematycznych oraz tego, jak zmieniały się na przestrzeni lat. Oto on: Rok 1950. Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno kosztowało go 4/5 tej kwoty. Ile zarobił drwal? Rok 1980. Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno kosztowało go 4/5 tej kwoty - czyli 80 zł. Ile zarobił drwal? Rok 2000. Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Wycięcie drzewa na to drewno kosztowało go 4/5 tej kwoty, czyli 80 zł. Drwal zarobił 20 zł. Zakreśl liczbę 20. Rok 2010 (tylko dla zainteresowanych). Drwal sprzedał drewno za 100 zł. W tym celu musiał wyciąć kilka starych drzew. Podzielcie się na grupy i odegrajcie krótkie przedstawienie, w którym postarajcie się przedstawić, jak w tej sytuacji czuły się biedne zwierzątka leśne i rośliny. Przekonajcie widza, jak bardzo niekorzystne dla środowiska jest wycinanie starych drzew. Rok 2013. Drwal sprzedał drewno za 100 zł. Pokoloruj drwala.
Nie wiem jak gimnazjaliści, ale gimnazjalistki z tym zadaniem nie miały by problemu. Codziennie przecież trenują precyzyjne operowanie kredką. Do oczu.

środa, 17 kwietnia 2013

Wszyscy jesteśmy Miauczyńskimi, a przynajmniej ja




W czasie studiów napisałem pracę zaliczeniową na zajęcia z teorii filmu pod tytułem Czy wszyscy jesteśmy Miauczyńskimi. Oglądałem wtedy namiętnie filmy Koterskiego i czasem się – jakoś tam – z Adamem Miauczyńskim identyfikowałem. Nie wiem dlaczego. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, miałem stosunkowo mało powodów do takiej identyfikacji. Co innego dziś, kiedy pracuję w oświacie, co nie zawsze jest najbardziej satysfakcjonującym zajęciem na świecie i wraz z synami uczestniczę w wariackiej sztafecie pokoleń, obserwując, jak w moich potomkach odbijają się moje cechy, nie zawsze te najlepsze.
Jedno zawsze mnie jednak z Miauczyńskim łączyło: rytuały i małe natręctwa i skłonność do tego, żeby nieważne z pozoru rzeczy wytrącały mnie z równowagi.
Budzik wnoszę do pokoju. Chyba tylko po to, żeby mnie terroryzował przez resztę dnia nadchodzeniem pełnych godzin i otwieram drzwi balkonowe, żeby dowywietrzyć tytoniowy wczorajszy posmród. Zużytą prasę upuszczam w przedpokoju, na tą do wyrzucenia… tę. Kubas z wczorajszą herbatą zanoszę do kuchni i przy okazji napuszczam gorącej wody do garnka stojącego w zlewie. Wstawiam doń mleko, celem go ogrzania. Teraz siedem łyków mineralnej, niegazowanej, bo to bardzo zdrowo, rozpuszcza soki żołądkowe i zapobiega wrzodom. …trzy, cztery, pięć, sześć, siedem… I tak dalej. Adaś wylicza metodycznie swoje poranne, rytualne czynności, powtarzane codziennie dokładnie w tej samej kolejności i w takim samym rytmie. Czasem mógłbym tak samo. Przychodząc na przykład do pracy, pierwsze kroki kieruję do sekretariatu, podpisać listę. Później zmierzam do gabinetu, na drugie piętro. Po drodze zaglądam do pokoju nauczycielskiego, by okiem rzucić na tablicę z ogłoszeniami i książkę zastępstw, celem sprawdzenia, czy nie ma tam żadnych informacji dla mnie ważnych. Później wchodzę do siebie. Odkładam klucze na biurko stojące po prawej stronie i odtwarzacz MP3 na szafkę po lewej. Odstawiam torbę i włączam radio. Później zdejmuję kurtkę i włączam komputer, nawet, jeśli nie mam potrzeby jego używania… I tak dalej.
W ogóle to lubię porządek. Współlokator, z który mieszkałem na studiach miał taka zabawę, żeby mi od czasu do czasu ten porządek zburzyć. Otwierał na przykład moje opakowanie margaryny i grzebał w nim nożem lub widelcem. Bo ja, wygrzebując margarynę by posmarować sobie nią chleb, zbierałem zawsze górną warstwę, przesuwając nóż wokół, jego czubkiem dotykając ścianki pojemnika. Taki nawyk.
Nawyki w ogóle dużo rzeczy ułatwiają. Zawsze na przykład, dzięki nim wiem, gdzie co mam. Nie muszę szukać kluczy, telefonu, ładowarki, portfela. Telefon noszę w przedniej lewej kieszeni spodni, w domu kładę na kuchennym parapecie. Klucze przypinam  do spodni, do szlufki nad prawą tylną kieszenią. Gdy wychodzę z domu, oczywiście, bo gdy nie wychodzę, klucze leżą sobie obok telefonu. W prawej przedniej kieszeni spodni noszę pendrive’a i złotówkę na sklepowy wózek. To irytujące, kiedy ma się potrzebę skorzystania z wózka a nie ma się akurat odpowiedniej monety. Więc ja zawsze mam, w prawej przedniej kieszeni spodni. W prawej tylnej mam kluczyki do auta, gdy ich akurat potrzebuję. A portfel noszę w lewej wewnętrznej kieszeni kurtki. W prawej mam długopis.
Wczoraj miałem jednak problem, z powodu tych nawyków. W ciągu dnia wychodziłem do sklepu, a że było ciepło, poszedłem w samej koszulce. Portfel włożyłem do kieszeni spodni (prawej tylnej, tej pod kluczami). Po powrocie do domu odruchowo odłożyłem go obok kluczy, na parapet. Traf chciał, że wieczorem musiałem raz jeszcze wyskoczyć do sklepu. Było trochę chłodniej, więc założyłem kurtkę. Dopiero przy kasie zorientowałem się, że portfela nie ma tam, gdzie być powinien. Powinien być w kieszeni, bo jest tam zawsze. Nie sprawdziłem, wychodząc z domu, bo i po co miałbym sprawdzać? No i pech – zaniedbanie nawyku się zemściło.
A od wczoraj odkrywam, że przyzwyczajenia potrafią też być męczące, głównie, gdy nie ma się nagle możliwości ich realizowania. Zepsuł mi się zegarek, oddałem do naprawy. A ja zegarek noszę od zawsze. No i od wczoraj chodzę jak bez ręki. Wzrósł mi poziom nerwowości i skoczyło natężenie irytacji. Nie chodzi nawet o to, że nie mogę kontrolować upływu czasu. Rzecz w tym, że coś nie jest tam, gdzie być powinno, gdzie jest zawsze. To nienaturalne. Pewnie czuł bym się tak samo dziwnie, gdyby z dnia na dzień wypadły mi włosy. Pewnie większość pań czuła by się podobnie, gdyby nie miała możliwości zrobić sobie rano makijażu albo gdyby zabronić im noszenia torebki.
Wiecie co jest zabawne? Wspomniana już sztafeta pokoleń. Bo nagle się okazało, że podobne do moich natręctwa, mają moi Chłopacy. Tytus potrafi się w środku nocy obudzić i szukać rzeczy, którą wieczorem ustawił sobie koło łóżka. Gucio pod swoim łóżkiem zgromadził pokaźną kolekcję skarbów, która postronnym kojarzy się pewnie z górą śmieci. Jest tam wszystko, milion rzeczy. A Gucio ma wszystko pod kontrolą, wie, co gdzie leży i wpada w nerwowe stany, gdy mu ktoś cokolwiek przełoży w inne miejsce.
Rozpisałem się… Ale będąc skupionym na pisaniu, nie myślałem przez chwilę o tym, że ciągle nie mam swojego zegarka.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Przedszkolny savoir-vivre




Takich rzeczy nie powinno się mówić przy obiedzie. Przedwojenny savoir-vivre, którego Maciejewski wprawdzie nigdy nie stosował w pełnym wymiarze, ale znał z powodu dziwactw ciotki nieboszczki, nakazywał podczas posiłku omawiać sprawy błahe i nie powodujące zbędnych wzruszeń… Ten fragment ostatnio czytanej książki dał mi do myślenia, bo nagle temat rozmów przy obiedzie pojawił się w moim życiu.
Zapraszam pana na dywanik – zagadnęła pani Ula, przedszkolna wychowawczyni Tytusa. Znowu. Pani Ula ma taką pasję, że lubi wzywać na dywanik, czyli, ujmując rzecz wprost, skarżyć rodzicom na dzieci i upominać w związku z tym rodziców. Bo Tytus był znowu niegrzeczny… Ile ja to już razy słyszałem? Wiem, że Tyci ma swoje za uszami i że do nagrody Grzeczniaka Roku raczej nie będzie pretendował, ale żeby tak codziennie? Za każdym razem żeby się jakaś skarga znalazła? Bo państwo powinniście zwracać w domu uwagę… - pani Ula, jak już ma kogoś na dywaniku, lubi pouczyć. Ale wczoraj, to już przesadziła.
Bo Tytus był znowu niegrzeczny. Rozmawiał przy obiedzie. Państwo mu powinni w domu zwracać uwagę… Tu już nie wytrzymałem. Uwagę? Żeby co, żeby nie rozmawiał? To będzie trochę trudno zrobić, bo my mamy taki zwyczaj, że przy stole właśnie rozmawiamy. Od tego mamy rodzinne posiłki. I ta rozmowa przy stole, to jest tych posiłków kwintesencja. Trudno mi więc będzie uczyć Tytusa, że przy stole się nie rozmawia, bo ja bym właśnie chciał, żeby rozmawiał. A jeśli mu powiem przy obiedzie, że tutaj, teraz, to jak najbardziej, ale w przedszkolu to ma się nie odzywać, to nie wiem, czy w ogóle zwróci na to uwagę, czy do niego dotrze i czy zrozumie, o co chodzi.
Nie rozwinąłem się aż tak bardzo w rozmowie z panią Ulą. Ale z grubsza o tym wszystkim powiedziałem.
Mam niestety tak, że celne riposty i soczyste złośliwostki, które podczas niektórych rozmów byłyby jak znalazł, nasuwają mi się, gdy jest już po rozmowie. Tak było i tym razem. Bo mogłem przecież uświadomić pani Uli, że nawet przedwojenne podręczniki savoir-vivreu nakazywały rozmawiać przy stole o rzeczach przyjemnych, a nie zakazywały rozmów w ogóle. No i tak gwoli ścisłości – czy pani Ula to pracuje w przedszkolu, z trzylatkami, czy przy nowicjacie w zakonie kontemplacyjnym? Bo jak z trzylatkami, to chyba powinna pogodzić się z faktem, że nie będzie raczej świadkiem spożywania posiłków w ciszy i skupieniu. Niestety, zaskoczony przez przedszkolankę nie pomyślałem, żeby swoją odpowiedź skonstruować bardziej kwieciście. Szkoda, może skończyło by się skarżenie.
Pociesza mnie to, że Tytus sobie radzi, nawet z panią, która mało jest życzliwa w interpretowaniu jego dziecięcej aktywności. Bo Tytus ma dystans i podejście do kobiet, więc i wychowawczyni mu nie straszna. Mamę, wytrąconą z równowagi kolejnym wybrykiem, potrafi uspokoić szybkim: no już dobrze, moja panienko!; potrafi się nie narazić na nerwy mamy, nawet, kiedy ją budzi bladym świtem, bo jak tu się zdenerwować na kogoś, kto cię o poranku wita słowami: co tam u ciebie, Wasza Wysokość? Dodatkowo Tytus ma jeszcze jedną zdolność, mianowicie potrafi wyszukiwać luki w systemie. Potrafi, co jest – przyznacie – swoistym fenomenem, zjeść ciastko i mieć ciastko. Przykład? Proszę bardzo.
Tytus obiecał nam ostatnio, że będzie już spał w swoim łóżeczku, do samego rana. Bardzo nas to ucieszyło, bo wcześniej przychodził co noc do naszej sypialni o różnych abstrakcyjnych porach. Pierwsza noc przebiegła wzorcowo. O szóstej obudziło mnie klepanie po czole i głos syna: Tata, ja całą noc spałem w swoim łóżeczku! Świetnie. Tytus dostał medal. W nagrodę i na zachętę. Na medalu było napisane: Mistrz spania w swoim łóżeczku. Kolejnej nocy mały obudził się koło trzeciej. Zawołał mamę. Zawołał, kazał się jej położyć obok siebie i już nie wypuścił, aż do rana. Co ważne – przespał kolejną noc w swoim łóżku. Nie pomyśleliśmy, żeby medal przyznać za spanie w swoim łóżeczku samemu. Nie pomyśleliśmy – nasza strata. Mały cwaniak wiedział, jak to niedopatrzenie wykorzystać. Pewnie więc w końcu znajdzie też sposób, żeby w przedszkolu robić swoje i jednocześnie zbierać nagrody za grzeczne zachowanie. Ciekawe, jak to rozgryzie pani Ula.