poniedziałek, 11 lutego 2013

Gwiazdy i showmani, czyli o cyckach i polityce



Unikam tu poruszania tematów politycznych. Nie dlatego, że nie lubię drążyć tematów poważnych. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że polityka stała się ostatnio tak niepoważna, że po prostu szkoda na nią słów. Dziś jednak trochę o polityce będzie. O polityce i jej niepoważnym właśnie obliczu.
Pomysł przyszedł nagle, niespodziewanie i z kierunku najmniej oczekiwanego. Zaczęło się od cycków. Znaczy od piersi. Trafiłem dziś mianowicie na wstrząsające doniesienie: Natalia Siwiec ma konkurentkę, która może po ją skutecznie pozbawić pozycji… no właśnie: kogo? Gwiazdy? Odebrać w każdym razie chlubny tytuł Pierwszego Biustu Rzeczypospolitej.
Myślę, że historii panny Siwiec przypominać nie trzeba. Od kiedy pojawiła się na trybunach stadionu podczas jednego z meczów na minionych mistrzostwach, stała się sławna, rozpoznawalna, wszechobecna. Została okrzyknięta czołowym polskim towarem eksportowym docenionym nawet przez Ministra Spraw Zagranicznych (czyli wątek polityczny dotyczy Natalii Siwiec bezpośrednio). Na stadionie, w czasie, kiedy Siwiec wpadła w oko fotoreporterom, było oczywiście wiele innych osób, pewnie nawet wiele młodych, atrakcyjnych kobiet. Żadna jednak, tak jak Natalia, nie eksponowała dekoltu. I żadna nie miała tak precyzyjnie obmyślonego planu, by na eksponowaniu dekoltu zrobić karierę. Siwiec miała plan i precyzyjnie odsłonięty biust, została więc gwiazdą (planu i jego skuteczności, swoją drogą, można jej pogratulować). Wniosek z tej historii taki, że niewiele dziś potrzeba, by trafić do panteonu (oczywiście można by tu stwierdzić, że jakie gwiazdy, taki panteon, ale… nie bądźmy drobiazgowi).
Dlaczego historia Natalii Siwiec skojarzyła mi się z polityką? Bo polityka zrobiła nam się ostatnio bardzo popkulturalna. W popkulturze króluje model konsumencki: odbiorcy, to klienci, którzy poszukują nowych atrakcji i szybko się nudzą. Produkty popkultury sprzedaje się tak samo, jak towary w sklepie. Tak samo sprzedają się ludzie pracujący w show biznesie. Muszą być stale atrakcyjni. Stanowić więc nieustające źródło podniet dla ludu. Tu się pokazać w nowej kreacji, tam wywołać większy czy mniejszy skandal – w myśl zasady, że nie ważne, jak o tobie mówią, istotne, że w ogóle mówią. Żeby zachować swoją pozycję, trzeba walczyć, nie dać się zepchnąć ze świecznika ani wygryźć z głównych stron plotkarskich portali.
Polityka kieruje się, takie mam wrażenie, podobnymi prawami. Polityk musi być atrakcyjny. Nie rzeczowy, bo to nudne. Nie profesjonalny, bo stał by się dla przeciętnego wyborcy niezrozumiały, więc mało atrakcyjny. Polityk musi być showmanem. Dowodzi tego sukces, jaki w ostatnich wyborach odniósł największy obecnie showman polskiej polityki, Janusz Palikot. Konferencja prasowa ze sztucznym penisem, koszulka z napisem ‘Jestem gejem’, publiczne obalenie buteleczki kolorowej wódki – tego typu przedstawienie bardzo mu się opłaciły i jeszcze jako tako opłacają. Do tego zestaw kandydatów do parlamentu – osoby przede wszystkim atrakcyjne, bo kontrowersyjne. Gej, zwolennik delegalizacji narkotyków, transseksualista: nowe gwiazdy polityki, nośniki medialnej popularności. W końcu program wyborczy, również bardzo medialny i atrakcyjny, bo budzący emocje i wywołujący dyskusje, w których wypowiedzieć może się każdy. Dające każdemu możliwość odbycia politycznej dyskusji, nawet mimo całkowitej ignorancji w tematach politycznych.
Eksponowanie medialnych tematów i ciekawych osób przez Palikota było posunięciem marketingowym równie genialnie zaplanowanym, co odsłonięcie piersi przez Natalię Siwiec. I tyleż samo wnoszącym. Bo wiadomo, na ładne cycki miło sobie popatrzeć, tak jak o legalnej trawce  miło sobie podyskutować. Tyle, że ani jedno ani drugie niczego trwale pożytecznego do życia publicznego nie wnosi. Takie tematy i postacie, które na nich wyrastają, mają krótki żywot, czego najlepszym dowodem jest wspomniana wyżej konkurentka Natalii Siwiec.
Patrycja Pająk, bo tak nazywa się pretendentka do zajęcia pozycji (jakakolwiek ona jest) Natalii stwierdza: Jestem młodsza od Natalii o 10 lat, więc będzie musiała już iść na emeryturę. Jestem lepsza od Siwiec, bo mam ładniejsze piersi, większe i bardziej znane. Jestem bardziej naturalna. Ja tylko powiększyłam biust i usta. Powalająca szczerość, jednak istnieje spora szansa, że wymienionym walorom wielu da się uwieść. Siwiec zniknie, Pająk zatryumfuje. Na krótko pewnie, ale jednak.
W przyszłych wyborach Palikot wyciągnie pewnie nowy zestaw medialnych haseł i równie medialnych postaci. Pewnie znowu będzie miał szansę na odniesienie sukcesu, bo pamięć wyborców jest krótka. I tak to się będzie kręcić – nowe biusty, nowe gwiazdy, nowi showmeni, nowi politycy... Ku uciesze gawiedzi ale bez żadnych większych pożytków.

czwartek, 7 lutego 2013

Kamraci i hultaje, czyli o słowach, które zapominamy



Język się rozwija, ewoluuje. Pojawiają się nowe słowa, inne zmieniają znaczenie. Zalała nas fala neologizmów, anglicyzmów, slangowych wyrażeń, przeróżnych językowych hybryd, często dość koszmarnych. Ich rozprzestrzenianiu się sprzyja internet i inne nowoczesne środki komunikacji. Rozmowy na czatach, sms-y, nawet wypowiedzi na forach, które dają przecież możliwość pisania w normalnej formie, pełne są dziwnych skrótów. Zdziwiłem się niedawno, czytając zapis rozmowy prowadzonej na czacie, odnajdując w niej tajemnicze cb i bd. Z kontekstu wywnioskowałem, że pierwszy zlepek liter oznacza ciebie, drugi zaś będę. OMG i WTF już mnie nie dziwią, przyzwyczaiłem się.
Przywykliśmy do tej płynności naszej codziennej mowy, nauczyliśmy się w niej poruszać. Jest jednak jeszcze jeden aspekt tych zmian: słowa nie tylko pojawiają się, zmieniają, ulegają skróceniu ale i znikają. I paradoksalnie – choć tych nowych jest chyba więcej, niż tych porzucanych, język raczej się nie bogaci. Choć to oczywiście tylko moje zdanie. Ale mam właśnie takie: nie w ilościowym bogactwie leży wartość, ale w jakości formy.
A jeśli o znikające słowa chodzi – czy zdarzyło wam się ostatnio zrobić coś ochoczo? Zwykle po prostu fajnie nam się coś robi, więc robimy to z radością. Albo kwitujemy, że kiedy będziemy coś robić, to będzie zajebiście. Znam takich, którzy kiedy coś robią, to mają pałera. I – siłą rzeczy – robią to z pałerem. Ale żeby ochoczo? Świadkiem ochoczo prowadzonych poczynań ostatnio chyba nie byłem.
Gdybym zobaczył, że ktoś do czegoś ochoczo się zabiera, to ze zdumienia chyba bym oniemiał. Bycie oniemiałym nie jest dziś chyba zbyt popularne. Zwykle dobrze jest raczej, kiedy mamy coś do powiedzenia. Są tacy, którzy nie zaznali chyba takiego uczucia, jak nagłe oniemienie. Stan zapomnienia języka w gębie jest im obcy. Można o nich powiedzieć, że ich język giętki powie wszystko, co pomyśli głowa, można też czasem być nawet powiedzieć, że powie to zanim głowa cokolwiek zdąży pomyśleć. Z tego grona rekrutują się świetni politycy i wiele tak zwanych gwiazd. Słuchając tego, co mają do powiedzenia, dopiero można oniemieć!
Nad zagubionymi gdzieś słowami zacząłem myśleć, gdy w radio usłyszałem niegdyś wywód na temat słowa poczciwy. Poczciwych ludzi, obawiam się, niewielu do dziś się uchowało. Ci, którzy przetrwali – tu znowu pojawia się u mnie obawa – w wielu środowiskach określani są mianem frajerów. Wyjątkowych przymiotów się im nie przypisuje, raczej krytykuje za naiwność.
Jakiś czas temu obserwowałem starszego pana  wygrażającego kierowcy, który przemknął ze sporą prędkością przez przejście dla pieszych, z którego wspomniany starszy pan właśnie chciał skorzystać. Kierowca został nazwany hultajem. Hultajów rzadko się dziś spotyka. Ich miejsce zajęli idioci, kretyni, debile – jednym słowem osoby dotknięte jakąś umysłową ułomnością. Albo tacy, których matki oskarża się o to, że parały się profesją uznawaną za najstarszą na świecie. Hultaj zaś, to kolejne słowo zapomniane. To zresztą ciekawe zjawisko, że dziś łatwiej kogoś posądzić o niedomaganie intelektu, czyli niejako postawić mu diagnozę (przecież te wszystkie określenia – idiota czy kretyn – były kiedyś określeniami należącymi do języka medycyny), niż stwierdzić, że jest po prostu kimś w większym lub mniejszym stopniu niegodziwym. Bo taki hultaj, to przecież ktoś, kto  nie domaga na polu etyki, nie zaś na poziomie psychicznego zdrowia.
Wątek słów, które wyszły z użycia powrócił, kiedy syn nazwał mnie swoim kamratem (o czym wspominałem ostatnio w innym kontekście). Kiedy ostatnio słyszałem to słowo? Nie pamiętam. Oglądałem co prawda niedawno z Chłopakami Karmazynowego pirata, ale nie pamiętam, żeby to określenie padło z ekranu. Może po prostu nie zwróciłem uwagi, w przeciwieństwie do moich, ciągle wzbogacających swój język dzieciaków. Pomyślałem sobie przy tej okazji, że o wiele przyjemnie być kamratem, niż dajmy na to ziomem.

środa, 6 lutego 2013

Dalej, kamraci, czyli czy zostać pastafarianinem?



Zaczęło się poważnie, od logicznej, choć może trochę przewrotnej reakcji na mało sensowny pomysł. W 2005 roku niejaki Bobby Henderson, wysłał otwarty list do Board of Education (Rady Edukacji) w amerykańskim stanie Kansas, w którym wyraził swoją opinię na temat konceptu, by do szkolnych programów nauczania wprowadzić teorię inteligentnego projektu i traktować ją na równi z darwinowską teorią ewolucji. Pogląd mówiący o tym, że za istnieniem życia na Ziemi w jego obecnej formie, za istnieniem wszechświata w ogóle stoi jakaś inteligentna siła sprawcza należy traktować jako koncepcję religijną. Co więcej, pomysł ten jest traktowany często jako jeden z argumentów przemawiający za istnieniem boga. A promują go przede wszystkim chrześcijanie. Pan Henderson odczytał więc plan nauczania o inteligentnym projekcie jako formę faworyzowania jednej religii. Poczuł, słusznie zresztą, że to niesprawiedliwe. Tu wkrada się element przewrotności, Henderson bowiem zażądał, by w takim razie przeznaczyć taką samą ilość czasu na przekazywanie teorii głoszącej, że stwórcą wszechświata jest Latający Potwór Spaghetti.
W dobie cyfrowej, globalnej komunikacji nie trzeba było długo czekać – pomysł okazał się dla wielu na tle atrakcyjny, że do życia powołana została wspólnota religijna, której członkowie określają się jako pastafarianie. Wyznawcy pastafarianiazmu chcą, by i w naszym kraju zarejestrować ich wiarę jako oficjalną religię. Kiedy myślę sobie o tym, rodzi się konkluzja: dlaczegóż by nie?
Jestem osobą raczej areligijną. Do kościoła Latającego Potwora Spaghetti raczej więc nie wstąpię, choć być może powinienem. Dlaczego? Bo kiedy o tej specyficznej wierze myślę, zaczynam dostrzegać zalety podejścia Pascala. Ten myśliciel, kiedy zastanawiał się nad problemami wiary i religijności, doszedł do wniosku, że choć istnienia boga udowodnić nie można, znacznie bardziej opłaca się w niego wierzyć, niż nie wierzyć. Ten punkt widzenia, zwany zakładem Pascala zakłada, że jeśli istnienie boga okazało by się faktem, ludzie wierzący dużo zyskują, niewierzący zaś wiele tracą. Gdyby bóg jednak nie istniał, ci, którzy w niego wierzyli, nie tracą nic (no, może poza całą kupa radości, jaką mogli by czerpać z życia, gdyby nie ograniczenia płynące z zasad wiary), niewierzący zaś również obywają się bez strat. Gdy to podejście odnieść do wiary pastafarian, pojawiają się piękne perspektywy w przypadku, gdybyśmy faktycznie byli dziełem latającego makaronu. Choćby wulkany, które podczas erupcji wyrzucają z siebie strumienie piwa, a które znajdują się w raju, czy striptizerki tenże zamieszkujące. Piękna to wizja życia po śmierci, najbardziej atrakcyjna spośród tych, z którymi się zetknąłem do tej pory. Nawet muzułmańskie dziewice w liczbie czterdziestu nie rozpalają tak wyobraźni. Bo przecież dziewica nie zawsze będzie dziewicą, liczba czterdzieści też nie jest, w skali wieczności, imponująca. Piwo zaś pozostanie piwem i tryskać będzie z wulkanów zawsze, zimne i spienione.
Wyznawcy Latającego Potwora mają też argumenty na poparcie dogmatów swojej wiary. Wierzą oni na przykład, że ludzie wywodzą się od piratów. Nie od małp, to mistyfikacja (wszelkie dowody potwierdzające trafność teorii ewolucji podłożył Jego Makaronowatość, żeby zmylić naukowców, sam bowiem wolał zachować incognito). A dowód? Otóż ludzkie DNA pokrywa się z małpim w sporym procencie, ale nie całkowicie. Z DNA piratów zaś jest w stu procentach tożsame. Wszelkie nękające nas straszne zjawiska, takie jak efekt cieplarniany, tornada, powodzie i inne kataklizmy mają bezpośredni związek ze zmniejszeniem się populacji piratów. Zachodzi odwrotnie proporcjonalna zależność, między liczbą żyjących piratów a średnią temperaturą na naszym globie – obrazuje to dokładnie wykres stworzony przez Bobby’ego Hendersona. Im mniej piratów, mówiąc najkrócej, tym cieplej.
Jest jeszcze coś. Coś, co mnie osobiście zmusza do myślenia. Kilka godzin temu, mój trzyletni synek zakończył jedzenie obiadu dziarskim okrzykiem Dalej, kamraci, wyruszamy! Kamraci! Czy to nie piracki okrzyk? I skąd on się wziął w ustach dziecka, jeśli nie w wyniku dziedziczenia po przodkach?

piątek, 25 stycznia 2013

Pożyczyć? Nie pożyczyć? Czyli Pitagoras też nie rozumiał kobiet



Kobiety to istoty… niezwykłe. My, mężczyźni wiemy o tym, a jeśli jeszcze nie wiemy, to przeczuwamy, od najmłodszych lat, obserwując kobiece zachowania. Poszła do sklepu i zaginęła nam ta mama – taka konstatacja, w ustach trzylatka, zdradza męską intuicję co do niezwykłości kobiet. Bo ile może trwać wyprawa do osiedlowego sklepu? Jak to możliwe, że może przeciągnąć się do godziny i dłużej? Dziwne to, ale zdarza się o ile na zakupy wyprawi się kobieta.
Kobiety posiadają własną logikę, sposoby na dowodzenie swoich racji, które rządzą się tak nieprzeniknionymi regułami, że kobiece argumenty są zwykle nie do obalenia. Nawet, jeśli na pierwszy rzut (męskiego) oka w ogóle nie trzymają się kupy i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
Umiejętność spędzania na zakupach dowolnie długiego czasu to tylko jeden z przejawów kobiecych zachowań, które dla facetów pozostaną zagadką. Takich tajemniczych zwyczajów jest więcej, a tworzą one zagadkę odwieczną. Mam na to dowód.
Zwrócę się teraz z pytaniem do panów: zdarza się Wam pożyczyć kumplowi koszulę? Albo spodnie? Albo przejrzeć szafę kolegi i stwierdziwszy, że ma w swojej kolekcji jakiś fajny T-shirt, pożyczyć go od niego z myślą o nadchodzącym wyjściu do miasta? Albo wymienić się butami? Głowę daję, że nie. Osobiście (pomijając fakt, że nie lubię pożyczać moich rzeczy – ani książek, ani narzędzi, ani niczego innego) uważałbym takie zachowanie za w pewien sposób nie higieniczne. Kiedyś co prawda pożyczyłem spodnie od kumpla, ale powodowała mną wyższa konieczność. Moje własne spodnie uległy częściowemu zniszczeniu podczas koncertu (to były szalone czasy!) a mnie czekała podróż stopem – nie mogłem wyglądać jak menel. Postanowiłem więc spodnie pożyczyć i – jako, że kolega jest ode mnie trochę szerszy i sporo niższy – wyglądać jak klaun.
Był to jednak wypadek odosobniony. Na co dzień źle bym się czuł ze świadomością, że ktoś właśnie przepaca moją koszulę, albo że sam pocę się w koszulkę, w którą zwykle poci się ktoś inny. Kobiety mają zaś inaczej. Wymienianie się ciuchami to dla nich dość normalna praktyka. Nie mam sukienki na imprezę, ale moja koleżanka ma taką jedną, będzie w sam raz! – zwykła rzecz. Przy okazji można też dobrać biżuterię, może i buty…
Zwyczaj to dziwny, okazuje się jednak, że nie nowy! Urodzony około 250 roku przed Chrystusem filozof Jamblich, opisał w jednym ze swych dzieł życie Pitagorasa oraz przybliżał jego nauki. Przytacza tam między innymi wykład, który Pitagoras wygłosił do młodych Kretończyków. Padły w nim takie między innymi słowa: …kobieca sprawiedliwość polega [między innymi] na tym, że bez świadków pożyczają sobie szaty i ozdoby, jeśli któraś tego potrzebuje i że z owego zaufania nie rodzą się kłótnie i spory (…); nikt zaś tego [sposobu postępowania] przeniesionego na rodzaj męski (to znaczy, jeśli [mężczyzna] pożyczywszy chętnie odda i w dodatku sam ochoczo pożyczy swoje) nie pochwali jako zgoła obcego męskiej naturze.
Pitagoras żył na przełomie VI i V wieku przed naszą erą. I proszę – już wtedy pewne praktyki miały miejsce i już wówczas odróżniały kobiety od mężczyzn. Tyle czasu upłynęło, a tak niewiele się zmieniło! Nas ciągle dziwią zwyczaje obce naszej męskiej naturze, tak, jak musiały dziwić Pitagorasa. Gdyby go nie dziwiły, nie poświęcał by im pewnie czasu (filozofowanie ma wszak swój początek w zdziwieniu). I mimo, że jak wspomniany Jamblich podaje, Pitagoras był tak mądry, że zasłużył sobie na to, iż nikt nie nazywał Go jego własnym imieniem, lecz wszyscy mówili o Nim „boski”, niuanse kobiecej natury były dla niego nieprzeniknione.
Pożyczyć chiton sąsiadce? Toż to niezwykłe, po co one to robią? Nie wiem i pewnie do tego nie dojdę. Lepiej już zajmę się geometrią, albo muzyką. Albo zastanowię się jeszcze trochę nad tym, jak to jest z tą Przeciw-Ziemią…

niedziela, 20 stycznia 2013

Jak nie urok, to...



Czytując prasę kobiecą, tak jak ja to – od czasu do czasu – robię, trafić można czasem na bardzo męskie spojrzenie na pewne tematy. Takie proste, racjonalne i trafiające w sedno. Urodził się nasz syn – czytam na przykład felieton Leszka Taklo w „Twoim Stylu”. Dlaczego nikt nie napisał, że dziecko to tak gigantyczne wyzwanie, zastanawiałem się o 3.48 rano, kiedy syn jak zwykle stwierdził, że dość tego spania, a teraz chętnie poturlałby z tatą piłeczkę po dywanie. Tak mniej więcej do 6.30, kiedy to pójdzie spać a tata pójdzie do pracy. Prosta prawda z gazet głosiła, że chwile spędzone z dzieckiem są piękne. Naprawdę? Te o 3.48 też? Otóż nie, te chwile wolałbym spędzić w łóżku, śpiąc. Bardzo trafne.
Bardzo trafne i budujące. Trafne, budujące i podnoszące na duchu mnie, tatę, który czasem się zastanawia, czy nie jest przypadkiem wyrodnym rodzicem. No bo przecież czasem spędzanym z dziećmi trzeba się cieszyć, chłonąć każdą chwilę, radość z każdej sekundy spędzonej z maluchami należy czerpać garściami albo i jakąś chochlą nabierać, bo dzieci tak szybko rosną, chwile te więc są bardzo ulotne. A ja się czasem nie cieszę, czasem mam dość, a kiedy przychodzi mi wstawać z łóżka o różnych abstrakcyjnych porach, przemierzać dom niczym zombie, bo któryś ma kolejny nocny problem, to już w ogóle cieszę się najmniej. Albo kiedy zostaję eksmitowany z własnego łóżka w środku nocy, bo moje miejsce zajął jeden czy drugi z Chłopaków, albo obaj naraz.
Tak czy inaczej, czuję łączność duchową z panem Taklo, bo mi też nikt nie powiedział. A nawet, jeśli mówił, to całej prawdy nie wyjawił, zataił podstępnie najistotniejsze szczegóły.
Takie na przykład przedszkole i przywlekane z niego choroby. Dzieci będą chorować – mówiła Pani Dyrektor, gdy zapisywaliśmy Młodych. Pierwsze dwa, może trzy miesiące mogą być ciężkie, chłopcy będą musieli swoje odchorować… W porządku, przyjęliśmy do wiadomości, pogodziliśmy się z faktem. Okazało się jednak, że fakty szybko nas przerosły, przerosły nasze najgorsze obawy, w ogóle okazały się powalające.
Wygraliście państwo konkurs na najwyższy zwrot – powiedziała z uśmiechem pani Gucia oznajmiając nam, jaką kwotę możemy odliczyć sobie od opłaty za kolejny miesiąc z tytułu nieobecności dzieci w przedszkolu. Fajnie, super, zawsze to jakaś oszczędność, osobiście wolałbym jednak wygrać w totolotka. Bo fakt, że Chłopacy spędzili w przedszkolu może połowę czasu, jaki powinni w nim spędzić w ciągu ostatnich siedmiu miesięcy, a może mniej niż połowę jakoś mnie nie cieszy.
W końcu Chłopaki się wychorowali. Tak to przynajmniej wyglądało. Zaczęli chodzić do przedszkola, chodzili bez żadnych przeszkód i zdrowotnych zawirowań, czasem któremuś coś pociekło, co prawda, z nosa, ale po doświadczeniach ostatnich miesięcy nie traktowaliśmy tego faktu jak jakiś straszny problem. W końcu przestało nawet ciec. Odetchnęliśmy z ulgą myśląc, że najgorsze za nami.
Żeby sobie odetchnąć, wydelegowaliśmy dzieciaki na noc do babci. Całe popołudnie, wieczór, noc – co bardzo ważne – i przedpołudnie dnia następnego błogiego spokoju. W końcu Chłopcy wrócili do domu. Nie sami jednak. Wraz z nimi przybyła ospa.
Będę spędzał więcej czasu z dziećmi. Całe dnie, bo jako korzystający z licznych, stojących ością w gardle ogółowi społeczeństwa przywilejów pracownik oświaty, mam właśnie ferie. Chłopacy nie będą chodzić do przedszkola, będą siedzieć w domu i przechodzić ospę, a z nimi siedział będę ja. I nie cieszy mnie to. Bo przecież mieli być już zdrowi, już mieliśmy mieć spokój, już przestaliśmy myśleć o wykupieniu miejsca parkingowego przed przychodnią, postanowiliśmy zapomnieć o małej fortunie, którą zostawiliśmy w aptekach w ciągu ostatniego półrocza.
Ale nie, nie jest łatwo. Nie jest, w końcu nikt nie obiecywał, że będzie. Różni za to twierdzili, że dzieci to sama radość. Nie mili racji.
Chwile spędzone z dzieckiem są piękne. Ale te spędzone z dzieckiem chorym po raz kolejnym są już mniej piękne. A te spędzone z chorym dzieckiem i świadomością, że to się chyba nigdy nie skończy, są już w ogóle niepiękne.
Ale damy radę. Aż do następnej grypy, świnki, różyczki…
Niech Moc będzie z nami!

sobota, 12 stycznia 2013

Seans z ograniczeniem wiekowym, czyli jak gimnazjum oglądało "Bejbi blues"



Do kina nie chodzę szczególnie na filmy polskie. Ostatnio jednak się wybrałem. Wyszło trochę przez przypadek, bo na seans wszedłem służbowo. Wszedłem z grupą rozwydrzonych gimnazjalistów. Był to błąd – zabrać dzieciaki do kina na taki film. Ktoś jednak postanowił ten błąd popełnić a mnie poprosił o pomoc. Pomogłem, bo miły przecież ze mnie facet i tym sposobem obejrzałem Bejbi blues.
Film jest taki, jak jego tytuł. Tytuł jest zaś niekonsekwentny, gdy się przyjrzymy pisowni. Bo dlaczego autorka nie zatytułowała swojego dzieła Bejbi blus? Jak wszystko po polsku, fonetycznie, to wszystko. Mogła też zostać przy poprawnym Baby blues. Ale nie, musiało być tak nowocześnie, młodzieżowo, słowem – jak z rozmowy na czacie.
Jaki tytuł, taki film. Z jednej strony Bejbi blues to dobry film. Dobry, o dziwo, od strony scenariusza. Historia jest ciekawa, wiarygodna, sprawnie opowiedziana. No i poruszająca ważny temat. Nie tylko zagadnienie młodocianego macierzyństwa, bo to tylko pretekst. Film Kasi Rosłaniec jest nie tyle o dzieciakach, które zostały rodzicami, ale o sprawach ogólniejszych: o postawach młodych ludzi w dzisiejszych czasach, o nieodpowiedzialności, braku pomysłu na życie, wybieraniu najłatwiejszych z dostępnych opcji, chodzeniu na skróty. Ocieramy się więc o tematy ważne i dlatego film, o którym piszę, jest dobrym filmem. Pełnym świetnych obserwacji młodego pokolenia.
Jest też jednak druga strona. Bejbi Blues jest obrazem rozedrganym, niedorobionym pod względem wizualnym. Sceny kręcone kamerą z ręki są po prostu drażniące. Ja rozumiem, że kiedyś wybuchła moda na dokumentalizowanie filmów fabularnych, ale czy trzeba to robić za każdym razem, kiedy się kręci film? Czy to konieczne, żeby film o młodzieży był kręcony tak, jakby był robiony z myślą jedynie o młodych odbiorcach? Estetyka video clipu nie zawsze jest najlepszym sposobem na uatrakcyjnienie filmu. Czasami potrafi film po prostu zepsuć.
Ale ja w sumie nie o samym filmie chciałem mówić. Opowiedziałem o nim przy okazji, tak jak przy okazji go obejrzałem. Bo tak naprawdę chodzi mi o gimnazjalistów.
Że zabranie ich na Bejbi blues było błędem, dawało się odczuć za każdym razem, kiedy któraś z aktorek zrzucała z siebie większą lub mniejszą część swojej garderoby. Dziewczyny na ekranie kilka razy się rozebrały, a ja za każdym razem słyszałem zza pleców chichy, śmiechy i inne rechoty. Podobnie, jak kiedyś któryś z bohaterów rzucał mięsem. O, i tu właśnie chciałbym się zatrzymać, bo oto dobrnęliśmy do meritum.
Każdy z gimnazjalistów wszedł na seans dopiero po okazaniu zgody rodziców, bo film miał ograniczenie wiekowe. Ograniczenia tego nie nałożył dystrybutor, tylko zarząd kina. Widać ktoś mądry w tym kinie film obejrzał i doszedł do odpowiednich wniosków. Gdy seans się skończył a dzieciaki wynosiły z sali swoje kubły po popcornie i wiadra po coli, podeszła do mnie pani z obsługi z pytaniem, czy zgadzam się, że film nie koniecznie był dla dzieci, czyli, czy zarząd kina podjął słuszną decyzję. Moim zdaniem podjął słuszną, co też pani powiedziałem. O dziwo jednak, okazało się, że osoba, która postanowiła ograniczyć dzieciom możliwość obejrzenia Bejbi blues miała inne powody, niż mi się wydawało. Obawiała się bowiem o to, że nagość pokazana w filmie może osoby nie mające skończonych piętnastu lat zdeprawować. No i język, bo w filmie pada przecież sporo wulgaryzmów. Jednym słowem nie chodziło o to, że film nie jest dla dzieci, bo dzieci nie są w stanie zrozumieć problemów, które film porusza. Chodziło o brzydkie wyrazy.
O naiwności! – pomyślałem sobie. W duchu aż się zaśmiałem. Tak się złożyło, że przed wyjściem do kina miałem umówione spotkanie z mamą jednej z uczennic. Dotyczyło ono rozmowy, którą uczennica przeprowadziła ze swoją koleżanką na facebookowym czacie. Rozmowa była właściwie kłótnią. Wiem jak przebiegała, bo przeczytałem wydruk. Mawia się u nas kląć jak szewc. Myślę, że to powiedzonko powinno się odłożyć do lamusa. Nie znam wielu szewców, ale podejrzewam, że każdemu z nich uszy by zwiędły, gdyby się wsłuchał w dialog gimnazjalnych pierwszoklasistek, w którym wyrażenia typu kurwo jebana, masz w pizde padają kilka co najmniej razy. Myślę też, że gdyby pracownicy kina znali realia, nie obawiali by się raczej, że płynące z ekranu słowo zajebiście może porazić wrażliwego gimnazjalistę.

środa, 9 stycznia 2013

Negocjowanie z umiarem, czyli jak nie przekombinować



Ręce opadają. Nikt mi nie obiecywał, że będzie łatwo, sam sobie też tego nigdy nie próbowałem wmówić. Ale nie zakładałem też, że czasami będzie tak trudno i to z tak wielu powodów.
No bo jak ma się do czynienia z cztero i trzylatkiem, kiedy każdy z nich obdarzony jest całkiem niezłych charakterkiem, i kiedy do tego są to charakterki skrajnie różne, to trudno, żeby ręce czasem nie opadały i nie dopadało człowieka poczucie bezsilności.
Chłopaki mają najróżniejsze sposoby na nadwerężanie mojej cierpliwości oraz na szarganie moich nerwów, jak też na przyspieszanie mojego, i tak od kilku lat nieubłaganie postępującego siwienia. Jedną z tych metod jest nieposłuszeństwo. Choć nie, to nie jest nieposłuszeństwo. To raczej coś na kształt symulowania częściowej utraty słuchu a czasem – całkowitej głuchoty. Używałem w życiu takich określeń, jak rzucać grochem o ścianę, czy mówi chłop do obrazu, a obraz ani razu, ale dopiero teraz odkrywam ich prawdziwe znaczenie. Czasem myślę sobie, że jeszcze trochę, to odkryję też sens powiedzenia rwać sobie włosy z głowy. No bo ile można mówić do kogoś z takim założeniem, że to mówienie wywoła jakąś reakcje, najlepiej pożądaną, i patrzeć, jak żadnej, ale to żadnej, nawet najmniejszej reakcji nie ma? Ile można powtarzać, prosić o to samo i w kółko to samo tłumaczyć? Ja nie wiem, ile można, może są tacy, co mogą dłużej i więcej, ale ja docieram czasami do granic. Kiedy zaś granicę przekroczę, dojść może do rwania włosów z głowy. Albo też będzie płacz i zgrzytanie zębów. Nie wiem, kto mógłby płakać i zgrzytać, ale spora jest, tak myślę, szansa, że będę to ja.
Sposobem Chłopaków na testowanie mojej cierpliwości są też próby forsowania swojego zdania. W każdej sytuacji. Czasami to forsowanie przyjmuje postać dramatycznego uporu. Uporu, którego nie można przemóc, którego nie można zwalczyć ani przezwyciężyć w żaden sposób. Bardziej wyrafinowaną formą stawiania na swoim, są negocjacje. Mistrzem w nich jest Tytus. Ostatnie słowo musi należeć do niego. Zjedz jeszcze trzy łyżki – próbujemy go na przykład przekonać do dokończenia obiadu. Nie, dwie. Pozbieraj zabawki. Nie, ty pozbieraj. I tak dalej. Ja mówię ‘dwa’, on ‘jeden’. Ja ‘jeden’, on ‘pół’. Ostatnio młody negocjator zapętlił się jednak i przekombinował.
Zabieraliśmy się akurat do wieczornego mycia zębów. Myjemy Chłopakom ząbki w myśl zasady mówiącej, że jak coś ma być zrobione dobrze, należy to zrobić samemu. Chłopaki też oczywiście operują szczoteczkami, muszą się w końcu nauczyć. Kiedy więc ostatnio chciałem Tytusowi uzębienie doprowadzić do porządku przed spaniem, zawołałem go do łazienki. O dziwo przyszedł. Choć Tytus, umyję ci ząbki – mówię. Nie, ja umyję. No dobra, to ty umyjesz, a ja ci poprawię. Chwila zastanowienia i oczywiście nowa propozycja, obowiązkowo przeciwna do mojej: nie, ja poprawię. Tu negocjacje przerwałem i zabrałem się za szczotkowanie. Wyszło na moje.
Jaki morał płynie z tej  historii? Pewnie taki, że trzeba uważać, czego się żąda i za daleko się posuwać nie należy, bo można przesadzić i zostać z niczym. Pewnie też taki, że warto parcie na siłę do osiągnięcia własnego celu, do postawienia na swoim za wszelką cenę, może być zdradliwe. Warto mieć na uwadze zasadę złotego środka.
Ja wyciągam jeszcze jeden wniosek: że, mianowicie, ćwiczyć muszę własną cierpliwość, bo te dzisiejsze batalie, to przecież dopiero początek.
No i może jeszcze częściej powinienem powtarzać sobie określenie szlachetna siwizna. Lepiej będę się czuł patrząc w lustro za jakiś, pewnie niezbyt długi czas. Szlachetniej.