wtorek, 25 września 2012

Kilka słów o dawnych czasach



- Żadne dziergane kryminalisty nie będą mi egzaminów urządzać! (…)
Gryfkowi szczęka opadła, ale języka w gębie nie zapomniał. Tylko że Jerzy nie dał mu dojść do słowa.
- Przepraszam bardzo – oznajmił z udawaną powagą. – Ale w tym domu to ja jestem kryminalistą.
Karolinka spojrzała na niego speszona.
- W imię Ojca i Syna! – przeżegnała się szybko. – A przecie mnie pani dyrektorowa mówiła, że ja do porządnego domu idę…
- Mój mąż jest nadkomisarzem policji państwowej – oświadczyła urażona Marysia. – Przecież mówiłam już Karolince, że w policji pracuje (…).
- Ta i jak to i wreszci jest z tymi kryminalistami? – zapytał Gryfek. – Który z nas dwu jest?
- Marysia świeżo maturę zdała, niech tłumaczy – odparł Jerzy.
- Termin fachowy – stwierdziła z mądrą miną – przeniknął do języka ulicy i zyskał nowe znaczenie. Pewnie za kilka lat już żaden policjant nie powie o sobie, że jest kryminalistą.
- Ta, znaczy si, kryminalistyka to bedzi nauka jak kraść? – Gryfek błysnął logicznym rozumowaniem.
- Może nie tak szybko – powiedział Jerzy. – W pierwszej kolejności postawiłbym na politologię.

Cytat na początek przytaczam po pierwsze dlatego, że zabawny (nie urażając politologów, tudzież studentów tej zacnej nauki, czy wreszcie absolwentów parających się polityką – uśmiałem się setnie, czytając ostatnie zdanie), po drugie, bo po raz kolejny zdarzyło mi się sięgnąć po książkę z gatunku tak zwanych (i popularnych ostatnio) „kryminałów retro” i po raz kolejny urzeka mnie pewna rzecz: język i obyczaje, które kiedyś były normą, dziś zaś albo umarły, albo przeszły do lamusa.
Występujący w powyższym fragmencie Gryfek, lwowski złodziej, to przypadek specyficzny; ten po prostu bałaka, mówi gwarą prostego ludu i nie będzie tu stanowił wzoru. Za to nadkomisarz Jerzy Drwęcki czy jego żona Marysia (zwróćmy uwagę, że tuż po maturze!), dziś mogli by stanowić przykład z podręcznika savoir vivre’u i to obawiam się – przykład dla wielu niedościgniony. Podobnie zresztą, jak inni im współcześni, przedstawiciele tak zwanej inteligencji.
Akcja książki Konrada T. Lewandowskiego Bogini z labradoru (jak i wcześniejszej z cyklu – Magnetyzer), z której przytoczony fragment pochodzi, rozgrywa się w międzywojennej Polsce. Warszawa – bo w stolicy właśnie rzecz się dzieje – jest miastem barwnym, głównie dzięki postaciom, jakie można w niej spotkać. Przy kawiarnianym stoliku dyskutują ze sobą Boy Żeleński, Witkacy, młody Gombrowicz, narażeni na krytyczne uwagi, porażające żarty i zabójcze riposty Franciszka Fiszera. Rozmawiają o sztuce, poezji, polityce, filozofii, ale również o rzeczach bardziej przyziemnych, a robią to tak pięknie, że dech zapiera.
Co więcej, równie pięknie rozprawia stary weteran, pan Hiacyntus, oficerowie Wojska Polskiego, towarzyska śmietanka miasta. I niby to wszystko fikcja – czytam przecież nie historyczną rozprawę, a powieść kryminalną, zmyśloną od początku do końca – ale ta elegancja, maniery, sposób prowadzenia rozmowy, które tworzyły klimat tamtych czasów, fikcyjne już nie są. Doliniarze i inny element mówili po swojemu, wiadomo, i to w sposób nie bardzo wyszukany. Ale jeśli ktoś już mienił się być człowiekiem wykształconym i kulturalnym, do czegoś go to zobowiązywało. I choć nie każdy mógł się poszczycić lotnością umysłu, jaka była przepustką do stolika w kawiarni Ziemiańskiej, to jednak klasą, w odpowiednich sytuacjach, potrafił się wykazać. Takie czasy, takie obyczaje.
Dziś zaś – o tempora, o mores – czego się spodziewać i czego oczekiwać, skoro rozmowy w pokojach nauczycielskich (nie wiem, to przyznać muszę, czy w każdej szkole, ale na podstawie obserwacji poczynionych w szkołach kilku wyrobiłem sobie taką a nie inną opinię) niewiele się czasami różnią poziomem od tych, które się prowadzi za drzwiami – na gimnazjalnym korytarzu, w czasie przerwy. Poziom skolaryzacji nam rośnie, niestety nie pociąga za sobą poziomu kultury; cóż z tego, że dziś co drugi młody obywatel kończy studia?
Marek Krajewski, którego powieści o Eberhardzie Mocku stworzyły u nas pewną modę na retro kryminały, powiedział w którymś z wywiadów, odnosząc się do czasów, w których osadza akcje swoich powieści: Gdybym miał więcej odwagi i nie obawiałbym się ironicznych spojrzeń i wytykania palcami, ubierałbym się tak jak Edward Popielski – nosiłbym melonik i buty z getrami. Moda kobieca była piękna, zwiewna i podkreślała powaby kobiecej sylwetki… To też wyraz tęsknoty za dawną elegancją.
Pomyśleć, że kiedyś dla kulturalnego człowieka naturalnym było posiadanie (i oczywiście – stosowanie) wiedzy choćby takiej: W biurze, sklepie czy hotelu należy zdejmować kapelusz tylko w tym wypadku, gdy właściciel czy obsługa także mają gołe głowy (…). Opuszczając czyjś dom, kapelusz powinno się wkładać dopiero za drzwiami, nie w przedpokoju. W omnibusie lub powozie nie zdejmuje się w ogóle nakrycia głowy, nawet w obecności dam. Przychodząc z wizytą, kapelusz należy trzymać w ręku, a jeżeli jest się we fraku, cylinder powinien być nie zwykły, lecz ze sprężynką. Usiadłszy, można położyć nakrycie głowy na krześle, a jeśli nie ma wolnego, to na podłodze, ale – broń Boże – nie na stole (te informacje, jak i wiele innych, musiał przyswoić pretendujący do awansu społecznego Sieńka, bohater Kochanka Śmierci autorstwa Borysa Akunina).
Fascynujące to musiały być czasy – czasy dam i dżentelmenów, garniturów i kapeluszy, rozmów w kawiarniach, a nie paplaniny rażącej formą i nudzącej treścią.
Ech, gdyby tak mieć wehikuł czasu…

wtorek, 18 września 2012

Dlaczego temu Batmanowi się nie rusza, czyli o niby-kacu bez popijawy i granicach cierpliwości



Dzień dobry, szukam Batmana… To nie kwestia z komiksu (przepraszam – powieści graficznej) Franka Millera. To ja tak przywitałem się z panią w sklepie.
Ale od początku.
Chłopaki dostali zaproszenie na urodziny kolegi z przedszkola. Urodziny jakie są, każdy wie – trzeba mieć prezent. Kolega jest wielkim fanem Spidermana. Udaliśmy się więc do sklepu w celu zakupu Spidermana lub jakiegoś gadżetu z nim związanego. W rezultacie padło na samochód Spidermana, choć, o ile dobrze się orientuję w sprawach dotyczących Uniwersum Marvela, Spiderman nie jeździ samochodem. Ale to nieważne. Istotne jest to, że obok Spidermanów, stały Batmany. Tak się składa, że Gucio lubi Batmana. Upatrzył sobie jednego, któremu ruszały się nóżki i coś tam jeszcze. Jakoś udało nam się, tłumacząc sprawę pośpiechem, bo przecież nie można się spóźnić na urodziny, odstawić kukiełkę za siedemdziesiąt złotych polskich powrotem na półkę.
Ale temat Batmana powrócił.
Następnego dnia byłem akurat w pobliżu (innego) sklepu z zabawkami. Wszedłem i zapytałem o Człowieka Nietoperza. Wybrałem w końcu jednego, do kompletu wziąłem jeszcze Robina – Batman musi mieć kumpla i pomocnika a prezenty muszą być dwa, bo wiadomo, sprawiedliwy podział dóbr wśród rodzeństwa jest najważniejszy.
Wracam do domu, rozradowany, że z prezentem, dodatkowo ucieszony faktem, że Batman wraz z Robinem kosztowali mnie jedynie dwanaście złotych polskich, zamiast stu czterdziestu. Wracam ucieszony, czekam na radość w oczach dzieci i słowa wdzięczności, albo nawet nie słowa, choćby gesty o niej świadczące… Pokazuję Batmana i widzę łzy w oczach i słyszę pierwsze dźwięki rodzącego się w gardle kwęku i widzę wykrzywioną buzię i bierze mnie jasna cholera, a na usta cisną się słowa wielce nieparlamentarne; mielę je bezgłośnie, choć nie jestem w parlamencie.
Bo to nie jest TEN Batman! Tamtego się naciskało i się ruszał! No ożeż ku…!
Marudzenie trwało pół dnia. Czułem zintensyfikowany przyrost siwych włosów na głowie. Mam już ich całkiem sporo i coraz częściej się zastanawiam, czy to faktycznie kwestia genów, czy może jednak czegoś innego.
Była to jedna z sytuacji, które wytrącają mnie z równowagi. Takie sytuacje zdarzają się często. Czasami się zastanawiam: czy ze mną coś jest nie tak? Czy mój brak cierpliwości w chwilach kryzysowych jest normalny, czy to już jakaś patologia? Idealni rodzice pewnie się tak nie denerwują, tylko tłumaczą, uspokajają, sami są oazą spokoju, normalnie żywcem do nieba mogliby iść.
A mnie czasami moi Chłopacy doprowadzają do szewskiej pasji. Oj, to chyba niedobrze…
A może to jednak nic niezwykłego? Bo przecież dzieci potrafią zaleźć za skórę, nie bójmy się tego głośno powiedzieć i z całą stanowczością.
W ogóle życie z małymi dziećmi przypomina życie super imprezowicza, tyle, że pozbawione imprez. No bo tak: budzę się rano, niewyspany. Budzę się w nie swoim łóżku (małe potworki przypełzły w nocy do sypialni – przeniosłem się do ich pokoju, bo nasze łóżko, choć duże, nie pomieści czterech osób, w tym dwóch śpiących w pozycji stale-zmiennej, z fikołkami), budzę się tylko częściowo – jakiś kawałek mojego mózgu obudzi się dopiero za jakiś czas, gdy zaabsorbuje odpowiednią ilość kofeiny lub przewietrzy się na świeżym powietrzu. Idę do łazienki, patrzę w lustro – cienie pod oczami i ogólnie dość wymięty wygląd. Do tego w ciągu dnia przyjdzie taki moment, kiedy każdy kolejny dźwięk z kakofonii krzyków, pisków, huków i łomotów spowoduje uczucie, że jeszcze chwila, jeszcze chwileczka i głowa mi po prostu pęknie.[*]
I to wszystko nie dlatego, że poprzedniego wieczoru zaliczyłem jakiś bal, level hard. Kiedyś było tak: budzę się niewyspany: trudno, wniosek taki, że poprzedniego wieczoru długo było fajnie; nie moje łóżko? – przynajmniej jest jakieś łóżko, fajnie, trzeba sobie tylko przypomnieć, z czym ta sytuacja się dokładnie wiąże. Szybka kawa i uśpione rejony mózgu zaczynają wracać do życia, ogólnie nie jest źle, niewielka to cena za udany wieczór. Teraz wszystkie objawy, składające na syndrom the morning after są, chociaż the night before nie wystąpiła.
Batman w końcu i tak został ulubioną zabawką, ulubioną aż do wieczora. Ja się zastanawiam: o co była awantura? Zastanawiam się też, co zrobić z tą czarną niewdzięcznością: embargo na zabawki?
Aż by się tu prosiło o jakąś mądrą puentę. Nie mam żadnej i nie chce mi się wymyślać. Nie będę wymyślał, posiedzę sobie w ciszy i spokoju, bo akurat nastał taki moment, kiedy nikt mi nad uchem nie kwęczy.




[*] Tu taka moja obserwacja: dwójka dzieci, to coś więcej, niż suma arytmetyczna, to nie jedno dziecko plus drugie dziecko. Relacja, jaka jest między Chłopakami powoduje, że hałas i chaos, który potrafią wytworzyć, bardzo przewyższa hałasy i chaosy, które byliby wstanie wytworzyć pojedynczo, nawet, gdyby te oddzielnie wytworzone chaosy i hałasy do siebie dodać. Fascynujące zjawisko! Ale i trochę straszne.

piątek, 7 września 2012

Widowiskowy spektakl na czterech aktorów i kameralne kino akcji



Miałem ostatnio okazję obejrzeć dwa filmy. Były to dwa tak różne obrazy, że niepodobna je pod jakimkolwiek kątem porównywać. Różnica między nimi była tym większa i bardziej rzucająca się w oczy, że między filmami dostrzec można dziwną zależność: w jednym było to, czego absolutnie nie powinno zabraknąć (a jednak zabrakło!) w drugim, drugi zaś opierał się na tym, co z powodzeniem mogło być podstawą pierwszego.
Trochę to pewnie zagmatwane, już więc spieszę z wyjaśnieniami.
Pierwszy film, to Rzeź Romana Polańskiego. Drugi – Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć. Jak wspomniałem, filmy różne pod każdym względem. Zacznijmy od przygód agenta J23. Wspaniale wpisuje się on w naszą polską tradycję robienia filmów, z którymi coś (a często wszystko) jest nie tak. Przypomnijmy sobie wywód inżyniera Mamonia: W filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… nic się nie dzieje, proszę pana, nic… Dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są. I do tego aktorstwo: Niech pan weźmie na przykład, proszę pana, aktora zagranicznego, to ten aktor zagraniczny, proszę pana, to jego twarz… coś takiego wyraża. A polski aktor, proszę pana, to jest pustka, pustka, nic. Absolutnie nic.
W Stawce aktorstwo też jest jakieś bezpłciowe.
W filmie od pierwszych chwil seansu można dopatrzyć się niedociągnięć. A to żołnierze broniący się w czasie oblężenia miasta prezentują się, jakby szykowali się na paradę (czyściutkie mundury, ogólnie nienaganny wygląd), a to więźniowie w pasiakach wyglądają wyjątkowo zdrowo, są odżywieni i dość dziarscy, zupełnie nie przypominają postaci, które znamy z obozowych fotografii z czasów wojny. Bursztyny (pełniące w filmie kluczową rolę) z niewyjaśnionych przyczyn świecą ciepłym, ognistym blaskiem (same z siebie, nie żadnym tam światłem odbitym)[1]. Faktu, że Hans  Kloss, przez trzydzieści lat (akcja rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych) zmienił się z Tomasza Kota w Stanisława Mikulskiego, jego partnerce zaś przez ten czas przybyło zaledwie kilka kosmyków siwych włosów (mimo pobytu w radzieckim łagrze, który na ogólny wygląd powinien wpływać znacząco i raczej ujemnie), nawet nie będę komentował.
Bardziej razi jednak coś innego. Biorąc pod uwagę, że Stawka jest, było nie było, filmem akcji, do tego wojennym, nastawiłem się, zaczynając ją oglądać, na określone widowisko. Wiedziałem, że nie zobaczę kolejnych Dział Nawarony czy Parszywej dwunastki, aż tak naiwny nie jestem. Tego jednak, że przyjdzie mi obejrzeć coś, co bardziej, niż wspomniane obrazy przypomina spektakl Teatru Telewizji, się nie spodziewałem.
Bohaterowie przebywają w pomieszczeniach – ciasnych, oświetlonych miękkim, nastrojowym światłem (i jakichś takich nieautentycznych – budynki z czerwonej cegły są ciągle nieskazitelnie czerwone, choć zrujnowane po bombardowaniach – żadnego brudu, żadnego osmalenia…). Nawet ujęcia plenerowe są jakby „ciasnawe” – pewnie dlatego, że szerszy kadr ujawnił by, że madrycki cmentarz, który widzimy na ekranie, ani nie znajduje się w Madrycie, ani nie jest cmentarzem, tylko jakimś polskim parkiem, w którym ustawiono sztuczne nagrobki i kilka palm w donicach, dla nadania egzotyki.
Zbliżenia na kryształową szklankę z koniakiem czy usta bohaterki, która zaciąga się papierosem tkwiącym w cygarniczce rzucają się w oczy bardziej, niż tych kilka scen strzelanin, które owszem, są, ale nie robią wrażenia. Wszystko to sprawia, że mamy do czynienia z filmem odznaczającym się zbyt wyraźną, jak na reprezentowany gatunek, kameralnością.
Jeśli zaś chodzi o Rzeź: jest w niej to, czego zabrakło Klossowi: emocje, napięcie, akcja. I jest to niesamowite, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Polański nakręcił film o czwórce ludzi zamkniętych w jednym mieszkaniu, a właściwie – przez większą część czasu, w jednym pokoju. Nie mniej jednak w mieszkaniu sporo się dzieje. Niewinne spotkanie rodziców dwóch skłóconych chłopców, z każdą chwila staje się coraz mniej niewinne. I chociaż ciągle jeszcze nic się specjalnego nie dzieje, rozmowa jest kulturalna, uprzejmości wymieniane z należytą częstotliwością i popierane odpowiednio szerokimi uśmiechami – czuć, że pod powierzchnią coś się drży, że coś jest nie tak, zaczyna wrzeć i w końcu wybuchnie. To pewnie inny, mniej mroczny rodzaj napięcia, niż to, które Polański serwował widzom w Dziecku Rosemary czy Lokatorze, ale równie silnie odczuwalny.
Polański ekranizował sztukę teatralną. Jakimś cudem (choć tu pewnie mówić powinniśmy o talencie, nie o ingerencji sił wyższych) zrobił z niej scenariusz trzymającej w napięciu historii, która świetnie sprawdza się na kinowym ekranie.
Patryk Vega miał nakręcić wojenny film akcji. Miały być wybuchy, intrygi, pościgi i strzelaniny. Jakimś cudem wyszedł mu teatr telewizji. I kto za to zapłacił? Społeczeństwo, oczywiście. Ja na przykład zapłaciłem kilkudziesięcioma minutami, które mogłem spędzić znacznie przyjemniej.
Gdybym Stawkę większą niż śmierć oglądał w kinie, to aż by mi się chciało wyjść z kina.
I bym wyszedł.


[1] Pamiętacie scenę z Pulp Fiction, w której Vincent Vega uchyla wieko walizki należącej do Marsellusa Wallace’a, odebranej właśnie młokosom jedzącym hamburgery z Big Kahuna (Dobry hamburger to podstawa pożywnego śniadanka!) i popijającym je Spritte’m? Dobywa się z niej złoty blask. To samo dzieje się, gdy ktoś zagląda do skrzyni z tajemniczym (oczywiście tylko w założeniu, w pierwszej minucie filmu można domyślić się, co jest w skrzyniach) ładunkiem w Klossie. O ile jednak w filmie Tarantino mamy do czynienia z ciekawym „smaczkiem” (są tacy, co do dziś się głowią: co jest w neseserze?), o tyle Patryk Vega osiągnął efekt dość – nie bójmy się tego słowa – głupawy.

czwartek, 6 września 2012

Wpis, dla którego trudno znaleźć tytuł



Jakoś mi ostatnio nie idzie pisanie. Dlaczego? Oto jest pytanie. Snuję tu pewne teorie. Może być tak, że nic się nie dzieje ciekawego wokół mnie. Takie wyjaśnienie daje mi obiektywny powód do niepisania: nie piszę, bo nie ma o czym. Teoria druga zakłada, że coś się jednak dzieje, bo przecież zawsze się coś dzieje. Idąc tym tropem mogę dojść do różnych wniosków. Takiego na przykład, że z jakiegoś powodu nie potrafię znaleźć ciekawych stron tego, co się wydarza; albo – że nie umiem swoich obserwacji ubrać w słowa. To nie są wesołe wnioski.
Łapię się już różnych rzeczy: szukam inspiracji w książkach (kiedyś często je znajdowałem, dziś mi się jakoś nie udaje), gazetach, w sieci, w radio… Coś też przecież sobie cały czas myślę. Myślę i myślę, ale nie wymyślam. Wielkie myśli o niczym, jak mawiał Kubuś Puchatek – jak napisał Leopold Tyrmand.
O, taki Tyrmand na przykład, skoro już się nawinął. Zaczął pisać dziennik i pisał go zawzięcie, każdego dnia miał coś do napisania, co wieczór zapełniał ładnymi zdaniami ładnych kilka stron. Chodzę po ulicach i układam zdania do zapisania w dzienniku – Tyrmand chodził i układał i robił to z powodzeniem. Moje życie codzienne konstruuje się wokół tego dziennika. Prowadzę go zaledwie pół miesiąca, a już przerósł wszystkie zamiary. Coś rośnie, tylko co? Zbyszek Herbert powiedział: „Ostatniego dnia napiszesz: ‘Dziś nigdzie nie wychodziłem i z nikim nie rozmawiałem. Pisałem dziennik…’”. Moje życie nigdy się wokół tego bloga nie konstruowało, ale też chodziłem po ulicach i układałem zdania, albo przynajmniej obmyślałem koncepty i również robiłem to z (jako takim) powodzeniem.
Ostatnio mam pustkę w głowie.
Może to dlatego, że się rozleniwiłem? Może trzeba pisać, żeby nie wyjść z formy a ja sobie odpuściłem? Z drugiej strony: pisać cokolwiek? Pisać, żeby pisać?
Z trzeciej strony: otwieram Dziennik Gombrowicza, pierwszy tom. Poniedziałek: Ja. Wtorek: Ja. Środa: Ja… Przez trzy dni Gombrowicz nie napisał wiele, ale jednak coś napisał. Wertuję Dziennik dalej. Sporo jest w nim takich fragmentów. Poniedziałek (któryś kolejny): Zjadłem smaczną rybę.
Z czwartej strony: gdybym ja napisał, że dziś zjadłem spaghetti, nawet i smaczne, to czy to by kogoś zainteresowało? Trzeba być Gombrowiczem, zapisek o jedzeniu ryby trzeba poprzedzić dziesiątkami stron zapełnionych tym, co Gombrowicz miał do napisania i co się złożyło wielką literaturę, żeby móc sobie pozwolić na częstowanie czytelników wyciągiem z menu.
Cóż.
Spaghetti zjadłem, tak prawdę mówiąc, przedwczoraj. I sam je skomponowałem i byłem bardzo zadowolony z efektu, bo osiągnąłem harmonię smaków, która wszystkim stołownikom (ech, te ciekawe słowa, które wyszły z obiegu!) przypadła do gustu.
Ale czy to kogo obchodzi?
Poniedziałek (znowu, oczywiście, poniedziałek Gombrowicza): Chcę jeszcze dopisać, że przedwczoraj, zanim poszedłem spać, zdarzyło mi się coś… ale tak mglistego… Nie wiem dobrze, jak to rozumieć i jestem wstrząśnięty… Ja też się dziś zetknąłem z mglistością i również byłem wstrząśnięty, choć nie dogłębnie. Zacząłem przysypiać w fotelu. Miałem świadomość, że siedzę w fotelu, czułem, jak powieki robią mi się coraz cięższe, czyli nie całkiem jeszcze spałem, ale jednocześnie zaczęło mi się już coś śnić (tu pojawia się mglistość). Patrzyłem na półkę, na której coś leżało, nie wiedziałem co (bo było mgliste), ale bardzo byłem ciekaw. Sięgnąłem po to ręką i… Nagle żona weszła do pokoju i wyrwała mnie z mojego zasypiania.
Byłem wstrząśnięty.
Choć nie dogłębnie.

wtorek, 4 września 2012

Gdy lato się skończyło, czyli wakacyjne epitafium



Zabrałem się właśnie za lekturę W drodze Jacka Kerouaca. Chciałem sobie odświeżyć powieść, zanim wybiorę się do kina na ekranizację, o którą ktoś się w końcu pokusił (albo – na zrobienie której się odważył!).
Tak się złożyło, że o przygodach Sala Paradise’a zacząłem czytać, gdy u nas lato zaczęło dobiegać końca. A koniec lata, to dla mnie (przedstawiciela tej uprzywilejowanej grupy zawodowej, której wszyscy zazdroszczą) koniec wakacji, powrót do pracy, czyli moment, któremu daleko do tego, by go nazwać najprzyjemniejszą chwilą w roku.
Oczywiście za stary już jestem na to, by roić sobie, że zamiast znowu zaprzęgać się do kieratu, mógłbym wyjść na drogę i złapać stopa w kierunku, gdzie lato jeszcze trwa a praca polega na zbieraniu winogron w promieniach słońca. Nie mniej jednak myślę sobie, że najbliższe dziesięć miesięcy mógłbym spędzić przyjemniej, niż przyjdzie mi to zrobić.
Wszyscy musimy robić to, czego nie chcemy. Mamy pracę, rodziny, obowiązki i jeszcze musimy wszystkich zabawiać! Myślisz, że nie wolał bym żyć nagi w lesie, jak poganin? Tańczyć i grać na fletni Pana?  - tak o realnych cieniach i wyimaginowanych blaskach życia mówi Homer Simpson. Jego wizja idealnego życia jest dość radykalna, ale pewnie większość z nas ma taką wizję. I jest bliższa lub dalsza od jej realizacji.
A skoro już jesteśmy przy życiu w lesie: trafiłem niedawno na ciekawy artykuł. Zaczyna się tak: Na północy Norwegii, w okolicach Storslet, dwie siostry żyją tak, jakby nie obchodziła je większość zdobyczy współczesnej cywilizacji. Budzą skrajne emocje i nic sobie z tego nie robią. Chcą żyć w spokoju. Po swojemu. Na zdjęciu widać dwie młode dziewczyny. Kolejne fotografie obrazują to, co Norweżki rozumieją przez „życie po swojemu”.
Dziewczyny od najmłodszych lat żyły blisko natury, choć bliskość to specyficzna, ekologom pewnie by się nie podobała. Kristine i Johanne, bo takie imiona noszą nasze bohaterki, łowią ryby i polują. Na fotografiach widzimy je z bronią, w dłoniach trzymają swoje zdobycze: a to lis (jeden trzymany za ogon, kilkanaście wiszących w tle; pewnie będą z nich futerka), a to wielka ryba, a to dzikie kaczki… Kiedy chodziły do ósmej klasy, szkoła tak bardzo im zbrzydła, że postanowiły uciec do lasu. W szkolne plecaki zapakowały napoje oraz słodycze i wyruszyły w góry. Mówią, że ciągnęła je tam cisza i dzikość pięknego krajobrazu. Do szkoły wracały jeszcze od czasu do czasu, ale w dziewiątej klasie dały sobie z nią zupełnie spokój.
Kiedy popularny norweski dziennik zamieścił tekst o siostrach, rozgorzała dyskusja: Jedni twierdzą, że dziewczyny znalazły własny sposób na szczęście, tylko je podziwiać. Inni uważają, że dziwaczny tryb życia to młodzieńczy bunt i poza…
Czy ja tu do czegoś zmierzam? Sam nie wiem, brakuje mi pomysłu na błyskotliwe podsumowania. Zastanawiam się jednak… Czy ja zazdroszczę bohaterom Kerouaca tego, że nie wiedzą, co im przyniesie nowy dzień, ani gdzie ich zastanie kolejny wieczór? A może raczej tego, że nie mają potrzeby tego wiedzieć, bo niewiadoma jest tym, co najbardziej cieszy? Czy zazdroszczę dziewczynom z norweskiej dziczy tego, że gdy wstają rano, to nie muszą iść nigdzie, gdzie czeka na nie szef i sterta papierów, z którą należy się obchodzić z urzędniczą dokładnością?
Nie zazdroszczę. No, może odrobinkę. Do życia w lesie nie nadaję się absolutnie – nudno mi było nawet w moim rodzinnym małym miasteczku, więc przeniosłem się do większego. Podróże bez grosza przy duszy, o jakich pisze Kerouac – to nie na nasze czasy. Kiedyś może życie trampa miało w sobie jakiś romantyzm, dziś bohaterów W drodze nazwano by menelami.
Nie mniej jednak jest dla mnie (choćby w teorii) coś pociągającego: i w włóczędze bez planu i w ucieczce od gonitwy, w jakiej codziennie, chcąc nie chcąc, uczestniczymy.
I naszły mnie te wszystkie myśli, kiedy akurat musiałem wrócić do pracy. Pewnie to znamienne.
No bo nie ukrywam, że czasem, kiedy budzę się w poniedziałkowy ranek, najchętniej pobiegłbym do lasu, choćby zatańczyć i zagrać na fletni Pana…

sobota, 4 sierpnia 2012

W przededniu święta


Ten facet jest nieludzki, nie pije piwa!
Charles Bukowski



Żeby coś napisać, potrzeba kilku rzeczy, których nie będę tu wymieniał, ale przede wszystko potrzeba tematu. Mam ostatnio taki problem, że mi tematów brakuje. Jakiś czas temu, z tegoż powodu po trosze, pisałem o domowym wyrobie alkoholi. Popatrzyłem na tego mojego bloga, a tam nuda, nic się nie działo. Wystukałem więc tekst o zalewaniu owoców różnymi płynami i o ciekawych konsekwencjach tego procederu.
Trochę czasu od tamtej pory już minęło a później – znowu nuda. Brak tematów, brak pomysłów i jednak jakaś niechęć do pisania byle czego o byle czym. Ale teraz temat się nasunął. I to jaki! Tak się złożyło, że znowu piszę o trunkach. A właściwie o jednym trunku. Dziś piszę o piwie, bo dziś, proszę Państwa, przypada wigilia Międzynarodowego Dnia Piwa!
O tym, że ten, kto wymyślił piwo, był mędrcem, wspomniał już podobno sam wielki Platon. W różnych kwestiach można się z nim nie zgadzać, ale w tej jednej dyskutować niepodobna. Cała nasza zachodnia spuścizna filozoficzna jest czasem traktowana jako przypisy do Platona. Do tego jednego zdania też powstało sporo (bardziej lub mniej filozoficznych) przypisów.
Piwo jest dowodem na to, że Bóg nas kocha i chce, byśmy byli szczęśliwi – twierdził Benjamin Franklin. By więc nie obrażać Najwyższego i nie wydać Mu się niewdzięcznikiem odrzucającym ojcowską miłość, lubię sobie otworzyć butelkę i kontemplować rewolucję bąbelków w kufelku. Myślę sobie wtedy o różnych rzeczach, czasami sobie wspominam…
Każdemu wolno wypić piwko/ W jasne wiosenne przedpołudnie/ Gdy trzepie człeka pod przykrywką/ I język klei się paskudnie, śpiewał Jacek Kaczmarski. Ja swoje pierwsze, o ile pamięć mnie nie myli, piwko, też wypiłem w jasne wiosenne przedpołudnie (nie musiałem się oczywiście wtedy zmagać z trzepaniem pod przykrywką i kleistością języka, te doznania przyszły później). Choć nie, nie takie to proste. Wiosenne przedpołudnie było, faktycznie. Ale piwko…
Był okres matur, atmosfera w szkole rozluźniła się na tyle, że nawet tak grzeczny i ułożony uczeń jak ja nie miał oporów, by zerwać się z lekcji. Wybraliśmy się nad jezioro, było nas kilku, czterech, może pięciu. I nagle ktoś wpadł na pomysł. TEN pomysł. W drodze losowania wybraliśmy posłańca, który miał skoczyć do sklepu. Zrobiliśmy zrzutkę… Kolega przyniósł puszkę Coolera. Pamiętacie ten paskudny wynalazek? Nazwać to to piwem, byłoby semantycznym nadużyciem, dziś to wiem i rozumiem, wtedy widziałem sprawę inaczej. Siedzieliśmy na pomoście i dzieliliśmy puszkę na czterech (lub pięciu). Nie był to może idealny smak piwa, ale niezrównany smak zakazanego owocu pozostał mi w pamięci.
Hunter S. Thompson twierdził, że dobry mężczyzna pije dobre piwo. Doceniania dobrego piwa trzeba się nauczyć, to wymaga czasu. Ale i zanim się młodzieniec stanie mężczyzną, trochę czasu musi upłynąć, więc wszystko się zgadza. W studenckich czasach hołdowałem zasadzie, że tanie piwo jest dobre, bo jest dobre i tanie. Pamiętam pierwszą butelkę, którą spełniłem z moim obecnym przyjacielem a wówczas ledwie kolegą. Odwiedził mnie w akademiku w celu pożyczenia notatek. Rozmowa się nie kleiła, więc zrealizowałem najlepszy pomysł, który mi przyszedł do głowy: wyjąłem z szafy dwie buteleczki piwa. Właściwie Piwa – była to nazwa własna trunku, który sprzedawano w najtańszym z tanich dyskontów, Leader Price’ie. Mała, beczułkowata buteleczka, oklejona etykietą w biało – zieloną kratkę kosztowała niecałą złotówkę. Zaczęliśmy gadać sobie przy tym piwku i tak – z większą lub mniejszą częstotliwością – gadamy do dziś dnia. Będzie gdzieś koło dekady.
Nauczyłem się trochę przez ten czas, również na temat piwa. A że jestem teraz bardziej mężczyzną, niż nim byłem dziesięć lat temu, oraz starając się być „dobrym mężczyzną”, z piwa przede wszystkim taniego przerzuciłem się na przede wszystkim dobre (zaznaczam, że nie zawsze jest tak, że drogie równa się dobre, podobnie, że tanie równa się złe). Mam swoje ulubione smaki, dopasowuję je do pory roku i nastroju. Czasem mam po prostu ochotę na takie a nie inne doznania. Całe szczęście, że chmielowy napój daje tyle możliwości.
Dziś, po ciężkim dniu, kiedy jest już zrobione wszystko to, co zrobić było należało, kiedy dzieci śpią i zalega błoga cisza, kiedy się można w końcu odprężyć, z radością sięgam do lodówki.
Po tradycyjnego pilznera.
Albo po lagera;
Po prawdziwe, świeże niepasteryzowane;
Naturalnie mętne piwko, co nie przeszło filtracji;
Albo po pszeniczne;
Po bursztynowego koźlaka;
Albo prawie czarnego portera;
Czasem po piwo marcowe,
Czasem po stouta;
Od wielkiego święta – po piwo trapistów (oj, gdyby nie ta zaporowa cena!);
Dla żony otwieram piwo z Ciechanowa – bardzo jej smakuje jego miodowa nutka;
Sięgam do lodówki, napełniam kufel i delektuję się smakiem. Czego i wam życzę, dziś szczególnie, w ten świąteczny dzionek!

wtorek, 3 lipca 2012

Duch domowych przetworów


Czas szybko leci. Pisałem swego czasu o letnich, owocowych przetworach. O niewdzięcznej robocie, jaką jest zrywanie porzeczek, o tym, jak moi Chłopacy unikali tego zajęcia. Pisałem – zdaje się – niedawno, a tu już rok minął!
Rok minął i znowu czas przyszedł na domowe przetwórstwo. Pełnia pomidorowego sezonu jeszcze przed nami, więc suszarka do owoców czeka cierpliwie w szafie. Bazylia rośnie, żeby za jakiś czas trafić razem z pomidorkami do słoików. Tymczasem na straganikach czerwienią się truskawki, pierwsze wiśnie, czereśnie, pojawiły się maliny. Zachęcają, żeby coś z nich zrobić.
Za dżemy, konfitury, powidła i kompoty się nie zabieram. Nie jestem ich amatorem, nikt u nas zresztą nie jest. Nie na tyle, by tracić czas oraz surowce na produkcję tychże. Tak się jednak złożyło, że udało mi się nabyć dwa litry zacnej wody ognistej. Z prostego rachunku wyszło mi, że ona plus owoce, równa się nalewka.
Miło jest sobie w zimny zimowy, ale również chłodny jesienny wieczór usiąść z kieliszeczkiem przyjemnego trunku, którego smak tym bardziej jest satysfakcjonujący, gdy jest naszym własnym dziełem. Z tą myślą zabrałem się do pracy. Po raz pierwszy eksperymentuję w tym roku z włoskimi orzechami. Właśnie nadeszła pora idealna do ich zbierania, jeśli ma się zamiar uszlachetnić ich smakiem toporny alkohol. Zielone, miękkie jeszcze – na zewnątrz i w środku – orzechy, pokrojone w plastry trafiły do słoja. Nie same jednak. Żeby urozmaicić naturalnie gorzki, orzechowy smak, do słoja dorzucam laskę wanilii, kilka goździków, kawałem kory cynamonu oraz migdały. Wszystko to oczywiście zalewam odpowiednim płynem, czyli złagodzony do poziomu około 60% spirytusik. Po trzech dniach maceracji, orzechy zabarwiły płyn na żywy, zielony kolor. Za miesiąc zostaną usunięte ze słoja, a do płynu dołączy miód i odrobina rumu. Kilka miesięcy leżakowania i na zimę – jak znalazł.
Zacząłem jednak opowieść od wątku owocowego. Owoce też znajdują swoje zastosowanie. Nalewka z owoców wszelkich – niektórzy zwą ją tutti frutti – dziś właśnie zaczęła powstawać. Ten trunek ma to do siebie, że robi się go powoli, co jest dyktowane rytmem pojawiania się kolejnych owoców. Zacząć można już na wiosnę, gdy dojrzeją pierwsze truskawki. Owoce zasypuje się w słoju, lub innym naczyniu cukrem i zalewa alkoholem – tak, by je przykryć. Sukcesywnie dorzuca się kolejne owoce, gdy przychodzi na nie pora: porzeczki, maliny, poziomki, wiśnie, jeżyny, jagody, śliwki i w ogóle, co nam przyjdzie do głowy. Za każdym razem dodane do nastawu owoce posypuje się cukrem i przykrywa alkoholem. Uwierzcie lub nie, ale pijąc tą nalewkę, czy może, ze względu na słodycz – likier –  odkrywa się kolejne poziomy smaku. Jeśli się skoncentrować i wytężyć kubki smakowe, poczuć można smaki kolejnych owoców – poczuć je kolejno, jak nadchodzące jedna po drugiej fale. Bardzo przyjemne doznanie.
Puste balony do produkcji wina czekają na sezon wiśniowy. A być może któryś poczeka do jesieni, gdy dojrzeje głóg, bo lekko cierpkie, głogowe wino, to prawdziwy rarytas. Teraz zaś patrzę jak batalion szlachetnych drożdży pracuje na ryżu z dodatkiem rodzynek i cytryny, przyprawionym tymiankiem, miętą, gałką muszkatołową, cynamonem i zielem angielskim. Z całego tego dobra, zalanego cukrowym syropem, powstanie wyśmienity jasny wermut. Jest jeszcze jeden, tajny składnik – odpowiednia ziołowa zaprawa, bez której wermut nie był by wermutem. Do wódeczki, w której przez dobę moczył się suszony piołun (już usunięty, oddał wystarczająco dużo swojej gorzkiej esencji) dodaję anyż, koper włoski, miętę i kilka jeszcze innych specjałów. Po miesiącu powstały płyn można dodać do – jeszcze pracującego – ryżowego wina. Rezultat, po zakończonej fermentacji i klarowaniu, jest zaskakujący. Zaskakuje nadzwyczaj przyjemnie.
Wino, również, a może szczególnie to domowe, to zacny napój. Od wieków doceniany, mający swoich oddanych smakoszy. Oni mogliby zapytać: czy jest coś lepszego od wina? Są tacy, którzy powiedzą, że owszem.

Włoski mieszkańcze! Cóż twoje nektary?
Co twoje wina przed nektarem Rusi?
Wino jest z ziemi błotnistej i szarej,
Miód prosto z niebios spuszczony być musi...

Tak pisał szesnastowieczny polski poeta, Sebastian Fabian Klonowic. Miał sporo racji. O błotnistości i szarości ziemi rodzącej winną latorośl oczywiście można dyskutować, jak i o niebiańskim pochodzeniu pitnego miodu – choć to, bez wątpienia, metafora; poecie jednak wolno tak fantazjować. Że, jednak, miód jest napojem niezwykłym – z tym się zgadzam w zupełności.
Trzy lata temu nastawiłem swój pierwszy trójniak (czyli miód powstały z jednej części miodu na dwie wody). Przyprawiony korzeniami i chmielem był bardzo dobry już po roku. Bardzo jestem ciekaw zawartości butelek, które do tej pory leżakują w piwnicy – i trochę jeszcze będą. Kusi mnie, by i w tym roku poeksperymentować na polu miodosytnictwa. I może zaryzykować dwójniak, poczekać sześć lat i zobaczyć, jakie będą rezultaty?
Nie da się ukryć – owocowe (i nie tylko) przetwórstwo może mieć całkiem przyjemne oblicze.
Na zdrowie!