- Żadne dziergane kryminalisty nie będą mi
egzaminów urządzać! (…)
Gryfkowi szczęka opadła, ale języka w gębie
nie zapomniał. Tylko że Jerzy nie dał mu dojść do słowa.
- Przepraszam bardzo – oznajmił z udawaną
powagą. – Ale w tym domu to ja jestem kryminalistą.
Karolinka spojrzała na niego speszona.
- W imię Ojca i Syna! – przeżegnała się
szybko. – A przecie mnie pani dyrektorowa mówiła, że ja do porządnego domu idę…
- Mój mąż jest nadkomisarzem policji
państwowej – oświadczyła urażona Marysia. – Przecież mówiłam już Karolince, że
w policji pracuje (…).
- Ta i jak to i wreszci jest z tymi
kryminalistami? – zapytał Gryfek. – Który z nas dwu jest?
- Marysia świeżo maturę zdała, niech
tłumaczy – odparł Jerzy.
- Termin fachowy – stwierdziła z mądrą miną
– przeniknął do języka ulicy i zyskał nowe znaczenie. Pewnie za kilka lat już
żaden policjant nie powie o sobie, że jest kryminalistą.
- Ta, znaczy si, kryminalistyka to bedzi
nauka jak kraść? – Gryfek błysnął logicznym rozumowaniem.
- Może nie tak szybko – powiedział Jerzy. –
W pierwszej kolejności postawiłbym na politologię.
Cytat na
początek przytaczam po pierwsze dlatego, że zabawny (nie urażając politologów,
tudzież studentów tej zacnej nauki, czy wreszcie absolwentów parających się
polityką – uśmiałem się setnie, czytając ostatnie zdanie), po drugie, bo po raz
kolejny zdarzyło mi się sięgnąć po książkę z gatunku tak zwanych (i popularnych
ostatnio) „kryminałów retro” i po raz kolejny urzeka mnie pewna rzecz: język i
obyczaje, które kiedyś były normą, dziś zaś albo umarły, albo przeszły do
lamusa.
Występujący w
powyższym fragmencie Gryfek, lwowski złodziej, to przypadek specyficzny; ten po
prostu bałaka, mówi gwarą prostego
ludu i nie będzie tu stanowił wzoru. Za to nadkomisarz Jerzy Drwęcki czy jego
żona Marysia (zwróćmy uwagę, że tuż po maturze!), dziś mogli by stanowić
przykład z podręcznika savoir vivre’u
i to obawiam się – przykład dla wielu niedościgniony. Podobnie zresztą, jak
inni im współcześni, przedstawiciele tak zwanej inteligencji.
Akcja książki
Konrada T. Lewandowskiego Bogini z
labradoru (jak i wcześniejszej z cyklu – Magnetyzer), z której przytoczony fragment pochodzi, rozgrywa się w
międzywojennej Polsce. Warszawa – bo w stolicy właśnie rzecz się dzieje – jest
miastem barwnym, głównie dzięki postaciom, jakie można w niej spotkać. Przy
kawiarnianym stoliku dyskutują ze sobą Boy Żeleński, Witkacy, młody Gombrowicz,
narażeni na krytyczne uwagi, porażające żarty i zabójcze riposty Franciszka
Fiszera. Rozmawiają o sztuce, poezji, polityce, filozofii, ale również o
rzeczach bardziej przyziemnych, a robią to tak pięknie, że dech zapiera.
Co więcej,
równie pięknie rozprawia stary weteran, pan Hiacyntus, oficerowie Wojska
Polskiego, towarzyska śmietanka miasta. I niby to wszystko fikcja – czytam
przecież nie historyczną rozprawę, a powieść kryminalną, zmyśloną od początku
do końca – ale ta elegancja, maniery, sposób prowadzenia rozmowy, które tworzyły
klimat tamtych czasów, fikcyjne już nie są. Doliniarze i inny element mówili po
swojemu, wiadomo, i to w sposób nie bardzo wyszukany. Ale jeśli ktoś już mienił
się być człowiekiem wykształconym i kulturalnym, do czegoś go to zobowiązywało.
I choć nie każdy mógł się poszczycić lotnością umysłu, jaka była przepustką do
stolika w kawiarni Ziemiańskiej, to jednak klasą, w odpowiednich sytuacjach,
potrafił się wykazać. Takie czasy, takie obyczaje.
Dziś zaś – o tempora, o mores – czego się
spodziewać i czego oczekiwać, skoro rozmowy w pokojach nauczycielskich (nie
wiem, to przyznać muszę, czy w każdej szkole, ale na podstawie obserwacji
poczynionych w szkołach kilku wyrobiłem sobie taką a nie inną opinię) niewiele
się czasami różnią poziomem od tych, które się prowadzi za drzwiami – na
gimnazjalnym korytarzu, w czasie przerwy. Poziom skolaryzacji nam rośnie,
niestety nie pociąga za sobą poziomu kultury; cóż z tego, że dziś co drugi
młody obywatel kończy studia?
Marek
Krajewski, którego powieści o Eberhardzie Mocku stworzyły u nas pewną modę na
retro kryminały, powiedział w którymś z wywiadów, odnosząc się do czasów, w
których osadza akcje swoich powieści: Gdybym
miał więcej odwagi i nie obawiałbym się ironicznych spojrzeń i wytykania
palcami, ubierałbym się tak jak Edward Popielski – nosiłbym melonik i buty z
getrami. Moda kobieca była piękna, zwiewna i podkreślała powaby kobiecej
sylwetki… To też wyraz tęsknoty za dawną elegancją.
Pomyśleć, że
kiedyś dla kulturalnego człowieka naturalnym było posiadanie (i oczywiście –
stosowanie) wiedzy choćby takiej: W
biurze, sklepie czy hotelu należy zdejmować kapelusz tylko w tym wypadku, gdy właściciel
czy obsługa także mają gołe głowy (…). Opuszczając czyjś dom, kapelusz powinno
się wkładać dopiero za drzwiami, nie w przedpokoju. W omnibusie lub powozie nie
zdejmuje się w ogóle nakrycia głowy, nawet w obecności dam. Przychodząc z
wizytą, kapelusz należy trzymać w ręku, a jeżeli jest się we fraku, cylinder
powinien być nie zwykły, lecz ze sprężynką. Usiadłszy, można położyć nakrycie
głowy na krześle, a jeśli nie ma wolnego, to na podłodze, ale – broń Boże – nie
na stole (te informacje, jak i wiele innych, musiał przyswoić pretendujący do awansu społecznego
Sieńka, bohater Kochanka Śmierci
autorstwa Borysa Akunina).
Fascynujące to
musiały być czasy – czasy dam i dżentelmenów, garniturów i kapeluszy, rozmów w
kawiarniach, a nie paplaniny rażącej formą i nudzącej treścią.
Ech, gdyby tak
mieć wehikuł czasu…