czwartek, 6 września 2012

Wpis, dla którego trudno znaleźć tytuł



Jakoś mi ostatnio nie idzie pisanie. Dlaczego? Oto jest pytanie. Snuję tu pewne teorie. Może być tak, że nic się nie dzieje ciekawego wokół mnie. Takie wyjaśnienie daje mi obiektywny powód do niepisania: nie piszę, bo nie ma o czym. Teoria druga zakłada, że coś się jednak dzieje, bo przecież zawsze się coś dzieje. Idąc tym tropem mogę dojść do różnych wniosków. Takiego na przykład, że z jakiegoś powodu nie potrafię znaleźć ciekawych stron tego, co się wydarza; albo – że nie umiem swoich obserwacji ubrać w słowa. To nie są wesołe wnioski.
Łapię się już różnych rzeczy: szukam inspiracji w książkach (kiedyś często je znajdowałem, dziś mi się jakoś nie udaje), gazetach, w sieci, w radio… Coś też przecież sobie cały czas myślę. Myślę i myślę, ale nie wymyślam. Wielkie myśli o niczym, jak mawiał Kubuś Puchatek – jak napisał Leopold Tyrmand.
O, taki Tyrmand na przykład, skoro już się nawinął. Zaczął pisać dziennik i pisał go zawzięcie, każdego dnia miał coś do napisania, co wieczór zapełniał ładnymi zdaniami ładnych kilka stron. Chodzę po ulicach i układam zdania do zapisania w dzienniku – Tyrmand chodził i układał i robił to z powodzeniem. Moje życie codzienne konstruuje się wokół tego dziennika. Prowadzę go zaledwie pół miesiąca, a już przerósł wszystkie zamiary. Coś rośnie, tylko co? Zbyszek Herbert powiedział: „Ostatniego dnia napiszesz: ‘Dziś nigdzie nie wychodziłem i z nikim nie rozmawiałem. Pisałem dziennik…’”. Moje życie nigdy się wokół tego bloga nie konstruowało, ale też chodziłem po ulicach i układałem zdania, albo przynajmniej obmyślałem koncepty i również robiłem to z (jako takim) powodzeniem.
Ostatnio mam pustkę w głowie.
Może to dlatego, że się rozleniwiłem? Może trzeba pisać, żeby nie wyjść z formy a ja sobie odpuściłem? Z drugiej strony: pisać cokolwiek? Pisać, żeby pisać?
Z trzeciej strony: otwieram Dziennik Gombrowicza, pierwszy tom. Poniedziałek: Ja. Wtorek: Ja. Środa: Ja… Przez trzy dni Gombrowicz nie napisał wiele, ale jednak coś napisał. Wertuję Dziennik dalej. Sporo jest w nim takich fragmentów. Poniedziałek (któryś kolejny): Zjadłem smaczną rybę.
Z czwartej strony: gdybym ja napisał, że dziś zjadłem spaghetti, nawet i smaczne, to czy to by kogoś zainteresowało? Trzeba być Gombrowiczem, zapisek o jedzeniu ryby trzeba poprzedzić dziesiątkami stron zapełnionych tym, co Gombrowicz miał do napisania i co się złożyło wielką literaturę, żeby móc sobie pozwolić na częstowanie czytelników wyciągiem z menu.
Cóż.
Spaghetti zjadłem, tak prawdę mówiąc, przedwczoraj. I sam je skomponowałem i byłem bardzo zadowolony z efektu, bo osiągnąłem harmonię smaków, która wszystkim stołownikom (ech, te ciekawe słowa, które wyszły z obiegu!) przypadła do gustu.
Ale czy to kogo obchodzi?
Poniedziałek (znowu, oczywiście, poniedziałek Gombrowicza): Chcę jeszcze dopisać, że przedwczoraj, zanim poszedłem spać, zdarzyło mi się coś… ale tak mglistego… Nie wiem dobrze, jak to rozumieć i jestem wstrząśnięty… Ja też się dziś zetknąłem z mglistością i również byłem wstrząśnięty, choć nie dogłębnie. Zacząłem przysypiać w fotelu. Miałem świadomość, że siedzę w fotelu, czułem, jak powieki robią mi się coraz cięższe, czyli nie całkiem jeszcze spałem, ale jednocześnie zaczęło mi się już coś śnić (tu pojawia się mglistość). Patrzyłem na półkę, na której coś leżało, nie wiedziałem co (bo było mgliste), ale bardzo byłem ciekaw. Sięgnąłem po to ręką i… Nagle żona weszła do pokoju i wyrwała mnie z mojego zasypiania.
Byłem wstrząśnięty.
Choć nie dogłębnie.

wtorek, 4 września 2012

Gdy lato się skończyło, czyli wakacyjne epitafium



Zabrałem się właśnie za lekturę W drodze Jacka Kerouaca. Chciałem sobie odświeżyć powieść, zanim wybiorę się do kina na ekranizację, o którą ktoś się w końcu pokusił (albo – na zrobienie której się odważył!).
Tak się złożyło, że o przygodach Sala Paradise’a zacząłem czytać, gdy u nas lato zaczęło dobiegać końca. A koniec lata, to dla mnie (przedstawiciela tej uprzywilejowanej grupy zawodowej, której wszyscy zazdroszczą) koniec wakacji, powrót do pracy, czyli moment, któremu daleko do tego, by go nazwać najprzyjemniejszą chwilą w roku.
Oczywiście za stary już jestem na to, by roić sobie, że zamiast znowu zaprzęgać się do kieratu, mógłbym wyjść na drogę i złapać stopa w kierunku, gdzie lato jeszcze trwa a praca polega na zbieraniu winogron w promieniach słońca. Nie mniej jednak myślę sobie, że najbliższe dziesięć miesięcy mógłbym spędzić przyjemniej, niż przyjdzie mi to zrobić.
Wszyscy musimy robić to, czego nie chcemy. Mamy pracę, rodziny, obowiązki i jeszcze musimy wszystkich zabawiać! Myślisz, że nie wolał bym żyć nagi w lesie, jak poganin? Tańczyć i grać na fletni Pana?  - tak o realnych cieniach i wyimaginowanych blaskach życia mówi Homer Simpson. Jego wizja idealnego życia jest dość radykalna, ale pewnie większość z nas ma taką wizję. I jest bliższa lub dalsza od jej realizacji.
A skoro już jesteśmy przy życiu w lesie: trafiłem niedawno na ciekawy artykuł. Zaczyna się tak: Na północy Norwegii, w okolicach Storslet, dwie siostry żyją tak, jakby nie obchodziła je większość zdobyczy współczesnej cywilizacji. Budzą skrajne emocje i nic sobie z tego nie robią. Chcą żyć w spokoju. Po swojemu. Na zdjęciu widać dwie młode dziewczyny. Kolejne fotografie obrazują to, co Norweżki rozumieją przez „życie po swojemu”.
Dziewczyny od najmłodszych lat żyły blisko natury, choć bliskość to specyficzna, ekologom pewnie by się nie podobała. Kristine i Johanne, bo takie imiona noszą nasze bohaterki, łowią ryby i polują. Na fotografiach widzimy je z bronią, w dłoniach trzymają swoje zdobycze: a to lis (jeden trzymany za ogon, kilkanaście wiszących w tle; pewnie będą z nich futerka), a to wielka ryba, a to dzikie kaczki… Kiedy chodziły do ósmej klasy, szkoła tak bardzo im zbrzydła, że postanowiły uciec do lasu. W szkolne plecaki zapakowały napoje oraz słodycze i wyruszyły w góry. Mówią, że ciągnęła je tam cisza i dzikość pięknego krajobrazu. Do szkoły wracały jeszcze od czasu do czasu, ale w dziewiątej klasie dały sobie z nią zupełnie spokój.
Kiedy popularny norweski dziennik zamieścił tekst o siostrach, rozgorzała dyskusja: Jedni twierdzą, że dziewczyny znalazły własny sposób na szczęście, tylko je podziwiać. Inni uważają, że dziwaczny tryb życia to młodzieńczy bunt i poza…
Czy ja tu do czegoś zmierzam? Sam nie wiem, brakuje mi pomysłu na błyskotliwe podsumowania. Zastanawiam się jednak… Czy ja zazdroszczę bohaterom Kerouaca tego, że nie wiedzą, co im przyniesie nowy dzień, ani gdzie ich zastanie kolejny wieczór? A może raczej tego, że nie mają potrzeby tego wiedzieć, bo niewiadoma jest tym, co najbardziej cieszy? Czy zazdroszczę dziewczynom z norweskiej dziczy tego, że gdy wstają rano, to nie muszą iść nigdzie, gdzie czeka na nie szef i sterta papierów, z którą należy się obchodzić z urzędniczą dokładnością?
Nie zazdroszczę. No, może odrobinkę. Do życia w lesie nie nadaję się absolutnie – nudno mi było nawet w moim rodzinnym małym miasteczku, więc przeniosłem się do większego. Podróże bez grosza przy duszy, o jakich pisze Kerouac – to nie na nasze czasy. Kiedyś może życie trampa miało w sobie jakiś romantyzm, dziś bohaterów W drodze nazwano by menelami.
Nie mniej jednak jest dla mnie (choćby w teorii) coś pociągającego: i w włóczędze bez planu i w ucieczce od gonitwy, w jakiej codziennie, chcąc nie chcąc, uczestniczymy.
I naszły mnie te wszystkie myśli, kiedy akurat musiałem wrócić do pracy. Pewnie to znamienne.
No bo nie ukrywam, że czasem, kiedy budzę się w poniedziałkowy ranek, najchętniej pobiegłbym do lasu, choćby zatańczyć i zagrać na fletni Pana…

sobota, 4 sierpnia 2012

W przededniu święta


Ten facet jest nieludzki, nie pije piwa!
Charles Bukowski



Żeby coś napisać, potrzeba kilku rzeczy, których nie będę tu wymieniał, ale przede wszystko potrzeba tematu. Mam ostatnio taki problem, że mi tematów brakuje. Jakiś czas temu, z tegoż powodu po trosze, pisałem o domowym wyrobie alkoholi. Popatrzyłem na tego mojego bloga, a tam nuda, nic się nie działo. Wystukałem więc tekst o zalewaniu owoców różnymi płynami i o ciekawych konsekwencjach tego procederu.
Trochę czasu od tamtej pory już minęło a później – znowu nuda. Brak tematów, brak pomysłów i jednak jakaś niechęć do pisania byle czego o byle czym. Ale teraz temat się nasunął. I to jaki! Tak się złożyło, że znowu piszę o trunkach. A właściwie o jednym trunku. Dziś piszę o piwie, bo dziś, proszę Państwa, przypada wigilia Międzynarodowego Dnia Piwa!
O tym, że ten, kto wymyślił piwo, był mędrcem, wspomniał już podobno sam wielki Platon. W różnych kwestiach można się z nim nie zgadzać, ale w tej jednej dyskutować niepodobna. Cała nasza zachodnia spuścizna filozoficzna jest czasem traktowana jako przypisy do Platona. Do tego jednego zdania też powstało sporo (bardziej lub mniej filozoficznych) przypisów.
Piwo jest dowodem na to, że Bóg nas kocha i chce, byśmy byli szczęśliwi – twierdził Benjamin Franklin. By więc nie obrażać Najwyższego i nie wydać Mu się niewdzięcznikiem odrzucającym ojcowską miłość, lubię sobie otworzyć butelkę i kontemplować rewolucję bąbelków w kufelku. Myślę sobie wtedy o różnych rzeczach, czasami sobie wspominam…
Każdemu wolno wypić piwko/ W jasne wiosenne przedpołudnie/ Gdy trzepie człeka pod przykrywką/ I język klei się paskudnie, śpiewał Jacek Kaczmarski. Ja swoje pierwsze, o ile pamięć mnie nie myli, piwko, też wypiłem w jasne wiosenne przedpołudnie (nie musiałem się oczywiście wtedy zmagać z trzepaniem pod przykrywką i kleistością języka, te doznania przyszły później). Choć nie, nie takie to proste. Wiosenne przedpołudnie było, faktycznie. Ale piwko…
Był okres matur, atmosfera w szkole rozluźniła się na tyle, że nawet tak grzeczny i ułożony uczeń jak ja nie miał oporów, by zerwać się z lekcji. Wybraliśmy się nad jezioro, było nas kilku, czterech, może pięciu. I nagle ktoś wpadł na pomysł. TEN pomysł. W drodze losowania wybraliśmy posłańca, który miał skoczyć do sklepu. Zrobiliśmy zrzutkę… Kolega przyniósł puszkę Coolera. Pamiętacie ten paskudny wynalazek? Nazwać to to piwem, byłoby semantycznym nadużyciem, dziś to wiem i rozumiem, wtedy widziałem sprawę inaczej. Siedzieliśmy na pomoście i dzieliliśmy puszkę na czterech (lub pięciu). Nie był to może idealny smak piwa, ale niezrównany smak zakazanego owocu pozostał mi w pamięci.
Hunter S. Thompson twierdził, że dobry mężczyzna pije dobre piwo. Doceniania dobrego piwa trzeba się nauczyć, to wymaga czasu. Ale i zanim się młodzieniec stanie mężczyzną, trochę czasu musi upłynąć, więc wszystko się zgadza. W studenckich czasach hołdowałem zasadzie, że tanie piwo jest dobre, bo jest dobre i tanie. Pamiętam pierwszą butelkę, którą spełniłem z moim obecnym przyjacielem a wówczas ledwie kolegą. Odwiedził mnie w akademiku w celu pożyczenia notatek. Rozmowa się nie kleiła, więc zrealizowałem najlepszy pomysł, który mi przyszedł do głowy: wyjąłem z szafy dwie buteleczki piwa. Właściwie Piwa – była to nazwa własna trunku, który sprzedawano w najtańszym z tanich dyskontów, Leader Price’ie. Mała, beczułkowata buteleczka, oklejona etykietą w biało – zieloną kratkę kosztowała niecałą złotówkę. Zaczęliśmy gadać sobie przy tym piwku i tak – z większą lub mniejszą częstotliwością – gadamy do dziś dnia. Będzie gdzieś koło dekady.
Nauczyłem się trochę przez ten czas, również na temat piwa. A że jestem teraz bardziej mężczyzną, niż nim byłem dziesięć lat temu, oraz starając się być „dobrym mężczyzną”, z piwa przede wszystkim taniego przerzuciłem się na przede wszystkim dobre (zaznaczam, że nie zawsze jest tak, że drogie równa się dobre, podobnie, że tanie równa się złe). Mam swoje ulubione smaki, dopasowuję je do pory roku i nastroju. Czasem mam po prostu ochotę na takie a nie inne doznania. Całe szczęście, że chmielowy napój daje tyle możliwości.
Dziś, po ciężkim dniu, kiedy jest już zrobione wszystko to, co zrobić było należało, kiedy dzieci śpią i zalega błoga cisza, kiedy się można w końcu odprężyć, z radością sięgam do lodówki.
Po tradycyjnego pilznera.
Albo po lagera;
Po prawdziwe, świeże niepasteryzowane;
Naturalnie mętne piwko, co nie przeszło filtracji;
Albo po pszeniczne;
Po bursztynowego koźlaka;
Albo prawie czarnego portera;
Czasem po piwo marcowe,
Czasem po stouta;
Od wielkiego święta – po piwo trapistów (oj, gdyby nie ta zaporowa cena!);
Dla żony otwieram piwo z Ciechanowa – bardzo jej smakuje jego miodowa nutka;
Sięgam do lodówki, napełniam kufel i delektuję się smakiem. Czego i wam życzę, dziś szczególnie, w ten świąteczny dzionek!

wtorek, 3 lipca 2012

Duch domowych przetworów


Czas szybko leci. Pisałem swego czasu o letnich, owocowych przetworach. O niewdzięcznej robocie, jaką jest zrywanie porzeczek, o tym, jak moi Chłopacy unikali tego zajęcia. Pisałem – zdaje się – niedawno, a tu już rok minął!
Rok minął i znowu czas przyszedł na domowe przetwórstwo. Pełnia pomidorowego sezonu jeszcze przed nami, więc suszarka do owoców czeka cierpliwie w szafie. Bazylia rośnie, żeby za jakiś czas trafić razem z pomidorkami do słoików. Tymczasem na straganikach czerwienią się truskawki, pierwsze wiśnie, czereśnie, pojawiły się maliny. Zachęcają, żeby coś z nich zrobić.
Za dżemy, konfitury, powidła i kompoty się nie zabieram. Nie jestem ich amatorem, nikt u nas zresztą nie jest. Nie na tyle, by tracić czas oraz surowce na produkcję tychże. Tak się jednak złożyło, że udało mi się nabyć dwa litry zacnej wody ognistej. Z prostego rachunku wyszło mi, że ona plus owoce, równa się nalewka.
Miło jest sobie w zimny zimowy, ale również chłodny jesienny wieczór usiąść z kieliszeczkiem przyjemnego trunku, którego smak tym bardziej jest satysfakcjonujący, gdy jest naszym własnym dziełem. Z tą myślą zabrałem się do pracy. Po raz pierwszy eksperymentuję w tym roku z włoskimi orzechami. Właśnie nadeszła pora idealna do ich zbierania, jeśli ma się zamiar uszlachetnić ich smakiem toporny alkohol. Zielone, miękkie jeszcze – na zewnątrz i w środku – orzechy, pokrojone w plastry trafiły do słoja. Nie same jednak. Żeby urozmaicić naturalnie gorzki, orzechowy smak, do słoja dorzucam laskę wanilii, kilka goździków, kawałem kory cynamonu oraz migdały. Wszystko to oczywiście zalewam odpowiednim płynem, czyli złagodzony do poziomu około 60% spirytusik. Po trzech dniach maceracji, orzechy zabarwiły płyn na żywy, zielony kolor. Za miesiąc zostaną usunięte ze słoja, a do płynu dołączy miód i odrobina rumu. Kilka miesięcy leżakowania i na zimę – jak znalazł.
Zacząłem jednak opowieść od wątku owocowego. Owoce też znajdują swoje zastosowanie. Nalewka z owoców wszelkich – niektórzy zwą ją tutti frutti – dziś właśnie zaczęła powstawać. Ten trunek ma to do siebie, że robi się go powoli, co jest dyktowane rytmem pojawiania się kolejnych owoców. Zacząć można już na wiosnę, gdy dojrzeją pierwsze truskawki. Owoce zasypuje się w słoju, lub innym naczyniu cukrem i zalewa alkoholem – tak, by je przykryć. Sukcesywnie dorzuca się kolejne owoce, gdy przychodzi na nie pora: porzeczki, maliny, poziomki, wiśnie, jeżyny, jagody, śliwki i w ogóle, co nam przyjdzie do głowy. Za każdym razem dodane do nastawu owoce posypuje się cukrem i przykrywa alkoholem. Uwierzcie lub nie, ale pijąc tą nalewkę, czy może, ze względu na słodycz – likier –  odkrywa się kolejne poziomy smaku. Jeśli się skoncentrować i wytężyć kubki smakowe, poczuć można smaki kolejnych owoców – poczuć je kolejno, jak nadchodzące jedna po drugiej fale. Bardzo przyjemne doznanie.
Puste balony do produkcji wina czekają na sezon wiśniowy. A być może któryś poczeka do jesieni, gdy dojrzeje głóg, bo lekko cierpkie, głogowe wino, to prawdziwy rarytas. Teraz zaś patrzę jak batalion szlachetnych drożdży pracuje na ryżu z dodatkiem rodzynek i cytryny, przyprawionym tymiankiem, miętą, gałką muszkatołową, cynamonem i zielem angielskim. Z całego tego dobra, zalanego cukrowym syropem, powstanie wyśmienity jasny wermut. Jest jeszcze jeden, tajny składnik – odpowiednia ziołowa zaprawa, bez której wermut nie był by wermutem. Do wódeczki, w której przez dobę moczył się suszony piołun (już usunięty, oddał wystarczająco dużo swojej gorzkiej esencji) dodaję anyż, koper włoski, miętę i kilka jeszcze innych specjałów. Po miesiącu powstały płyn można dodać do – jeszcze pracującego – ryżowego wina. Rezultat, po zakończonej fermentacji i klarowaniu, jest zaskakujący. Zaskakuje nadzwyczaj przyjemnie.
Wino, również, a może szczególnie to domowe, to zacny napój. Od wieków doceniany, mający swoich oddanych smakoszy. Oni mogliby zapytać: czy jest coś lepszego od wina? Są tacy, którzy powiedzą, że owszem.

Włoski mieszkańcze! Cóż twoje nektary?
Co twoje wina przed nektarem Rusi?
Wino jest z ziemi błotnistej i szarej,
Miód prosto z niebios spuszczony być musi...

Tak pisał szesnastowieczny polski poeta, Sebastian Fabian Klonowic. Miał sporo racji. O błotnistości i szarości ziemi rodzącej winną latorośl oczywiście można dyskutować, jak i o niebiańskim pochodzeniu pitnego miodu – choć to, bez wątpienia, metafora; poecie jednak wolno tak fantazjować. Że, jednak, miód jest napojem niezwykłym – z tym się zgadzam w zupełności.
Trzy lata temu nastawiłem swój pierwszy trójniak (czyli miód powstały z jednej części miodu na dwie wody). Przyprawiony korzeniami i chmielem był bardzo dobry już po roku. Bardzo jestem ciekaw zawartości butelek, które do tej pory leżakują w piwnicy – i trochę jeszcze będą. Kusi mnie, by i w tym roku poeksperymentować na polu miodosytnictwa. I może zaryzykować dwójniak, poczekać sześć lat i zobaczyć, jakie będą rezultaty?
Nie da się ukryć – owocowe (i nie tylko) przetwórstwo może mieć całkiem przyjemne oblicze.
Na zdrowie!

niedziela, 24 czerwca 2012

Zakupy łowiecko - zbierackie


Interpretując Biblię, pewni mądrzy ludzie obliczyli, że człowiek, jako gatunek, liczy sobie około dziesięciu tysięcy lat. Wcześniej nie było niczego, no może poza światłem i ciemnością, które oddzielił od siebie Bóg i poczuł, że to, co zrobił, było bardzo dobre. Jak wyglądały światłość i ciemność, kiedy jeszcze nie były oddzielone, nie wiadomo, ale pewne przesłanki wskazują, że mniej więcej tak, jak listopadowe wczesne popołudnie w Polsce.
Z tym poglądem nie zgadzają się inni mądrzy ludzi. Oni twierdzą, że ludzie żyli na ziemi dużo wcześniej. Już milion lat przed naszą erą polowali na dinozaury. To musiały być ciekawe czasy, kiedy kobiety w wyglądzie Raquel Welch paradowały w swoich skórzanych bikini.
Są też tacy, którzy uważają, że człowiek wyewoluował od małych żyjątek pływających w wulkanicznych jeziorkach. Na przestrzeni dziejów rozwijał się, przechodząc różne stadia, aż w końcu osiągnął formę, jakiej my dziś stanowimy przykład. Gdzieś po drodze tworzył i rozwijał różne formy działalności, które złożyły się na to, co się zwie kulturą. Co więcej, zwolennicy przedstawianego tu poglądu twierdzą, że modele zachowań, które wykształcili nasi przodkowie mieszkający w jaskiniach, zachowały się jakoś w naszym genotypie i mają wpływ na nasze dzisiejsze życie.
Czy to prawda? Nie wszyscy zgodzą się z tym poglądem twierdząc na przykład, że kształt naszego społecznego życia jest raczej pochodną kształtowanych przez wieki układów i zależności. Że patriarchalna tradycja określiła role kobiet i mężczyzn i że na przestrzeni dziejów różne instytucje wspierały niesprawiedliwy stan rzeczy; że nie ma on nic wspólnego z biologią, naturą, więc i genetycznym dziedzictwem. Gdyby się jednak bliżej przyjrzeć…
Dziś sporą część naszej aktywności stanowi – przyjmująca różne formy – konsumpcja. Praca, by zdobyć środki, wybór tego, co chcemy nabyć, w końcu – samo nabywanie. To, jak robimy zakupy, dowodzi być może, jak wiele odziedziczyliśmy po naszych włochatych przodkach.
Gdy ja wybieram się do sklepu, wiem zwykle po co. Nawet, jeśli nie wiem dokładnie, mam zawężony obszar zainteresowania. Oglądam określone rzeczy, wybieram tą, która najbardziej mi opowiada. Znam też teren, na który się wyprawiam: rozkład sklepów w centrach handlowych, układ półek i towarów na tych półkach w sklepach w najbliższej okolicy. Mam cel i opracowaną strategię na jego zdobycie. Tak samo mają moi koledzy.
Gdy z żoną wybieram się na zakupy, od razu rysuje się przede mną wizja skomplikowanej wyprawy. Nawet, jeśli wiadomo, co ma zostać kupione, piętrzą się problemy, komplikacje, wątpliwości. Ten sklep, czy inny? Wejdźmy najpierw tu, później tam, po drodze zajrzyjmy gdzieś jeszcze. Jeśli w pierwszym coś znajdziemy – odłożymy. Będziemy kontynuować poszukiwania i wybieranie. Porównamy potencjalne zdobycze. Nagle – mamy do wyboru kilka rzeczy znalezionych w różnych miejscach. Taki wybór! Ale skoro każda z nich jest interesująca, jednak różna od pozostałych, być może żadna nie jest idealna? Odkładamy decyzję, nie kupujemy nic. Czekamy na lepszą okazję. To cykl, który może ciągnąć się długo, bardzo długo, czasami bez końca.
Skąd te różnice w podejściu? A może właśnie z czasów, kiedy ludzie tworzący pierwotne społeczności mieszkali w jaskiniach? Jak wtedy wyglądało ich życie? Role we wspólnocie były podzielone, głównie ze względu na płeć. Mężczyźni zdobywali pożywienie, polowali. Kobiety pokarmy przygotowywały. Co się z tym wiązało? Łowcy musieli znać teren, po którym się poruszają. Wiedzieć, w jakiej części okolicy mogą spotkać zwierzynę, jakie są jej zwyczaje, gdzie podchodzi do wodopoju i tak dalej. Musieli też w czasie polowania podejmować nagłe decyzje. Działać szybko i zdecydowanie. Ich strategia musiała być przede wszystkim skuteczna – musieli wrócić do obozowiska z tym, po co się wyprawili.
Kobiety zaś zajmowały się tym, co dziś zwiemy domowymi pracami. Wyglądały one oczywiście inaczej, niż te współczesne. Kobiety musiały na przykład same troszczyć się o zdobycie ziół: i tych służących do preparowania posiłków i, przede wszystkim, leczniczych. Zdobywanie ziół wymagało zaś innych strategii niż te, które przyjmowali myśliwi. Wymagało rozwagi, spokoju, podejmowania decyzji przemyślanych. Czasem – długich poszukiwań, przeczesywania lasów i łąk w poszukiwaniu odpowiednich roślin. Wiązało się z odpowiedzialnością, bo obok roślin o korzystnym działaniu, rosły często zioła trujące. Pomyłka mogła mieć opłakane konsekwencje. Wyobraźmy sobie taką scenę: odziana w skóry kobieta podchodzi do kępki roślin. Dokładnie ogląda listki, pociera je w palcach, wącha. Odchodzi, zbliża się do innej kępki, gdzie powtarza czynności sprzed chwili. Obchodzi leśną polankę, co chwila gdzieś przystając, nachylając się nad tym czy innym krzaczkiem. Czasem wraca do roślinki, którą oglądała jakiś czas temu. Czasami coś zerwie, schowa i zabierze ze sobą. Czasami odchodzi z polanki z pustymi rękoma.
Z czymś nam się to kojarzy?
Zwolennicy teorii ewolucji twierdzą, że coś z zachowań dawnych ludzi mogło przetrwać – i objawia się w nas dzisiaj. Czy to prawda? Kiedy patrzę na „zbierackie” zakupy mojej żony i myślę, że lepiej było by szybko zapolować i wrócić, do jaskini… to jest – do domu…
Coś tu może jest na rzeczy.

czwartek, 21 czerwca 2012

Plusy i minusy, czyli jeszcze o telefonie


Na kolanie mam bliznę. Dziś słabo już ją wdać, bo to blizna po niewielkiej w sumie ranie. Skąd się wzięła? Otóż niedaleko mojego domu był tor motocrossowy. W pewnym momencie zamknięto go – znaleziono lepszą lokalizację. Stary tor stał się terenem moich zabaw. Jeździłem na niego rowerem i urządzałem sobie rajdy. Wspinałem się na najwyższe wzniesienie. Przede mną rozpościerała się droga w dół, bardzo stroma. W połowie jej długości nachylenie nasypu stawało się łagodniejsze, by za chwilę znowu się załamać, tworząc zjazd jeszcze bardziej stromy. Na szczycie wsiadałem na rower, rozpędzałem się, jechałem w dół, nagle – wyrzucało mnie w górę. Leciałem dobrych kilka metrów, lądowałem znowu na ścieżce i coraz szybciej prułem ma sam dół. Kiedyś lądowanie nie wyszło. Rower przewrócił się a ja kolanem zahaczyłem o mocowanie kierownicy. Stąd blizna.
Była to zabawa niebezpieczna, ale chyba nie ekstremalnie groźna – ot, rozrywka, której lubią się oddawać chłopcy. Nie pamiętam, czy mówiłem rodzicom, że chodzę na tor, chyba nie. Wychodziłem po prostu pojeździć na rowerze. Rodzice nie wiedzieli może, gdzie jestem i co dokładnie robię, ale też nie martwili się o mnie przesadnie.
Co by jednak było, gdybym w tamtych czasach miał w kieszeni telefon komórkowy? Może miałbym więcej blizn – niespodziewany dźwięk dzwonka w czasie karkołomniej jazdy w dół mógłby spowodować zachwianie równowagi. Może nie miał bym żadnej blizny, bo gdybym kiedyś odebrał telefon od rodziców i wygadał się, gdzie jestem i czym się zajmuję, otrzymał bym zakaz dalszych zabaw na torze. Ominęło by mnie mnóstwo frajdy, miał bym dziś mniej fajnych wspomnień z dzieciństwa.
Pisałem ostatnio o telefonach komórkowych. O tym, jak ważną częścią naszego codziennego życia się stały. Posiadanie komórki ma swoje niewątpliwe plusy, możemy tu jednak zacytować klasyka, w postaci Stanisława Barei i przypomnieć słowa z Misia: pamiętajmy, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów.
Lekarz szybko przybędzie dzięki telefonowi Bella. Telefon Bella umożliwia natychmiastowy alarm. Telefon Bella strzeże domu nocą i dniem. Takie hasła towarzyszyły reklamowym ilustracjom zachęcającym do nabywania pierwszych telefonów, które stały się dostępne dla ogółu społeczeństwa. Stała możliwość kontaktu niewątpliwie może się kojarzyć z większym bezpieczeństwem. Czy jednak życie bez komórek było aż tak znacząco groźniejsze?
Cały problem z telefonami komórkowymi i naszym do nich stosunkiem wynika z faktu, że telefon nie tylko nam daje możliwość kontaktowania się z kim chcemy, ale też innym pozwala dzwonić do nas, kiedy tylko przyjdzie im na to ochota. Nosząc więc telefon w kieszeni czy torebce nie tyle sobie dajemy możliwość większej kontroli nad sytuacjami, które nam się przytrafiają, ale i sami znajdujemy się pod stałą kontrolą.
Zjawiska związane z pojawieniem się telefonów komórkowych w naszym życiu analizuje Paul Levinson (Telefon komórkowy. Jak zmienił świat najbardziej mobilny ze środków komunikacji). Pisze między innymi o tym, że telefon stał się przenośnym ogniskiem domowym – środkiem, który pozwala na ciągły kontakt z bliskimi. Ta sytuacja ma swoje dobre strony, nie jest jednak jednoznaczna. Odniosę się raz jeszcze do mojej opowieści o przygodach na torze motocrossowym. Dzięki komórce nie tylko rodzice mogą zadzwonić do ciebie, ale i ty do nich. Pod pewnymi względami jest to gorsze, ponieważ obarcza cię obowiązkiem. Telefon komórkowy pozbawia cię wymówek, do jakich się uciekałeś, kiedy nie zadzwoniłeś do domu o umówionej porze. Jeśli z jakiegoś powodu tego nie zrobiłeś, rodzice mogą się zawsze z tobą skontaktować – pisze Levinson. Nie wiem, jak tą sprawę widzi dzisiejsza młodzież, która świata bez komórek po prostu nie zna. Ja natomiast w dzieciństwie cieszyłem się pewną wolnością i wizja stałej rodzicielskiej kontroli wcale nie wydaje mi się taka różowa.
Podobnie, jak sytuacja, w której telefon może zadzwonić w każdej chwili.
Marschal McLuchan – znowu wracamy do pracy Levinsona – zauważył, że samochód to ostatnie miejsce, w którym mieszkaniec Ameryki Północnej może być sam. Mówiąc to, miał na myśli nie tylko kierowcę prowadzącego samochód bez pasażerów, ale i coś istotniejszego, mianowicie fakt, że od stu lat dzwonki telefonów zakłócały spokój domowy. Dziś również w samochodzie nie możemy być sami w tym sensie, o który chodziło McLuchanowi. Komórka może zadzwonić zawsze, również, gdy prowadzimy auto – i często się to zdarza.
Kiedyś, by pobyć przez chwilę samemu, mogliśmy wyjść z domu, o ile byli w nim inni domownicy, lub się w domu zamknąć, jeśli mieszkaliśmy sami. Dziś możemy, w podobnej sytuacji, wyłączyć telefon lub go nie odbierać, ale to już nie to samo. Do ciągłej możliwości kontaktu wszyscy są tak przyzwyczajeni, że gdy tego kontaktu nagle braknie, traktują sytuację jako podejrzaną: a może coś się stało? dlaczego nie odbiera?
Innym aspektem tego problemu jest fakt, że nam też czasami trudno jest na dzwoniący – nawet w nieodpowiednim z jakiegoś powodu momencie – telefon nie zareagować. Problem z uchylaniem się od rozmowy w danym momencie polega na tym, że taka odmowa kontaktu wydaje się nieuprzejma, stwierdza Levinson. Każdy z nas może się zastanowić nad tym, jaką ma zdolność do lekceważenia dzwoniącego telefonu, po której próbie dodzwonienia się, podejmowanej przez kogoś, w końcu ulega.
Rozważyć można jeszcze zagadnienia związane z kulturą osobistą: w kinie rozmawiać przez telefon nie wypada, większość już zaakceptowała ten fakt, ale na przykład w sklepowej kolejce do kasy? Ja nie odbieram telefonu dzwoniącego, gdy stoję przy kasie w sklepie, wydaje mi się to niegrzecznym w stosunku do obsługującej mnie osoby. Moje podejście to tego tematu nie jest jednak normą.
Rozważyć można pewnie jeszcze wiele innych kwestii, wniosek nasuwa się jednak jeden: telefon komórkowy zmienił nasze życie.
Czy na lepsze? Pewnie tak, ale pamiętajmy, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów.

wtorek, 19 czerwca 2012

Dwadzieścia lat minęło, czyli kilka słów o pewnym wynalazku


Dwadzieścia lat temu w Polsce zaczęła działać pierwsza sieć telefonii komórkowej. Nieliczni wybrańcy mogli zacząć korzystać z warzących ponad kilogram aparatów, zapłaciwszy za nie wcześniej czterdzieści milionów (starych) złotych z kawałkiem.
Dwadzieścia lat temu nie miałem jeszcze pojęcia, co to jest telefon komórkowy. Pierwszy raz miałem z nim kontakt w 1998 czy 1999 roku, kiedy pierwsze (dwa, może trzy) aparaty pojawiły się w moim liceum. Do kogo ze szkolnych korytarzy dzwonili w tamtych czasach, tak namiętnie i intensywnie,  ich posiadacze, do dziś pozostaje dla mnie zagadką.
Ja pierwszy telefon nabyłem chyba w 2004 roku. Długo się przed tym krokiem wstrzymywałem. Wszyscy moi znajomi komunikowali się już wtedy przy pomocy swoich komórek, a mi dobrze się żyło bez tej zdobyczy techniki. W końcu jednak uległem – nie pamiętam już, jaki był ostatecznym, decydujący argument, który mnie przekonał. Śmieszny i prymitywny, z dzisiejszej perspektywy patrząc, duży, obły telefon marki Trium zagościł w moim życiu.
Nie wiem, ile czasu trwało, zanim zdałem sobie sprawę, że życie bez telefonu, który można mieć zawsze przy sobie, byłoby trudniejsze, bardziej skomplikowane; że posiadanie komórki jednak wiele spraw w znaczący sposób ułatwia. Myślę, że nie był to długi czas. Mój sposób myślenia o telefonie szybko ewoluował. Pierwszy aparat, który nabyłem, był prostym urządzeniem. Gdy go kupowałem, istniały już polifoniczne dzwonki i kolorowe wyświetlacze, ale – myślałem sobie – mój telefon ma służyć do dzwonienia, ewentualnie do wysyłania sms-ów. Nie musi być gadżetem świadczącym o statusie, o moim zaangażowaniu w technologiczną rewolucję, która się dookoła mnie rozgrywała. Drugi aparat – LG – miał już kolorowy wyświetlacz i dzwonki polifoniczne, standardem zaczęły być już wtedy jednak telefony z aparatem fotograficznym, możliwością odtwarzania plików MP3 i innymi funkcjami. Czasami żałowałem, że posługuję się czymś, co stanowi już, albo niedługo zacznie stanowić relikt.
Kiedy podpisywałem umowę przechodząc z systemu „na kartę” na system abonamentowy, wybrałem już sobie telefon na czasie. Miał wszystko, co mieć powinien. Kolejne modele, które dostawałem co dwa lata z okazji przedłużania umowy, były nowszymi wersjami tego właśnie – byłem wierny marce. Przy ostatniej wymianie markę zmieniłem, ale nadal stawiałem na funkcjonalność i brak przesady, jeżeli chodzi o tak zwane bajery. Niedawno zacząłem się jednak zastanawiać, czy nie popełniłem błędu. Kiedy patrzyłem na las smartfonów, wyrastających z tłumu podczas koncertu i kiedy oglądałem w sieci filmy podobnymi aparatami nagrane, pomyślałem, że trzeba było być może iść z duchem czasu. Pożałowałem, jednym słowem, że nie posiadam modnego gadżetu – w tylu sytuacjach mógłby się przydać. Pożałowałem takiej rzeczy pierwszy chyba raz w życiu.
Kolejny krok na drodze ewolucji mojego podejścia do telefonii komórkowej.
Ten techniczny aspekt jest jednak tylko jednym, z dotyczących roli telefonu komórkowego w naszym życiu. Drugim, równie ważnym, a może nawet istotniejszym, jest aspekt społeczny, komunikacyjny – związany z pierwotną funkcją telefonu, z porozumiewaniem się z innymi ludźmi.
Co możliwość nawiązania rozmowy z każdym, w każdej chwili zmieniła w naszym życiu? Na pewno to, że mamy świadomość, że możemy w każdej chwili skomunikować się z każdym, przyzwyczailiśmy się do tego. Co za tym idzie – kiedy nagle taką możliwość tracimy, czujemy dyskomfort. Jest to silniejsze od nas. Obserwowałem niedawno – wspominam o tym, bo to przykład znamienny – reakcję mojej żony, której przydarzyła się awaria telefonu. Wyjechaliśmy akurat na kilka dni i przez ten czas nie mieliśmy możliwości rozwiązania problemu. Pierwszą reakcją żony był stres, który i mnie, przyznać muszę, się udzielił. Była to reakcja irracjonalna, bo przecież planowaliśmy przez kilka dni być razem, ja telefon zaś miałem sprawny a w nim zapisane wszystkie ważne numery, pod które ewentualnie chciałaby zadzwonić żona; każdy, kto chciałby dodzwonić się do niej, mógł dzwonić na mój numer, teoretycznie nie było więc problemu. Żona jednak nagle została pozbawiona telefonu i w pierwszym odruchu bardzo to przeżyła.
Dlaczego posiadanie telefonu i co za tym idzie – możliwość pozostawania w kontakcie z bliskimi (i dalszymi) jest dla nas tak ważne? Czy chodzi o wygodę? Poczucie bezpieczeństwa? Poczucie, że się ma kontrolę? A jeśli tak, to nad czym – nad sytuacją, z którą łatwiej sobie radzić, gdy zawsze pod ręką jest ktoś, kto doradzi, czy nad osobami, które, gdy też posiadają telefon, są zawsze dostępne i w zasięgu, więc i pod nadzorem?
Temat to szeroki i ciekawy.
Może więc będziemy kontynuować?