poniedziałek, 14 maja 2012

Czytanie to czynność fizjologiczna


Zaproszony do zabawy przez Bosego Antka, dałem się skusić, choć raczej nie ulegam tego typu zaproszeniom. Wywnętrzać wolę się w granicach, które sam sobie wyznaczam – czas na odpowiadanie na osobiste pytania zadawane seriami przyjdzie, gdy już będę sławny i bogaty, póki co mogę sobie odpuścić wywiady, co zwykle właśnie czynię. Tym razem jednak dałem się skusić, bo temat ciekawy i bardzo mi bliski: książki i czytanie książek, oraz różne książkowe nawyki, wspomnienia i sympatie.
Choć na pytania będę odpowiadał, szczerze i wyczerpująco, postanowiłem mieć jednak ostatnie słowo i trzymać się formy, którą sam wybrałem. Zamiast więc wyliczanki, zapraszam do przeczytania tekstu. Jakoś łatwiej mi klecić okrągłe zdania – zainteresowani będą musieli przebrnąć przez tych kilka akapitów. Zapraszam.
O jakiej porze dnia czytam najchętniej? – tego dotyczy pierwsze pytanie. O każdej. W moim przypadku sprawa rozbija się nie o kwestię chęci, lecz możliwości. Nauczyłem się czytać i skupiać na tym, co czytam w różnych okolicznościach i teraz z tej umiejętności korzystam. Czytam więc, kiedy moi Chłopcy przez chwilę zajmą się sobą i mam na lekturę kilka minut – zawsze trochę się w lekturze przez tą chwilę posunę. Czytam wieczorem, w łóżku, dopóki nie zdam sobie sprawy, że już nie bardzo rejestruję, o co chodzi, albo póki sobie nie uświadomię, że moje ostatnie mrugnięcie powiekami trwało kilka minut. Czasem – tu nadchodzi moment szczerości – zdarza mi się zajrzeć do książki w pracy, szczególnie gdy dyżur mam popołudniowy, gdy nic się nie dzieje a ja nie mam akurat niczego sensownego do zrobienia.
Na pytanie o to, gdzie czytam, już częściowo odpowiedziałem. W domu – chyba jednak najwięcej. A najbardziej lubię przed domem, gdy grzeje wiosenne czy letnie słońce, gdy mogę się rozsiąść z książką wygodnie i gdy mnie nic nie rozprasza.
Jaki rodzaj książek najchętniej czytam? – ostatnio są to zdecydowanie książki tak zwane „łatwe, lekkie i przyjemne”, bo jednak zwykle lekturze oddaję się w międzyczasie. Gdy Chłopaki biegają gdzieś i robią nie wiadomo co, gdy się obiad akurat gotuje albo gdy się już po prostu chce spać, trudno się skupić na czymś śmiertelnie poważnym. Nie czytam więc ostatnio rzeczy poważnych, za to „śmiertelne” i owszem – jakoś mnie ostatnimi czasy ciągnie do kryminałów.
I właśnie kryminał ostatnio kupiłem – tu odpowiadam na kolejne pytanie. Najnowszą powieść Marka Krajewskiego, Rzeki Hadesu. Kupiłem, nawet w przedsprzedaży, bo nie mogłem się doczekać i chyba w tym miejscu przekombinowałem. Zamiast długo wyczekiwane przygody komisarza Popielskiego poznać szybciej, ciągle ich nie poznałem, bo przesyłka nie dotarła. Przed chwilą dosłownie się o nią upomniałem. Mam nadzieję, że będzie jakiś skutek, najlepiej w postaci listonosza z paczką pukającego do drzwi.
A ostatnio, to czytałem też kryminał, w mistrzowskim wykonaniu Borysa Akunina – Lekturę nadobowiązkową, drugą część serii o przygodach magistra. Polecam, Akunin naprawdę świetnie pisze.
Za to obecnie, dla odmiany, książka, która kryminałem klasycznym nie jest, choć śledztwo się w niej toczy. Jest to jednak śledztwo w wyjątkowych okolicznościach, bo w czasie przeprowadzonej przez Niemców w 1944 roku ofensywy w Ardenach. Wątki historyczne mieszają się tu z fikcyjnymi, całość jest pasjonująca, bo opowiada o tajnej operacji zaplanowanej przez Hitlera. Około 150 komandosów, specjalnie przeszkolonych, mówiących po angielsku i przebranych w amerykańskie mundury przenika na terytorium zajmowane przez aliantów, by wprowadzić wśród nich jak największy zamęt przed planowanym atakiem głównych sił. Część z nich ma do wykonanie dodatkowe zadanie – osiągnięcie tytułowego Drugiego celu. Ciekawostką jest to, że autorem książki jest Mark Frost, partner Davida Lyncha przy tworzeniu Miasteczka Twin Peaks.
Używam zakładek, nie zaginam rogów – odpowiadam na kolejne pytanie. Za to namiętnie podkreślam, zakreślam i smaruję po marginesach. Nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie wrócić do jakiegoś fragmentu.
Z określeniem ulubionej książki z dzieciństwa mam problem. Kiedy nie byłem jeszcze dostatecznie biegły w czytaniu, rodzice czytali mi głośno opowieści o Winnetou i Tomku Wilkowskim. Sam zaczytywałem się później w przygodowej serii, której autora nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Rzecz nosiła tytuł Ucieczka z Wyspy Przeklętej. Polubiłem też Piotrusia Pana i ciągle ma do niego sentyment.
A wskazanie najbardziej cenionej postaci literackiej, to już w ogóle karkołomne zadanie. Piotruś, który nie chciał dorosnąć, Yossarian z Paragrafu 22, który był najnormalniejszym szaleńcem wśród ogólnego szaleństwa wojny, Kilgore Trout, który zgryźliwie obserwował i opisywał nasz dalece niedoskonały świat, genialny Sherlock Holmes, niczym mu nie ustępujący Erast Fandorin – wielu książkowych bohaterów polubiłem i dawniej i ostatnio, trudno wskazać tego najważniejszego.
Tyle, jeśli chodzi o moją fizjologiczną czynność, jaką chyba faktycznie jest czytania. A że powinienem zaprosić do zabawy kolejną osobę, z premedytacją zwracam się do Patki, może coś znowu dla nas napisze…

czwartek, 10 maja 2012

Przemyślenia poweekendowe, czyli dlaczego nie jestem stoikiem


Długi weekend skończył się już jakiś czas temu, prawie dał o sobie zapomnieć. Prawie, ale nie tak do końca.
Niby nic, kilka dni wolnych. Mimo, że poprzerywanych, bo między tymi świątecznymi znalazły się jednak i zwykłe, robocze, to i tak dających miły oddech. Dających miłą możliwość nicnierobienia.
Kiedy okoliczności wymuszają na nas konieczność ciągłego pędzenia, ciągłego robienia czegoś, zajmowania się tysiącem różnych spraw i myślenia o kolejnym tysiącu, osiągnięcie momentu, kiedy można nic nie robić i nie myśleć o tym, co będzie trzeba zrobić później, jest prawdziwym luksusem.
Na trawniku zaległ kocyk a na nim zaległem ja. Z książką. Wokoło biegali Chłopaki uzbrojeni w pistolety na wodę. Uczyli się wspinać na drzewa, jedyne co musiałem, to zdjąć ich od czasu do czasu z gałęzi, bo widocznie naukę schodzenia postanowili odłożyć na później.
Jakoś tak w okolicach weekendu majowego przeczytałem tekst o tym, jak to za dużo pracujemy i właściwie po co. Że System wymusza na nas pogoń za pracą, pieniędzmi, wspinaczkę po szczeblach kariery, którą uprawia się tylko po to, by jeszcze szybciej gonić i starać się jeszcze wyżej wspiąć. A gdyby tak nie pracować? Pracować mniej przynajmniej, nie gonić tak ślepo i szaleńczo? Gdyby dać sobie prawo do lenistwa i gdyby, co więcej – zrobiła tak większość? – takie pytania stawiał autor. Malował jakiś utopijny obraz, który mimo swej naturalnej utopijności bardzo mi przypadł do gustu. Zaczęła działać wyobraźnia, pojawiły się obrazy trawki, kocyka na trawce i dzieciaków, które mogą włazić na drzewa dowoli, bo mi nic nie przeszkadza zdejmować ich z gałęzi, gdy zajdzie taka potrzeba.
Obraz piękny i kuszący, ale jednak odległy, nie wiadomo, czy w ogóle możliwy do urzeczywistnienia. Dlaczego piękny? Czym tak kusi? Spokojem.
Coś jednak ten spokój burzy. Bo jest niby miło na kocyku leżeć i nic nie robić, tylko czytać i unikać strumieni wody z plastikowych pistoletów, ale mam świadomość, że nie tylko ja tak leżę, ale gdzieś tam leży też robota, która prędzej czy później wezwie, by ją nadrobić.
Wracam więc znowu do tekstu o miłym ograniczaniu zawodowej aktywności. Możliwe to? Coś mi się wydaje, że nie bardzo. Spokój ma dziś niestety to do siebie, że za coś go trzeba kupić.
Nie lubię mieć zbyt wielu spraw na głowie, a zwykle, niestety, mam. Od poważnych po najbłahsze, przy czym te błahe zyskują dziwnie na ważności, gdy się znajdą w towarzystwie tych ważnych – rosną w siłę, którą im daje ilość. A z ilością, wiadomo jak jest. Już Starożytni zauważyli, że nec Hercules contra plures. I tak głupia świadomość, że przecież jeszcze muszę posprzątać, zrobić zakupy czy coś jeszcze innego, małego i przyziemnego, wprawia mnie codziennie w nerwowość. Bo gdy te przyziemne sprawy muszę załatwiać, wciskając je w plan dnia między obowiązki ważne i angażujące, to zaczynają ciążyć nie mniej, niż te drugie. Stoicki spokój, który taką jest miłą w teorii postawą, i który z chęcią bym przyjął jako postawę własną, nie ma szans przebicia.
Koło się zamyka. Mógłbym zostać stoikiem, gdybym mógł sobie na to pozwolić. Mógłbym sobie na to pozwolić, gdybym miał więcej środków, było nie było, finansowych. Ale żeby je mieć, muszę, niestety, więcej czasu poświęcać nie przyjemnościom bynajmniej, a przeróżnym obowiązkom. Natłok zaś obowiązków spokój mi odbiera.
A tak przyjemnie byłoby zostać stoikiem. Czuję, że mam w sobie wielki potencjał,  całe pokłady stoicyzmu. Niestety – mój (potencjalny) stoicyzm jest zdecydowanie niedofinansowany. 

piątek, 4 maja 2012

Marynara i fryzura, czyli matura, matura


Mam nadzieję, że będzie Wesele, bo przeczytałem, jak niewiele innych rzeczy. I w ogóle było fajne i mieliśmy dobrze omówione. Takie nadzieje towarzyszą dzisiejszym maturzystom. Wielu z nich spodziewa się też zadań związanych z literaturą współczesną. Może Dżuma, może coś z literatury wojennej… Chociaż to akurat może być za trudne jak na podstawę. Może na rozszerzeniu?
Słucham przez radio przytaczanych wypowiedzi młodych ludzi, którzy za chwilę mają wejść na salę egzaminacyjną. Słucham i… nie powiem, że uszom nie wierzę, bo wierzę, choć słowa „nie do wiary” na myśl mi się nasuwają. No bo jak to możliwe, że maturzysta z uśmiechem na ustach, który to uśmiech nawet przez radio słychać mówi, że poza Weselem to niewiele przeczytał, do tego mówi to tuż przed przystąpieniem do egzaminu? Jak to możliwe, żeby bać się tematów dotyczących literatury wojennej? Przecież to temat rzeka: tylu autorów, tyle wątków, do tego literatura, którą się czyta dość przyjemnie, mimo nieprzyjemnej tematyki. Żadnych archaizmów, hagiograficznych niedorzeczności, żadnych romantycznych rojeń ani pozytywistycznych dylematów ujętych w rozwlekłych tomiszczach. Dla młodzieży to jednak za trudne.
Jak powiedział ostatnio mój Tytus na widok robaka: to chyba jest jakiś koszmar!
Może jednak nie powinniśmy dziwić się maturzystom? Może raczej powinno nam być ich żal? Przecież są – ze swoją ignorancją, nie oczytaniem, brakiem wiedzy, lekceważącym stosunkiem do słowa pisanego – produktem systemu, który gdzieś, kiedyś strasznie się pogubił, popsuł, zamienił w karykaturę tego, czym powinien być.
Zaglądam czasem do testów oddawanych przez zdających egzamin gimnazjalny uczniów (taki przywilej członka egzaminacyjnej komisji). Zaglądam do tych ich rozprawek  (rozprawka, to forma wypowiedzi pisemnej, którą najbardziej upodobali sobie twórcy testów). Przeciętna praca mieści się na trzech czwartych strony, składa się ze zdań, których ilość można pokazać na palcach. W mojej pracy postaram się udowodnić, że… - standardowy początek, powtarzany przez piszących jak mantra przez buddyjskich mnichów. Przede wszystkim jest tak, dlatego, że – to już rozwinięcie pracy. Podobnych, jednozdaniowych argumentów pada jeszcze jeden, dwa lub trzy. Mam nadzieję, że w mojej pracy udowodniłem… - mamy i zakończenie. I tyle. Praca pisemna, wyczerpująca wypowiedź na temat, finis coronat opus, arkusz testowy można oddać.
Gimnazjaliści zdają oczywiście swoje egzaminy i dostają się do liceów. Tam rozwijają się pewnie troszeczkę, ale to tylko wtedy, jeśli najdzie ich refleksja, że czegoś nauczyć się warto, coś warto wiedzieć i potrafić. Ilu jest takich refleksyjnych i pracowitych licealistów? Nie podejrzewam, żeby była to większa część ogółu.
Niepiśmienni gimnazjaliści docierają jakoś do końca trzeciej klasy a nieoczytani licealiści do egzaminu maturalnego. Wiadomo, że muszą dotrzeć, bo gdyby tak robić odpowiednią selekcję, połowa klas stała by się w trakcie cyklu nauki za mało liczebna, by przetrwać. Do tego jak bardzo ucierpiałby wizerunek szkół, gdyby nagle oficjalne wyniki zaczęły odzwierciedlać rzeczywistość. Wszystko zaś rozbija się o finanse: klasy nie mogą się rozpadać, bo to by groziło redukcją nauczycielskich etatów. Wizerunek szkół nie może się pogarszać, bo szkoły walczą o uczniów. Rejonizacja rejonizacją, a wolny rynek wolnym rynkiem, wiadomo, co wygrywa. Do dobrej, a właściwie „dobrej” szkoły przyjdą dzieciaki z rejonu a i z tych części miasta, w których szkoły rejonowe cieszą się gorszą opinią. Za tym idzie większa liczba klas, więcej pieniążków. Jeśli o szkoły średnie chodzi, mamy do czynienia tylko z prawami rynku i konkurencji, bo ich rejonizacja nie dotyczy. Licea poszerzają więc i uatrakcyjniają swoją ofertę, tworząc profilowane klasy, które tym różnią się od zwykłych, że uczniom dorzuca się w tygodniu godzinę czy dwie zajęć z danego przedmiotu. Niewiele z tego wynika, poza tym może, że przyszli absolwenci mają nadzieję, że zwiększono im szansę zdania matury i dostania się na wybrany kierunek studiów.
Za to przed maturą mają przeczytane Wesele i może coś tam jeszcze, za to w ogóle nie wiedzą, o co chodziło w Dżumie, o Innym świecie nie wspominając. Takie to przecież trudne. To chyba jest jakiś koszmar.

piątek, 27 kwietnia 2012

Od czego inne są brokuły, czyli co warto wiedzieć


Zupełnie nieoczekiwanie poczułem sympatię do Dody. Tak, do pani Doroty Rabczewskiej, IQ, jak wieść niesie, 156, byłej dziewczyny Nergala i gwiazdy Big Brothera. Przeczytałem wywiad, który ukazał się w Polityce. Z Dodą rozmawiał Jacek Żakowski, a ja przy lekturze ubawiłem się setnie, ale też i zastanowiłem.
A brokułek jest inny niż co? – kolejnym skomplikowanym pytaniem zażył mnie Gucio. Może jednak nie aż tak skomplikowanym – trzeba tylko wyłapać subtelności rozumowania dziecka – ale to okazało się poźniej. Brokułek jest inny niż… wszystko – mówię, bo tak mi rozum podpowiada. Brokułek wygląda jak brokułek, a wszystko inne wygląda inaczej. Marchewka też wygląda inaczej, niż na przykład seler – kończę przykładem, bo nie wiem, czy jasno się wyraziłem. Nie – okazuje się, ze coś pokręciłem – brokułek jest inny niż kalafior. A, już rozumiem. Brokuła z kalafiorem można porównać, są do siebie podobne. Ale przecież są też inne. O to więc chodziło! Są takie same duże – dalej tłumaczy Guć. A sól pasuje do cukru – tu się już tworzy grubsza teoria. Podział rzeczy, których różnice uwidaczniają się dzięki podobieństwom. Dzieci, to jednak mają umysły, pozazdrościć.
Dzieci chcą wszystko wiedzieć. Dlaczego Kubuś Puchatek ma takie same kwiatki, jak pani sąsiadka? Nie wiem, prawe mówiąc nic o kwiatkach Kubusia Puchatka, więc dopytuję: Ale jakie kwiatki? W bajce widziałeś? Gucio się marszczy: Jak to w bajce? Zastanawia się chwilę. Aha, pomyliłem się. Dlaczego Kubuś ma takie same kwiatki, jak pani sąsiadka. A ja powiedziałem Kubuś Puchatek. Wszystko jasne. Kubuś, to chłopiec mieszkający dwa domy dalej. I faktycznie, na jego trawniku rosną takie same kwiaty, jak na działce, z którą i my i Kubuś sąsiadujemy. Chodziło o tego Kubusia, nie o kumpla Prosiaczka. No i dlaczego on ma te kwiatki?
Dzieci chcą wszystko wiedzieć, wszystko je interesuje, o wszystko się dopytują i ciągle o czymś myślą, wysnuwając swoje bardziej lub mniej zaskakujące wnioski. Na temat brokułków, kwiatków, samolotów, dźwigów na budowie, szczoteczki do zębów mamy i tak dalej. Z wiekiem nam to często przechodzi, ta totalna ciekawość i chęc dociekania. Przechodzi, albo się kierunkuje, nie interesuje nas już wszystko, tylko niektóre rzeczy. Wiemy już, że wszystkiego i tak się nie dowiemy.
I tu wracamy do Dody. Doda nie czyta gazet. Rzadko ogląda telewizję, a programy informacyjne, to już w ogóle najrzadziej. Nie ma potrzeby rozumienia, jak się kręci świat. Świat się kręci wokół mnie. Nie ja wokół świata – tyle Doda wie i tyle jej wystarcza. Pan Żakowski chyba nie do końca rozumie taką postawę. Dopytuje o ciekawość i potrzeby jej zaspokajania, mówi o przeróżnych pozytywach posiadania wiedzy o świecie. A Doda rzuca własne argumenty, rozmowa przypomina chwilami szermierski pojedynek, gdzie ciosy są celnie wymierzone, ale i z wprawą parowane. Niektórzy chcą rozumieć świat – tłumaczy Żakowski. Po co? – pytanie i proste i trudne. Niektórzy mają takie potrzeby. Teraz cios zadaje Doda, cios celny: I rozumieją? – pyta.
Pewnie nie rozumieją, bo na świecie zawsze będą rzeczy, o których nawet filozofom się nie śniło. Można starać się zrozumieć, pochłaniać informacje, analizować fakty. Pytanie tylko, jaki z tego pożytek.
Nie, nie chwalę tu ignorancji. Cenię ludzi, którzy wiedzą i rozumieją wiele. Coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że o pewnych rzeczach wiedzieć nie muszę i że niczego mi od tej niewiedzy nie ubędzie. Tu się spotykam z Dodą. Po co mi wiedza o polityce? Polityka i tak kręci się sama, mit demokracji nie przekona mnie do tego, że mam jakiś wpływ. Po kolejnych wyborach zmienią się panie i panowie na stanowiskach i niewiele więcej się zmieni, przynajmniej nie dla mnie. A jeśli nawet zmiany nastąpią, to będą wynikiem działania jakichś tajemniczych, globalnych układów sił, a nie moich wyborów. Mógłbym śledzić ekonomiczne ewolucje i rewolucje zachodzące na świecie, rozszyfrowywać mechanizmy, które rządzą światem wielkiej finansjery. Tyle tylko, że pewnie w końcu doszedłbym do przekonania, że mechanizmy te są na tyle złożone, rozległe i skomplikowane, że ja nijak nie dam rady wpasować się w nie na tyle, by odnieść z tego wpasowania jakieś korzyści. O wszystkim zdecydują politycy kierujący mocarstwami, szejkowie handlujący ropą, korporacje opracowujące nowe technologie. Mógłbym myśleć o tym, że Hiszpania padnie, euro się rozpadnie i co będzie ze światem, jak to robi pan Żakowski, ale miałbym z tego myślenia tylko niepotrzebny stres i zmartwienie. Finanse Hiszpanii i kondycja euro raczej nie zależą od tego, co zrobi moja skromna osoba.
Nie chwalę tu ignorancji, nie pochwalam bezmyślności, ale myślę, że to istotne, czym zaprzątamy sobie głowę. Zaprzątać ją sobie zbyt wielką ilością spraw nie jest chyba zdrowo.
Aktualnie się cieszę, że wiem w końcu, od czego jest inny brokułek. I dlaczego akurat od kalafiora. A dzieciom w dalszym ciągu zazdroszczę umysłu. Ciekawości i tego, co robią ze zdobytą wiedzą. Bo w sumie ważniejsze chyba od tego, co wiemy, jest to, w jak otwarty sposób potrafimy myśleć i jak kombinować, oraz co z tego kombinowania ciekawego wyciągnąć. 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Dzień jak co dzień


A gdyby tak [...] jakiś demon [...] rzekł ci: "Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy; i nie będzie w nim nic nowego, tylko każdy ból i każda rozkosz i każda myśl i każde westchnienie i wszystko niewymownie małe i wielkie twego życia wrócić ci musi, i wszystko w tym samym porządku i następstwie…
Fryderyk Nietzsche, Wiedza radosna


Budzę się rano. Pierwsza myśl: co teraz muszę zrobić? Zaraz, zaraz, jaki to dzień dziś mamy? Poniedziałek. No tak. Czyli muszę wstać. Zaraz, za chwilkę…
Rozpoczyna się kolejny dzień. Jak co rano muszę ogarnąć Chłopaków, siebie doprowadzić do porządku, uporządkować kuchnię, bo wieczorem zabrakło już na to siły i ochoty, więc brudne talerze piętrzą się, psując obraz. Prysznic, pytanie: w co się ubrać?, które dotyczy widać nie tylko kobiet. Choć może w naszym przypadku ma inny sens: czego nie muszę prasować? I już mogę wychodzić do pracy. Kawki nie zdążyłem przygotować, trudno. Chłopaki witają się z opiekunką, ja też. Cześć, cześć, zupka na kuchence, makaron w szufladzie. Gucio, jeszcze ci rowerek wystawię… Wystawiam i już mnie nie ma.
Godziny w pracy mijają jak zwykle. Tu coś załatwić, tu zadzwonić, pismo napisać, wydrukować na jedynej sprawnej, dostępnej drukarce, która ostała się w sekretariacie. Wysłać. Pogadać z tym i owym, coś sprawdzić, zadzwonić, zapisać… W końcu można się zbierać.
Po drodze zakupy. Kolejne trudne pytanie: co na obiad? Kiedy trzeba codziennie, albo co drugi dzień coś wymyślać, pomysły w końcu się wyczerpują. Wracam do domu, witam Chłopaków, czymś tam ich zajmuję, zabieram się za gotowanie. Żona przychodzi po jakimś czasie, jemy. Co dziś w pracy? Co nowego? Nic nowego. Minęła szesnasta, Chłopaków ciągle rozpiera energia. Skąd oni ją czerpią? W końcu przychodzi pora na mycie i kolację. Oczywiście pora dla Chłopaków. Oglądamy wspólnie bajkę – wieczorny rytuał. Idą spać. Można by odsapnąć, gdyby nie było jeszcze tyle do zrobienia. W końcu nie ma już nic do zrobienia, można iść spać. Kilka stron książki, dopóki powieki nie zaczną opadać.
Budzę się rano – nie, to na pewno nie weekend, trzeba wstawać. Chłopaki już wstali i nie wiadomo, co robią, lepiej sprawdzić. Prysznic, czego nie muszę prasować, i żeby było inaczej, niż wczoraj… Do pracy i tak dalej.
I ciągle jest jeszcze coś do zrobienia, na co stale nie starcza czasu. Gdzie wcisnąć te nadprogramowe rzeczy? Gdzie się znajdzie luka w moim zwartym rozkładzie dnia?
Wyrażenie dzień jak co dzień zyskuje nowy sens, gdy każdy kolejny dzionek zaklęty jest w kręgu powtarzającego się schematu. Dni układają się w schematyczne tygodniowe cykle, te zaś budują kolejne miesiące. Ani się człowiek obejrzy, jak mija rok, później kolejny…
Dni są podobne jeden do drugiego i dlatego wydaje się, że życie posiada logikę i sens. Tak zapewne uważa nawet ślimak, wygrzewający się na szynie kolejowej – taka myśl przyszła do głowy Nicholasowi Fandorinowi, bohaterowi książek Borisa Akunina. Powtarzalność nadaje sens? Gwarantuje logikę? Być może. Zapewne może powodować, że żyje nam się spokojniej. Jednak nie jest to takie proste. Dawid Hume zauważył, że z faktu, iż słońce wschodzi co rano od zarania dziejów, albo i dłużej wcale nie wynika, że wzejdzie również jutro, za tydzień czy za dziesięć lat. Powtarzalność niczego nam nie gwarantuje. Ślimaka wygrzewającego się na torach również może zaskoczyć nadjeżdżający znienacka pociąg, taki wniosek wysnuł i Fandorin.
Nastaje nowy rok. Czas wrócić do pracy po świątecznej przerwie. Rozpoczyna się czekanie na zimowe ferie, które w końcu przychodzą i szybciutko się kończą. Czas więc czekać na wiosnę. Ta z kolei po swojemu organizuje czas. Porządki w ogrodzie, PIT, który trzeba w końcu wypełnić – choć co roku zamierzam zrobić to jeszcze zimą, jest to nieodmiennie czynność wiosenna. List z przypomnieniem, że kończy się okres ubezpieczenia samochodu nasuwa jednocześnie myśl, że kończy się też ważność jego przeglądu technicznego. W pracy wiosna również przynosi określone, powtarzalne czynności. Później lato, tak oczekiwane. Koło się toczy, od końca lata do końca roku jest tylko jeden skok. A w międzyczasie powtarzają się dni, tygodnie i miesiące.
A gdyby tak przeżyć przygodę? I przygody się zdarzają, ale od pewnego momentu są do siebie coraz bardziej podobne i coraz mniej spektakularne, za to krótkotrwałe: ot, jakiś wieczór, który swoimi atrakcjami wyróżnia się na tle innych wieczorów.
Tylko Chłopaki burzą schemat. Każdego dnia mają nowe pomysły, uczą się nowych rzeczy, sprawiają nowe radości i znajdują nowe sposoby na nadszarpnięcie rodzicielskich nerwów.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Świętować, nie świętować, tak czy siak warto kupować


Święta. Dla Polaka czas święty, niezależnie od tego, czy mowa o Polaku – katoliku, żarliwym wyznawcy, gorąco wierzącym, czy o Polaku z grupy tych, których pewien stary ksiądz proboszcz nazywał ale-katolikami (jestem katolikiem, ale że pewne kwestie nie do końca mi odpowiadają, robię po swojemu, nie po katolicku), czy o Polaku – wyznawcy poglądów księdza Natanka (choćby takiego, że w 1963 roku, w Rzymie kardynałowie i biskupi intronizowali Lucyfera podczas tajnej uroczystości w Bazylice świętego Pawła za Murami[1]). Świętują słuchacze Radia Maryja i elektorat PO. Pewnie nawet elektorat SLD. Alleluja.
Święta czas święty, bo wiadomo: wolne, nie trzeba wstawać do pracy; i z rodziną się można spotkać i z przyjaciółmi, zawsze to jakaś okazja, by miło spędzić czas. Poza tym Telewizja Polska znowu nie zawiedzie: pokaże ekranizacje Sienkiewicza, Kargula i Pawlaka i w ogóle wszystkie okazjonalne hity. No i tradycja, kwintesencja świąt, czyli malowane jajka, baranek z cukru, zajączek i biała kiełbasa. Alleluja.
Wyczulony Czytelnik doszukał się pewnie w powyższych akapitach pewnej zjadliwości. Słusznie. Na zjadliwe w swym tonie konstatacje naszło mnie – pośrednio –  z dwóch co najmniej powodów. Pierwszym było wysłuchanie audycji w radio, drugim to, że zepsuła mi się myszka, co uniemożliwiło mi obsługę komputera i wymusiło konieczność wyjazdu do sklepu. Ale po kolei i ze szczegółami.
W poniedziałek, w audycji Za, a nawet przeciw nadawanej w radiowej Trójce, mowa była o świętowaniu poza Kościołem. Program jest nadawany na żywo, z udziałem słuchaczy. Padały w jego trakcie różne głosy, wybijał się jednak szczególnie jeden wątek: tradycja. Niewielu z dzwoniących i piszących zwracało uwagę na czysto religijny, duchowy wymiar świąt. Ważne jest właśnie przekazywanie, ciągłość tradycji, co ma znaczenie i w wymiarze osobistym, rodzinnym jak i patriotycznym. Ważne jest to, że święta, to czas rodzinny, że są okazją do spotkań, zbliżenia się z krewnymi. Ciągle jednak poruszamy się w sferze profanum, o sacrum zaledwie się ocierając, albo i nawet to nie.
Zepsuła mi się myszka, to drugi ze wspomnianych powodów do niniejszych przemyśleń. Całkiem i na amen się zepsuła, wyzionęła ducha. Wybrałem się więc do sklepu, a ściślej – do hipermarketu. Gdy wjeżdżałem na parking dotarło do mnie, że mamy przecież przedświąteczny czwartek. Znalazłem w końcu wolne miejsce i udałem się na spacer, w kierunku wejścia. W środku – zgroza. Otwarte wszystkie kasy, a przed każdą mrowie ludzi, któremu na imię Legion. Od razu sobie wyobraziłem, jak będę stał z jedną malutką myszką w tym nie kończącym się ogonku, za tymi wszystkimi wyładowanymi po brzegi wózkami. Okazało się, że wyobraźnia działa mi bez zarzutów. Wybrałem myszkę  i stanąłem w najbliższej kolejce – nie było sensu szukać krótszej, bo krótszych nie było. Stałem długo, więc miałem czas na myślenie. Myślałem…
Myślałem, że to przecież jest nie tylko przedświąteczny czwartek. To czwartek już właściwie świąteczny, Wielki Czwartek, co więcej – było akurat trochę przed dwudziestą. Co z tego?, zapytacie. Otóż, o ile mnie pamięć nie myli, a nie myli na pewno, w Wielki Czwartek w godzinach wieczornych, rozpoczyna się obchody Świętego Triduum Paschalnego. W kościołach wspomina się moment, kiedy Jezus ustanowił dwa sakramenty: kapłaństwo i eucharystię. Obydwa bardzo ważne. Odbywają się uroczyste msze, księża występują w złotych ornatach – to w końcu ich święto. Pamiętam ten podniosły, uroczysty nastrój, bo jako dzieciak w nim uczestniczyłem. Nawet dość czynnie. Byłem ministrantem, zanim zszedłem na złą drogę, czyli zanim wierzenie (lub powtarzanie rytuałów) zastąpiłem krytycznym myśleniem.
Stałem tak w Wielki Czwartek w sklepowej kolejce, za mną i przede mną rzesze ludzi, którzy pewnie należą do tych dziewięćdziesięciu iluś tam procent naszego społeczeństwa, określających się jako wierzący i jako katolicy. Powinien mi się pojawić dysonans: przecież ci ludzie, przynajmniej w części, zapewne w większej, powinni być gdzieś indziej. Tymczasem robią zakupy. Do rozbieżności między tym, co deklarowane, a tym, jak wygląda praktyka już się jednak przyzwyczaiłem, więc dysonansu nie było. Refleksja jednak jest.
Tradycja. Malowane jajka, cukrowe zajączki, maślane baranki, biała kiełbasa, chrzan i lukrowane mazurki. Jednym słowem: Wielkanoc.   
Jezus wypędził podobno kiedyś handlarzy ze świątyni, by nie robili z domu Ojca targowiska. Dziś, o ile istniał, w grobie się pewnie przewraca (tak, słyszałem o zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu, ale nie przemawia do mnie ta idea), bo nie dość, że świątynie nader często kojarzą się dziś z robieniem biznesu, to jeszcze z historii jego życia zrobiono marketingowy magnesik, pomagający wypełniać hipermarkety.
Alleluja.



[1] Wstrząsający fragment kazania księdza Natanka do wysłuchania i obejrzenia TUTAJ 

wtorek, 3 kwietnia 2012

Nieodwracalne zmiany w mózgu, czyli dlaczego trochę mi bliżej do Indianina


Potrafię zasnąć i spać w różnych warunkach. Sypiałem na dworcach, na siedząco, z plecakiem na plecach – spałem i nie przeszkadzał mi gwar dookoła. Zdarzało mi się spać w kościele i na wykładzie, dziś potrafię się zdrzemnąć na kanapie, przy włączonej muzyce, nie budzą mnie drapieżna riffy i perkusyjne salwy. Za to w nocy… Wystarczy najmniejszy stukot dobiegający z pokoju Chłopaków, ich najcichsze mruczenie przez sen, pierwsze odgłosy nadchodzącego płaczu, i budzę się od razu. Czasami mam wrażenie, że budzę się, zanim jeszcze cokolwiek usłyszę. Otwieram oczy, leżę chwilę, wokół cisza, ale ja wiem, że za chwilę coś, a właściwie ktoś ją przerwie. Zwykle się nie mylę. Po chwili nadchodzi desant z dziecięcego pokoiku albo rozlega się krzyk domagający się czegoś do picia.
Śpię więc, można powiedzieć, czujnie jak Indianin na wojennej ścieżce, który w każdej chwili może spodziewać się napaści łowców skalpów. Śpię z jednym okiem otwartym. A właściwie z uchem.
Kiedyś mnie to nie dotyczyło, dziś i owszem. Dlaczego? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że za sprawą zmian w moim mózgu, które wywołało pojawienie się Chłopaków. Na razie możemy stwierdzić, na podstawie przeprowadzonych przez poważnych naukowców badań, że zmiany takie zachodzą u mysich tatusiów. Gdy rodzą się małe myszki, mózgi ich ojców przechodzą nagły rozwój: zmieniają się połączenia neuronalne, a nawet pojawiają się nowe, w ośrodkach odpowiedzialnych za odbiór bodźców węchowych oraz za pamięć. Warunkiem koniecznym jest jednak, by tata małych myszek został z nimi i jakoś tam – po mysiemu – pomagał mysiej mamie. Bo kiedy się go za ogon wyciągnie z laboratoryjnego rodzinnego akwarium i przesadzi do innego, to móżdżek jakim był, takim pozostaje – żaden rozwój nie nastąpi.
Informacje o mysich mózgach wyczytałem w artykule drukowanym w najnowszym numerze Charakterów, dotyczącym relacji ojców z synami. Oczywiście ojców należących do gatunku homo sapiens – wzmiankę w tym miejscu o myszach potraktowałem więc jako sugestię, że na mój mózg powinienem patrzeć per analogiam: co u myszek, to i, przynajmniej potencjalnie, u mnie.
Warunek konieczny spełniłem. Z Chłopakami byłem od samego początku, to znaczy od chwili, gdy zaczęli się wyłaniać z miejsca, z którego zwykle wyłaniają się dzieci przychodząc na świat. Przewijałem ich, ubierałem i usypiałem już w szpitalu (dziwiąc się, że kupa niemowlaka pachnie bardziej jak niemowlak, niż jak kupa i naiwnie myśląc, że może ten stan rzeczy się utrzyma; rozczarowanie było dość przykre). Nosiłem w nosidełku na spacerach, drzemałem, służąc im za materac, gdy oni również drzemali, zajmując przestrzeń od mojej klatki piersiowej do paska spodni. Bawiłem się z nimi, karmiłem, wygłupiałem i tak dalej. Czyli dałem, w tym ważnym okresie, kiedy Chłopacy byli jeszcze całkiem malutcy, swojemu mózgowi szansę na odpowiedni rozwój. Indiański sen świadczy być może o tym, że poskutkowało.
Mózg mózgiem jednak – całkiem niezgorzej funkcjonuje, niezależnie od tego, czy zmiany w nim zaszły i jakie, a to przecież najważniejsze. Cały szkopuł w tym, że bycie tatą, to coś więcej, niż tylko czujny sen i dodatkowe neurony. Zmagam się ostatnio z Chłopakami w różnych sytuacjach, moja cierpliwość bywa wystawiona na ciężkie próby, które, niestety, nie zawsze przechodzę tak, jak bym chciał. Zawsze się wtedy zastanawiam, co zrobiłem nie tak i dlaczego, oraz podejmuję silne postanowienie poprawy na przyszłość. Powtarzalność tego procesu świadczy o tym, że z dotrzymywaniem postanowień bywa różnie.
I tak sobie myślę: czy, żeby być dobrym tatą, trzeba mieć nerwy ze stali? Anielską cierpliwość (a może jeszcze jakieś inne super moce)? I jak się takiej cierpliwości nauczyć, jak nerwy zahartować? Optymistycznie, mimo wszystko, nastroił mnie fragment wspomnianego artykułu. Naginam się, negocjuję z Chłopakami, ustępuję im, oczywiście poza tym, że często stawiam na swoim i nie popuszczam. Czyli jestem raczej stanowczy, niż despotyczny. A że czasem się złoszczę? Zdarza się, ale i to tłumaczy autor: gdy sytuacja ojca przerasta, gdy nie bardzo wie, co zrobić i jak nad nią zapanować, reaguje w sposób najprostszy: złością.
A mogłoby być przecież tak, że zamiast ośrodka odpowiedzialnego za nocną, ponadprzeciętną czujność, mój mózg rozwinął by się w miejscu, gdzie niweluje się złość, uaktywnia spokój oraz cierpliwość i gdzie się poskramia nerwy, czy tworzy rozwiązania kryzysowych sytuacji.
To taka sugestia, odnośnie możliwych dróg naszej ewolucji. Na wszelki wypadek, gdyby jednak istniał ktoś, odpowiedzialny za powstanie i nadzór nad Inteligentnym Projektem.