piątek, 4 maja 2012

Marynara i fryzura, czyli matura, matura


Mam nadzieję, że będzie Wesele, bo przeczytałem, jak niewiele innych rzeczy. I w ogóle było fajne i mieliśmy dobrze omówione. Takie nadzieje towarzyszą dzisiejszym maturzystom. Wielu z nich spodziewa się też zadań związanych z literaturą współczesną. Może Dżuma, może coś z literatury wojennej… Chociaż to akurat może być za trudne jak na podstawę. Może na rozszerzeniu?
Słucham przez radio przytaczanych wypowiedzi młodych ludzi, którzy za chwilę mają wejść na salę egzaminacyjną. Słucham i… nie powiem, że uszom nie wierzę, bo wierzę, choć słowa „nie do wiary” na myśl mi się nasuwają. No bo jak to możliwe, że maturzysta z uśmiechem na ustach, który to uśmiech nawet przez radio słychać mówi, że poza Weselem to niewiele przeczytał, do tego mówi to tuż przed przystąpieniem do egzaminu? Jak to możliwe, żeby bać się tematów dotyczących literatury wojennej? Przecież to temat rzeka: tylu autorów, tyle wątków, do tego literatura, którą się czyta dość przyjemnie, mimo nieprzyjemnej tematyki. Żadnych archaizmów, hagiograficznych niedorzeczności, żadnych romantycznych rojeń ani pozytywistycznych dylematów ujętych w rozwlekłych tomiszczach. Dla młodzieży to jednak za trudne.
Jak powiedział ostatnio mój Tytus na widok robaka: to chyba jest jakiś koszmar!
Może jednak nie powinniśmy dziwić się maturzystom? Może raczej powinno nam być ich żal? Przecież są – ze swoją ignorancją, nie oczytaniem, brakiem wiedzy, lekceważącym stosunkiem do słowa pisanego – produktem systemu, który gdzieś, kiedyś strasznie się pogubił, popsuł, zamienił w karykaturę tego, czym powinien być.
Zaglądam czasem do testów oddawanych przez zdających egzamin gimnazjalny uczniów (taki przywilej członka egzaminacyjnej komisji). Zaglądam do tych ich rozprawek  (rozprawka, to forma wypowiedzi pisemnej, którą najbardziej upodobali sobie twórcy testów). Przeciętna praca mieści się na trzech czwartych strony, składa się ze zdań, których ilość można pokazać na palcach. W mojej pracy postaram się udowodnić, że… - standardowy początek, powtarzany przez piszących jak mantra przez buddyjskich mnichów. Przede wszystkim jest tak, dlatego, że – to już rozwinięcie pracy. Podobnych, jednozdaniowych argumentów pada jeszcze jeden, dwa lub trzy. Mam nadzieję, że w mojej pracy udowodniłem… - mamy i zakończenie. I tyle. Praca pisemna, wyczerpująca wypowiedź na temat, finis coronat opus, arkusz testowy można oddać.
Gimnazjaliści zdają oczywiście swoje egzaminy i dostają się do liceów. Tam rozwijają się pewnie troszeczkę, ale to tylko wtedy, jeśli najdzie ich refleksja, że czegoś nauczyć się warto, coś warto wiedzieć i potrafić. Ilu jest takich refleksyjnych i pracowitych licealistów? Nie podejrzewam, żeby była to większa część ogółu.
Niepiśmienni gimnazjaliści docierają jakoś do końca trzeciej klasy a nieoczytani licealiści do egzaminu maturalnego. Wiadomo, że muszą dotrzeć, bo gdyby tak robić odpowiednią selekcję, połowa klas stała by się w trakcie cyklu nauki za mało liczebna, by przetrwać. Do tego jak bardzo ucierpiałby wizerunek szkół, gdyby nagle oficjalne wyniki zaczęły odzwierciedlać rzeczywistość. Wszystko zaś rozbija się o finanse: klasy nie mogą się rozpadać, bo to by groziło redukcją nauczycielskich etatów. Wizerunek szkół nie może się pogarszać, bo szkoły walczą o uczniów. Rejonizacja rejonizacją, a wolny rynek wolnym rynkiem, wiadomo, co wygrywa. Do dobrej, a właściwie „dobrej” szkoły przyjdą dzieciaki z rejonu a i z tych części miasta, w których szkoły rejonowe cieszą się gorszą opinią. Za tym idzie większa liczba klas, więcej pieniążków. Jeśli o szkoły średnie chodzi, mamy do czynienia tylko z prawami rynku i konkurencji, bo ich rejonizacja nie dotyczy. Licea poszerzają więc i uatrakcyjniają swoją ofertę, tworząc profilowane klasy, które tym różnią się od zwykłych, że uczniom dorzuca się w tygodniu godzinę czy dwie zajęć z danego przedmiotu. Niewiele z tego wynika, poza tym może, że przyszli absolwenci mają nadzieję, że zwiększono im szansę zdania matury i dostania się na wybrany kierunek studiów.
Za to przed maturą mają przeczytane Wesele i może coś tam jeszcze, za to w ogóle nie wiedzą, o co chodziło w Dżumie, o Innym świecie nie wspominając. Takie to przecież trudne. To chyba jest jakiś koszmar.

piątek, 27 kwietnia 2012

Od czego inne są brokuły, czyli co warto wiedzieć


Zupełnie nieoczekiwanie poczułem sympatię do Dody. Tak, do pani Doroty Rabczewskiej, IQ, jak wieść niesie, 156, byłej dziewczyny Nergala i gwiazdy Big Brothera. Przeczytałem wywiad, który ukazał się w Polityce. Z Dodą rozmawiał Jacek Żakowski, a ja przy lekturze ubawiłem się setnie, ale też i zastanowiłem.
A brokułek jest inny niż co? – kolejnym skomplikowanym pytaniem zażył mnie Gucio. Może jednak nie aż tak skomplikowanym – trzeba tylko wyłapać subtelności rozumowania dziecka – ale to okazało się poźniej. Brokułek jest inny niż… wszystko – mówię, bo tak mi rozum podpowiada. Brokułek wygląda jak brokułek, a wszystko inne wygląda inaczej. Marchewka też wygląda inaczej, niż na przykład seler – kończę przykładem, bo nie wiem, czy jasno się wyraziłem. Nie – okazuje się, ze coś pokręciłem – brokułek jest inny niż kalafior. A, już rozumiem. Brokuła z kalafiorem można porównać, są do siebie podobne. Ale przecież są też inne. O to więc chodziło! Są takie same duże – dalej tłumaczy Guć. A sól pasuje do cukru – tu się już tworzy grubsza teoria. Podział rzeczy, których różnice uwidaczniają się dzięki podobieństwom. Dzieci, to jednak mają umysły, pozazdrościć.
Dzieci chcą wszystko wiedzieć. Dlaczego Kubuś Puchatek ma takie same kwiatki, jak pani sąsiadka? Nie wiem, prawe mówiąc nic o kwiatkach Kubusia Puchatka, więc dopytuję: Ale jakie kwiatki? W bajce widziałeś? Gucio się marszczy: Jak to w bajce? Zastanawia się chwilę. Aha, pomyliłem się. Dlaczego Kubuś ma takie same kwiatki, jak pani sąsiadka. A ja powiedziałem Kubuś Puchatek. Wszystko jasne. Kubuś, to chłopiec mieszkający dwa domy dalej. I faktycznie, na jego trawniku rosną takie same kwiaty, jak na działce, z którą i my i Kubuś sąsiadujemy. Chodziło o tego Kubusia, nie o kumpla Prosiaczka. No i dlaczego on ma te kwiatki?
Dzieci chcą wszystko wiedzieć, wszystko je interesuje, o wszystko się dopytują i ciągle o czymś myślą, wysnuwając swoje bardziej lub mniej zaskakujące wnioski. Na temat brokułków, kwiatków, samolotów, dźwigów na budowie, szczoteczki do zębów mamy i tak dalej. Z wiekiem nam to często przechodzi, ta totalna ciekawość i chęc dociekania. Przechodzi, albo się kierunkuje, nie interesuje nas już wszystko, tylko niektóre rzeczy. Wiemy już, że wszystkiego i tak się nie dowiemy.
I tu wracamy do Dody. Doda nie czyta gazet. Rzadko ogląda telewizję, a programy informacyjne, to już w ogóle najrzadziej. Nie ma potrzeby rozumienia, jak się kręci świat. Świat się kręci wokół mnie. Nie ja wokół świata – tyle Doda wie i tyle jej wystarcza. Pan Żakowski chyba nie do końca rozumie taką postawę. Dopytuje o ciekawość i potrzeby jej zaspokajania, mówi o przeróżnych pozytywach posiadania wiedzy o świecie. A Doda rzuca własne argumenty, rozmowa przypomina chwilami szermierski pojedynek, gdzie ciosy są celnie wymierzone, ale i z wprawą parowane. Niektórzy chcą rozumieć świat – tłumaczy Żakowski. Po co? – pytanie i proste i trudne. Niektórzy mają takie potrzeby. Teraz cios zadaje Doda, cios celny: I rozumieją? – pyta.
Pewnie nie rozumieją, bo na świecie zawsze będą rzeczy, o których nawet filozofom się nie śniło. Można starać się zrozumieć, pochłaniać informacje, analizować fakty. Pytanie tylko, jaki z tego pożytek.
Nie, nie chwalę tu ignorancji. Cenię ludzi, którzy wiedzą i rozumieją wiele. Coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że o pewnych rzeczach wiedzieć nie muszę i że niczego mi od tej niewiedzy nie ubędzie. Tu się spotykam z Dodą. Po co mi wiedza o polityce? Polityka i tak kręci się sama, mit demokracji nie przekona mnie do tego, że mam jakiś wpływ. Po kolejnych wyborach zmienią się panie i panowie na stanowiskach i niewiele więcej się zmieni, przynajmniej nie dla mnie. A jeśli nawet zmiany nastąpią, to będą wynikiem działania jakichś tajemniczych, globalnych układów sił, a nie moich wyborów. Mógłbym śledzić ekonomiczne ewolucje i rewolucje zachodzące na świecie, rozszyfrowywać mechanizmy, które rządzą światem wielkiej finansjery. Tyle tylko, że pewnie w końcu doszedłbym do przekonania, że mechanizmy te są na tyle złożone, rozległe i skomplikowane, że ja nijak nie dam rady wpasować się w nie na tyle, by odnieść z tego wpasowania jakieś korzyści. O wszystkim zdecydują politycy kierujący mocarstwami, szejkowie handlujący ropą, korporacje opracowujące nowe technologie. Mógłbym myśleć o tym, że Hiszpania padnie, euro się rozpadnie i co będzie ze światem, jak to robi pan Żakowski, ale miałbym z tego myślenia tylko niepotrzebny stres i zmartwienie. Finanse Hiszpanii i kondycja euro raczej nie zależą od tego, co zrobi moja skromna osoba.
Nie chwalę tu ignorancji, nie pochwalam bezmyślności, ale myślę, że to istotne, czym zaprzątamy sobie głowę. Zaprzątać ją sobie zbyt wielką ilością spraw nie jest chyba zdrowo.
Aktualnie się cieszę, że wiem w końcu, od czego jest inny brokułek. I dlaczego akurat od kalafiora. A dzieciom w dalszym ciągu zazdroszczę umysłu. Ciekawości i tego, co robią ze zdobytą wiedzą. Bo w sumie ważniejsze chyba od tego, co wiemy, jest to, w jak otwarty sposób potrafimy myśleć i jak kombinować, oraz co z tego kombinowania ciekawego wyciągnąć. 

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Dzień jak co dzień


A gdyby tak [...] jakiś demon [...] rzekł ci: "Życie to, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżywać raz jeszcze i niezliczone jeszcze razy; i nie będzie w nim nic nowego, tylko każdy ból i każda rozkosz i każda myśl i każde westchnienie i wszystko niewymownie małe i wielkie twego życia wrócić ci musi, i wszystko w tym samym porządku i następstwie…
Fryderyk Nietzsche, Wiedza radosna


Budzę się rano. Pierwsza myśl: co teraz muszę zrobić? Zaraz, zaraz, jaki to dzień dziś mamy? Poniedziałek. No tak. Czyli muszę wstać. Zaraz, za chwilkę…
Rozpoczyna się kolejny dzień. Jak co rano muszę ogarnąć Chłopaków, siebie doprowadzić do porządku, uporządkować kuchnię, bo wieczorem zabrakło już na to siły i ochoty, więc brudne talerze piętrzą się, psując obraz. Prysznic, pytanie: w co się ubrać?, które dotyczy widać nie tylko kobiet. Choć może w naszym przypadku ma inny sens: czego nie muszę prasować? I już mogę wychodzić do pracy. Kawki nie zdążyłem przygotować, trudno. Chłopaki witają się z opiekunką, ja też. Cześć, cześć, zupka na kuchence, makaron w szufladzie. Gucio, jeszcze ci rowerek wystawię… Wystawiam i już mnie nie ma.
Godziny w pracy mijają jak zwykle. Tu coś załatwić, tu zadzwonić, pismo napisać, wydrukować na jedynej sprawnej, dostępnej drukarce, która ostała się w sekretariacie. Wysłać. Pogadać z tym i owym, coś sprawdzić, zadzwonić, zapisać… W końcu można się zbierać.
Po drodze zakupy. Kolejne trudne pytanie: co na obiad? Kiedy trzeba codziennie, albo co drugi dzień coś wymyślać, pomysły w końcu się wyczerpują. Wracam do domu, witam Chłopaków, czymś tam ich zajmuję, zabieram się za gotowanie. Żona przychodzi po jakimś czasie, jemy. Co dziś w pracy? Co nowego? Nic nowego. Minęła szesnasta, Chłopaków ciągle rozpiera energia. Skąd oni ją czerpią? W końcu przychodzi pora na mycie i kolację. Oczywiście pora dla Chłopaków. Oglądamy wspólnie bajkę – wieczorny rytuał. Idą spać. Można by odsapnąć, gdyby nie było jeszcze tyle do zrobienia. W końcu nie ma już nic do zrobienia, można iść spać. Kilka stron książki, dopóki powieki nie zaczną opadać.
Budzę się rano – nie, to na pewno nie weekend, trzeba wstawać. Chłopaki już wstali i nie wiadomo, co robią, lepiej sprawdzić. Prysznic, czego nie muszę prasować, i żeby było inaczej, niż wczoraj… Do pracy i tak dalej.
I ciągle jest jeszcze coś do zrobienia, na co stale nie starcza czasu. Gdzie wcisnąć te nadprogramowe rzeczy? Gdzie się znajdzie luka w moim zwartym rozkładzie dnia?
Wyrażenie dzień jak co dzień zyskuje nowy sens, gdy każdy kolejny dzionek zaklęty jest w kręgu powtarzającego się schematu. Dni układają się w schematyczne tygodniowe cykle, te zaś budują kolejne miesiące. Ani się człowiek obejrzy, jak mija rok, później kolejny…
Dni są podobne jeden do drugiego i dlatego wydaje się, że życie posiada logikę i sens. Tak zapewne uważa nawet ślimak, wygrzewający się na szynie kolejowej – taka myśl przyszła do głowy Nicholasowi Fandorinowi, bohaterowi książek Borisa Akunina. Powtarzalność nadaje sens? Gwarantuje logikę? Być może. Zapewne może powodować, że żyje nam się spokojniej. Jednak nie jest to takie proste. Dawid Hume zauważył, że z faktu, iż słońce wschodzi co rano od zarania dziejów, albo i dłużej wcale nie wynika, że wzejdzie również jutro, za tydzień czy za dziesięć lat. Powtarzalność niczego nam nie gwarantuje. Ślimaka wygrzewającego się na torach również może zaskoczyć nadjeżdżający znienacka pociąg, taki wniosek wysnuł i Fandorin.
Nastaje nowy rok. Czas wrócić do pracy po świątecznej przerwie. Rozpoczyna się czekanie na zimowe ferie, które w końcu przychodzą i szybciutko się kończą. Czas więc czekać na wiosnę. Ta z kolei po swojemu organizuje czas. Porządki w ogrodzie, PIT, który trzeba w końcu wypełnić – choć co roku zamierzam zrobić to jeszcze zimą, jest to nieodmiennie czynność wiosenna. List z przypomnieniem, że kończy się okres ubezpieczenia samochodu nasuwa jednocześnie myśl, że kończy się też ważność jego przeglądu technicznego. W pracy wiosna również przynosi określone, powtarzalne czynności. Później lato, tak oczekiwane. Koło się toczy, od końca lata do końca roku jest tylko jeden skok. A w międzyczasie powtarzają się dni, tygodnie i miesiące.
A gdyby tak przeżyć przygodę? I przygody się zdarzają, ale od pewnego momentu są do siebie coraz bardziej podobne i coraz mniej spektakularne, za to krótkotrwałe: ot, jakiś wieczór, który swoimi atrakcjami wyróżnia się na tle innych wieczorów.
Tylko Chłopaki burzą schemat. Każdego dnia mają nowe pomysły, uczą się nowych rzeczy, sprawiają nowe radości i znajdują nowe sposoby na nadszarpnięcie rodzicielskich nerwów.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Świętować, nie świętować, tak czy siak warto kupować


Święta. Dla Polaka czas święty, niezależnie od tego, czy mowa o Polaku – katoliku, żarliwym wyznawcy, gorąco wierzącym, czy o Polaku z grupy tych, których pewien stary ksiądz proboszcz nazywał ale-katolikami (jestem katolikiem, ale że pewne kwestie nie do końca mi odpowiadają, robię po swojemu, nie po katolicku), czy o Polaku – wyznawcy poglądów księdza Natanka (choćby takiego, że w 1963 roku, w Rzymie kardynałowie i biskupi intronizowali Lucyfera podczas tajnej uroczystości w Bazylice świętego Pawła za Murami[1]). Świętują słuchacze Radia Maryja i elektorat PO. Pewnie nawet elektorat SLD. Alleluja.
Święta czas święty, bo wiadomo: wolne, nie trzeba wstawać do pracy; i z rodziną się można spotkać i z przyjaciółmi, zawsze to jakaś okazja, by miło spędzić czas. Poza tym Telewizja Polska znowu nie zawiedzie: pokaże ekranizacje Sienkiewicza, Kargula i Pawlaka i w ogóle wszystkie okazjonalne hity. No i tradycja, kwintesencja świąt, czyli malowane jajka, baranek z cukru, zajączek i biała kiełbasa. Alleluja.
Wyczulony Czytelnik doszukał się pewnie w powyższych akapitach pewnej zjadliwości. Słusznie. Na zjadliwe w swym tonie konstatacje naszło mnie – pośrednio –  z dwóch co najmniej powodów. Pierwszym było wysłuchanie audycji w radio, drugim to, że zepsuła mi się myszka, co uniemożliwiło mi obsługę komputera i wymusiło konieczność wyjazdu do sklepu. Ale po kolei i ze szczegółami.
W poniedziałek, w audycji Za, a nawet przeciw nadawanej w radiowej Trójce, mowa była o świętowaniu poza Kościołem. Program jest nadawany na żywo, z udziałem słuchaczy. Padały w jego trakcie różne głosy, wybijał się jednak szczególnie jeden wątek: tradycja. Niewielu z dzwoniących i piszących zwracało uwagę na czysto religijny, duchowy wymiar świąt. Ważne jest właśnie przekazywanie, ciągłość tradycji, co ma znaczenie i w wymiarze osobistym, rodzinnym jak i patriotycznym. Ważne jest to, że święta, to czas rodzinny, że są okazją do spotkań, zbliżenia się z krewnymi. Ciągle jednak poruszamy się w sferze profanum, o sacrum zaledwie się ocierając, albo i nawet to nie.
Zepsuła mi się myszka, to drugi ze wspomnianych powodów do niniejszych przemyśleń. Całkiem i na amen się zepsuła, wyzionęła ducha. Wybrałem się więc do sklepu, a ściślej – do hipermarketu. Gdy wjeżdżałem na parking dotarło do mnie, że mamy przecież przedświąteczny czwartek. Znalazłem w końcu wolne miejsce i udałem się na spacer, w kierunku wejścia. W środku – zgroza. Otwarte wszystkie kasy, a przed każdą mrowie ludzi, któremu na imię Legion. Od razu sobie wyobraziłem, jak będę stał z jedną malutką myszką w tym nie kończącym się ogonku, za tymi wszystkimi wyładowanymi po brzegi wózkami. Okazało się, że wyobraźnia działa mi bez zarzutów. Wybrałem myszkę  i stanąłem w najbliższej kolejce – nie było sensu szukać krótszej, bo krótszych nie było. Stałem długo, więc miałem czas na myślenie. Myślałem…
Myślałem, że to przecież jest nie tylko przedświąteczny czwartek. To czwartek już właściwie świąteczny, Wielki Czwartek, co więcej – było akurat trochę przed dwudziestą. Co z tego?, zapytacie. Otóż, o ile mnie pamięć nie myli, a nie myli na pewno, w Wielki Czwartek w godzinach wieczornych, rozpoczyna się obchody Świętego Triduum Paschalnego. W kościołach wspomina się moment, kiedy Jezus ustanowił dwa sakramenty: kapłaństwo i eucharystię. Obydwa bardzo ważne. Odbywają się uroczyste msze, księża występują w złotych ornatach – to w końcu ich święto. Pamiętam ten podniosły, uroczysty nastrój, bo jako dzieciak w nim uczestniczyłem. Nawet dość czynnie. Byłem ministrantem, zanim zszedłem na złą drogę, czyli zanim wierzenie (lub powtarzanie rytuałów) zastąpiłem krytycznym myśleniem.
Stałem tak w Wielki Czwartek w sklepowej kolejce, za mną i przede mną rzesze ludzi, którzy pewnie należą do tych dziewięćdziesięciu iluś tam procent naszego społeczeństwa, określających się jako wierzący i jako katolicy. Powinien mi się pojawić dysonans: przecież ci ludzie, przynajmniej w części, zapewne w większej, powinni być gdzieś indziej. Tymczasem robią zakupy. Do rozbieżności między tym, co deklarowane, a tym, jak wygląda praktyka już się jednak przyzwyczaiłem, więc dysonansu nie było. Refleksja jednak jest.
Tradycja. Malowane jajka, cukrowe zajączki, maślane baranki, biała kiełbasa, chrzan i lukrowane mazurki. Jednym słowem: Wielkanoc.   
Jezus wypędził podobno kiedyś handlarzy ze świątyni, by nie robili z domu Ojca targowiska. Dziś, o ile istniał, w grobie się pewnie przewraca (tak, słyszałem o zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu, ale nie przemawia do mnie ta idea), bo nie dość, że świątynie nader często kojarzą się dziś z robieniem biznesu, to jeszcze z historii jego życia zrobiono marketingowy magnesik, pomagający wypełniać hipermarkety.
Alleluja.



[1] Wstrząsający fragment kazania księdza Natanka do wysłuchania i obejrzenia TUTAJ 

wtorek, 3 kwietnia 2012

Nieodwracalne zmiany w mózgu, czyli dlaczego trochę mi bliżej do Indianina


Potrafię zasnąć i spać w różnych warunkach. Sypiałem na dworcach, na siedząco, z plecakiem na plecach – spałem i nie przeszkadzał mi gwar dookoła. Zdarzało mi się spać w kościele i na wykładzie, dziś potrafię się zdrzemnąć na kanapie, przy włączonej muzyce, nie budzą mnie drapieżna riffy i perkusyjne salwy. Za to w nocy… Wystarczy najmniejszy stukot dobiegający z pokoju Chłopaków, ich najcichsze mruczenie przez sen, pierwsze odgłosy nadchodzącego płaczu, i budzę się od razu. Czasami mam wrażenie, że budzę się, zanim jeszcze cokolwiek usłyszę. Otwieram oczy, leżę chwilę, wokół cisza, ale ja wiem, że za chwilę coś, a właściwie ktoś ją przerwie. Zwykle się nie mylę. Po chwili nadchodzi desant z dziecięcego pokoiku albo rozlega się krzyk domagający się czegoś do picia.
Śpię więc, można powiedzieć, czujnie jak Indianin na wojennej ścieżce, który w każdej chwili może spodziewać się napaści łowców skalpów. Śpię z jednym okiem otwartym. A właściwie z uchem.
Kiedyś mnie to nie dotyczyło, dziś i owszem. Dlaczego? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że za sprawą zmian w moim mózgu, które wywołało pojawienie się Chłopaków. Na razie możemy stwierdzić, na podstawie przeprowadzonych przez poważnych naukowców badań, że zmiany takie zachodzą u mysich tatusiów. Gdy rodzą się małe myszki, mózgi ich ojców przechodzą nagły rozwój: zmieniają się połączenia neuronalne, a nawet pojawiają się nowe, w ośrodkach odpowiedzialnych za odbiór bodźców węchowych oraz za pamięć. Warunkiem koniecznym jest jednak, by tata małych myszek został z nimi i jakoś tam – po mysiemu – pomagał mysiej mamie. Bo kiedy się go za ogon wyciągnie z laboratoryjnego rodzinnego akwarium i przesadzi do innego, to móżdżek jakim był, takim pozostaje – żaden rozwój nie nastąpi.
Informacje o mysich mózgach wyczytałem w artykule drukowanym w najnowszym numerze Charakterów, dotyczącym relacji ojców z synami. Oczywiście ojców należących do gatunku homo sapiens – wzmiankę w tym miejscu o myszach potraktowałem więc jako sugestię, że na mój mózg powinienem patrzeć per analogiam: co u myszek, to i, przynajmniej potencjalnie, u mnie.
Warunek konieczny spełniłem. Z Chłopakami byłem od samego początku, to znaczy od chwili, gdy zaczęli się wyłaniać z miejsca, z którego zwykle wyłaniają się dzieci przychodząc na świat. Przewijałem ich, ubierałem i usypiałem już w szpitalu (dziwiąc się, że kupa niemowlaka pachnie bardziej jak niemowlak, niż jak kupa i naiwnie myśląc, że może ten stan rzeczy się utrzyma; rozczarowanie było dość przykre). Nosiłem w nosidełku na spacerach, drzemałem, służąc im za materac, gdy oni również drzemali, zajmując przestrzeń od mojej klatki piersiowej do paska spodni. Bawiłem się z nimi, karmiłem, wygłupiałem i tak dalej. Czyli dałem, w tym ważnym okresie, kiedy Chłopacy byli jeszcze całkiem malutcy, swojemu mózgowi szansę na odpowiedni rozwój. Indiański sen świadczy być może o tym, że poskutkowało.
Mózg mózgiem jednak – całkiem niezgorzej funkcjonuje, niezależnie od tego, czy zmiany w nim zaszły i jakie, a to przecież najważniejsze. Cały szkopuł w tym, że bycie tatą, to coś więcej, niż tylko czujny sen i dodatkowe neurony. Zmagam się ostatnio z Chłopakami w różnych sytuacjach, moja cierpliwość bywa wystawiona na ciężkie próby, które, niestety, nie zawsze przechodzę tak, jak bym chciał. Zawsze się wtedy zastanawiam, co zrobiłem nie tak i dlaczego, oraz podejmuję silne postanowienie poprawy na przyszłość. Powtarzalność tego procesu świadczy o tym, że z dotrzymywaniem postanowień bywa różnie.
I tak sobie myślę: czy, żeby być dobrym tatą, trzeba mieć nerwy ze stali? Anielską cierpliwość (a może jeszcze jakieś inne super moce)? I jak się takiej cierpliwości nauczyć, jak nerwy zahartować? Optymistycznie, mimo wszystko, nastroił mnie fragment wspomnianego artykułu. Naginam się, negocjuję z Chłopakami, ustępuję im, oczywiście poza tym, że często stawiam na swoim i nie popuszczam. Czyli jestem raczej stanowczy, niż despotyczny. A że czasem się złoszczę? Zdarza się, ale i to tłumaczy autor: gdy sytuacja ojca przerasta, gdy nie bardzo wie, co zrobić i jak nad nią zapanować, reaguje w sposób najprostszy: złością.
A mogłoby być przecież tak, że zamiast ośrodka odpowiedzialnego za nocną, ponadprzeciętną czujność, mój mózg rozwinął by się w miejscu, gdzie niweluje się złość, uaktywnia spokój oraz cierpliwość i gdzie się poskramia nerwy, czy tworzy rozwiązania kryzysowych sytuacji.
To taka sugestia, odnośnie możliwych dróg naszej ewolucji. Na wszelki wypadek, gdyby jednak istniał ktoś, odpowiedzialny za powstanie i nadzór nad Inteligentnym Projektem.

wtorek, 27 marca 2012

Tyrania chwili


Dopóki nie zrozumiemy, jak szybkość funkcjonuje, co nam daje i co odbiera, nie będziemy mogli zachować powolności tam, gdzie jest ona konieczna.
Thomas Hylland Eriksen, Tyrania chwili

Kilka lat temu (kilka lat! jak ten czas leci!) wpadła mi w ręce książka, której fragment przytoczyłem powyżej. Tyrania chwili. Szybko i wolno płynący czas w erze informacji. Pisałem akurat pracę magisterską i ta pozycja bardzo mi się przydała, była inspirująca. Miałem też w tym czasie okazję wysłuchać wykładu autora, odwiedzającego akurat Polskę. Słuchając jego słów, byłem tak samo zafascynowany, jak podczas lektury. Z jednej strony była to lektura po prostu przyjemna. Książka, choć jest pozycją naukową, napisana jest lekko, nawet z humorem; podobnego, miłego w odbiorze języka Eriksen używał podczas wystąpienia. Drugim powodem mojego zachwytu było odkrycie, że w tak pasjonujący, ale i mądry i odkrywczy sposób można mówić o rzeczach na pozór oczywistych, dotyczących na co dzień nas wszystkich.
Żyjemy coraz szybciej, albo, by ująć to inaczej, nasze życie coraz bardziej przyspiesza, w związku z czym brakuje nam czasu na to czy owo. To dość oczywiste stwierdzenie, można rzec, że banalne. Co to jednak dla nas oznacza? Skąd się bierze to zjawisko i co z niego wynika? Eriksen stawia tezę, że przyspieszanie świata, by użyć ogólnego stwierdzenia, ma związek z zalewem informacji. Wynika z niego, ale też wpływa na sposób, w jaki informacje odbieramy. Ostatnio znowu wspomniałem Tyranię chwili i pomyślałem, że coś tu faktycznie jest na rzeczy.
Kiedy chodziłem do liceum, dużo czasu spędzałem na czytaniu. O jakości moich ówczesnych lektur można by pewnie dyskutować, ale ich ilość była co najmniej znaczna. Kiedy przychodziły wakacje, układałem się z książką na łóżku albo na leżaku w ogrodzie i spędzałem tak długie godziny. Czasami wstawałem, żeby przynieść sobie coś do picia albo do jedzenia, na przykład wyrwać kilka marchewek z ogródka (jak ja wtedy zdrowo żyłem!). Podobnie spędzałem czas na pierwszym roku studiów (no, może z pominięciem marchewek). Czytałem wtedy oczywiście również rzeczy związane ze studiami, czasami się też uczyłem, oraz udzielałem towarzysko, wszystko to jednak była takie spokojne i niespieszne. Ja zaś byłem skupiony, nie rozpraszałem się niepotrzebnie.
Później sytuacja zaczęła się zmieniać. Dlaczego? Otóż dorobiłem się komputera i niedługo później podłączyłem go do Sieci. Wzrok znad czytanej w fotelu książki, coraz częściej uciekał mi w stronę ekranu, który był niby uruchomiony tylko po to, żebym mógł włączyć sobie jakąś muzykę. Muzyka grała, nawet nie musiałem przekładać kasety, jak jeszcze niedługo przedtem, gdy bazowałem na magnetofonie. Często jednak, choć nie było żadnej wyraźnej potrzeby, żadnej racjonalnej konieczności, ręka mnie świerzbiała, by złapać myszkę i coś tam kliknąć. Coś sprawdzić, gdzieś zajrzeć…
Niedawno odkryłem, że jest związek między nagraną dwadzieścia lat temu płytą Metalliki, a rosyjskim nastolatkiem, który potrafi wypalić na raz całego papierosa (na raz, to znaczy bez wyjmowania go z ust, bez wydmuchiwania dymu między pierwszym a ostatnim zaciągnięciem się). Jaki to związek? – zapytacie. Prawy pasek na stronie Youtube’a.
Zaglądam na Youtube’a, głównie w poszukiwaniach muzyki. Wersje live, nowe klipy – wszystko można tam znaleźć. Niedawno, przeglądając portal, trafiłem na ciekawy komentarz pod jakimś (przypadkowym i dziwnym) filmikiem. Zawsze szukam czegoś konkretnego – pisał internauta – a później zaczynam przeglądać pasek po prawej stronie i w końcu trafiam na takie głupoty. Co za trafna konstatacja, pomyślałem. Ja mam przecież dokładnie tak samo. Słucham niby jakiejś piosenki, ale już widzę, że można wysłuchać też innej wersji, zapisu z koncertu, albo covera. A jak pojawia się cover, to i inny wykonawca. Inny wykonawca, jakieś kapele mu gatunkowo czy stylistycznie pokrewne, których nie znam, kolejna ciekawostka z prawej strony ekranu… W końcu trafiam na młodego nikotynistę albo gości wrzucających mentosy do butelek z Coca-Colą, czy próbujących biegać po wodzie. Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi nas prawy pasek, wiadomo za to, że zabierze nam sporo czasu, jeśli z odpowiednią stanowczością i konsekwencją nie będziemy się opierać.
A to przecież tylko jeden z przykładów tego, jak może wciągnąć serwowanie w Sieci. A serwowanie tak łatwo zacząć, kiedy mamy tylko chwilkę, skrawek wolnego czasu między jedną a drugą ważną czynnością. Nie warto otwierać książki, bo co to za czytanie, taka dwuminutowa lektura. Czasu na czytanie jest ewidentnie za mało, ale coś kliknąć i gdzieś zajrzeć – to już można zrobić. Nawet, jeśli nie doczytamy, albo nie obejrzymy do końca i dokładnie, nic się przecież nie stanie, w końcu nie robimy niczego istotnego.
Niepowstrzymany i masowy zalew informacji w naszych czasach zaczyna wypełniać wszelkie luki i wolne przestrzenie, co w konsekwencji doprowadzić może do tego, że wszystko stanie się histeryczną serią przesyconych aktualnością chwil… - pisze Eriksen. Tak to chyba niestety czasami wygląda, że brakuje nam czasu, bo pozwalamy się z niego okradać.

poniedziałek, 19 marca 2012

Trening czyni mistrza, a okazja podsłuchiwacza


Człowiek musi coś mówić, żeby nie wyjść z wprawy. Trzeba mieć sprawnie funkcjonujące narządy głosowe, na wypadek, gdyby się miało coś naprawdę ważnego do powiedzenia – napisał Kurt Vonnegut w Kociej kołysce. Prześmieszne zdanie. Bawi mnie tym bardziej, że nie należę do osób nadmiernie gadatliwych. „Nie należę do osób nadmiernie gadatliwych” można uznać za wyrażenie eufemistyczne. W gruncie rzeczy jestem, a przynajmniej bywam mrukiem. Do tego stopnia, że ludzie się czasami dziwnie czują w moim towarzystwie, kiedy tak siedzę i nic nie mówię. Bo ludzie są przyzwyczajeni do rozmawiania, nawet, jeśli nie za bardzo jest o czym. Na szczęście moja żona ma zdolność mówienia silnie rozwiniętą, co nas, jako parę, ratuje w sytuacjach towarzyskich. Ja się ładnie uśmiecham i potakuję, oraz kiwam głową marszcząc brew, którą to umiejętność nabyłem na jakimś kursie, na którym mowa była o aktywnym słuchaniu. Potrafię aktywnie słuchać, mam na to papier.
Czasem zdarza mi się nie tyle słuchać, co podsłuchiwać. Nie, żebym wdzierał się w czyjąś prywatność, wykradał tajemnice czy robił inne tego typu, karygodne rzeczy. Ale w takiej, dajmy na to, kolejce w sklepie. Trudno nie posłyszeć, gdy ktoś obok głośno rozmawia. I tak na przykład, jakieś trzy dni temu, stałem w kolejce, a za mną stało dwóch panów. I rozmawiali, a właściwie jeden z nich opowiadał drugiemu o swojej koleżance z pracy. No, może „koleżanka” to za dużo powiedziane. Pani przyszła do firmy mojego kolejkowego sąsiada na staż i została po nim, bo tego wymagał urząd pracy, który ją wcześniej na staż kierował. Choć to akurat nieistotny szczegół. Pani stażystka, a właściwie była stażystka, jest osobą dość specyficzną, a to za sprawą sposobu, w jaki się wysławia. Siedzimy, słuchamy jej – opowiada pan w kolejce swojemu koledze, gdy tymczasem ja podsłuchuję – i czasami musimy się bardzo starać, żeby nie parsknąć głośno, jak coś palnie. „Jak się pan na to  zaopatruje”, pyta na przykład ostatnio szefa. Albo mówi: suma sumarów... Tu już nie wytrzymałem i zrobiłem to, czego unikał opowiadający i jego koledzy z pracy, czyli głośno parsknąłem. Wydało się oczywiście, że podsłuchiwałem, więc żeby wybrnąć jakoś z sytuacji – suma sumarów, ciekawa postać – powiedziałem.
Podsłuchiwanie może byś ciekawe. Co więcej, może być inspirujące. Jakiś czas po tym, jak podsłuchałem rozmowę w sklepie, przeczytałem wywiad z Arturem Andrusem. Pan Andrus mówi o tym, że też lubi podsłuchiwać (choć używa słowa „słuchać”) ludzi. Na przykład do empiku – opowiada – przyszedł pan i zapytał: „Dzień dobry, czy jest przewodnik po Górnym Śląsku?”. A sprzedawczyni: „Nie, ale jest po Dolnym”. Już się można zachwycić takim dialogiem. A puenta była taka, że ten pan chwilę postał i mówi: „mmm… to  poproszę”. Świetna historia, prawda? A żeby było jeszcze świetniej, Andrus kontynuuje: Kiedy opowiedziałem o tym w radiu, słuchaczka przysłała rozmowę zasłyszaną w wypożyczalni DVD. „Czy jest Szósty zmysł? – Nie, ale mamy Piąty element”.
Co to ma jednak wspólnego z aktywnym słuchaniem i mówieniem, w celu nie wyjścia z wprawy? Na pierwszy rzut oka może niewiele, teraz jednak zepnę mój tekst zgrabną klamrą i raz jeszcze wrócę do wspomnianego wywiadu, nawiązując jednocześnie do cytatu z Vonneguta. Wracając do wywiadu: Na przykład piszę co tydzień teksty na blog – mówi Artur Andrus – nie po to, by przejść do historii literatury, tylko by mieć coś gotowego, jak poproszą, żebym się wypowiedział w programie telewizyjnym. Czyli – choć to już moja interpretacja – trochę na zapas i trochę, by nie wyjść z wprawy.
A że ja na moim tym oto blogu nie zamieściłem niczego od jakiegoś czasu, to – żeby nie wyjść z wprawy, nie zaniedbać się, nie rozleniwić – gdy pojawiła się okazja, złapałem kilka wątków i proszę, 3888 znaków ze spacjami.
Mam nadzieję, ze taki trening sprawi, że gdy będę miał coś naprawdę ważnego do napisania, będę wiedział, jak to zrobić.