Zawrotne tempo zmian odbiera wartość każdej rzeczy, która mogłaby dziś uchodzić za godną pożądania, gdyby nie pewność, że jutro trafi na śmietnik…
Zygmunt Bauman, Życie na przemiał
Postanowiłem ostatnio zrobić na obiad placki ziemniaczane. Placki ziemniaczane były jedną z niewielu potraw w wykonaniu mojej mamy, której nie lubiłem jako mniejsze i większe dziecko: gumowate, słonawe (poza tym bez określonego smaku), szare coś, z uporem podawane na słodko, z cukrem (co się jakoś gryzło ze słonością). Do tego okupione za każdym razem narzekaniem mamy: że znowu musi ścierać te ziemniaki… Musi? Wcale nie – myślałem – ja tam chętnie zjadłbym kotleta…
Postanowiłem zrobić placki ziemniaczane nie dlatego, że nagle zmienił mi się gust i smak. Po prostu udoskonaliłem maminy przepis. A nawet więcej – stworzyłem zupełnie nową jakość.
Moje placki są – przede wszystkim – nie z samych ziemniaków. Poza tartymi ziemniakami zawierają marchewkę, seler, czosnek, cebulkę. Wszystko doprowadzone do konsystencji jednolitej masy mieszam z jajkiem, mąką, przyprawiam solą, pieprzem, majerankiem, czasem innymi ziłami, odrobiną ostrej papryki. Na koniec dorzucam niekwestionowany gwóźdź programu: przesmażony z cebulką, drobno pokrojony boczek. Oczywiście im więcej, tym lepiej. Potrawa jest rewelacyjna.
O plackach wspomniałem jednak jedynie tytułem wstępu. Teraz przejdę do sedna sprawy: poza tym, że udoskonaliłem potrawę mamy jako taką, ułatwiam też sobie jej przygotowanie: nie kaleczę palców o tarkę, tylko korzystam z blendera, który dzięki temu, że posiada w zestawie specjalny pojemnik i nakładkę, pozwala mi zmieniać twarde warzywa w zgrabną papkę. A właściwie pozwalał.
I właściwie teraz docieramy do prawdziwego sedna: mój piękny, poręczny i wszystko-mogący blender zepsuł się. Co gorsza – zepsuła się właśnie nakładka, dzięki której tworzyłem warzywną pulpę. Klops. Maszynka nie mieli. A przecież jest prawie nowa!
I w tym tkwi problem. Blender kupiliśmy stosunkowo niedawno. Stosunkowo, bo z jednej strony nie dawno, z drugiej zaś na tyle dawno, że zdążył się skończyć okres, w którym był objęty gwarancją. Powiem szczerze: kiedy sobie myślę, że w mojej szafce obok tego nieszczęsnego blendera stoi młynek do kawy, który pożyczyłem od rodziców, a który jest mniej więcej moim rówieśnikiem i wciąż działa, to krew mnie zalewa.
Tu pojawia się refleksja: kupujemy rzeczy na sezon, na chwilę, kupujemy wiedząc, że nie zdążymy się z nimi zaprzyjaźnić, bo zanim się do nich przyzwyczaimy, to trafi je tak zwany szlag. Dlaczego tak się dzieje? Bo producenci nas naciągają, wytwarzając rzeczy tak skonstruowane, żeby zepsuły się szybko, co wymusi konieczność kupienia kolejnego egzemplarza? Być może. Ale może problem jest głębszy, może to my przyzwyczailiśmy się do bylejakości i jest nam z nią w sumie po drodze? Bo przecież bylejakość, bezwartościowość i immanentna, rzec można, tymczasowość rzeczy ma w sobie pewien urok, czymś kusi. Leopold Tyrmand przytacza w swoim dzienniku fragment rozmowy ze swoją młodą… przyjaciółką Bogną. Zastał ją razu pewnego, jak z zachwytem przymierzała naszyjnik ze sztucznych brylancików. „Świecidełka” – skwitował, chcą dać do zrozumienia, co myśli na temat podobnej tandety. Bogna tak dalej poprowadziła rozmowę: „Świecidełka – powtórzyła. – Wolę od brylantów. Na brylanty trzeba uważać, nie można się nimi bawić. Ja chcę się napatrzeć, nabawić…” „Niezbyt pocieszające – uśmiechnąłem się. – Nigdy nie wiadomo, co zrobisz dla jakichś bezwartościowych szkiełek.” „Tak sądzisz? – zamyśliła się Bogna. – Mnie się wydaje, że to bardzo pocieszające. Świecidełka nudzą się po krótkim czasie, odrzuca się je nie wiadomo dokąd, zapomina o nich i już po wszystkim.” „To straszne, co mówisz, Bogusiu…”
Tyrmand reprezentuje tradycyjne podejście. Jego Bogna, wyprzedzając swoje czasy, malując obraz myślenia konsumenta, także tego dzisiejszego. Podczas, gdy Tyrmand docenia ponadczasowość, Bogna patrzy na rzeczy, jako na zaspokojenie zachcianki, z definicji chwilowej.
Niestety – podejście Bogny zwyciężyło. Otaczają nas dziś świecidełka zamiast klejnotów. Tandetne blendery, zamiast solidnych młynków do kawy. To smutne, że na pewnie kwestie przestaliśmy zwracać uwagę. To się odbija też znacząco na estetyce naszego życia. Wystarczy porównać stuletnie kamienice z dzisiejszym architektonicznym standardem. Gdzie te ornamenty, płaskorzeźby, ozdobne gzymsy? Dziś króluje nijaka prostota, bo prostota jest łatwiejsza. Na okładce retro – kryminału, który stoi u mnie na półce czytam: Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp – bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież elegancją. Dziś nikt nie myśli o smaku i elegancji – nie tylko popełniając i wykrywając zbrodnie oczywiście. Dziś mamy takie czasy, że tylko alleluja i do przodu. Smak nie ważny, elegancja tym bardziej. Ważne, że do przodu.