Zawrotne tempo zmian odbiera wartość każdej rzeczy, która mogłaby dziś uchodzić za godną pożądania, gdyby nie pewność, że jutro trafi na śmietnik, a równocześnie strach przed tym, by samemu na śmietnik nie trafić, strach wynikający z zawrotnego tempa, w jakim dokonują się zmiany, sprawia, że pożądamy coraz pożądliwiej i coraz niecierpliwiej zmian się domagamy…
Zygmunt Bauman, Życie na przemiał
Status quo. Ważna sprawa. Ważna, przynajmniej dla mnie. Nie lubię zmian. Może to nie jest postawa na czasie, w naszym płynnym świecie, o którym przede wszystkim można powiedzieć, że się ciągle zmienia. Może nie jestem na czasie, ale – jestem taki właśnie.
Nie jestem w swoich odczuciach na szczęście odosobniony. Czasem podniesie mnie na duchu ktoś, kto jak znajomy spotkany jakiś czas temu w pubie powie: „nie lubię, jak coś się zmienia, kojarzy mi się to z tym, że ktoś będzie czegoś ode mnie chciał”. Jak widać powody, dla których można mieć negatywny stosunek do wszelkich zakłóceń ładu, który sobie tworzymy wokół siebie, mogą być różne. Ja nie lubię, jak się coś zmienia, bo kojarzy mi się to z tym, że coś się psuje. Oczywiście – są i zmiany na lepsze. Zmiana może mieć swoje plusy, ale – zacytujmy pana Bareję – żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów.
Niedawno pisałem o tym, jak to w poniedziałkowy poranek witał mnie w pracy głos redaktora Piotra Barona. Miłe to było powitanie. Co więcej, pan redaktor często trafiał w mój muzyczny gust, więc przyjemnie mi się słuchało radia od rana. Dziś zaszła zmiana, zmiana ramówki. Nie ma pana Barona, za to inny pan redaktor z panią redaktor opowiadają o tym, jak to im mijają poranki i przedpołudnia. Ilustrują to jakąś taką nie moją muzyką. Nie słucham już radia z taką przyjemnością; nie mam nadziei, że w poniedziałek o dziesiątej usłyszę w radio Metallikę.
Od sześciu lat mam na ekranie telefonu tą samą tapetę. Podoba mi się, po co miałbym ją zmieniać?
Wczoraj wieczorem włączyłem sobie pierwszą płytę Heya, Fire. Uczciwe gitarowe granie, głośno, energicznie, prosto. Prawdziwy rock’n’roll. Faktycznie, był tam ogień. Przed chwilą słyszałem piosenkę z nowej płyty Kasi Nosowskiej. To już nie to. A ostatnia płyta Heya? Elektronika, dziwactwa jakieś. Dla zespołu, to pewnie rozwój. Dla nie –zmiana na gorsze. Obawiam się, że podobnie będzie z moim ukochanym Cool Kids Of Death. Ewakuacji plan słyszałem na żywo na tegorocznym Jarocinie. W porównaniu ze starymi dobrymi kawałkami brzmiał… jak zagrany przez pomyłkę. Nie spodobał mi się. Okazało się, że wykonanie na żywo to nic, w porównaniu z wersją studyjną (puszczaną już w radio). Chłopakom chyba zepsuły się gitary. Zastąpił je komputer, czy jakieś inne licho. Dramat. Aż się boję usłyszeć pozostałe kompozycje. Aż mi się nie chce czekać na płytę.
Kolejny zespół się rozwinął. Zmienił. Czy już nikt nie pamięta starej prawdy, że lepsze jest wrogiem dobrego?
Na szczęście są jeszcze kapele, które nie zawodzą. Kiedy jakieś pół roku temu wyszła nowa płyta Mötorhead, nie byłem zaskoczony. Pan Lemmy nic a nic się nie zmienił. Dwadzieścia lat temu tak grał i teraz gra tak samo, tak samo dobrze, z tym samym wykopem, ogniem i pazurem. I niczego nikomu nie musi udowadniać jakimś tam „rozwojem”.
O tym że zmiany, nawet te pozornie będące „zmianami na lepsze” nie zawsze niosą ze sobą coś dobrego, przekonują nas polityczno – ekonomiczni analitycy, rozprawiając na bardzo aktualny temat, mianowicie o wyborczych obietnicach. Okazuje się, że gdyby politycy zrealizowali po wygranych wyborach wszystko to, do czego zobowiązują się podczas kampanii, to owszem, zarabialibyśmy więcej, leczyli się taniej lub nawet za darmo, nasi rodzice i dziadkowie otrzymywali by wysokie emerytury, dzieci – darmowe, technologicznie zaawansowane pomoce dydaktyczne, ale… No właśnie: jest „ale”. Państwo szybciutko zyskałoby status bankruta, bo jakoś by przecież za te dobra musiało zapłacić.
Jaki z tego wniosek? Zapewne każdy wysnuje własny. Warto jednak pamiętać o jednym: gdy coś się zmienia, nawet i na plus, to uważajmy, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów.