poniedziałek, 19 września 2011

Muzyczne sentymenty i polityczny realizm, czyli o tym, dlaczego nie lubię zmian

Zawrotne tempo zmian odbiera wartość każdej rzeczy, która mogłaby dziś uchodzić za godną pożądania, gdyby nie pewność, że jutro trafi na śmietnik, a równocześnie strach przed tym, by samemu na śmietnik nie trafić, strach wynikający z zawrotnego tempa, w jakim dokonują się zmiany, sprawia, że pożądamy coraz pożądliwiej i coraz niecierpliwiej zmian się domagamy…
Zygmunt Bauman, Życie na przemiał

Status quo. Ważna sprawa. Ważna, przynajmniej dla mnie. Nie lubię zmian. Może to nie jest postawa na czasie, w naszym płynnym świecie, o którym przede wszystkim można powiedzieć, że się ciągle zmienia. Może nie jestem na czasie, ale – jestem taki właśnie.
Nie jestem w swoich odczuciach na szczęście odosobniony. Czasem podniesie mnie na duchu ktoś, kto jak znajomy spotkany jakiś czas temu w pubie powie: „nie lubię, jak coś się zmienia, kojarzy mi się to z tym, że ktoś będzie czegoś ode mnie chciał”. Jak widać powody, dla których można mieć negatywny stosunek do wszelkich zakłóceń ładu, który sobie tworzymy wokół siebie, mogą być różne. Ja nie lubię, jak się coś zmienia, bo kojarzy mi się to z tym, że coś się psuje. Oczywiście – są i zmiany na lepsze. Zmiana może mieć swoje plusy, ale – zacytujmy pana Bareję – żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów.
Niedawno pisałem o tym, jak to w poniedziałkowy poranek witał mnie w pracy głos redaktora Piotra Barona. Miłe to było powitanie. Co więcej, pan redaktor często trafiał w mój muzyczny gust, więc przyjemnie mi się słuchało radia od rana. Dziś zaszła zmiana, zmiana ramówki. Nie ma pana Barona, za to inny pan redaktor z panią redaktor opowiadają o tym, jak to im mijają poranki i przedpołudnia. Ilustrują to jakąś taką nie moją muzyką. Nie słucham już radia z taką przyjemnością; nie mam nadziei, że w poniedziałek o dziesiątej usłyszę w radio Metallikę.
Od sześciu lat mam na ekranie telefonu tą samą tapetę. Podoba mi się, po co miałbym ją zmieniać?
Wczoraj wieczorem włączyłem sobie pierwszą płytę Heya, Fire. Uczciwe gitarowe granie, głośno, energicznie, prosto. Prawdziwy rock’n’roll. Faktycznie, był tam ogień. Przed chwilą słyszałem piosenkę z nowej płyty Kasi Nosowskiej. To już nie to. A ostatnia płyta Heya? Elektronika, dziwactwa jakieś. Dla zespołu, to pewnie rozwój. Dla nie –zmiana na gorsze. Obawiam się, że podobnie będzie z moim ukochanym Cool Kids Of Death. Ewakuacji plan słyszałem na żywo na tegorocznym Jarocinie. W porównaniu ze starymi dobrymi kawałkami brzmiał… jak zagrany przez pomyłkę. Nie spodobał mi się. Okazało się, że wykonanie na żywo to nic, w porównaniu z wersją studyjną (puszczaną już w radio). Chłopakom chyba zepsuły się gitary. Zastąpił je komputer, czy jakieś inne licho. Dramat. Aż się boję usłyszeć pozostałe kompozycje. Aż mi się nie chce czekać na płytę.
Kolejny zespół się rozwinął. Zmienił. Czy już nikt nie pamięta starej prawdy, że lepsze jest wrogiem dobrego?
Na szczęście są jeszcze kapele, które nie zawodzą. Kiedy jakieś pół roku temu wyszła nowa płyta Mötorhead, nie byłem zaskoczony. Pan Lemmy nic a nic się nie zmienił. Dwadzieścia lat temu tak grał  i teraz gra tak samo, tak samo dobrze, z tym samym wykopem, ogniem i pazurem. I niczego nikomu nie musi udowadniać jakimś tam „rozwojem”.
O tym że zmiany, nawet te pozornie będące „zmianami na lepsze” nie zawsze niosą ze sobą coś dobrego, przekonują nas polityczno – ekonomiczni analitycy, rozprawiając na bardzo aktualny temat, mianowicie o wyborczych obietnicach. Okazuje się, że gdyby politycy zrealizowali po wygranych wyborach wszystko to, do czego zobowiązują się podczas kampanii, to owszem, zarabialibyśmy więcej, leczyli się taniej lub nawet za darmo, nasi rodzice i dziadkowie otrzymywali by wysokie emerytury, dzieci – darmowe, technologicznie zaawansowane pomoce dydaktyczne, ale… No właśnie: jest „ale”. Państwo szybciutko zyskałoby status bankruta, bo jakoś by przecież za te dobra musiało zapłacić.
Jaki z tego wniosek? Zapewne każdy wysnuje własny. Warto jednak pamiętać o jednym: gdy coś się zmienia, nawet i na plus, to uważajmy, żeby te plusy nie przysłoniły nam minusów.

wtorek, 6 września 2011

Nie lubilę poniedziałku...


Poniedziałek – cały tydzień nowych możliwości. Musimy z tym sobie jakoś poradzić. Nie ma to jak krzepiące słowa na początek nowego tygodnia pracy (a nawet nowego – po wakacyjnej przerwie –  roku).
Po wejściu do gabinetu zwykle w pierwszej kolejności włączam radio. Taki odruch. Powtarzam codziennie ten sam rytuał. Po drodze do radia odkładam na półkę odtwarzacz MP3, odstawiam torbę. Tym razem było tak samo. Przywitały mnie przytoczone wyżej słowa redaktora Piotra Barona. Niby proste zdanie, a ile w nim treści.
Ile razy każdy z nas powtórzył w życiu słowa „nie lubię poniedziałku”? Jest coś takiego w poniedziałkowym poranku, co odstręcza, zniechęca, czasem może i przeraża. Jako dzieciak czułem dziwny ucisk gdzieś tam pod żebrami, kiedy tylko słyszałem melodię kończącą niedzielną wieczorynkę. Od najmłodszych lat wizja poniedziałku była mi niemiłą, czasem straszną. Nagle okazywało się, że na lekcje, których konieczność odrobienia wypierałem skutecznie od piątkowego popołudnia nie ma już czasu. Tak samo było w okresie liceum, szczególnie, kiedy nowy tydzień otwierała lekcja biologii z panią D., której ponura sława wciąż jest jeszcze żywa w moich rodzinnych stronach. Sytuacja powtarzała się przez lata studiów i trwa do dziś. Trwa, a nawet się nasila.
Nie wiem, czy wszyscy czują niechęć do poniedziałku. Zapewne nie. Jeśli o tych jednak chodzi, którzy takową odczuwają, ciekaw jestem, czy zastanawiali się nad jej źródłami i powodami. Ja robię to, przyznaję, po raz pierwszy.
Boję się rano wstać, codziennie rano boję się otworzyć oczy z obawy przed świtem – komentował moment swojego przebudzenia Adaś Miałczyński w Dniu świra. Może nie codziennie, ale co tydzień… Może to właśnie kwestia tych możliwości, o których mówił pan redaktor? Bo choć się nam możliwości kojarzą z czymś pozytywnym (że niby więcej możliwości, to więcej szans, w domyśle – na coś dobrego), to przecież zawsze jest możliwość, że, jak z właściwą sobie prostolinijnością i dosadnością pisał Kurt Vonnegut jakieś gówno wpadnie w wentylator.
I jeszcze jedna kwestia: niechęć do poniedziałku może wiązać się z tym, co on dla nas niesie, ale i z tym, co nam zabiera. A poniedziałek pozbawia nas weekendowej beztroski, okazji do relaksu, okazji, by spędzić czas z bliskimi. Nakłada obowiązki i co gorsza – określa sposób, w jaki je mamy wypełniać. Bo przecież i w sobotę i w niedzielę mamy często coś do zrobienia. Czasem coś, co nie koniecznie robimy z ochotą. Ale w weekend mamy inne niż w poniedziałek i każdy kolejny dzień roboczego tygodnia możliwości uprzyjemniania sobie pracy i jej organizowania. W sobotę mogę sobie powiedzieć, że najpierw jeszcze jedna kawka i dopiero – do pracy. Albo, że owszem muszę w końcu skosić trawnik, ale dlaczego mam to robić nie popijając przy tym zimnego piwka? W weekend można oswajać obowiązki, odkładać ich wykonanie, skuteczniej racjonalizować sobie fakt ich zaniedbania. Od poniedziałku to wszystko staje się trudniejsze, o ile nie niemożliwe.
Najlepsze w poniedziałku jest to, że szybko mija. A kiedy minie poniedziałek, najgorsze mamy już za sobą. Jeszcze tylko wtorek, od środy jest już z górki. Ani się obejrzymy i znów mamy weekend.
Najgorsze w weekendzie jest to, że szybko mija. Ani się obejrzymy, a jest już po sobocie i znów rozpościera się nad nami mroczna wizja poniedziałku.
Musimy z tym sobie jakoś poradzić.

czwartek, 1 września 2011

Czym chciałbym się pobawić


Chłopcy lubią zabawki. Nie ma co ukrywać. Co więcej – prawda ta dotyczy chłopców w każdym wieku. Mali chłopcy nie są w stanie zrealizować wszystkich swoich fascynacji, dlatego w dorosłe życie wchodzą z bagażem pragnień i tęsknot oraz przemożną chęcią ich zaspokojenia.
Ja na przykład nie mogę się już doczekać chwili, kiedy chłopaki dorosną do tego, by stać się posiadaczami sterowanych radiem samochodów. Już widzę nasz trawnik zamieniony w tor wyścigowy, po którym mknął trzy małe terenówki. Jedna z nich będzie terenówką taty, rzecz jasna. Ale to tak na marginesie.
Kto zawsze miał jedne z najfajniejszych zabawek, o jakich można tylko pomarzyć? Oczywiście – Bond, James Bond. Te samochody, dostosowane przez niezawodnego Q do potrzeb agenta, te zegarki z ukrytymi wyrzutniami pocisków i innymi gadżetami i wszystkie inne cuda produkowane przez starego Magika-Mechanika na (tajnych) usługach Jej Królewskiej Mości. Kto by tego nie pragnął, szczególnie w wieku dziesięciu czy jedenastu lat.
Albo taki John Rambo. Pamiętacie jego nóż? Do czego ci on? Do polowania. A na co z nim polujesz? Na wszystko. I faktycznie. Można było nim ubić dzika, przeciąć kolczasty drut… Teraz nóż Rambo można kupić na pierwszym lepszy, bazaru, ale kiedyś… Na każdym szkolnym biwaku na etapie podstawówki porównywanie noży było stałym elementem biwakowej codzienności, ważnym rytuałem. I czy się potrafi swoim nożem rzucać? Czy jest wyważonu? I kto wygra w ‘nożyka’? Czy uda się rzut ‘z łokcia’? (To były jeszcze czasy, kiedy na widok noża w ręku ucznia nie trzeba było wzywać rodziców, powiadamiać policji a posiadaczowi białej broni organizować serii spotkań z pedagogiem.) Do dziś jestem zdania, że dobrze jest mieć dobry nóż. Tego lata z zazdrością patrzyłem na kolegę, który podczas biwaku łaził nożem wielkości małego miecza u pasa. Ja miałem jedynie scyzoryk (za to marki Smith&Wesson – Brudny Harry miał rewolwer tej firmy; to mi poprawiało nastrój).
Zabawki ‘prawdziwych facetów’ pobudzają męską wyobraźnię. Być może dlatego, kiedy kilka dni temu wybierałem w salonie nowy telefon, mój wybór padł na ten rekomendowany przez armię USA. Tak przynajmniej twierdziła pani, która pokazywała mi kolejne modele. Nie wiem, ile prawdy jest w tym rekomendowaniu. Tak czy inaczej stałem się posiadaczem telefonu pancernego. Nie straszne mu upadki. Jest wodoodporny, pyłoodporny i mrozoodporny. Można nim rozegrać mecz piłki nożnej, a on się nawet nie zarysuje. Można po nim nawet przejechać samochodem. Kto nie wierzy, może sprawdzić na YouTubie.
Tak więc stałem się posiadaczem telefonu dla ludzi aktywnych i to aktywnych ekstremalnie. Mając przy sobie mój telefon, mam w zasięgu ręki mapy i GPSy, mogę marznąć, nawet zamarzać, a telefon mnie nie zawiedzie. Nie odmówi posłuszeństwa, a swą konstrukcją (antypoślizgowa obudowa i duże klawisze) ułatwi nawiązanie połączenia ze światem. Jak już wspomniałem, moje cudo jest odporne na ataki wszelkich pyłów, więc burza piaskowa nie będzie mi (z nim) straszna. Jest zupełnie szczelny, więc jeśli zaskoczył by mnie sztorm, będę mógł wezwać pomoc – telefon nie zawiedzie. Jeśli podczas rajdu przez tropikalną dżunglę przyszło by mi wyciągać samochód z błotnej kałuży i nie daj boże – telefon wpadł by mi do niej i co gorsza – został by przejechany: nic to. Wytrzyma.
No właśnie. Rewelacja. James Bond mógłby mi pozazdrościć. I Rambo.
A co ja będę robił z moim niezniszczalnym telefonem? Pewnie to, co z poprzednimi. Różnica tylko taka, że będę mógł nosić go w tylnej kieszeni bez obawy, że ekranik pęknie czy obudowa się połamie. Będę mógł usiąść przed komputerem z telefonem na, za przeproszeniem, tyłku – i nic się nie stanie.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Remont, pech i myślenie życzeniowe


Remont. Pomalować ściany w kuchni i pokoju – cztery dni i po robocie. Taka wizja jawiła się mojej żonie. Ja wiedziałem swoje. Że jak pomalować, to wcześniej pewnie coś wygładzić. Że zagruntować, że samo przygotowanie potrwa – przestawianie mebli, wynoszenie książek, demontowanie regału, opróżnianie szafek… A tu żona przebąkuje, że kuchnię i pokój, ale może i sypialnię. Jakie cztery dni, ja się pytam?
Pytam się i dostaję burę za marudzenie i malkontenctwo. A ja tylko patrzę na sprawę realnie.
Zabieram się za robotę. Oczywiście – tylko  malowanie okazało się bardziej skomplikowane, bo łączyło się z modernizacją oświetlenia, to z kolei pociągało za sobą konieczność kucia ścian, rozmieszczania puszek, kładzenia przewodów i dochodzenia do tego, co miał na myśli elektryk kładący swego instalację w naszym domu. Całe szczęście, że miałem wsparcie w postaci innego, doświadczonego elektryka. Teraz się zastanawiam, co ten z kolei miał na myśli powodując, że gdy podłączam czajnik do gniazdka, to jednocześnie (choć zupełnie niezamierzenie) gaszę lampkę oświetlającą kuchenny blat.
Gdy do drzwi zapukał kurier wiozący nam nową kuchenkę, czułem dreszczyk podniecenia. W końcu nasz stary i brzydki rupieć zastąpi piekarnik z prawdziwego zdarzenia – termo obiegi i inne cuda. Wielką paczkę opakowaną w styropian i folię ustawiliśmy w kącie, by w ogólnym harmidrze zawartość nie uległa uszkodzeniu. Kuchenka miała stanąć na swoim miejscu dopiero za jakiś czas. Gdy ten czas nadszedł okazało się, że moje cudo posiada – poza termo obiegiem rzecz jasna – pokaźne wgniecenie w blasze stanowiącej obudowę. Całość wygląda, jakby ktoś mój piekarnik kopnął. I jakby ten ktoś był co najmniej koniem. Taki pech. Na nowy piekarnik trzeba poczekać kolejnych kilka dni. A tak ładnie się zapowiadało.
W międzyczasie walczę z instalacją elektryczną, maluję na zmianę sufity i ściany. Jak śpiewał Rysiek Riedel (choć on śpiewał o czymś innym): to już piąty, piąty dzień… a końca nie widać. A miały być cztery dni i po robocie. Pobożne życzenia.
Mam już pewność, że malowanie sypialni mnie nie minie. Wersja może zmieniła się w wersję na pewno i nieodwołalnie. Trwa wyścig z czasem, bo za chwilę wracają Chłopaki, którzy bawią póki co u dziadków. Niestety – dziadkowie mają napięty terminarz i wnuków muszą oddać. A gdzie tu Chłopaki w ten gruz i pył, puszki z farbą i inne atrakcje?
Kładę się spać o drugiej trzydzieści z myślą: niech jutro nie jest niedziela! Budzę się – wydaje się, że po chwili – i myślę: niech jeszcze nie jest rano! Nic z tego. Myślenie życzeniowe nie działa. Jest niedziela, godzina ósma, dzień święty czy nie, trzeba się brać do roboty.
Kończymy kolejne etapy powoli ogarniając przestrzeń. Kuchnia jeszcze w rozsypce, ale pokój skończony, więc można posprzątać i poustawiać wszystko na miejsce. Znoszę telewizor, podłączam – nie działa. Krew mnie zalewa, trafia jasny szlag i z ust mych dobywa się bluzg. Zdejmowałem ze ściany – było dobrze, odwiesiłem – nie da się włączyć. U nas mawiało się w takich sytuacjach: jak nie urok, to… przemarsz wojska. Pojawia się wizja – pomalowane, wygładzone, posprzątane, nawet kabelki w schodowych wyłącznikach na swoim miejscu (elektryk mnie zmylił i musiałem kombinować, ale w końcu się udało: tu gaszę, tam zapalam i odwrotnie, wszystko gra), a tu na środku ściany czarna blacha świeci pustką, bo telepudło, które powinno na niej wisieć jest w naprawie. I może w niej być i ze trzy tygodnie. Czarna rozpacz. Taki pech. Sprawdzam, czy może przewód się nie poluzował po prostu, dociskam wtyczkę w gnieździe i słyszę zza pleców szept żony: zacznij działać!
Ja już niestety wiem, że myślenie życzeniowe nie działa. Jak pech, to pech.

piątek, 5 sierpnia 2011

"Indian time" i wakacyjny relaks

Kiedy byłem mały, mama czytała mi książki o przygodach Winnetou i Old Shatterhanda. Słuchałem jak urzeczony. Zrobiłem sobie drewniany tomahawk, cieszyłem się, że znalezione przypadkiem pióro indyka przypomina trochę orle. Wetknąłem je we włosy i poczułem się jak wódz Apaczów.
W tym roku po raz drugi wypoczywałem na zlocie Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian. Rozbiłem namiot obok prawdziwego tipi, w tymże spędziłem masę czasu siedząc przy ogniu, gotując w wielkim kotle, rozmawiając lub – a może przede wszystkim – nic nie robiąc. Na ponad tydzień zdjąłem z ręki zegarek, wyłączyłem telefon… wstawałem, gdy za ścianą namiotu robiło się gwarno, jadłem, gdy zgłodniałem, szedłem spać, gdy wszyscy się rozchodzili. Indian time – tak określili ten stan beztroski znajomi, którzy nas na zlot po raz pierwszy zaprosili. Nic-nie-robienie. Nic-nie-muszenie.
To zupełnie inna jakość odpoczynku – słodkie próżniactwo. Lubię podróże, zmęczenie wywołane dźwiganiem plecaka, nawet ścisk w pociągu, gdy jedzie on w jakieś ciekawe miejsce. Ale lubię też to poczucie wyłączenia, odcięcia się od codziennych konieczności. Nie odbieram telefonów – w ogóle przez całe dni nie biorę do ręki komórki. Na pytanie o godzinę (pytają o nią tylko, co ciekawe, dzieci, dorośli potrafią docenić brak konieczności kontrolowania czasu) odpowiadam: właściwa. Indian time.
Gdy przychodziła pora na jedzenie, wyciągaliśmy wielki kocioł. Gotowaliśmy na zmianę. Każdy chciał choć przez chwilę poczuć się panem kuchni (tak, w tipi jest kuchnia – mata na prawo od wejścia), więc codziennie mieliśmy innego szefa kuchni. Raz tylko, gdy skończyły się pomysły, połączyłem siły z kolegą – stworzyliśmy zupełnie nową jakość, eksperymentalną potrawę z młodej kapusty. Poza tym jedliśmy chili z czerwoną fasolą, zupę gulaszową, ratatouille. Same pyszności.
Kocioł z parującym daniem lądował na trawie, kolejno nakładaliśmy sobie porcje do miseczek. Zapraszaliśmy sąsiadów, bo nasz kociołek mógł wykarmić ładnych kilkanaście osób.
Dwaj amerykańscy językoznawcy i antropologowie, panowie Edward Sapir i Benjamin Lee Whorf wysnuli niegdyś hipotezę, że język, którym się posługujemy, determinuje postrzeganie otaczającej nas rzeczywistości, a nawet w pewien sposób tę rzeczywistość kreuje. Naukowcy porównywali języki zachodnie pochodzenia europejskiego z językiem Indian Hopi. Odkryli między innymi, że Indianie zupełnie inaczej niż my postrzegają czas, jego fazy i jego upływ – inaczej o nich mówią. Whorf pisał: Hopi nie mówią: „to jest gorące lato” ani „lato jest gorące”; to nie lato jest gorące, lecz raczej lato jest wtedy, gdy jest gorąco, gdy staje się gorąco. Życie Indian podlegało dyktatowi natury. Nie robili tego, co musieli zrobić z jakiegoś abstrakcyjnego powodu, ale to, co powinno się zrobić o danej porze.
To właśnie istota mojego wakacyjnego indian time. Nie muszę wstać tylko dlatego, że przyszła pora wstawania i zadzwonił budzik. Budzik nie istnieje. Czas wstawania jest wtedy, gdy jestem wyspany, gdy już nie chcę dłużej spać. Nie muszę gotować, bo o którejś godzinie powinien być obiad. Czas obiadu jest wtedy, gdy wszyscy się zbiorą i dojdą do wniosku, że dobrze byłoby coś zjeść – wtedy można niespiesznie zabrać się za gotowanie.
Piękna sprawa – indian time. Znowu sobie pomyślałem, że dobrze byłoby włożyć pióro we włosy i zostać wojownikiem – na dłużej.

czwartek, 21 lipca 2011

Filmy, książki, seriale, wakacyjne impresje

Ulicą małego miasteczka mknie trzech facetów na motocyklach. Skórzane kurtki, długie włosy wystające spod kasków. Mijają skrzyżowanie – z bocznej uliczki wyjeżdża kolejny motocykl, ustawia się w szyku. Po chwili sytuacja się powtarza – kolejne skrzyżowanie, kolejna maszyna dołącza do kawalkady. Po chwili widzimy sporą grupę pędzących przed siebie swobodnych jeźdźców, tworzących jedność, zwartych, zsynchronizowanych w tym swoim pędzie.
To scena z serialu Sons of Anarchy. Niby zwykły serial o złodziejach i policjantach, ale element motocyklowej wolności nadaje mu charakteru, powoduje, że chce się oglądać – dla tych właśnie scen, w których zarośnięci faceci jadą na motorach.
Pamiętam, kiedy pierwszy raz widziałem film Easy Rider. Chwytał za serce. Tak samo, jak Znikający punkt, w którym skazany na porażkę kierowca o swojsko brzmiącym nazwisku Kowalsky, mknął przez pustynię, niesiony przez konie mechaniczne i amfetaminę, na spotkanie przeznaczeniu. Easy Rider bardziej jednak pobudzał wyobraźnię. Motocykl, puste drogi, hippisowskie komuny, wiatr we włosach, rozmowy przy ognisku, przypadkowo poznani ludzie, z którymi chciało się gadać godzinami.
Dziś oglądam serial i myślę sobie…
Poczuć się wolnym podróżnikiem, spakować plecak i wyjść z domu – bez szczegółowego planu, bez zegarka, który przypomina, że zraz odjeżdża pociąg. Bez samochodu.
Miałem kiedyś plan. Stworzyłem go z przyjacielem. Byliśmy młodzi, wolni i na studiach. Chcieliśmy kupić motorynki (takie małe motorki marki ‘Romet’ – nie wiem, czy pamiętacie) i ruszyć nimi przez Polskę. Mielibyśmy kolana pod brodą (to raczej pojazdy dla dzieci lub krasnoludów), blaszane kucyki zamiast stalowych rumaków i ubaw po pachy. Chcieliśmy odwiedzić ulubione browary - miały nam wytyczyć trasę. Nic z pomysłu nie wyszło. Szkoda. Za mało swobodni byli z nas jeźdźcy.
Ale…
Kilka podróży odbyliśmy. Jedną szczególnie niesamowitą – dwa tygodnie ponad stopem, przez Polskę, Słowację, Czechy, kawałek Niemiec. Spakowałem się w wojskowy plecak ‘kostkę’ i wyruszyłem. Raz nas podwiozły dwie miłe Czeszki, raz ich rodak, który się przyznał, że jedzie bez prawa jazdy, bo mu je zabrali za jazdę po pijaku. Miły był. W aucie grała mu Metallica, podwiózł nas pod sam sklep – musieliśmy uzupełnić zapas piwa. Spaliśmy na ławce w Pradze, w akademiku w Bratysławie, w namiocie – gdzie się dało. Piękne chwile.
Ostatnio sobie przypomniałem. Wybrałem się z żoną na festiwal w Jarocinie. Przeforsowałem pomysł jazdy stopem. Co to była za radość – z plecakiem na plecach stanąć na poboczu, wyciągnąć rękę, wyprostować kciuk, czekać…
Plan był prosty, trasa opracowana. Wyszło inaczej. Zamiast w Gnieźnie, znaleźliśmy się w Poznaniu. Nieplanowana atrakcja – nie ma nic fajniejszego. Dojechaliśmy szybko i sprawnie. W życiu tak bezproblemowo nie jechałem stopem. Najpierw vanem, później tirem – i już byliśmy na miejscu. Z jednej strony fajnie. Z drugiej – zabrakło tego dreszczyku, kiedy patrzysz na kolejny (-nasty, -dziesiąty, -setny…) samochód, i nie wiesz, czy się zatrzyma. Zabrakło tego momentu, kiedy mogłem poczuć się prawie jak w powieści Jacka Kerouacka – z myślą, że przyjdzie mi nocować przy drodze ( bo w końcu jestem w drodze), rozbić namiot, wyjąć konserwy, popatrzeć na gwiazdy, napić się wina (no, może piwa), zasnąć z myślą, że jutro dojadę do celu. Albo i nie – też będzie dobrze.
Dojechaliśmy na festiwal, jak Swobodni jeźdźcy na nowoorleański Mardi Gras. A tam – święto muzyki, całodniowy relaks, słońce… wspominałem o muzyce? Piękna sprawa.
Dobrze tak sobie podróżować – bez zobowiązań, planów, czasowych ograniczeń. Dobrze czuć się wolnym, dobrze być swobodnym jeźdźcem, Włóczęgą Dharmy, po prostu włóczykijem. 
Teraz siedzę w domu, oglądam serial. Jedno szczęście, że budzi odpowiednie tęsknoty.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Leserzy, geny i domowe przetwory

Lato – wiadomo, fajny czas. Piękna pogoda, wakacje, ogólna laba. Tak to widziałem jako dziecko.  W całej tej beztrosce zdarzały się jednak i gorsze momenty. Moja mama, jako gospodyni w klasycznym rozumieniu tego słowa produkowała przeróżnej maści i treści domowe przetwory. Kompoty, dżemy, ogórki w kilku wersjach, buraczki w occie, powidła, konfitury etc. Kłopot w tym, że do tych wszystkich cudów potrzebowała surowców. Siłą rzeczy potrzebowała i pomocy w ich pozyskaniu.
Najgorsze były porzeczki. Najlepsze w zbieraniu porzeczek było to, że czasem pojawiała się myśl, że mamie mogłyby zamarzyć się jagody – ich zbieranie byłoby jedyną rzeczą gorszą od zbierania porzeczek. Malutkie kuleczki w maciupkich kiściach ukrytych pośród wielkiego gąszczy liści i gałązek. Napełnienie nimi wiadra mogłoby być trzynastym zadaniem dla Herkulesa. Podkradanie jabłuszek z ogrodu Hesperyd czy porządkowanie augiaszowej stajni byłoby przy tym niczym. Przecież już dawno zauważyli starożytni, że nec Hercules contra plures (porzeczkom). A porzeczkom na krzaczku na imię, wiadomo – Legion. Tak czy inaczej przychodził moment, że trzeba było wybrać się z wiaderkiem pod krzaczek. Oj, ile to było zachodu: najpierw, żeby najlepiej, w ogóle uniknąć tego obowiązku. To się nigdy nie udało. Później więc, przychodził czas na szukanie sposobów, żeby opóźniać swoją pracę. W sytuacji, kiedy krzaczki ogołacała jeszcze siostra, tata i mama istniała szansa, że owoce i tak znikną, nawet, gdy ja nie będę się przykładał. Życzyłem sobie, by zniknęły jak najszybciej. Często robiłem sobie przerwę, żeby się napić. Albo na siusiu.
Porzeczki to oczywiście nie wszystko. Były i wiśnie. Były czereśnie. Nie byłem pasjonatem owocobrań, oj, nie byłem. Doskonaliłem się więc w leserowaniu.
Punkt widzenia, jak wiadomo, zmienia się w zależności od miejsca, z którego się patrzy. Tak więc, kiedy dziś patrzę z pozycji pana domu i szefa kuchni, nie zaś dzieciaka, któremu zabierano cenne godziny wakacji, sprawa przygotowywania przetworów maluje się w innych barwach.
Takie na przykład suszone pomidory. Moja żona jest pierwszą ich fanką a ja fanem drugim, a może i pierwszym ex aequo. Jest z nimi trochę roboty, szczególnie, gdy się je produkuje w dużych ilościach. Rok temu malutkimi słoiczkami zapełniliśmy całą szafkę, jeszcze dojadamy ostatnie i już zacieramy ręce na myśl o tegorocznym sezonie. Pracy trochę z tym jest: pomidorki pokroić, pousuwać mokre wnętrzności, a wcześniej – nachodzić się i wyszukać najodpowiedniejsze, co też nie jest proste. Później suszenie. W naszym klimacie opcja „na słońcu” raczej nie wchodzi w rachubę. Sprawiliśmy sobie suszarkę, a tej trzeba doglądać, na bieżąco wyjmować gotowe pomidory, przekładać te, którym jeszcze trochę suchego ciepełka potrzeba. Efekt za to wart jest wysiłków. Z efektu jesteśmy dumni.
Dziś zaś przyszedł dzień zbioru wiśni. Nie smażę z nich konfitur, nie robię soczków czy kompocików, za to nastawiam winko. Zwykłe, deserowe winko, albo pyszny wermut na piołunowej zaprawie, z drapieżną, ziołową nutką. Tak czy inaczej, żeby napełnić moszczem balon, trzeba się trochę nazrywać. Wybraliśmy się na zrywanie rodzinnie. Najpilniejszy przy pracy był Tyci, który co chwilę przybiegał z kilkoma wisienkami we wiaderku, meldował, że już ma dużo i przesypywał je do dużego wiadra. Żona stwierdziła, że nie sięga i nie da rady zrywać. Nie wiem, jak to się miało mieć do zapału sporo jednak mniejszego Tyciego – postanowiłem nie wnikać. No i był jeszcze Guć. Najpierw przybiegł z wiaderkiem i coś tam przesypał. Później przynosił po jednej wiśni. Jeszcze później doszedł do wniosku, że nie będzie zrywał, bo tam są pająki. Dalsze pomruki: no nie, pająki, wszędzie tylko pająki… brzmiały na poły paranoicznie i złowieszczo – ja tych panoszących się wszędzie pająków nie widziałem, więc nie wiedziałem, czy są wielkie i groźne. Mogły być. W końcu Gucio rzucił: Doba (‘r’ gdzieś mu się zapodziewa), to wy zrywajcie, a ja później wrócę! I już go nie było.
A ja pomyślałem tylko: moja krew! Co to jednak znaczą geny!