wtorek, 5 kwietnia 2011

Tak zwane międzyczasy

Dla sportowca dobry międzyczas to ważna sprawa, bo może przesądzić o ostatecznym wyniku: czasie, w jakim udało mu się pokonać daną trasę. Dobre osiągi na danym odcinku mogą się okazać kluczowe. Moje „międzyczasy” też mają czasami decydujące znaczenie. Nie wpływają wprawdzie na jakiś wynik czasowy, ale mogą znacząco poprawić lub pogorszyć ogólną organizację dnia. Staram się więc mieć jak najlepsze międzyczasy, czyli innymi słowy – jak najlepiej je zagospodarowywać.
Od rana trzeba doprowadzić do ładu Chłopaków. I doprowadzić do ładu siebie. Trzeba to wszystko zgrabnie połączyć, tym bardziej, że często trzeba jeszcze doprowadzić do ładu inne sprawy. Tutu rano zwykle w dobrym nastroju, z zaciekawieniem ogląda Bolka i Lolka, komentując działania urwisów w swoim szczebiotliwym języku. Gucio, który potrzebuje więcej czasu na pełne wybudzenie się, dochodzi do siebie na kanapie. Ja w międzyczasie mogę spokojnie wziąć prysznic. O ile Chłopakom nie nudzi się siedzenie w jednym miejscu, robię sobie kawkę i mogę na chwilę usiąść przy komputerze. Kolejny udany międzyczas – chwila dla siebie. Później śniadanko. I Gucio i Tytus jedzą już sami, więc po przygotowaniu kanapek mogę dopić w spokoju kawę – oczywiście w międzyczasie, bo już za chwilę trzeba będzie uwolnić żywioł i mieć go na oku, co ograniczy znacząco moje możliwości zajmowania się swoimi sprawami.
Chłopaki bawią się – coraz częściej i w coraz bardziej udany sposób – razem. To mi daje pole do działania w międzyczasach. W tym przypadku międzyczas trwa od chwili, kiedy Chłopaki zaczynają się bawić, do chwili, kiedy da się słyszeć pierwszy krzyk Gucia albo pisk Tyciego, świadczący o tym, że mamy jakąś drakę do opanowania.
W międzyczasie robię różne rzeczy, które kiedyś robiłem, że się tak wyrażę, w czasie głównym. Dziś się przesunęły do czasu pomiędzy, a właściwie do czasów. Bo międzyczasy mają to do siebie, że nie są długie, w związku z czym czynności wykonywane w międzyczasie, trzeba rozbijać i wykonywać na raty.
Droga z domu do pracy i z powrotem jest często jedyną częścią dnia, kiedy mogę w spokoju posłuchać muzyki. I w spokoju pomyśleć o czymś, albo nie myśleć w ogóle o niczym. Wychodzę z domu i po dwudziestu minutach docieram do pracy, a w międzyczasie – chwila relaksu, kiedy nikt mi nie mówi, że za głośno, że rzępolenie i wrzaski, więc lepiej ściszyć, kiedy w końcu nikt mi tych wrzasków nie zagłusza, bo Chłopaki, to – nie oszukujmy się – wygrywają w pojedynku na emisję decybeli nawet z norweskim death metalem.
Zmierzam więc sobie w moim międzyczasie do pracy, ktoś mi tam przyjemnie gra i śpiewa do ucha, a ja przy tej okazji na przykład, że znowu przywołam Tyrmanda, chodzę po ulicy i układam zdania do zapisania w dzienniku, a ściślej – na blogu.
W międzyczasie można też czytać i ja się czytaniu właśnie w międzyczasie często oddaję . Są tu jednak pewne pułapki. Można czytać gotując, jeśli się uprzeć. Tu coś pokroić, wrzucić do garnka albo na patelnię, a tam, w międzyczasie, przeczytać kilka linijek a może i akapit. Czasem czytam kładąc Tyciego spać w ciągu dnia. Wsadzam go do wózka, w jednej ręce butelka z mlekiem, w drugiej książka. O ile Tyci nie odpłynie od razu, udaje się czasem i kartkę przewrócić raz czy dwa. Problem jest tylko jeden: nie wszystko można czytać z doskoku. Skąd się wzięło myślenie, że gospodynie domowe czytają romanse? Pewnie stąd, że tak jest. Ale uwierzcie – skupić się w międzyczasie na lekturze ambitnej umysłowo angażującej często się po prostu nie da. I tak ja na przykład stałem się ostatnio wielbicielem kryminałów. Śledzę przygody Erasta Fandorina, rozwiązuję kolejne zagadki z Sherlockiem Holmesem, zwiedzam mroczne Breslau z Eberhardem Mockiem albo marsylskie nabrzeża z Fabiem Montale, gdy tymczasem przyniesione z biblioteki eseje o filozofii polityki zalegają na półce – na nie międzyczasy za krótkie.
Kolejne, co się paniom domu przypisuje, to zamiłowanie do seriali. To też wyjaśnić można faktem, że odcinek serialu doskonale się mieści w  międzyczasie. Z filmem byłoby gorzej, ale pół godziny czy czterdzieści minut – tyle czasami uda się wygospodarować.
Tak więc znowu się okazuje, że grunt, to dobra organizacja. Warto na to zwrócić uwagę, bo dobry międzyczas może czasami przesądzić ogólnym  sukcesie. A i napisać coś, w międzyczasie, można.


czwartek, 31 marca 2011

Symbol indywidualności i wiary w wolność jednostki

Wie pan, dlaczego zawsze poza domem chodzę w garniturze? Po prostu okazuję cześć temu miastu… Tak jak do obiadu zawsze siadam w krawacie, okazując cześć Temu, kto mi daje pożywienie.
Eberhart Mock w Festung Breslau Marka Krajewskiego

Przyszła wiosna. Mam nadzieję, że tym razem na dobre. Odwiesiłem już do szafy ciepłą kurtkę i bardzo bym nie chciał jej stamtąd wyjmować w najbliższym czasie. To taki przełomowy moment, kiedy można schować rzeczy, które się nosi zimą. Kiedy ma się świadomość, że wychodząc z domu, nie trzeba zakładać na siebie tych wszystkich warstw, tych czapek i szalików – można po prostu wyjść. Czekam na tą chwilę przez kilka miesięcy, właściwie od momentu, kiedy zimowa kurtka i grube swetry zaczynają być na co dzień potrzebne.
Tu się pojawia pewne pytanie: co za różnica – taka kurtka, czy inna? No właśnie, jaka różnica? Przecież nie jest to rzecz bardzo istotna, co się ma na sobie. A może jest?
Czym jest dla nas ubranie? Trudne zagadnienie. I chyba nie można na nie odpowiedzieć jednoznacznie. Dla każdego jest czymś innym. Łatwiej stwierdzić, czym nie jest. Nie jest po prostu ubraniem.
W 1972 roku Umberto Eco włożył dżinsy – po długim okresie, kiedy ich w ogóle nie nosił – i doszedł w związku z tym do pewnych wniosków. Przede wszystkim stwierdził, że w przeciwieństwie do spodni z innego, lżejszego materiału, dżinsy się czuje. Odkryłem, że moje ruchy, sposób chodzenia, odwracania się, siadania, przyspieszania kroku są inne. Ani trudniejsze, ani łatwiejsze, ale na pewno inne. Profesor Eco zyskał nagle świadomość tego, w co jest ubrany. Był to dla niego istotny fakt, bo oto jego myśli zeszły na zupełnie nowe tory.

…problem dżinsów skłonił mnie jeszcze do innych rozważań. Nie tylko strój narzucał mi pewne zachowanie; koncentrując moją uwagę na zachowaniu, zmuszał mnie do życia na zewnątrz. Tzn. ograniczyłem moje życie wewnętrzne. Dla ludzi wykonujących mój zawód jest czymś normalnym myśleć w czasie chodzenia o czymś innym, o artykule do napisania, o wykładzie, który trzeba wygłosić, o relacjach między Jednostką a Wspólnotą, o rządzie Andreottiego, o tym, jak rozwiązać problem Zbawienia, czy istnieje życie na Marsie, o ostatniej piosence Celentana, o paradoksie Epimenidesa. Jest to coś, co w naszym środowiskowym żargonie nazywamy życiem wewnętrznym. No cóż, trzeba przyznać, że na skutek noszenia moich nowych dżinsów żyłem wyłącznie życiem zewnętrznym, myślałem o relacji między mną a spodniami oraz o relacji pomiędzy mną w spodniach a otaczającym mnie światem.[*]

Większość z nas ma świadomość tego, w co się ubiera. Świadomość w tym sensie, że ubieramy się w sposób przemyślany. Właśnie dlatego twierdzę, że nasze ubranie nie jest tylko ubraniem. Jest sygnałem dla otoczenia. Jest sposobem na budowanie własnego samopoczucia i własnego wizerunku. Jest środkiem ekspresji. Jest manifestem.
Kiedy myślę o moim stosunku do ubrania, od razu dochodzę do wniosku, że u podstaw moich garderobianych wyborów leży muzyka. Kiedyś mój sposób ubierania się nosił silne piętno stylu muzyków z Seatle. Poprosiłem nawet mamę, żeby zrobiła mi sweter na drutach: o, taki – wskazałem zdjęcie rozczochranego Kurta Cobaina w rozciągniętym sweterku w paski. Nosiłem podarte spodnie i stare trampki, oraz przestałem używać grzebienia. Teraz jestem starszy i poważniejszy, ale coś mi zostało z dawnych lat. Noszę Martensy przez dziesięć miesięcy w roku, a gdy zima odchodzi, wkładam starą skórę z badzikami w klapie.  I trochę się dziwię na widok panów, którzy wyglądają jak z żurnala – wymuskanych, uczesanych, dopieszczonych i błyszczących. Ja bym się chyba nie potrafił doprowadzić do takiego stanu, nawet, gdybym chciał. Ale nie chcę, więc mi to snu z powiek nie spędza. Mój strój – z lekka niedbały (choć nie zaniedbany) – świadczy pewnie o moim sentymentalizmie albo i tęsknocie do dawnych czasów. Albo o tym, że trudno mi się rozstawać z rzeczami. I o tym, że ogólnie nie lubię zmian. Jestem starszy i poważniejszy, ale bez przesady. Ale ostatnio wyczytałem w żoninej gazecie, że „styl grunge” wraca na wybiegi i na salony – jest więc szansa, że przez chwilę będę na czasie. W końcu i zepsuty zegar dwa razy na dobę się nie myli.
Zakładam moją skórzaną kurtkę na marynarkę idąc do pracy i przypominam sobie słowa Sailora z Dzikości serca: Ta kurtka jest symbolem mojej indywidualności i wiary w wolność jednostki. W pracy, co prawda marynarka i koszula, ale pod nią – kupiony na koncercie T-shitr.


[*] Fragmenty pochodzą z tekstu Umberto Eco Filozofia lędźwi, zamieszczonego 12 sierpnia 1972 w dzienniku „Corriere della Sera”, a w polskim przekładzie dostępnego w zbiorze esejów zatytułowanym Podziemni bogowie.

wtorek, 29 marca 2011

Patrzę z bulem i bez nadzieji

W pierwszej chwili byłem zażenowany. Przecież nawet Andrzej Lepper, choć przyłapano go na wielu sprawkach, to na takiej nie dał się przyłapać. A przecież żaden z niego arystokrata nie był, do miana człowieka wykształconego nie pretendował i wszyscy pamiętali go jeszcze z widłami i w berecie z antenką. Mieliśmy już kiedyś wprawdzie prezydenta, któremu językowe wpadki się zdarzały, ale on też się z niczym nie krył ani nie udawał, że jest kimś innym, niż jest. A tu, dziś, nagle taka historia.
Później pomyślałem – a może to po prostu prezydent na miarę czasów?
Bo kogo dziś obchodzą rzeczy tak mało ważne, jak kreski nad ‘o’, ogonki pod ‘a’ i ‘e’, kropki nad ‘z’? Przecież już nawet poważny tygodnik może nazywać się Uważam rze i z tego byka jak wół na okładce malowanego robić swój jakiś tam atut, chwyt reklamowy. Slogan, przyznać trzeba, wpadający w ucho: Uważam rze – pisane inaczej. No inaczej – tu przynajmniej reklama nie kłamie. Ale żeby zasady języka łamać i naginać, by je dopasować do reklamowego hasła, to już przesada. Przesada, ale i znak czasów. I może właśnie na takich czasów miarę mamy prezydenta.
Staram się o polityce nie pisać, bo zdanie mam o niej takie, że nie koniecznie warto o niej pisać. Wnioski szybko się wyczerpują (a zawsze są podobne – że brudno i śmierdzi, oraz że ktoś tam kogoś próbuje naciągnąć) i później trudno już o kolejne, odkrywcze. Można tylko multiplikować te już wyciągnięte. Tym razem jednak politycy dostarczyli takich tematów, że grzech nie skorzystać. Bo prezydent prezydentem – co tu jeszcze więcej powiedzieć? Jak skomentować? Najlepiej zapomnieć i mieć nadzieję, że i inni zapomną. Ale koledzy prezydenta – oni wpadli ostatnio na pomysł. Brzmi on tak: rozdać wszystkim pierwszoklasistom laptopy! Hura!
Były takie czasy, wiem to z opowieści, że dzieciom pozwalano w szkole pisać długopisem, gdy opanowały sztukę kaligrafowania przy pomocy pióra. Takiego ze stalówką maczaną w kałamarzu. Głowę daję, że mniej było wtedy dysgrafików, dyslektyków i innych grafomotorycznie upośledzonych uczniów. Ćwiczenie rączek i móżdżków dawało efekty. Dziś – sami analfabeci. Pisać nie potrafią. Wypowiedź pisemna dzisiejszego gimnazjalisty może wyglądać na przykład tak:

W nowej szkole podoba mi się sklepik W nowej szkole niepodoba mi się za długie lekcje i zakrutkie przerwy.
Praca (autentyczna) na temat: Pierwszy miesiąc w nowej szkole

Czytać też nie potrafią, że o czytaniu ze zrozumieniem nie wspomnę. Mówić – tylko slangiem. Takie czasy. Ale jeżeli dzieci uczą się pisać, pisząc sms-y i posty na forach, emocje wyrażać za pomocą emotikonów – to czemu się dziwić?
A teraz jeszcze komputery dla pierwszaków z podstawówek. I już nie będą potrzebne książki. Już nie będzie potrzeby pisania w zeszytach. Jedyny plus tego może być taki, że znikną dysleksje i dysgrafie – kiedy nikt nie będzie musiał pisać i czytać, to nikt nie będzie wiedział, że nie potrafi.
Galaktyka Gutenberga odchodzi w zapomnienie. Książki niedługo zaczną trafiać do muzeów, a tacy jak ja zamienią się w prawdziwe mole, a może i ramole. Będziemy ślęczeć nad takimi posklejanymi z jednej strony kartkami papieru, czasem coś trzymać w rękach – takie długie, cienkie pałeczki, co to jak się nimi po czymś przejedzie, to zostawiają ślad. A nasze dzieci nie będą wiedziały, o co chodzi. Chociaż nie – do tego mam nadzieję nie dojdzie. Moje dzieci będą wiedziały. Ale może nie będą potrafiły wytłumaczyć kolegom.
Bo kiedyś to, o czym teraz piszę, będzie pewnie wyglądać jakoś tak (o ile już nie wygląda!):

Siedziałem ostatnio na necie i patrzę, ktoś na demoty wrzucił fotę, jak prezydent napisał w jakiejś tam księdze ‘bul’. To podobno źle i teraz jest zwała. A potem patrzę – gość na youtube mówi, że mają w szkołach rozdawać lapki. Zajebioza!

Powiem wtedy: o tempora, o mores!, a jeśli przez przypadek usłyszy mnie jakiś młody człowiek i w ogóle zwróci na mnie uwagę, zapyta zapewne: WTF?


piątek, 25 marca 2011

Albert Einstein a kwestia domowych obowiązków

Jestem panem domu. Pełną gębą. Niestety, a może i stety, nie panem w sensie feudalnym czy tradycyjnie patriarchalnym. Nie panem na włościach. Raczej w tym sensie, w jakim panie domu są paniami domu. Z racji tego, że spędzam w domu więcej czasu, niż moja żona, jestem bardziej panem domu, niż ona jest panią domu. Jesteśmy nowoczesną rodziną.
Panem domu też jestem nowoczesnym, być może dlatego do organizowania sobie domowych obowiązków podchodzę w sposób naukowy. Co więcej – do nauki też odwołuję się nowoczesnej, inaczej na nic by mi ona była.
Wiadomo, że pierwszy całościowy, w uporządkowany i spójny sposób opracowany obraz świata stworzył Arystoteles. Jego fizyka opierała się na twierdzeniu, że wszystkie przedmioty dążą do osiągnięcia stanu spoczynku względem jednego absolutnego układu odniesienia. Na podstawie tej teorii można wnioskować jedno: Arystoteles nie miał dzieci, a przynajmniej się nimi nie zajmował. Dzieci i stan spoczynku? Jeden układ odniesienia? Wolne żarty!
Arystotelesowską teorię podważył Galileusz a po nim Newton. Oni też raczej nie mieli doświadczeń płynących z zajmowania się kilkulatkami, inaczej nie uprościliby tak sprawy, mówiąc o ruchach jednostajnych, statycznych układach odniesienia i tak dalej.
W sedno trafił dopiero Albert Einstein. Stworzył najpierw szczególną teorię względności (1905), następnie rozwinął ją w ogólnej teorii względności (1916) – dopiero wtedy wszystko zaczęło się zgadzać. Z teorii Einsteina wynika na przykład, że wartości różnych wielkości fizycznych takich jak siła, pęd, przyspieszenie, zależą od obserwatora. Oraz, że dwa zdarzenia określone przez jednego obserwatora jako jednoczesne, mogą nie być jednoczesne dla innego obserwatora (to tzw. względność jednoczesności). W końcu, że czas jaki mija pomiędzy dwoma zdarzeniami nie jest jednoznacznie określony, lecz zależy od obserwatora ( tzw. dylatacja czasu). Zasadniczo chodzi o to, że nie możemy mówić o wielkościach fizycznych takich jak prędkość czy przyspieszenie, nie określając wcześniej układu odniesienia, oraz że układ odniesienia definiuje się poprzez wybór pewnego punktu w czasoprzestrzeni, z którym jest on związany.
Uzbrojony w tą wiedzę, mogę zacząć dzień.
Chłopaki oczywiście już wstali – gdyby nie to, ja bym nie wstał (względność odnosi się tu do czasu – okres czasu potrzebnego na sen nie jest obiektywny, lecz zależy od układów odniesienia, jakimi są moje potrzeby i potrzeby Chłopaków – nie są one jednakowe). Siedzą w fotelikach – tworzę im tym samym układy odniesienia, oraz układ odniesienia dla siebie. Muszę uwzględnić stosunek odległości między fotelikami i potencjalną prędkość kawałka banana rzuconego z jednego fotelika w kierunku drugiego, oraz przyspieszenie, jaki mogę nadać sobie, chcąc zapobiec trafieniu wspomnianego banana w telewizor; uwzględniam masę banana. Biorąc pod uwagę, że masa jest równa energii (E=mc²),  kawałek banana o dużej masie wyrzucony przez Tyciego, który ma zdolność nadawania przedmiotom sporego przyspieszenia, mógłby być szczególnie niebezpieczny dla telewizora, a gdyby za nim podążyła łyżeczka, katastrofa byłaby pewna.
Gotuję zupę, gdy tymczasem Chłopaki zajęci są swoimi sprawami. Nagle widzę, że Tyci włazi na kuchenny stół i że już prawie osiągnął cel. Ruszam w jego kierunku. Oczywiście w myśl teorii, gdy jakiś obiekt porusza się ze stałą prędkością razem z obserwatorem, to wówczas obserwator w swoim układzie odniesienia odczuwa tylko upływ czasu a nie ma możności zaobserwowania ruchu obiektu. Biegnąc więc, wiem, że biegnę, Tyci zaś stoi, w właściwie wisi – właśnie w bezruchu – a ja nie wiem, czy zdążę. Zdążyłem. Być może doszło do niewielkiego zakrzywienia czasoprzestrzeni i to dało mi chwilową przewagę (oczywiście dla Tyciego moja krótka chwila była dłuższą chwilą, bo mieliśmy inne układy odniesienia – dlatego, i tylko dlatego dałem radę).
W tym samym czasie, gdy odstawiam Tyciego, Gucio otwiera szafkę i wyciąga torebkę cukru. Torebka jest otwarta – wiem, czym to grozi (całkowitą anihilacją torebki jako całości i rozproszeniem cukru po przestrzeni euklidesowej mojej kuchni). Na szczęście nowa reguła składania prędkości zauważona przez Einsteina zakłada, że prędkości nie dodają się, więc ja poruszając się ruchem jednostajnie przyspieszonym w stronę Gucia nie spowodowałem wzrostu prędkości jego działań. To mi pozwoliło znowu zdążyć na czas. Cukier jest bezpieczny (całe szczęście – kosztował całe pięć złotych).
Choć minęło ledwie kilka sekund, Tyci znowu jest już na stole – tym razem w pokoju. Procedura nadawania przyspieszenia samemu sobie zaczyna się od nowa. Zdarzy się to dziś jeszcze wielokrotnie. Całe szczęście, że jestem przygotowany. Bez całego tego naukowego instrumentarium za nic bym sobie nie poradził.

czwartek, 24 marca 2011

O kntaktach cyfrowych i kontaktach niecyfrowych

…cokolwiek robisz, nie zamykaj sobie drogi odwrotu. Przysięgi lojalności są dobre dla nieszczęśników, którzy martwią się ‘odległą przyszłością’. Nie angażuj się dłużej, niż to absolutnie konieczne; zawsze jedynie płytko i powierzchownie, abyś mógł zerwać zobowiązania bez trudu i przykrych konsekwencji. Lojalność i zobowiązania, jak wszystkie inne dobra użytkowe, maja swoje ‘terminy ważności’. Nie troszcz się o nie ani chwili dłużej.
Zygmunt Bauman, Życie na przemiał

Nie mam konta na Facebooku. Kiedyś, przez chwilę miałem na Naszej Klasie, ale po tym, jak zaczęli do mnie pisać różni osobnicy, za którymi absolutnie nie tęskniłem, o których prawdę mówiąc, w sumie zapomniałem – zlikwidowałem profil. Pisał do mnie radosne powitania na przykład pan, którzy chłopięciem będąc nie lubili mnie za bardzo z tego powodu, że w szkole podstawowej, do której razem chodziliśmy, uczyła moja mama. Nie lubił mnie więc w imię zasad. I uprzykrzał mi życie, czasem dość dotkliwie. Nagle sobie o moim istnieniu przypomniał i zapałał nagłą chęcią radosnego powitania mnie po latach. Mogliśmy zostać przyjaciółmi. Nie skorzystałem. I już mnie na Naszej Klasie nie ma.
Kiedy byłem w ostatniej klasie liceum, kilka moich koleżanek – trzy, może cztery i jeden kolega zaczęli chadzać po korytarzach z telefonami komórkowymi przy uszach. Zastanawialiśmy się, czy dzwonią do siebie nawzajem? A może w ogóle nie dzwonią, tylko otwierają te klapki i wyciągają półmetrowe antenki dla ogólnego efektu? Kiedy poszedłem na studia odkryłem, że telefony posiada większość moich znajomych. Czasem komuś komórka dzwoniła podczas zajęć – wtedy było to jeszcze nietaktem, tak dzwonić. W trakcie roku komórek w moim otoczeniu przybywało. Po wakacjach okazało się, że w mojej grupie telefonu nie posiadam tylko ja i jedna z koleżanek. Muszę przyznać, że poddałem się jako przedostatni. Od tej pory jestem zawsze dostępny, każdy może do mnie zadzwonić o każdej porze. Co nie znaczy, że często z kimś  rozmawiam przez telefon. Najczęściej jedynie wymieniam informacje.
Później podłączyliśmy sobie Internet w mieszkaniu, które wynajmowałem ze znajomymi. Powoli wsiąkłem w GG, fora, chociaż jakoś szybko mi się to wszystko nudziło. Dziś praktycznie nie używam komunikatora. Forum daje jednak – do takiego doszedłem wniosku – słabą możliwość wymiany zdań. Nie jest to zdecydowanie Forum Romanum. Ani ateńska Agora. Nie było mi żal porzucić swój profil, później zaniedbać kolejny, stracić kontakt z tymi wszystkimi awatarami, choć go sobie na swój sposób ceniłem. Inni użytkownicy też raczej za mną nie tęsknią, tak myślę. Ilu znajomych straciłem? A ilu potencjalnych? Tysiące. Czy jest mi żal z tego powodu? Nie bardzo. Czy czuję stratę? Niewielką. Ani specjalnej pustki.

Siedziałem sobie ostatnio nad przepysznym Koźlakiem z browaru Amber. Pięknym, bursztynowym, z gęstą pianą, która nie opadała. Rozmawiałem z kumplem. Nie – z przyjacielem. Mam jednego przyjaciela –od tak zwanej „męskiej przyjaźni”. Nie spotykamy się tak często, jak kiedyś, ale każde spotkanie jest swoistym wydarzeniem. Czasami do siebie dzwonimy, ale nie za często. Czasem piszemy smsy. Zwykle wyglądają tak: B-czw??? Co oznacza: Idziemy w czwartek na browara? Odpisujemy: Ok. Albo: pt? (co oznacza, że może lepiej w piątek). Raczej zdawkowo. Za to kiedy się spotykamy, gadamy o wszystkim. O meczu, którego nie oglądałem, bo nie lubię. O tym, że zamknęli kolejną knajpę, do której chodziliśmy na studiach i otworzyli na jej miejscu lokal z plastikowymi krzesełkami, na których siedzą chłopcy palący cienkie papieroski i słuchający czegoś, co podobno w niektórych kręgach nazywa się muzyką. Siedzą i nie rozmawiają ze sobą. Od czasu do czasu coś wystukują na swoich iPhone-ach. Czasami rozmawiamy o sprawach poważniejszych. Czasami wręcz o metafizycznych bytach, o egzystencjalnych problemach i kategorycznych imperatywach. Czasem – o życiu po prostu.
- Kierownik mnie pyta, czy się będę mógł określić jako mobilny – powiedział ostatnio R.
- Znaczy?
- Znaczy, czy się zgodzę, jak mnie będą chcieli przenieść w ramach awansu.
- Przenieść? A gdzie by mogli?
- Do Trójmiasta, k****, na przykład. Bliżej nie ma kierowniczych wakatów.
To mnie zmroziło. Choćbym stracił wszystkich znajomych na wszystkich portalach – odwiedzanych teraz, kiedyś i w przyszłości, choćby mi skasowało książkę w telefonie, choćby nikt nie obserwował mi bloga – byłoby to niczym w obliczu tej jednej przeprowadzki.
I jak tu nie zatęsknić czasem za latami, kiedy się mogło spokojnie być stabilnym i stacjonarnym i to też była wartość? Być może popadam tu w coś, co Douglas Coupland w swoim Pokoleniu X nazwał nostalgią ultrakrótkoterminową (Tęsknota za bardzo niedawną przeszłością: „Boże, świat był o tyle lepszy w zeszłym tygodniu”), ale czasem tak właśnie myślę. A dziś takie czasy (o tempora, o mores!), że lepiej szybciej i więcej, i nie ważne, że przy tym często byle jak.

środa, 23 marca 2011

Prawda faktów, prawda papierów

…W tak wielkim urzędzie jak hrabski może się przecież zdarzyć, że jeden wydział wydaje takie polecenie, a drugi inne, nie wiedząc o sobie wzajemnie. Kontrola nadrzędna jest wprawdzie niesłychanie dokładna, ale z natury rzeczy następuje zbyt późno i zawsze może powstać jakaś drobna gmatwanina.
Franz Kafka Zamek



Kafka w swojej opowieści o zmaganiach geometry K. z biurokracją, ukazał los człowieka, który jest bezsilny w konfrontacji z kartką papieru. Kafka pokazuje, jaką moc ma taka kartka, pod warunkiem, że się ją nazwie dokumentem i potwierdzi jej ważność mocą urzędu. Nie ważne, że poszczególne pisma, dotyczące tego samego, wykluczają się wzajemnie, więc w ogólnym rozrachunku są pozbawione sensu. Istotne jest, by każde z osobno tworzyło piękny obraz rzeczywistości. Siła urzędowej pieczęci jest niekwestionowana i nikt nie będzie z nią dyskutował. A jeśli się odważy - przegra.
Cała ta urzędniczo – formalna gmatwanina nie byłaby taka straszna gdyby nie to, że dokumenty przysłaniają często rzeczywistość. Gdyby nie fakt, że ważniejsze jest to, co napisano, niż to, co można naocznie stwierdzić. Założenie jest takie, że papierowa rzeczywistość musi być piękna. Parafrazując znane powiedzenie dotyczące związków między teoriami naukowymi a rzeczywistością: jeśli rzeczywistość nie jest zgodna z dokumentacją – tym gorzej dla rzeczywistości.
Brałem ostatnio udział w dwóch szkoleniach, do udziału w obydwu byłem odgórnie zobligowany, podobnie jak wszyscy moi współpracownicy. Oczywiście obydwa szkolenia musiały zostawić ślad w dokumentacji, i to nie jednej. Mój szef odnotował fakt przeszkolenia swoich pracowników, osoba szkoląca też zapewne oficjalnie zdała sprawę ze swojej działalności (świadczą o tym dwie listy obecności, które podpisywałem podczas każdego ze szkoleń – jedna wewnętrzna, druga dla przeprowadzającego szkolenie). Dokumenty rysują pewnie piękny obraz: oto zdobyliśmy – my, przeszkoleni – nową wiedzę, zyskaliśmy nowe umiejętności, poznaliśmy nowatorskie metody etc. W rzeczywistości zaś, spędziliśmy łącznie około czterech godzin, słuchając nudnych wywodów o oczywistych kwestiach, zastanawialiśmy się, kto chce nam wmówić, oraz dlaczego, że treści doskonale nam znane, powinny być dla nas ciekawe i tak niesamowicie odkrywcze.
Pamiętając doskonale swoje pięć lat bite studiów, młodość w bibliotekach, zastanawiałem się, co ja tu robię? Odpowiedź oczywiście była prosta: tworzyłem fikcję, która stała się piękną prawdą, gdy ją zapisano i potwierdzono pieczątką.
Z biurokratycznych absurdów gorzko śmiał się Joseph Heller pisząc Paragraf 22:

-… Czy na pewno nic przede mną nie ukrywacie?
- Pan nie żyje – wyjaśnił mu jeden z szeregowców.
- Co to ma znaczyć?
- Pan nie żyje – powtórzył drugi. – Pewnie dlatego jest pan taki zimny.
- Tak jest. Widocznie był pan nieżywy już od dawna, tylko nie poznaliśmy się na tym.
- Co wy tu, do cholery, wygadujecie? – zapytał doktor Daneeka przenikliwie, czując jak ogarnia go lodowate przeczucie nadciągającego nieuniknionego kataklizmu.
- To prawda – powiedział jeden z sanitariuszy. – Zgodnie z dokumentami pan poleciał z McWattem, żeby zaliczyć sobie godziny w powietrzu. Ponieważ nie wyskoczył pan ze spadochronem, więc musiał pan zginąć w samolocie.

Jeśli dokumenty mówią, że doktor zginął, to tak jest. I fakt, że doktor  nigdy nie wsiadł na pokład feralnego samolotu, a teraz stoi tu oto i pyta o co chodzi, niczego nie zmienia.
Tak to już jest, że na początku jest słowo, szczególnie, jeśli temu słowu nadać urzędową formę. Powiedzenie, że jak nas widzą, tak nas piszą, zyskuje w tym kontekście zupełnie nowe znaczenia – gdy tylko „piszą nas” w oficjalnych dokumentach, możemy wyglądać zaskakująco nawet dla samych siebie. Ale tak właśnie będą nas widzieć.

piątek, 18 marca 2011

Patrząc przez pryzmat

Od kilku dni trudno nie słyszeć doniesień z Japonii. Kraj Kwitnącej Wiśni dotknęła straszna tragedia. Nie chciałbym jej trywializować. Nie mniej jednak, kiedy słyszę w jednym radiowym komunikacie zwroty: trzęsienie ziemi, fala tsunami, reaktor jądrowy, promieniowanie radioaktywne i do tego – Japonia, wiecie, jaki obraz pojawia mi się w głowie? Przyznam się: widzę Godzillę.
Znajomy przymierzał się ostatnio do kupna kawałka ziemi. Znalazł ładną działkę pod lasem. Pojechaliśmy ją zobaczyć. Przed każdym kolejnym zakrętem na usta cisnęły mi się słowa: Oczom ich ukazał się las… Las krzyży.
Podobno istnieje przykra możliwość, że w 2036 roku uderzy w nas asteroida. Wielka – taka, jaka przyczyniła się do zagłady dinozaurów, albo i większa. Przeczytałem o tym niedawno i wiecie o czym pomyślałem? Ile lat w 2036 będzie miał Bruce Willis?
Kiedy idę sobie przez las, prawie zawsze w końcu potykam się o jakąś butelkę. Myśl może być wtedy tylko jedna: Nasi tu byli!
Idąc ostatnio do szkoły wpadłem na nieszczęście (dla nich) na grupkę uczniów odpalających się pod blokiem. Panowie, co wy tu palicie? – zagaiłem klasycznie. Oczywiście dzisiejsza młodzież nie wykazała się znajomością kanonu, ani, co za tym idzie, poczuciem humoru. Gdyby któryś rzucił, że on, to Popularne, ale jak pan chce, to Franz ma Camele, udałbym, że nic nie widziałem. Żaden nie rzucił.
Wniosek wyciągam jeden: strasznie głęboko jesteśmy zanurzeni w popkulturze. Bardzo wyraźnie nam się odcisnęły w świadomości te wszystkie postaci, sytuacje, zdania, którymi nas częstują jej twórcy.
Ale chodzi i o coś więcej – o całe idee. Bo nagle się okazuje, że w moim świecie istnieją zombie. Nie łażą po ulicach, polując na świeże móżdżki, ale mają swoje cieplutkie miejsce w moim móżdżku, i wychylają się z niego przy różnych okazjach. Wystarczyło kilka wieczorów z Georgem Romero, spędzonych w wieku lat nastu, i kilka kolejnych z serialem Walking Dead – spędzonych całkiem niedawno, żeby doniesienie o promieniotwórczej chmurze, w którą wpłynął amerykański lotniskowiec, wywołało obraz radioaktywnych żywych trupów (które pewnie niosłyby zniszczenie do spółki z Godzillą).
Scherlock Holmes twierdził, że trzeba bardzo uważnie selekcjonować to, co się dopuszcza do własnej świadomości – żeby z nasz mózg nie przyjął postaci zagraconego pokoju, w którym nic nie można znaleźć wśród stert niepotrzebnych śmieci. Beztroskie zagracanie swojego umysłu było dla Holmesa znamieniem szaleństwa, skrajną nieodpowiedzialnością. Tyle, że detektyw z Baker Street mógł po prostu nie sięgnąć po gazetę, albo opuścić przy jej lekturze niektóre strony. Dzisiejsza kultura jest bardziej ekspansywna. Oczywiście – do oglądania filmów o zombie nikt mnie nie zmusza. Podobnie do czytania książek o Holmesie czy do oglądania Doktora Housa, który do opowieści sir Conan Doyla tak wspaniale nawiązuje. Tyle, że gdybym tego nie robił, byłbym uboższy o te wszystkie popkulturowe metafory. A patrzenie na świat przez ich pryzmat bywa takie zabawne.
W moim mieście (nie wiem, czy tak jest też w innych miastach – osobiście się nie spotkałem), szczególnie w pewnych kręgach, gdzie króluje uliczny slang, popularne jest słówko ni, które jest skrótem od i tak niedługiego nie. Tego ni używa się dla potwierdzenia sensu wypowiedzi. Schemat wywodu jest taki: Ładna dziś pogoda, ni? Rozumiecie? Dzięki tym pop-śmieciom, które mam w głowie, zawsze się uśmiecham słysząc podobne zdanie – bo oto okazuje się, że mieszkam w mieście rycerzy… którzy mówią ‘ni’.
A gdy widzę pędzącego przez miasto jakiegoś swobodnego jeźdźca, to wiem, że on nie jedzie na motorze. Bo to nie motor, to chopper.
Czyj chopper?
Zeda.
Kto to jest Zed?
Zed zszedł kochanie, Zed zszedł.